Archive

Posts Tagged ‘Muzyka’

Przynęta

– Nie chciałbym, Pani Prezydent, żeby było Pani przykro, że nowy Minister Rybołówstwa nie potrafi nawet założyć przynęty na haczyk – niezwykłe słowa autokrytyki jak na pierwszy dzień urzędowania. Ale trudno się dziwić Brazylijczykowi Marcelo Crivelli, bo kiedy w czwartek dostawał nominację na to stanowisko, jego jedynie znane publicznie związki z rybactwem to wypowiedź, że “nie wierzy w ewolucję, bo nigdy nie widział skamieliny, która byłaby pół-rybą i pół-ptakiem”. Za to w internecie od razu zaroiło się od żartów, że Crivella świetnie nadaje się na to stanowisko jako były “poławiacz dusz”. Bo nowy minister, to były biskup.

Do tej pory, kiedy zagraniczni korespondenci chcieli pokazać absurdy brazylijskiej polityki, pisali o Francisco Everardo Oliveirze Silvie. Znany bardziej jako Tiririca, w latach 90. zabłysnął jedynym w życiu hitem na listach przebojów, po czym zaczął występować w telewizji jako klaun. W 2010 r. ogłosił nagle, że wystartuje w wyborach do kongresu i po kuriozalnej kampanii (jego najbardziej znane hasła to: “Co robi deputowany federalny? Nie wiem. Ale głosuj na mnie, to ci powiem” i “Jeżeli mnie wybierzecie, to obiecuję pomóc wszystkim brazylijskim rodzinom… szczególnie mojej”), niespodziewanie dla wszystkich zgarnął drugą największą liczbę głosów w historii Brazylii. Nowi koledzy z parlamentu próbowali jeszcze upokorzyć klauna, zmuszając go do udowodnienia, że nie jest analfabetą, ale od tamtej pory Tiririca bez przeszkód reprezentuje stan São Paulo i co jakiś czas wzbudza wesołość dziennikarzy.

Od teraz, korespondenci będą mieli zdecydowanie wdzięczniejszy temat do ironizowania. Członek Partii Liberalnej, którą tworzą konserwatyści. Chrześcijański fundamentalista, który popiera aborcję. Przedstawiciel prawicy, który uważa, że Ewangelia jest komunistyczna. I w dodatku wokalista, który sprzedał miliony płyt.

Marcelo Crivella z trudem mieści się w wąskich ramach Ministerstwa Rybołówstwa

tiriricaDział Zagraniczny też by głosował na tego pana

– Bóg nie wybiera tych najlepiej przygotowanych, ale zawsze przygotowuje tych, których wybrał – ciągnął w swojej przemowie inauguracyjnej Crivella. Nic dziwnego: całą karierę zawdzięcza korporacji swojego wujka, której znakiem towarowym jest Królestwo Boże.

Chociaż przyszedł na świat w rodzinie katolików, przyszły minister chodził do szkoły prowadzonej przez metodystów, a później stał się zielonoświątkowcem pod wpływem swojego wujka Edira Macedo. Ten, już w 1977 r. założył Kościół Powszechny Królestwa Bożego, który z małej wspólnoty zdążył przez trzy dekady wyrosnąć na gracza wagi superciężkiej. Dziś skupia 14 mln wiernych w ponad 200 krajach świata. W São Paulo buduje właśnie “Świątynię Salomona” – megakościół, który pomieści 10 tys. osób. Jego tygodnik “Folha Universal” ma nakład 2 mln egzemplarzy, a telewizja Record jest drugą najpopularniejszą stacją w kraju.

Nic dziwnego, że kiedy Crivella – wówczas już biskup w kościele wujka – postanowił wziąć się za muzykę, z miejsca został gwiazdą estrady. Jak do tej pory, wydał 14 płyt, które sprzedały się w ponad 5 mln egzemplarzy. Nowy minister to największa w Brazylii gwiazda gospel:

Do wielkiej polityki zaprowadziły go jednak nie talenty wokalne, tylko ciężka praca u podstaw. Crivella przez kilka lat pracował jako misjonarz w Afryce, co podobno bardzo wyczuliło na problemy najuboższych. I nie jest żaden PR – po powrocie do ojczyzny, Marcelo dokonał małego cudu w Nordeste. To najbiedniejszy i najsuchszy region Brazylii. Crivella założył tam prężnie działającą fundację i na leżących odłogiem państwowych nieużytkach wokół miasteczka Irecê, przeprowadził program irygacyjny wzorowany na rozwiązaniach, jakie podpatrzył w pustynnych kibucach podczas kilku pielgrzymek do Izraela. Na pewno nie zawadziło, że z wykształcenia jest inżynierem lądowym.

W 2003 r., dzięki głosom zachwyconych nim zielonoświątkowców, Crivella bez problemu dostał się do Senatu. I od tamtej pory, cały kraj nie może się nadziwić jego oryginalnym poglądom.

Jego wujek Edir Macedo, to chyba jedyny na świecie lider chrześcijańskich fundamentalistów, który popiera aborcję i w jej promowaniu pomaga sobie nawet cytatami ze Starego Testamentu. Uważa, że dzięki niej zmniejszy się przestępczość wśród młodocianych i że lepsze już takie rozwiązanie, niż porzucone dzieci żywiące się na śmietnikach. Crivella przez długi czas popierał jego poglądy, a wyparł ich się stosunkowo niedawno, żeby nie zrażać do siebie ewangelickich wyborców spoza kościoła swojej rodziny, w większości przeciwnych zabiegowi. Pozostał jednak wielkim orędownikiem edukacji seksualnej.

Minister jest przeciwny związkom tej samej płci, ale – w przeciwieństwie do innych zielonoświątkowców – nie zgadza się na kryminalizację homoseksualizmu, tłumacząc, że jest to forma przemocy.

Partia Liberalna, której był współzałożycielem, była ugrupowaniem konserwatystów. Ale podczas imprezy z okazji 85-lecia Komunistycznej Partii Brazylii, rzucił z senackiej mównicy, że “nie ma bardziej komunistycznej książki, niż Ewangelia”. Brazylijska Partia Republikańska, w którą po latach przekształciła się poprzednia formacja, uznawana jest już za centro-lewicową.

senatorSenator Crivella na mikrofonie – wyjątkowo nie śpiewa (Fot. Agência Senado)

Prezydent Dilma Rousseff nie mianowała go jednak z powodu ciekawej osobowości. Za jej wyborem stoi twarda kalkulacja polityczna.

Ewangelicy to dziś w Brazylii prawdziwa potęga. Chociaż kraj wciąż zamieszkuje największa liczba katolików na świecie, to już prawie co czwarty obywatel jest członkiem protestanckiej kongregacji. Za tymi liczbami idzie siła polityczna. Nowe kościoły mają w parlamencie ponad 40 reprezentantów, wiele głosowań zależy właśnie od nich. Marina Silva, która w poprzednich wyborach prezydenckich zajęła trzecie miejsce, swoją wysoką pozycję zawdzięczała właśnie temu, że jest żarliwą protestantką. Dilma na takie względy fundamentalistów nie ma co liczyć.

– Powiedziałem jej: nie mam nic przeciwko tobie, uważam, że jesteś inteligentną i kompetentną kobietą, ale nie mogę na ciebie głosować – zdradzał niedawno temu w wywiadzie pastor Silas Malafaia. Duchowny jest postacią kontrowersyjną, ale bardzo wpływową i przez wiele lat otwarcie głosił poparcie dla Luli, poprzednika i protektora Dilmy. Ale nowa głowa państwa to była komunistyczna działaczka, niegdyś aktywna w miejskiej partyzantce. Jest liberalna, popiera wolność wyznania, prawa kobiet i homoseksualistów. Dla wielu fundamentalistów jest nie do przełknięcia.

Tymczasem, nigdy jeszcze nie potrzebowała ich poparcia tak jak teraz. W nieco ponad rok od objęcia urzędu, musiała zdymisjonować aż siedmiu ministrów oskarżonych o korupcję. To akurat dobrze o niej świadczy – za czasów Luli, takie sprawy były zamiatane pod dywan. Ale opozycja już wykorzystuje tę sytuację, żeby uderzać w jej gabinet. Dilma musi więc szukać sojuszników wśród ewangelików. Crivella, choć sam nie jest nieposzlakowanej opinii, jest w tym środowisku jednak bardzo wpływowy, a politycznie zawsze sprzyjał partii rządzącej. Mianując go Ministrem Rybołówstwa, Rousseff próbuje sobie zjednać religijnych konserwatystów, od których może w przyszłości zależeć jej rząd.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Afrobeat na barykadach

Teoria na to, że ilość nasłonecznienia wpływa na zachowania ludzi, znajduje ostatnio coraz więcej potwierdzenia. Kiedy w Polsce ktoś organizuje masowy protest, jest zawsze te 50 proc. szans, że będzie mała ruchawka i w ruch pójdą policyjne armatki. W Paryżu, palenie samochodów to już chyba nowa tradycja. A w Londynie, jak wiadomo po ostatnich wakacjach, zamieszki są lepsze od loterii: każdy kończy z telewizorem, albo chociaż iPadem.

Tymczasem w Afryce nagrywają rapy i kręcą teledyski.

Flavour w trasieBenzyna zdrożała, więc muzycy w Nigerii ruszają w trasę nowym środkiem transportu

O tym, jaką wagę podczas Arabskiej Wiosny miał głos raperów, Dział Zagraniczny już informował. Na południe od Sahary są jeszcze bardziej wpływowi. W Senegalu, gdzie kwitnie chyba największa hip hopowa scena w Afryce, założony przez nich oddolny ruch protestu Y’en a Marre intensywnie pracuje nad przewietrzeniem tamtejszej sceny politycznej. Niedawno swój start w wyborach na prezydenta ogłosił legendarny wokalista Youssou N’Dour:

A teraz najwyraźniej przyszedł czas na Nigerię.

W kilka godzin po sylwestrze, tamtejszy rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do paliwa. Nagle litr benzyny, zamiast 65 naira (1.35 PLN), zaczął kosztować 150 naira (3.29 PLN). To paradoks. Nigeria jest bogata w ropę, dziennie wydobywa jej aż 2 mln baryłek. Ale jej rafinerie są w opłakanym stanie i przez lata były źle zarządzane, więc nie są w stanie przerobić takiej ilości paliwa, jakiej wymaga miejscowy rynek. W efekcie, większość benzyny musi być importowana. W dodatku, w kraju gdzie duża część społeczeństwa zarabia niecałe 2 dolary dziennie, trzeba ją subsydiować. Tylko w zeszłym roku, z budżetu poszło na ten cel 8 mld dolarów.

Rząd próbował przekonywać, że zaoszczędzone dzięki zniesieniu dopłat pieniądze wyda na rozbudowę będącej w opłakanym stanie infrastruktury. I oczywiście walkę z biedą. Dotkniętych nią ludzi to jednak nie przekonało. Nauczeni złymi doświadczeniami, zaczęli głośno komentować, że większość kasy i tak rozkradną skorumpowani politycy. W dodatku w Nigerii, jak w podobnych krajach, nie istnieje transport publiczny. Wielu ubogim Nigeryjczykom zajrzało w oczy bezrobocie, bo nagle przestało im wystarczać na dojazd do pracy. Wzrost cen benzyny przełożył się też na droższe jedzenie i podstawowe usługi.

W kraju zagrzmiało. Związki zawodowe zapowiedziały strajki. Na ulice ruszyły tysiące protestujących. A wraz z nimi muzycy.

Piosenki o manifestacjach i podwyżkach pojawiły się w lokalnych radiostacjach już pierwszego dnia. A niewiele później, do sieci trafiły teledyski.

Pierwszy był The Suspect, znany chociażby ze współpracy z brytyjskim Blak Twang i Wyclef’em. Może to nie Fela Kuti, ale też robi pierwszorzędny afrobeat:

Jeszcze tego samego dnia, własny teledysk pokazał popularny w Nigerii Flavour:

Za chwilę dołączyła też do nich Aduke, która dopiero co w grudniu wypuściła dobrze przyjęty singiel “Made in Lagos”:

Jak ktoś jest ambitny i poszuka, to podobnych produkcji znajdzie więcej. Protesty poparł cały zastęp muzyków, w tym chociażby Seun Kuti, syn Feli:

Nie ma co malować oderwanego od rzeczywistości obrazu nigeryjskich protestów, jako roztańczonych i rozśpiewanych wieców przepełnionych artystami i nieszkodliwymi intelektualistami. Podczas manifestacji dochodziło do zamieszek, zdemolowano kilka stacji benzynowych, właścicieli kilku innych zastraszono. Wojsko strzelało do ludzi, co najmniej kilku zabito. Po negocjacjach ze związkami zawodowymi, prezydent Goodluck Jonathan zgodził się przywrócić dopłaty, jednak tylko częściowo, więc emocje nie opadają.

Ale trudno nie być pod wrażeniem, że tamtejsi artyści potrafią w tak krótkim czasie zrobić tak dobre komentarze do bieżących wydarzeń i to jeszcze w tej jakości.

No. Ale polskiego czytelnika to interesuje.

To mój rap, to moja rzeczywistość

W sobotę na marszu Oburzonych w Warszawie było jak zawsze – więcej policji i mediów, niż samych manifestantów. Część publicystów zastanawia się więc: dlaczego zagranicą młodzi tłumnie ściągają na takie protesty, a w Polsce nie? Tymczasem Dział Zagraniczny nie ma wątpliwości, że na manifestacji byłyby tłumy, gdyby wezwały na nie prawdziwe autorytety tego pokolenia, a nie Jacek Żakowski, czy Jaś Kapela. Jeden filmik na jutubie nagrany przez Ostrego, Sokoła, albo Peję i młodzież sparaliżowałaby Warszawę. Jak wcześniej Dakar.

“Mam dość tego skorumpowanego systemu, mam dość nie robienia niczego poza piciem herbaty, nie widzę nawet końca tego szaleństwa, musimy działać!” – to te rymy i ten bit nadają rytm ulicznej rewolucji w Senegalu. Rewolucji, która wystartowała dopiero, gdy wzięli się za nią hiphopowcy.

– Tego już za wiele – powiedzieli sobie Omar Toure (bardziej znany jako Thiat) i Mbessane Seck (ksywa Kilifeu), raperzy z Keur Gui, jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju. Przerwy w dostawie prądu to w Senegalu nic nowego, ale tego styczniowego dnia musiało minąć ponad 20 godzin, zanim lodówki i radia zaczęły znowu działać. Muzykom działało to na nerwy prawie tak mocno, jak to, że za rok wybory ukradnie starzec, który jest za tę sytuację odpowiedzialny.

Abdoulaye Wade oficjalnie przyszedł na świat w roku 1926, choć jego krytycy twierdzą, że w rzeczywistości urodził się kilka lat wcześniej, co ukrywa, żeby nie można mu było zarzucić, że jest za stary na rządzenie krajem. A tym włada niepodzielnie od 11 lat, z każdym rokiem zrażając do siebie coraz więcej rodaków. Monitorująca wolność prasy na świecie organizacja Freedom House zarzuca mu, że prześladuje i wtrąca do więzień krytycznych wobec niego dziennikarzy. Bezrobocie wynosi oficjalnie 48 proc., ale wśród młodych jest nawet wyższe. Pod rządami Wade szerzą się korupcja i zwykłe marnotrawienie pieniędzy. Najgłośniejszy przypadek, to odsłonięty w kwietniu zeszłego roku monumentalny (mierzy prawie 50 metrów) pomnik Afrykańskiego Odrodzenia, którego wzniesienie kosztowało aż 27 mln dolarów. W dodatku prezydent ogłosił, że należy mu się 1/3 wszystkich pieniędzy, jakie zostawią odwiedzający budowlę turyści, bo przecież “ma do niego prawa autorskie”. W oczy kłuje też nepotyzm, szczególnie to, z jakim zapałem głowa państwa promuje swojego syna na następcę, wciskając na różne rządowe stanowiska (i równocześnie chroniąc przed przesłuchaniami w komisjach parlamentarnych), czy starty jego córki w rajdach Paryż-Dakar.

Zanim przejął władzę, Wade pięciokrotnie przegrywał wybory i kisił się w opozycji w sumie 30 lat. Więc nie zamierza teraz łatwo rezygnować z fotela prezydenckiego. Nie tylko będzie się w lutym ubiegał o trzecią kadencję, ale zaczął w dodatku forsować w parlamencie ustawę, dzięki której do zwycięstwa w pierwszej turze potrzebowałby tylko 25 proc. głosów (a nie standardowych 50.). Wtedy wśród hiphopowców zagrzmiało.

ThiatW Senegalu, każdy szanujący się rewolucjonista nosi zegarek na bicu (Fot. AfricanHipHop.com)

Tamtej styczniowej nocy, Thiat i Kilifeu zawiązali organizację Y’en a Marre – “Dość tego”. W marcu skrzyknęli fanów przez internet i urządzili wielką manifestację na jednym z głównych placów stolicy. Przyszło tylu protestujących, że policja – normalnie sięgająca po gaz łzawiący chętniej niż Tomasz Lis po grzebień – mogła się tylko bezradnie przyglądać. Raperzy nie dali ciśnieniu opaść. Już w kwietniu ruszyli z kampanią “Daas Fanaanal” (co w dominującym w Senegalu języku wolof oznacza “Samoobronę”): namawiają młodzież, żeby olała główne partie polityczne i pokazała swój sprzeciw.

– Nie jesteśmy ani po stronie rządu, ani opozycji, tylko po stronie ludzi – przekonywał w jednym z wywiadów Thiat.

23 czerwca Y’en a Marre urządziło taki Dzień Gniewu, że parlament w panice uwalił projekt ustawy o 25 proc. głosów potrzebnych do wygrania pierwszej tury.

Rząd robi co może, żeby zaszkodzić hiphopowym buntownikom. Policja robi naloty na lokale, gdzie mają koncertować i zastrasza właścicieli sal, w których chcą organizować spotkania organizacyjne. Raperom konfiskowano sprzęt nagłaśniający nawet na manifestacjach, na które mieli wcześniej pozwolenie. W lipcu, po jednej z demonstracji, Thiat został aresztowany. Młodzi Senegalczycy pikietowali pod więzieniem w Dakarze kilkadziesiąt godzin, dopóki władze nie zgodziły się go wypuścić.

Thiat i Kilifeu nie są sami. Wspierają ich także inni, uwielbiani przez młodzież raperzy, chociażby Fou Malad czy Matador. Swoją aprobatę wyrazili też muzycy, którzy już wcześniej głośno mówili o niezadowoleniu – koncertujący na całym świecie (i szczególnie popularny we Francji) wokalista reggae Tiken Jah Fakoly, oraz Didier Awadi:

Senegalscy raperzy mają powody do zadowolenia. Ich ruch nie tylko staje się coraz silniejszy, ale w dodatku sygnały, że idą dobrą drogą, płyną z północy, gdzie inni hiphopowcy odnieśli podobny sukces podczas Arabskiej Wiosny.

Jeszcze w styczniu, tunezyjski raper El Général trafił do więzienia za nagranie tej piosenki:

Dziś nie przestaje koncertować, niesiony popularnością, jaką przyniosło mu otwarte mówienie tego, o czym bali się mówić inni. Hip hop, do tej pory ograniczony właściwie do Maroka, dosłownie eksplodował w krajach arabskich. Libijski internet zalały dziesiątki amatorskich nagrań, w Syrii młodzież zasłuchuje się w nagranych przez mieszkającego w USA Omara Offenduma, egipskie stacje radiowe puszczają Deeba, który wcześniej nie miał szans na przebicie się do mainstreamu:

To oczywiście nie hip hop doprowadził do rewolucji w Afryce Północnej. Ale to właśnie tych ludzi słucha młodzież i to oni pokazują jej, którą iść drogą. W Senegalu na wybory trzeba się rejestrować. W najniższych grupach wiekowych, odsetek robiących to wyborców nie przekraczał dotąd 10 proc. Po kampanii, jaką rozkręcili Thiat i koledzy, w sierpniu nastolatki tworzyły długie kolejki do komisji rejestracyjnych i niewykluczone, że w lutym to właśnie oni zdecydują o przyszłości swojego kraju.

Dlatego krótkie memo dla organizatorów marszu w Warszawie. Dla sąsiadów Działu Zagranicznego z Pragi, idolem nie jest Adam Michnik, tylko Peja. Więc na przyszłość, jak się organizuje biede, to warto zadbać o poparcie tego, który ich reprezentuje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ogóle, to jeśli idzie o senegalską scenę rapową, Dział Zagraniczny poleca jeszcze ekipę Daara J (która niektórym w Polsce powinna być już znana, bo tu koncertowała):

Andrzej Zaucha prezydentem

O Haiti można powiedzieć wiele złego. W zasadzie, jeżeli się zastanowić, to można powiedzieć praktycznie tylko złe rzeczy. Bieda, przemoc, korupcja, bezrobocie, analfabetyzm. To kraj, z którego mieszkańcy uciekają nawet na Kubę, która – powiedzmy sobie szczerze – nie jest powszechnym marzeniem emigranta.
Jeżeli jednak chcielibyśmy koniecznie rzucić jakiś komplement pod adresem tego kraju, to ten na pewno pasuje: Haiti knows how o party.

To będzie krótki post, nie ma się co rozwodzić. Chodzi o to, że prezydenckiej rodzinie idzie śpiewająco. Dosłownie.
Michel Martelly rządzi krajem od maja. Ale zanim rok wcześniej wygrał wybory, na ulicach Port-au-Prince znany był po prostu jako Sweet Micky. I każdy taksówkarz w mieście miał przynajmniej jedną jego kasetę w samochodzie.

Sweet MickyDział Zagraniczny głosowałby na tego kandydata

Sweet Micky przez lata był dla Haiti tym, czym dla Polski byłby Andrzej Zaucha, Piasek i Ryszard Rynkowski, gdyby dało ich się połączyć w jedno.
Zaczynał dwie dekady temu, rewolucjonizując kompas, narodowy styl muzyczny Haiti. Podobny do merengue (chociaż akordeon nie odgrywa tu nawet w połowie tak ważnej roli), jest jednak wolniejszy, a jego cechą szczególną jest charakterystyczny rytm bębnów. Od połowy XX w. wykonywały go dość liczne zespoły, aż w latach 80. syntezatory Casio poleciały w dół z ceną i rynek przeżył inflację. Każdy, kto był choć trochę muzykalny i miał parę groszy na keyboard, mógł skrzyknąć trzech ziomków i założyć kapelę. A dla właścicieli klubów, dwa razy mniejszy koszt za chłopaków, którzy zagrają to samo (choć może z nieco bardziej syntetycznym dźwiękiem), był jak dar z nieba. Wkrótce całą wyspę opanowała Nouvelle Génération, na czele której stał właśnie Sweet Micky.
Martelly zaczął mieszać tradycyjny kompas z disco, które w Stanach właśnie zastępowało funk, a potem dodawał elementy salsy, reggae, soca czy zouk. Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie teksty. Prześmiewcze, łączące kabaret z poważnymi obserwacjami socjologicznymi, podane w ostrym, czasem po prostu wulgarnym sosie. Micky potrafił komentować otaczającą go rzeczywistość jak nikt inny. A przede wszystkim, wiedział jak śpiewać o dziewczynach i do dziewczyn. Stąd “Sweet”. Po kraju szła fama, że na scenie robi show jak nikt inny, więc na koncerty waliły tłumy. Efekt? Każdy kolejny singiel stawał się natychmiastowym hitem. Najbardziej znanym poza granicami Haiti, jest chyba “Pa Manyen”:

Co ciekawe, Martelly nigdy nie stronił od władzy. Kumplował się z większością klasy politycznej, przybijał piątki z ludźmi, którzy w takim, czy innym momencie byli zamieszani w zamachy stanu, czy łamanie praw człowieka. Choć równocześnie wciąż potrafił ich ostro krytykować – był jednym z najgłośniejszych przeciwników Jean-Bertranda Aristide’a. Jednak decyzja o tym, żeby kandydować w zeszłorocznych wyborach, dla wielu była prawdziwym zaskoczeniem.
Sweet Micky doskonale wiedział co robi. Na wyspie znał go dosłownie każdy i to od 20 lat. Kojarzył się prawie wyłącznie dobrze, od dawna angażował się w liczne akcje humanitarne, a dzięki całej walizce hitów, nawet nie musiał robić kampanii wyborczej – wystarczy, że w radiu zagrali choć jedną jego piosenkę. Zresztą, wiece, które urządzał i tak bardziej przypominały koncerty, niż mitingi polityczne.
Efekt? Przeszedł do drugiej tury, a tam z łatwością pokonał popieranego przez ówczesny rząd kontrkandydata. Skończył się Sweet Micky. Karierę zaczął Michel Martelly.

Prezydent MartellyCo, jak co, ale mikrofon prezydentowi Haiti niestraszny (Fot. Jim Watson/AFP)

Warto to wszystko przypomnieć, bo na Haiti właśnie wraca Micky. Tyle, że nie Sweet, a Ti. Ti-Micky znaczy bowiem “Mały Micky”, a jego prawdziwe imię to Sandro Martelly. 18-letni syn prezydenta właśnie wydał swoją debiutancką płytę. Pierwszy singiel? Proszę bardzo:

Co ciekawe, to pierwszy solowy album Małego. Wcześniej nagrywał już z bratem, Olivierem (to ten od Big O Productions). Który – oczywiście – też rozwija swoją karierę muzyczną:

Parę lat robi swoje, bracia wyraźnie podrośli od ostatniego hitu:

No i tu niespodzianka. Kogo widzimy przez pierwsze minuty nagrania? Tajest – Wyclef Jean, live and kicking. Niedoszły przeciwnik Martelliego w wyborach.
Wyclef zrobił niesamowitą karierę w Stanach, najpierw z The Fugees, a potem solo. Ale nigdy nie zapomniał o Haiti, skąd wyjechał w wieku 9 lat. Do dziś nagrywa z lokalnymi artystami, wydaje składanki z ich muzyką i jest przewodniczącym Yéle Haiti fundację dobroczynną, wspierającą dzieciaki na wyspie. W zeszłym roku najwyraźniej uznał, że to nie wystarczy i postanowił zrealizować program własnego przeboju:

Jean kumpluje się z Martellim i nie wiadomo, jak by się to odbiło na ich przyjaźni, gdyby musieli rywalizować w wyborach. Na szczęście (?) do tego nie doszło, bo komisja wyborcza zabroniła Wyclefowi startu z powodów proceduralnych (choć, zdaniem wielu, to wybieg, bo urzędnicy wycinali wówczas wszystkich, którzy mogliby zagrozić kandydatowi rządu, Sweet Micky o mały włos też nie został skreślony).

Tak, czy inaczej, Haiti rządzi dziś gwiazda muzyki. Która ma w odwodzie dwie pociechy, będące na najlepszej drodze do zostania gwiazdami. Czy za sukcesem w szołbizie podąży kariera polityczna, śladami ojca? Dopiero zobaczymy, ale w razie, gdyby Haiti chciało odpocząć od rodziny Martellich, to zawsze może sobie wybrać innego śpiewającego prezydenta. Ich najlepszego ziomka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jakiś czas temu, wiele nagród zdobył film dokumentalny “Ghosts of Cité Soleil”. Cité Soleil, Miasto Słońca, to najgorszy slums na Haiti. Film opowiada o terroryzujących go gangach, a konkretnie dwóch jego przywódcach, braciach Billym i Haitan 2Pac’u. Obaj się kochają i nienawidzą, obaj są bezwzględni i okrutni, i obaj chcieliby się wyrwać z piekła, w którym przyszło im żyć. Pierwszy – zostając prezydentem. Drugi – nagrywając rap i uciekając do Stanów. Jest taka scena, gdzie dzwoni właśnie do Wyclefa, puszcza sobie na kasecie podkład i rapuje mu do słuchawki, a na koniec mówi: “Wyclef, musisz mi pomóc, bo ja tu zginę”.
Naprawdę warto obejrzeć:

Roots, Rock, Reggae

Robi się ciepło, lato coraz bliżej, przeglądam lineupy różnych festiwali i próbuję wyłapać co w tym roku będzie warte zobaczenia. No i nagle w “Antigua Observer” trafiam na informację, że na Karaibach powstaje nowy gatunek muzyczny. Nie wiem, jak u innych, ale kiedy czytam “Dredrock”, to przed oczami od razu stają mi Bad Brains. Albo chociaż Skindred:

W ogóle ragga ficzuringów było w rockowych numerach sporo. Gdy byłem dzieciakiem, to nad Wisłą chyba najbardziej znany taki numer to było “Who’s The King” Dog Eat Dog (gościnnie nawinął Darryl Jenifer z Bad Brains), ale chyba tylko dlatego, że wokalista lata tam w hokejowej bluzie z napisem “Polska”.

Bad BrainsNo i Mos Def twierdzi, że biali ukradli czarnym rakienrola

No w każdym razie Dredrock. Lektura tekstu przynosi informację, że za nowym stylem muzycznym stoi jeden konkretny zespół – Plati & The Naykid-I. A jego wokalista właśnie objeżdża Antyle, promując pierwszy album grupy, który na półki ma trafić w przyszłym miesiącu. Akcja wydaje się trochę naciągana, kiedy czyta się jego wypowiedź:
– Chcemy, żeby reszta planety nie patrzyła na nas jak na pojedyncze kraje, jak to jest z reggae u Jamajczyków czy soca na Trynidadzie, tylko jak na jeden duży gatunek, który jednoczy całe Karaiby.

Słabe, wiem. Ale można mieć jeszcze jakieś drobne, drobniutkie nadzieje, że może jednak. Że może to będzie kawałek dobrej nuty. Że okolica, która wydałą już z siebie tyle perełek, zaskoczy nas czymś jeszcze. I że może będzie to naprawdę troche cięższe granie, bo przecież:
– Zaczynamy od rockowego założenia. Zawsze musimy mieć [w utworze, tak przynajmniej zakładam – przyp. DZ] gitarę rockową – ciągnie Plati.

No więc człowiek ma nadzieję. A potem widzi to:

W sumie nie jest to jakieś wielkie zaskoczenie. Powiedzmy sobie wprost, że większość tego, co z tego regionu trafia do europejskich dyskotek to zwykłe karaibskie disco polo. Dancehall, reggaeton, soca itd. nagrywają tropikalne odpowiedniki Bayer Full czy innych Boysów. I git, nie ma się co spinać, impreza to nie wieczór poezji śpiewanej.
Jest tylko jedna sprawa. Vybz Kartel może i wygląda jak wyjęty z dyskoteki pod Jelenią Górą i wylewa z siebie treści, które po przetłumaczeniu na polski zrobiłyby z niego boga we wszystkich remizach od Poznania po Lublin. Ale kolego Plati! Ani on, ani żaden z jego kolegów nie wciska dla promocji kitu, że robi rocka.

No, w każdym razie – jeżeli za kilka lat na jakimś festiwalu usłyszycie, że Scena Zielona jest tego dnia poświęcona Dreadrockowi, to pamiętajcie: dla własnego bezpieczeństwa lepiej najpierw odwiedzić bar.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Homo Latino

W najnowszym numerze tygodnika “Wprost” (21-27 lutegp 2011) jest mój tekst o sytuacji homoseksualistów w Ameryce Łacińskiej.
W skrócie chodzi o to, że najbardziej katolicki kontynent świata przez ostatnie kilka lat zrobił jakiś niesamowity skok kulturowy i jest teraz bardziej przyjazny gejom i lesbijkom niż klub Toro w Warszawie. Związki partnerskie, małżeństwa, adopcja dzieci: junejmyt, od Baja California po Patagonię to wszystko jest już faktem, a gdzie nie jest, to zaraz będzie.
Powodów, dla których latynoskie republiki liberalizują się na wyścigi, jest oczywiście mnóstwo i są bardzo zróżnicowane, ale w tekście skupiam się na tym, jak świetną pijarową robotę odwaliły środowiska LGBT, promując swoje wartości tam, gdzie patrzy cały kontynent: w telenowelach.

Zainteresowanym polecam zajrzeć do najnowszego “Wprost”, moim zdaniem warto.

BotinerasSporo się zmieniło od “Niewolnicy Isaury”

Tymczasem Dział Zagraniczny chciałby lekko rozwinąć wątek i pokazać, że latynoska publiczność mogła się przez ostatnie lata oswajać z homoseksualizmem nie tylko w ultrapopularnych operach mydlanych, ale też i na innych polach popkultury. Nie będziemy tu pisać pracy magisterskiej, po prostu przelećmy bardzo szybko przez trzy z nich.

Film.
Kino latynoskie od dawna udowadnia, że potrafi się mierzyć z trudnymi tematami i na ogół wyjść z tego starcia zwycięsko (ba! potrafią machnąć nawet film sensacyjny, który ogląda się jak dramat psychologiczny: patrz obie części “Elitarnych”). W produkcjach z najwyższej półki nie mogło więc zabraknąć wątków gejowskich. Dwa przykłady takich właśnie filmów:

Kubański “Fresa y chocolate” (w 1994 r. nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nie zdobył, zgarnął za to Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie i hiszpańską Goyę):

Oraz brazylijski “Madame Sata” z 2002 r.:

Telewizja.
Tym Latynosom, którzy nie chodzą do kina, tematy LGBT też nie są obce. Pod warunkiem, że śledzą mały ekran.
Od Meksyku po Chile, stacje telewizyjne nadają w porach obiadowych długie (naprawdę: długie, dłuuugie!) programy plotkarskie, prowadzone na ogół przez kilkuosobową grupę przekrzykujących się osób, z których jedna zawsze jest gejem. Miliony telewidzów mogą się codzienie przekonać, że z homoseksualistą można normalnie porozmawiać i prawie na pewno nie ugryzie.
Inna rozrywka bardzo złej jakości, która sprzyja tolerancji? Proszę bardzo: reality shows. Jeżeli ktoś z czytelników zastanawia się teraz, czy ktoś jeszcze ogląda “Big Brothera”, to tak: w Ameryce Łacińskiej to wciąż coś. A od homoseksualizmu aż w nim kipi, spójrzmy tylko na najnowszą edycję w Argentynie. Jedna dziewczyna to lesbijka, jej kolega z programu trzy lata temu zdobył tytuł “Mr. Gay Cordoba”, a jeszcze inny chłopak urodził się jako dziewczyna. O czym mówi tu:

Muzyka.
Ameryka Łacińska to kontynent, który pulsuje rytmem. A ci, którzy do niego śpiewają, coraz częściej ujawniają się jako homoseksualiści. Już nawet mniejsza z tymi, którzy są znani tylko na swoim podwórku (jak Lisa Marrero w Portoryko, czy Rita Indiana na Dominikanie), ale o swojej orientacji mówią już otwarcie prawdziwe megagwiazdy. Ricky Martin. Angelo Garcia (który zaczynał karierę razem z Martinem w boysbandzie Menudo). Czy wreszcie Christian Chavez, wokalista szaleńczo popularnego zespołu RBD, który powstał na bazie jednej z najpopularniejszych telenowel na świecie: “Rebelde” (nadawanej też w Polsce).
Ale chyba zdecydowanie najciekawszy wątek w muzyce, to zespoły i wokaliści, którzy są stuprocentowo hetero, ale ich czas już dawno minął, więc teraz nagrywają dla publiczności homo, która okazuje się być ich najwierniejszą bazą. Weźmy na przykład zespół Pimpinela, nagrywający tak straszny pop, że Dział Zagraniczny płacze za każdym razem, gdy to słyszy (czyli, na szczęście, rzadko). Pimpinela byli w latach 80. prawdziwymi gwiazdami, ale teraz na próźno szukać ich w mainstreamie. Mają się za to świetnie na scenie gejowskiej, a remix ich piosenki “Tengo derecho a ser feliz” (“Mam prawo do bycia szczęśliwym”) to jeden z największych hitów w gay-friendly klubach Buenos Aires.
Absolutnym mistrzem jest Gualberto Castro. Meksykański kowboj był niekwestionowanym królem list przebojów w 1973 r. Teraz, na emeryturze, mieszka sobie w Las Vegas. Plany na przyszłość? 24 lutego (tak, pojutrze) odsłania własną tabliczkę na Alei Gwiazd, a miesiąc później wydaje nową płytę, na której wszystkie 12 piosenek będzie o gejach, którzy – jak się okazuje – są jego najbardziej hardcorową fanowską bazą. Dział Zagraniczny nie wie, czy nowy album będzie miał jakieś promocyjne teledyski, ale modli się o to, znając wcześniejsze dokonania pana Castro:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na sam koniec lekki bonus. We “Wprost” piszę między innymi o telenoweli “Botineras”, gdzie jest wątek gejowskiej miłości dwóch piłkarzy. Słowa tego nie oddadzą, trzeba to zobaczyć, więc poniżej fragment. Czy ktoś to sobie wyobraża w “Na dobre i na złe”?

Paragraf na słowa

Jest taki kraj, gdzie za śpiewanie piosenek można trafić za kratki. Kuba? Białoruś? Korea Północna? Nie, słoneczna ojczyzna Bossa Novy: Brazylia.

Wiele osób pewnie żyje w przeświadczeniu, że mieszkańcy Rio de Janeiro budzą się przy “Mas Que Nada”, a spać kładą się kiedy wybrzmi Bebel Gilberto. Pewnie tak: w świecie, gdzie Radio Zet gra Chopina. W rzeczywistości okolice Chrystusa z Corcovado pulsują cięzkim basem i motorycznymi rytmami. W favelach rządzi funk carioca.

Wbrew nazwie, styl ma bardzo niewiele wspólnego z prawdziwym funkiem. W rzeczywistości wywodzi w prostej linii od Miami bassu, który eksplodował w Stanach w latach 80, a który DJ-e z Rio zaczęli szybko przerabiać na swoją modłę, w której rozkochała się młodzież ze slumsów. Od tamtej pory szybkie tempo i teksty o seksie zapełniają parkiety na wzgórzach. I denerwują ludzi z bogatszych dzielnic.

CorcovadoMniej metrów niż w Świebodzinie, za to soundtrack lepszy (Fot. O Globo)

Krytycy najczęściej oskarżają funk carioca o mizoginię, sprowadzenie kobiet do roli obiektów seksualnych i w ogóle wulgarność. Co jednak nie przeszkadza dziewczynom nie tylko zapełniać imprezy, ale i samemu nagrywać hity.
To, że komuś nie podoba się ocieranie krocza o tyłek może śmieszyć, ale są i poważne zarzuty. Część piosenek, określanych jako styl proibidão, “zabroniony”, jest bardzo brutalna w treści. Wokaliści ze szczegółami opisują morderstwa, strzelaniny i handel narkotykami. Część z nich, to po prostu czysta gloryfikacja konkretnych gangów, teksty są ewidentnie pisane na ich zamówiene.
Muzycy bronią się, że ludzie spoza slumsów nie rozumieją roli, jaką spełniają ich utwory.
– Funk to nasze CNN – mówi jego największa gwiazda, DJ Marlboro – Mieszkańcy faveli opowiadają w nim o tym co myślą, używając swojego własnego slangu.
Świetnym przykładem jest “Rap das Armas”, którego można posłuchać między innymi w znanym filmie “Elitarni”. Zaczyna się od wychwalania pięknych stron życia w Rio, żeby po chwili zagłebić się w opisy przemocy i korupcji, które nękają jego najuboższych mieszkańców.

Ale nie muzyka spotyka się z największym potępieniem, tylko imprezy, na których jest grana. Od nich bierze się zresztą nazwa, pod którą gatunek jest znany poza Brazylią: baile funk. Policja głosi, że są organizowane przez dilerów, żeby mogli na nich opchnąć większą ilość prochów. Ale zamiast wziąć się za zwalczanie narkotyków, stróże prawa wolą po prostu rozbijać dyskoteki.
– To zbieraniny szumowin – naczelny komendant Marcus Jardim nie pozostawia wątpliwości, co myśli o imprezowiczach – Nie mogę im zabronić tanczyć, ale mogę im to utrudnić.
Na zarzuty, że grają dla bandytów, zwięźle odpowiedział jeden z najbardziej znanych wokalistów, Ticão:
– Sami spróbujcie pomieszkać w faveli i powiedzieć tym typom, że dla nich nie zaśpiewacie.

Jednak ani Ticão, ani czterech innych jego kolegów, przez jakiś czas nie zaśpiewa dla nikogo. W środę zostali aresztowani pod zarzutem, że w swoich piosenkach “promują przemoc i wciągają młodzież w handel narkotykami”. Jeżeli sąd przychyli się do opinii, że słowa to przestępstwo, posiedzą za nie od 3 do 10 lat.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jeden z zatrzymanych, MC Galo, wystąpił wcześniej w filmie dokumentalnym “Favela on Blast”, który można było obejrzeć między innymi na ubiegłorocznej edycji Warszwskiego Festiwalu Filmowego. Kto nie zna, temu Dział Zagraniczny poleca. Trailer: