Archive

Posts Tagged ‘Najemnicy’

Akademicy wracają z ferii

Przed Wigilią, z Iraku wyjechał ostatni amerykański żołnierz. I pewnie nieprędko tam wróci. Ale pod natłokiem medialnych analiz przemówienia Obamy i migawek z honorowego zwijania flagi USA w bagdadzkiej bazie Victory, mało kto zauważył, że wielki comeback nad Eufrat i Tygrys szykuje inna owiana tam niesławą armia. Nasi starzy znajomi – najemnicy z Blackwater.

Blackwater

Dział Zagraniczny pisał już o Blackwater dość wyczerpująco, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilku faktów.

Tę największą na świecie armię najemników założył Erik Prince, człowiek, którego najlepiej podsumowuje to, że zrezygnował z odbywanego w młodości stażu w Białym Domu, bo oburzało go, że członkowie administracji prezydenta Busha (tego starego) spotykają się tam z przedstawicielami tak nikczemnych środowisk jak homoseksualiści i ekolodzy. Po latach, już za czasów Busha juniora, jego firma dostała kontrakty w Afganistanie i Iraku, gdzie szybko dała się poznać z najlepszej strony. Specjalność: kradzież broni, przemyt tejże, pranie brudnych pieniędzy, korzystanie z nieletnich prostytutek i imprezy z taką ilością kokainy, że zakłopotany byłby nawet Pablo Escobar.

Ale popisowym numerem chłopaków z Blackwater było mordowanie cywilów. Najlepiej na oczach świadków, żeby później nikt nie mógł powiedzieć, że to lipa. A to raz, na oczach amerykańskich żołnierzy, najemnicy Prince’a ostrzelali sobie jakiś samochód, zabijając wszystkich w środku, a to innym razem sprzedali kulę w łeb kierowcy karetki. Czemu? A czemu nie? Szczyt osiągnęli w 2007 r., kiedy na bagdadzkim placu Nisour położyli trupem 17 osób. Szlachta się bawi, na koszta nie baczy.

Niestety, ułańskiej fantazji Prince’a i kolegów najwyraźniej nie podzielał nikt poza nimi. Ich zbrodnie skrupulatnie odnotowała w specjalnym raporcie armia USA, rząd Iraku cofnął im licencję na działalność na terenie jego kraju, a krewni licznych ofiar ruszyli do sądów z pozwami. Żeby oczyścić trochę powietrze, w 2009 r. Blackwater zmieniło nazwę na Xe, a już rok później Prince sprzedał firmę i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, żeby według własnych słów: “Utrudnić szakalom dobranie się do moich pieniędzy”.

Erik PrinceErik Prince opowiada, co robił w weekend (Fot. Mark Wilson/Getty Images)

Ale starego psa nie uczy się nowych sztuczek. Prince pozostał w zawodzie: za pieniądze arabskich szejków uzbraja armię Puntlandu, samozwańczego państwa na północy Somalii a zarazem siedziby tamtejszych piratów. Tymczasem Xe kupili bliscy przyjaciele jego rodziny, którzy cały ubiegły rok spędzili na mozolnym odbudowywaniu marki. Nie szczędząc przy tym grosza na nowych sojuszników. W ostatnich miesiącach, zatrudnienie w firmie znaleźli między innymi były prokurator generalny John Ashcroft, dawny prawnik Billa Clintona Jack Quinn, oraz Suzanne Folsom, która przez lata pracy w AIG wyrobiła sobie kontakty na wagę złota.

I tak, na Gwiazdkę stał się cud. Xe zmieniło nazwę na Academi. I chce wrócić do Iraku.

Wycofanie się amerykańskich wojsk z Iraku, przywitali z ulgą wszyscy, za wyjątkiem pracujących tam dyplomatów. Którzy wpadli w panikę, bo w takich przypadkach, jak np. wjechanie konwoju na minę, pod nieobecność żołnierzy sprawną ewakuację drogą powietrzną są w stanie przeprowadzić tylko doświadczeni i dobrze wyposażeni najemnicy. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Departament Stanu, który dla ochrony swoich pracowników w Iraku już zatrudnia 5 tys. kontraktorów, a na dwa miesiące przed wycofaniem się armii, ogłosił, że poszukuje prywatnej firmy, która jest w stanie zapewnić właśnie ratownictwo drogą lotniczą. Nad Tygrysem i Eufratem znowu można zarabiać.

Blackwater aka Xe vel Academi nie chce zostawać z tyłu. Ted Wright, nowy szef firmy, zapowiada w rozmowie z magazynem “Wired”, że jej głównym celem jest znowu robić interesy nad Zatoką Perską. A wątpliwości, że iracki rząd może jednak mieć zastrzeżenia co do powrotu specjalistów od radosnego pociągania za spust w zatłoczonych miejscach, Wright rozwiewa zapewnieniami, że korporacja zapozna swoich pracowników z “nowym kodeksem postępowania”, a podstawą jej działalności będą od tej pory “odpowiedzialność i przejrzystość”.

Jak to na akademików przystało.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Armia na każdą kieszeń

Jakiś czas temu, pewien magazyn zamówił u mnie tekst o najemnikach. Materiał dostarczyłem szybko, ale właśnie wtedy zatrzęsło Japonią i artykuł trafił do poczekalni. A teraz dowiedziałem się, że koncepcja się zmieniła i nie pójdzie już w ogóle.
Ponieważ o najemnikach zdążyły już od tamtej pory napisać między innymi “Przekrój” i “Wyborcza”, to nie ma sensu, żebym oferował tekst innym redakcjom i wrzucam go tu w lekko okrojonej wersji. Endżoj.

Najemnicy w LibiiMężczyzna oskarżony przez libijskich rebeliantów o bycie najemnikiem (Fot. Goran Tomasevic/Reuters)

Muammar Kaddafi zwalcza rewolucję w Libii, zatrudniając setki najemników. Nie jest to jego wybryk, z ich usług korzystają państwa na całym świecie, a zawód kojarzący się z książkami od historii, jest dziś dochodowy jak nigdy

Cios. Czarnoskóry mężczyzna łapie się za głowę, twarz wykrzywia mu ból. Ludzie kłębią się dookoła, krzyczą, popychają. Są wściekli. – Kto ci rozkazał?! – wołają – Kto?! Kaddafi?! Ofiara jest skołowana, wodzi dookoła pustym wzrokiem. – Oficerowie… – mamrocze niewyraźnie i wyciera rozbity nos. Chwilę później pięść znowu ląduje na jego twarzy, przewraca się, najbliżej stojący zaczynają go kopać. – Już dość! Nie bijcie go! – słychać wołanie. Filmik się urywa. Następne wideo: zakrwawiony Afrykanin w mundurze i wojskowych butach, leży na ziemi i błaga o litość. Kilku Arabów zasłania go własnymi ciałami, inni próbują uspokoić tłum, który chce go zlinczować. Po minucie nagranie się kończy. Nie wiadomo, co stało się z mężczyzną, ale inny materiał jest bardziej szokujący – biały jeep, na masce leżą dwa sine, czarne ciała. Gapie robią zdjęcia komórkami.
To tylko trzy z kilkudziesięciu kręconych telefonami filmików, jakie każdego dnia wrzucają do internetu Libijczycy próbujący obalić dyktaturę Muammara Kaddafiego. Mają potwierdzać podawane przez światowe media informacje, że pułkownik wysłał przeciw własnemu narodowi ściągniętych z Afryki Zachodniej najemników. To hasło może się czytelnikom kojarzyć ze średniowieczem. Nic bardziej mylnego. W dzisiejszych czasach najemnictwo nie tylko ma się świetnie. Jest nawet jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie.

Armię wynajmę od zaraz
Kaddafi nie musiał szukać długo, żeby znaleźć chętnych do walki w swojej obronie. Przez lata wspierał finansowo partyzantów z Czadu, Sudanu czy Nigru, od których mógł teraz zażądać spłaty długów. Ale wygląda na to, że w panice sięgnął po każdego, kto chciał zarobić – Al-Dżazira podaje, że w Nigerii i Gwinei pojawiły się oferty po 2 tys. dolarów zapłaty dla tych, którzy zdecydują się tłumić rewolucję w Libii.
Afryka to prawdziwy supermarket, w którym każdy z odpowiednio głęboką kieszenią może wybierać takich najemników, jakich tylko zapragnie. Krwawe konflikty w Liberii, Kongu, Rwandzie czy Sudanie, pozostawiły po sobie zastępy weteranów, którzy tylko czekają na oferty.
Kiedy w 1991 r. Zjednoczony Front Rewolucyjny rozpoczynał mającą potrwać 11 lat wojnę domową w Sierra Leone, 80 proc. jego członków pochodziło z krajów sąsiednich, a opłacano ich nielegalnie wydobywanymi diamentami. 7 lat temu Mark Thatcher, syn Margaret, byłej premier Wielkiej Brytanii, sfinansował wyprawę niemal setki byłych żołnierzy z RPA, którzy mieli obalić przywódcę bogatej w ropę Gwinei Równikowej. Do tego grona dołączył ostatnio Laurent Gbagbo, dotychczasowy prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej, który nie chce się pogodzić z przegraną w listopadowych wyborach, więc do pomocy sprowadził sobie byłych partyzantów z Liberii.
Jednak większość współczesnych najemników operuje nie tylko w Afryce, a ich pracodawcami nie są wcale egzotyczni dyktatorzy. W rzeczywistości, największym z nich są Stany Zjednoczone.
Od kilkunastu lat branżą rządzą prywatne kompanie wojskowe. Działają jak dawni kondotierzy, którzy w czasach renesansu wynajmowali całe armie włoskim miastom-państwom i walczyli o ich sprawę za sowite wynagrodzenie. Nowocześni kontraktorzy to nastawione na zysk korporacje, które klientom oferują pełny zakres usług: od wojskowego treningu, przez analizy, wsparcie operacyjne, strategiczne planowanie aż po działania militarne.
Kompanie w niczym nie ustępują armiom z prawdziwego zdarzenia. Swoich pracowników rekrutują spośród byłych żołnierzy sił specjalnych i policjantów z elitarnych jednostek antyterrorystycznych. Ich szeregi zasilają między innymi dawni wojskowi z amerykańskich Navy SEALs, nepalscy Ghurkowie (chluba armii brytyjskiej) czy emerytowani oficerowie polskiego GROM-u (dwóch z nich, pracując dla jednej z tych organizacji, zginęło w 2004 r. w Iraku). Korporacje kuszą ich fantastycznymi zarobkami. W firmach ze Stanów Zjednoczonych, personel tej narodowości na niektórych kontraktach dostaje nawet po okrągły tysiąc dolarów wypłaty dziennie. Pracownicy z innych krajów na aż takie luksusy liczyć nie mogą, ale i tak ich pensje kilkakrotnie przewyższają państwowy żołd.
Dawniej do tego biznesu trafiało się przez znajomości, już po odejściu z czynnej służby. Teraz popyt jest tak duży, że kompanie szukają nowych członków nawet podczas trwających misji, np. w Afganistanie działa kilkanaście punktów werbunkowych, w tym jeden nieopodal polskiej bazy wojskowej Gardez.
Z usług najemników korzystają praktycznie wszyscy działający w strefach zagrożenia. Przedsiębiorstwa wydobywające ropę i diamenty, organizacje pozarządowe, dziennikarze, nawet ONZ wynajmowało ich do ochrony swoich konwojów humanitarnych. Najbardziej lukratywne są jednak kontrakty rządowe. W latach 90. firmy tego typu tłumiły bunty między innymi w Sierra Leone, Angoli czy na Papui-Nowej Gwinei, licząc sobie za to grube miliony. Żaden kraj nie był jednak tak hojny jak Stany Zjednoczone, które od 2001 r. miały przeznaczyć na ich kontrakty ok. 100 mld dolarów.
W Iraku ich personel był drugim pod względem liczebności kontyngentem zbrojnym po Amerykanach, ale już w Afganistanie prześcignęli USA dwa lata temu. Kompanie zajmują się praktycznie wszystkim: od prowadzenia i zaopatrywania stołówek, przez stróżowanie w bazach wojskowych, szkolenia dla żołnierzy, i konwojowanie ładunków (jedna z nich wspomagała między innymi transport rosomaków dla polskiej armii w Afganistanie trzy lata temu). Przede wszystkim zajmują się jednak ochroną zagranicznych oficjeli.
Ich popularność bierze się stąd, że są tańsi niż tradycyjne wojsko i absolutnie skuteczni: w Iraku nigdy nie zginął żaden z ochranianych przez kompanie dyplomatów (jedna z nich w 2007 r. uratowała życie polskiemu ambasadorowi Edwardowi Pietrzykowi, na którego przeprowadzono zamach przy użyciu samochodu-pułapki).

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością
– Złodzieje za dnia, terroryści nocą – tak o działających w Afganistanie prywatnych kompaniach wojskowych wyraził Hamid Karzaj, prezydent kraju.
Blackwater (po fali skandali zmieniła nazwę na Xe, żeby odciąć się od starego wizerunku), do niedawna największa i najbardziej znana z korporacji, co prawda z wszystkich powierzonych jej zadań wywiązywała się celująco, ale przy okazji miała prać brudne pieniądze i przemycać broń. Jej najemnicy tylko w latach 2005-2007 wdali się w prawie 200 strzelanin, a późniejsze śledztwo pokazało, że 80 proc. z nich sami zaczęli. Najgłośniejsza była ta z 16 września 2007 r., kiedy w centrum Bagdadu zabili 17 cywilów, w tym lekarkę i jej dziecko. Żołnierzy innego potentata branży, DynCorp, oskarżano, że w Bośni brali udział w fałszerstwach dokumentów i stręczycielstwie. Sandline International, założona przez skompromitowanych weteranów apartheidu z RPA, łamała embargo ONZ na dostawy uzbrojenia do Sierra Leone. Wiele firm bez cienia skrupułów uczy też wyrafinowanych technik wojskowych klientów, których reputacja jest co najmniej wątpliwa (np. Saracen International szkoli od zeszłego roku siły zbrojne Puntlandu, nieuznawanego przez żadne państwo na świecie rządu w północnej Somalii, który odłączył się od reszty kraju podczas wojny domowej). Problem w tym, że nie bardzo wiadomo kto miałby ich za to wszystko pociągać do odpowiedzialności..
Większość kompanii to byty niemal wirtualne. Na ogół składają się z wielu spółek-córek, zarejestrowanych w egzotycznych krajach i powiązanych ze sobą na tyle niejasno, że trudno dojść która jest tak naprawdę za co odpowiedzialna. Na etatach pracuje w nich garstka osób, a najemników zatrudniają u siebie czasowo, tylko na czas wykonania umowy z klientem, po czym wypuszczają ich z powrotem na rynek. W ten sposób jeden weteran może w ciągu roku wziąć udział w kilku misjach bojowych na dwóch zupełnie różnych kontynentach, pracując dla różnych korporacji. W takich przypadkach nie wiadomo kto kogo i gdzie miałby sądzić. W dodatku ostatnie lata mogą najemników jeszcze utwierdzać w przekonaniu, że są bezkarni.
Paul Bremer, który przez rok po amerykańskiej inwazji na Irak pełnił funkcję jego cywilnego administratora, tuż przed odejściem z urzędu wydał dekret, który de facto dawał najemnikom z USA immunitet.i wyłączał ich spod lokalnej jurysdykcji. Kiedy po słynnej masakrze w centrum stolicy, rząd w Bagdadzie odebrał firmie Blackwater licencję na działanie kraju, ta nic sobie z tego nie robiła. Sprawców strzelaniny szybko wywieziono do Stanów pod pretekstem, że będą tam sądzeni za swoje czyny, a już na miejscu sprawę od razu umorzono. W zeszłym roku założyciel Blackwater, Erik Prince, sprzedał swoją korporację i uciekł przed licznymi pozwami cywilnymi do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – To utrudni szakalom dorwanie moich pieniędzy – powiedział niedawno w wywiadzie dla „Men’s Journal”.
W przypadku najemników Kaddafiego, sprawa wydaje się jednak prostsza. Chociaż prawdziwą międzynarodową zbieraniną – doniesienia mówią o czarnoskórych żołnierzach mówiących zarówno po angielsku, jak i francusku, oraz Białorusinach, Ukraincach i kilku Włochach – to dopóki wydarzenia w Libii pozostają wewnętrzną sprawą tego kraju, są po prostu prywatnymi osobami nielegalnie używającymi przemocy. Prościej mówiąc: przestępcami i jako tacy mogą być później skazani przez zwykły sąd. Oczywiści tylko pod warunkiem, że próbę sił wygra opozycja, a nie dyktator. Bo zwycięzców się nie sądzi.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Warto jeszcze dodać, że choć libijski dyktator faktycznie sprowadził sporo czarnoskórych najemników z Afryki Zachodniej, to najprawdopodobniej większość z pojmanych przez rebeliantów mężczyzn to w rzeczywistości biedni imigranci, którzy do Libii przybyli w poszukiwaniu pracy, albo żeby dostać się z niej do Europy. Pisze o tym między innymi Mariusz Zawadzki w dzisiejszej “Świątecznej” w tekście “Robotnicy wojny”. Dobry artykuł, polecam.

Szakale i humanitaryzm

04 stycznia we wpisie “Psy wojny” (a jeszcze wcześniej, choć tylko zarysowując sprawę, 05 grudnia we wpisie “Johnny Depp bez pudru”) Dział Zagraniczny informował o bardzo tajemniczej działalności najemników w Somalii, w którą zamieszani są były wysokiej rangi dyplomata z USA i emerytowany superagent CIA. Okazuje się, że sprawą zajął się też inny tytuł: The New York Times.
Wnioski są dwa. Po pierwsze, redaktorzy zza oceanu zaczynają dzień od lektury tego bloga. Po drugie, skoro biorą się za to w Stanach, to zaraz stanie się to super interesujące dla polskiego czytelnika i Dział Zagraniczny będzie musiał przestać o tym pisać.
Tymczasem korzystajmy z tego, co opublikował NYT, bo jego dziennikarze jak zwykle odwalili pełną profeskę i odkryli wszyskie tajemnice. Które mieszczą się w trzech słowach: Zjednoczone Emiraty Arabskie. No i może jeszcze w bonusie: Blackwater.

Więc tak, tym tajemniczym “państwem muzułmańskim”, które sponsoruje działalność Saracen International w Rogu Afryki są Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zdaniem informatorów NYT, Abu Zabi sfinansowało prowadzone przez firmę szkolenie sił antypirackich i jej uzbrojenie, bo działalność somalijskich korsarzy coraz bardziej zagraża interesom arabskiego państewka. Szejkowie nie pozwalają sobie na nieprzewidziane straty.
Dużo ciekawszy jest za to poufny raport Unii Afrykańskiej z 12 stycznia, do którego dotarli amerykańscy dziennikarze. Wynika bowiem z niego, że inicjatorem całej akcji, jej pierwszym sponsorem i pośrednikiem pomiędzy Saracen a Emiratami jest nie kto inny jak sam Erik Prince.

Prince to były komandos Navy SEALs, z którymi był na misiach między innymi na Haiti i w Bośni. Do historii przeszedł jednak dopiero po zakończeniu służby, kiedy w 1997 roku założył niesławne Blackwater, prywatne przedsiębiorstwo wojskowe, a de facto armię najemników. Firma zbiła fortunę na kontraktach z rządem USA po jego inwazji na Afganistan, a później Irak. W Zatoce Perskiej prywatni kontraktorzy stanowili drugi po armii Stanów Zjednoczonych największy kontyngent wojskowy (20 tys. pracowników pełniących służbę zbrojną i kolejne 109 tys. świadczących usługi cywilne – np. zaopatrzenie i wyżywienie – na rzecz zachodniej koalicji). 1/3 wydatków na działania wojenne w Iraku trafiła do tego rodzaju przedsiębiorstw, a Blackwater była największym beneficjentem spośród tych stricte militarnych.

Erik PrinceTak, Zbyszek, który w twojej firmie naprawia komputery, w wolnych chwilach dowodzi największą armią najemników na świecie (Fot. Gerry Brome/AP)

Prince od dawna próbował znaleźć nowe rynki zbytu dla swojej działalności i najwyraźniej pogrążona w wojnie domowej od 20 lat Somalia wydała mu się idealna. Zdaniem informatora New York Timesa, już wiosną 2005 roku miał wystąpienie w kwaterze głównej CIA, której proponował, żeby oparła swoje działania paramilitarne na jego kadrze pracowniczej, a w 2008 chciał sobie zapewnić kontrakty na ochronę u przedsiębiorstw, których statki często przepływają w okolicach Somalii i są narażone na ataki tamtejszych piratów. W tym celu przerobił nawet dawny okręt oceanograficzny na jednostkę bojową wyposażoną w działka i samolot bezzałogowy.
Oczywiście sam Prince patrzy na to zupełnie inaczej.
– Dobrze wiadomo, że pan Prince od dawna chce pomóc Somalii w zwalczeniu piractwa – mówił gazecie Mark Corallo, jego rzecznik prasowy – Jest przede wszystkim zaangażowany w starania humanitarne.

Przypomnimy zatem jakie to starania humanitarne były powodem zmiany nazwy firmy z Blackwater na Xe. Pracownicy Erika Prince’a w Afganistanie nie zwracali jeszcze na siebie tak ogromnej uwagi mediów, ale już w Iraku ich działania wywoływały skandal za skandalem, w sprawie wielu toczyły się śledztwa. Zarzuty o nie płacenie podatków, pranie brudnych pieniędzy, przemyt broni, wykorzystywanie nieletnich prostytutek czy wreszcie niszczenie dowodów swojej działalności to mały pikuś. Oburzenie międzynarodowej opinii publicznej brało się z tego, że najemnicy z Blackwater mieli zwyczaj strzelać do każdego, kto wzbudził ich jakiekolwiek wątpliwości.
W raportach ujawnionych swego czasu przez Wikileaks roi się od takich meldunków jak ten z 14 maja 2005, kiedy patrol amerykańskich żołnierzy melduje, że był świadkiem jak pracownicy Blackwater ostrzelali cywilny samochód, zabijając prowadzącego go mężczyznę, a jego żonę i córkę raniąc. 2 maja 2006 pracownicy firmy zastrzelili kierowcę karetki. Ale największa i najbardziej znana zbrodnia najemników Prince’a miała miejsce 16 września 2007 roku, kiedy rozpętali małe piekło na bagdadzkim placu Nisour i położyli trupem 17 cywilów.
Starania humanitarne, nie ma co.

Oczywiście tym, którzy pociągali za spust włos z głowy nie spadł, wywieziono ich z kraju, a amerykańskie władze przyznały im immunitet w zamian za złożenie zeznań. Rząd Iraku odebrał firmie licencję na działalność na terenie jego państwa, a ona sama po fali krytycznych artykułów na swój temat zmieniła nazwę z Blackwater na Xe Services. Wreszcie, w grudniu zeszłego roku, Prince miał już dość użerania się z kolejnymi pozwami, które płynęły na adres swojej korporacji i sprzedał ją grupie inwestycyjnej USTC.
Ostatnio przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
– To utrudni szakalom dobranie się do moich pieniędzy – mówił w listopadowym wywiadzie dla “Men’s Journal”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Rodzice Prince’e byli bardzo wysoko ulokowani w politycznym towarzystwie. Jednym z ich znajomych był między innymi George Bush (senior), który w 1990 wziął młodego Erika na stażystę do Białego Domu. W jednym z nielicznych późniejszych wywiadów Prince wspominał:
– Widziałem wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałem: zapraszanie przedstawicieli homoseksualistów, porozumienie budżetowe, Clean Air Act [prawo z 1990 roku o kontroli zanieczyszczeń w powietrzu, miało między innymi położyć kres groźnym w tamtym czasie kwaśnym deszczom], tego typu regulacje.

Szakale, normalnie.

Psy wojny

10 grudnia, po niebie nad Zatoką Adeńską sunie mały punkcik. To An-24, lekko przestarzały rosyjski samolot transportowy. Do celu zostało mu jeszcze sporo czasu, ale spocony kapitan już wie, że nie zdąży tam dolecieć: w baku brakuje paliwa. Decyzja może być tylko jedna, awaryjne lądowanie na najbliższym lotnisku. Maszyna robi lekki zwrot i po kilkudziesięciu minutach przysiada w Hargejsie, stolicy Somalilandu, nieuznawanego przez społeczność międzynarodową państwa, które w 1991 roku odłączyło się od Somalii. W tej samej chwili samolot otaczają umundurowani mężczyźni z karabinami maszynowymi. Ośmiu pasażerów trafia do aresztu.

LotniskoLotnisko w Hargejsie, podobnie jak Okęcie, nie podstawia swoim pasażerom rękawa (Fot. Teresa King/AP)

Cała sprawa jest bardzo tajemnicza, więcej tu białych plam i spekulacji niż twardych faktów.
Rząd Somalilandu twierdzi, że ładunek Antonowa miał trafić do Puntlandu (sąsiedniego regionu Somalii, który nigdy formalnie nie ogłosił separacji, ale który de facto rządzi się sam) i że tą przesyłką była broń. Byłoby to złamanie nałożonego w 1992 r. przez ONZ embarga na jej dostawy do Somalii. Ale jak dotąd Hargejsa nie pokazała żadnych przejętych arsenałów, a w papierach samolotu jako ładunek są wymienione tylko mundury, buty i inne równie mało zabójcze duperele.
Szybko okazało się, że wśród zatrzymanych jest dwójka dziennikarzy z RPA. Zostali natychmiast zwolnieni, nie do końca wiadomo dlaczego. Pozostali mieli być rzekomo Rosjanami, ale według agencji Itar-Tass tylko trzech jest tej narodowości. Skąd pochodzi pozostała trójka, nie wiadomo.
Tuż przed świętami gazeta “Cape Times” podała, że na rozmowy z więźniami poleciał Matt Bryden, szef ONZ-towskiej Grupy Obserwacyjnej do spraw Somalii. Ale sama komórka Narodów Zjednoczonych milczy na ten temat.
Jedyne, co tak wiadomo na pewno, to że An-24 był wynajęty przez Saracen Intarnational. I to jest dopiero interesujące.

O firmie można było po raz pierwszy usłyszeć w marcu, kiedy rząd z Mogadiszu pochwalił się, że Saracen szkoliło ich gwardię prezydencką. Niewiele później wyszło też na jaw, że organizacja trenuje armię Puntlandu, która zbroi się na potęgę. Dział Zagraniczny już podawał te informacje, ale przypomnijmy, że prowincja ma od zeszłego miesiąca między innymi sześć samolotów patrolowych. To ogromny atut w kraju, gdzie żadna inna siła zbrojna, nawet żołnierze Unii Afrykańskiej, nie dysponuje jednostkami powietrznymi.
Saracen International nie chce się dzielić żadnymi informacjami na swój temat. Strona internetowa (“W budowie”) podaje adres kontaktowy w angielskim Manchesterze, ale dziennikarzom Associated Press udało się ustalić, że są zarejestrowani w Ugandzie, a prawdziwą bazą jest Republika Południowej Afryki. Szefem całego przedsięwzięcia jest Bill Pelser, były żołnierz sił specjalnych RPA, później zatrudniony w niesławnej Executive Outcomes.
Jeżeli nazwa Wam nic nie mówi, to warto w skrócie przypomnieć czym było EO. Republika Południowej Afryki przez lata była zaangażowana w konflikty zbrojne poza swoimi granicami, przede wszystkim w Namibii i Angoli. Delikatnie mówiąc, zasady nie były dżentelmeńskie. Gdy apartheid zaczął się powoli chylić ku upadkowi, a walki wygasały, wielu żołnierzom – szczególnie mającym na sumieniu czyny nie przynoszące chwały – przed oczami stanęły zwolnienia ze służby. Właśnie wtedy część z nich założyła Executive Outcomes. Jej najemnicy pojawiali się potem praktycznie we wszystkich afrykańskich konfrontacjach lat 90. I byli diabelnie skuteczni, np. w Sierra Leone potrzebowali zaledwie miesiąca, żeby opanować Kono, region gdzie wydobywa się 2/3 diamentów z tego kraju. Zresztą, bogactwa naturalne były najczęstszą zapłatą dla wojowników: w zamian za pomoc militarną dostawali koncesje na ich wydobycie. Ropa w Angoli, kopalnie złota w Ugandzie, rozliczne interesy w Demokratycznej Republice Konga czy Etiopii. Executive Outcomes zbijało kasę wszędzie, gdzie się dało. Wreszcie, gdy ich działalność w ciemnych barwach zaczęła przedstawiać prasa, firma rozwiązała się, a jej byli pracownicy po cichu pozakładali nowe najemnicze spółki. W tym Saracen International.

Executive Outcomes“Program biwaku integracyjnego: 1. Wymuszanie koncesji. 2. Wspólne śpiewy. 3. Masakra rebeliantów. 4. Ognisko z kiełbaskami”

W całą sprawę jest zamieszanych jeszcze dwóch wybitnie interesujących ludzi. Pierre Prosper, urodzony w Stanach syn haitańskich emigrantów, który po latach zostanie jednym z czołowych amerykańskich dyplomatów i zasłuży się w ściganiu zbrodni przeciw ludzkości (między innymi z jego inicjatywy Międzynarodowy Trybunał Karny do Rwandy uznał za taką masowe gwałty, do jakich dochodziło w tym kraju). Oraz Michael Shanklin, będący kiedyś w absolutnej czołówce najlepszych agentów CIA, działający w strefach konfliktów od Somalii, przez Sudan, po Liberię (i którego życiorys Hollywood w przyszłości na pewno przerobi na film; jeżeli ktoś jest zainteresowany, to niech w archiwach “Washington Post” odszuka artykuł “Confessions of a Hero” z 29 kwietnia 2001 r.).
Obaj pośredniczą w kontaktach pomiędzy Saracen International, rządem Puntlandu i sponsorem całej imprezy. Kto płaci za samoloty, opancerzone terenówki z ciężkimi karabinami maszynowymi na pace, broń lekką, umundurowanie i szkolenie? Zgadliście: nie wiadomo. Prosper i Shanklin zdradzają tylko, że jest to “państwo muzułmańskie”, który woli pozostać anonimowym płatnikiem, a którego władze były dyplomata i szpieg namawiają do większej otwartości.

O co w tym wszystkim chodzi? Możemy tylko spekulować. Otóż Somaliland i Puntland, mimo że na swoich własnych terytoriach zaprowadziły względny spokój (szczególnie w porównaniu do reszty Somalii), między sobą wzajemnie są w stanie ciągłego konfliktu. Zatarg idzie o nieuregulowaną granicę pomiędzy oboma quasi-państwami, szczególnie regiony Sanaag i Sool. Stolicę tego drugiego, Las Anod, w 2007 r. zajęły wojska Somalilandu. Puntland od tamtej pory stara się miasto odbić, są ostre strzelaniny. Być może Somaliland podejrzewa, że nowe siły zbrojne Puntlandu wcale nie będą – zak zapowiadano – walczyć przeciw piratom (Somaliland oskarża zresztą Puntland, że daje im schronienie, podczas gdy Puntland zarzuca Somalilandowi, że robi to samo z ludźmi Al-Shabab, islamistycznej bojówki, która krawo walczy z rządem centralnym), lecz zostaną użyte do ataku na Sool. I głosnymi procesami o łamanie embarga stara się przeciwnika zdyskredytować.

Tak, czy inaczej, załoga samolotu została przez sąd w Hargejsie skazana na grzywny w wysokości 500 dolarów i rok więzienia. Po interwencji Rosji, trzech jej obywateli zostało zwolnionych. Pozostali na chwilę obecną wciąż siedzą, chociaż sędziowie okazują się równiachami i podobno powiedzieli im: “Jest taka opcja, że kasujemy wyroki. Rozumiecie? Kasujemy… Za kase znaczy. Ho ho”. Ho.

Warto się przyglądać tej sprawie, może kiedyś odegra ją na ekranie Leonardo di Caprio.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.