Archive

Posts Tagged ‘Narkotyki’

Milicja Antyobywatelska

W więzieniu w Rio de Janeiro dochodzi do buntu, osadzeni biorą zakładników. Negocjacje się załamują, jednostka specjalna policji szturmuje budynek, giną ludzie i wybucha skandal. Dowódca oddziału, podpułkownik Roberto Nascimento, bierze na siebie odpowiedzialność i zostaje zwolniony ze służby. Ale kiedy okazuje się, że na ulicy cieszy się niesłychaną popularnością, gubernator proponuje mu, żeby pokierował wywiadem w Sekretariacie Bezpieczeństwa. Choć początkowo zadowolony z nowej pracy, szybko odkrywa, że ma być tylko listkiem figowym, podczas gdy miasto przejmują powoli we władanie milicje – paramilitarne bandy skorumpowanych policjantów, którzy są chronieni przez miejscowych polityków, w tym samego gubernatora, szefa Nascimento.

Tak przedstawia się skrócony opis fabuły “Elitarnych 2”, brazylijskiego kandydata do tegorocznych Oskarów, który w październiku wszedł także do polskich kin. Ale chociaż w filmie trup ściele się gęsto i nie brak efektownych strzelanin, sprowadzanie go do taniej sensacji byłoby błędem.

– To prawie dokument – twierdzi w rozmowie z Działem Zagranicznym Paulo Storani, ekspert do spraw bezpieczeństwa i były dowódca BOPE, elitarnych jednostek specjalnych brazylijskiej policji. Wie, co mówi: filmowa postać podpułkownika Nascimento jest oparta właśnie na nim.

NascimentoPrzykład, jak zrobić film sensacyjny, obyczajowy i dokumentalny w jednym (Fot. Lula Carvalho/”Tropa de Elite 2″)

Polskie tłumaczenie podtytułu – “Ostatnie starcie” – jest nieco mylące. Portugalskie “O Inimigo Agora é Outro” oznacza dosłownie “Teraz jest inny wróg” i sugeruje, że bardziej niż zwykłymi przestępcami, policjanci powinni się zająć kolegami z własnych szeregów. Paulo Storani, który – tak jak filmowy Nascimento – po odejściu z jednostek specjalnych został zatrudniony w Sekretariacie Bezpieczeństwa (tyle że w São Gonçalo, mieście po drugiej stronie Zatoki Guanabara niż Rio) mówi wprost, że milicje są już większym niebezpieczeństwem niż osławione gangi narkotykowe.

– To byli, albo wciąż zawodowo czynni policjanci, strażacy i strażnicy więzienni – opowiada – Kontrolują całe dzielnice, w których wymuszają na miejscowej ludności i handlarzach opłaty za ochronę, przemocą wzbudzają w nich strach i zmuszają do całkowitego podporządkowania się.

Na swoim terenie milicje nakładają własne podatki, którymi obwarowują wszystko, co przyjdzie im do głowy, od opłat za korzystanie ze środków transportu, przez kupno butli z gazem, a na zakładaniu telewizji kablowej skończywszy. Śledztwo przeprowadzone przez komisję parlamentarną stanu Rio de Janeiro wykazało, że jedna z paramilitarnych bojówek zarabiała dziennie równowartość 300 tys. złotych. Jej członkowie mogli sobie pozwolić na każdą broń, którą zresztą potem z ochotą handlowali

Pierwsza bojówka powstała w akcie samoobrony. Na początku lat 90., Rio de Janeiro zaczęło się rozbudowywać w kierunku zachodnim. Powstawały domy, ulice i kanalizacja, ale brakowało policji – jedyni funkcjonariusze pojawiali się tu dopiero po służbie, kiedy wracali do świeżo kupionych mieszkań. Więc gdy do jednej z tamtejszych dzielnic, Rio das Pedras, zaczęli ściągać pierwsi gangsterzy sprzedający narkotyki, zamieszkujący ją mundurowi postanowili zwalczyć ich siłą. Okazali się niezwykle skuteczni, działali więc dalej, zbierając fundusze na swoje poczynania wśród sąsiadów: najpierw po dobroci, później wymuszając je siłą. Gdy okazało się, że to całkiem lukratywny biznes, zaczęli go stopniowo rozszerzać o slumsy.

– Policja w Rio de Janeiro degenerowała się przez dekady – tłumaczy Działowi Zagranicznemu Luiz Eduardo Soares, były Sekretarz Bezpieczeństwa Publicznego w brazylijskim Ministerstwie Sprawiedliwości i autor książek, na podstawie których powstały obie części „Elitarnych” – Pensje funkcjonariuszy są tak małe, że muszą szukać dodatkowych sposobów dorobienia. Na ogół zatrudniają się po godzinach jako ochroniarze w sklepach, albo barach. To wbrew prawu, ale władze wolą przymykać oko, bo w innym wypadku musiałyby zwiększyć budżet na wypłaty. I tak państwo przyzwala na zapewnianie bezpieczeństwa zarówno w sposób legalny, jak i nielegalny. Milicje świetnie się w tej sytuacji odnajdują.

Według niedawnego dochodzenia “O Globo”, wiodącego brazylijskiego dziennika, najpotężniejszy z gangów narkotykowych Rio de Janeiro kontroluje dziś 55 slumsów w mieście, podczas gdy milicje – aż 105. Ich członkowie są zdeterminowani, a w walce o zyski bezwzględni. Rozbita w grudniu 20-osobowa banda, zdążyła na swoim terenie zamordować pół setki opornych mieszkańców. Inna ekipa paramilitarnych uprowadziła trzech opisujących jej działania dziennikarzy, którzy byli potem torturowani, między innymi przy użyciu elektrowstrząsów.

Milicje gotowe są uderzać nawet w tych przeciwników, którzy zajmują wysokie, eksponowane stanowiska. Sędzia Patricia Acioli była znana z bezkompromisowej postawy wobec skorumpowanych funkcjonariuszy – w ciągu kilku lat, posłała za kratki kilkudziesięciu z nich. Od pięciu lat regularnie dostawała pogróżki i prosiła o przydzielenie jej ochrony, która z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, została jej odmówiona. W sierpniu została zabita przed własnym domem: zamachowcy strzelili do niej 21 razy, żeby mieć pewność, że nie żyje. Morderstwo wywołało wielki skandal, jej pogrzeb przerodził się w manifestację, a Sąd Najwyższy wydał bezprecedensowe wezwanie do szybkiego znalezienia sprawców. Śledztwo wykazało, że kule, od których zginęła Acioli, pochodziły z policyjnych magazynów. Podejrzanym o zlecenie morderstwa jest dowódca miejscowego batalionu oddziałów specjalnych, do aresztu trafiło też 11 jego podwładnych. Podczas rozbijania innej grupy, przy jej szefie znaleziono listę z nazwiskami osób wytypowanych do zabicia – oprócz Acioli, znajdowało się na niej jeszcze kilkunastu sędziów, prokuratorów i nieprzekupnych policjantów z wydziału zabójstw.

Milicyjna brońOstatnio wyszło na jaw, że milicje w Rio odsprzedają broń gangom, z którymi później walczą – na emeryturze będą zapewne prowadzić kursy MBA “Jak zarobić w sytuacji kryzysowej” (Fot. O Globo)

W “Elitarnych 2”, obok pułkownika Nascimento, drugą najważniejszą postacią jest Diogo Fraga, wykładowca uniwersytecki, który zostaje wybrany do parlamentu stanowego Rio de Janeiro i wspólnie z byłym policjantem doprowadza do wszczęcia śledztwa przeciw zblatowanym z milicjami politykom.

W prawdziwym życiu, Fraga byłby wart ok. 750 tys. złotych – tyle bowiem wynosi nieoficjalna stawka za głowę Marcela Freixo, inspiracji dla filmowego bohatera.

Wieloletni działacz organizacji broniących praw człowieka, Freixo został deputowanym w 2006 r. Już dwa lata później, po coraz liczniejszych doniesieniach o zbrodniach popełnianych przez milicje, doprowadził do utworzenia zajmującej się nimi komisji śledzczej, której sam został przewodniczącym. Pokłosie jej dochodzenia jest monstrualne: zarzuty postawiono kilkuset podejrzanym, większość z nich trafiła za kratki. Wśród nich znalazło się wielu urzędników niższego szczebla, ale nie zabrakło też grubych ryb, jak stanowi parlamentarzyści Álvaro Lins czy Natalino José Guimarães (który wdał się nawet w strzelaninę z próbującymi go aresztować policjantami). Wielu innych, choć uniknęło więzienia z braku wystarczających dowodów, zostało całkowicie skompromitowanych.

Politycy w Rio de Janeiro przez lata albo całkowicie ignorowali problem milicji, albo wręcz popierali je jako coś pozytywnego. Były burmistrz César Maia, jeszcze w trakcie urzędowania nazwał je w wywiadzie “rodzajem społecznej samoobrony”, a jego następca, obecnie urzędujący Eduardo Paes, rzucił w telewizji, że paramilitarni “zapewniają mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa” tam, gdzie nie jest w stanie tego zrobić państwo.

– Wielu polityków korzystało na współpracy ze skorumpowanymi funkcjonariuszami, w pierwszej instancji zostali skazani między innymi były gubernator i szef miejscowej policji – wyjaśnia Soares. Milicje nie tylko nie wpuszczały na swój teren gangów narkotykowych, dzięki czemu deputowani mogli rozpowiadać w mediach, że w ich okręgach taki problem nie istnieje, ale wręcz pomagały im wygrywać wybory, zapewniając odpowiednią liczbę głosów. W podzięce, wielu parlamentarzystów w Rio po prostu przymykało oczy na działalność paramilitarnych

Choć wyniki śledztwa komisji Freixo były szokujące (a on sam został w ubiegłym roku ponownie wybrany na deputowanego, z drugim najlepszym wynikiem w całym stanie), to prawdziwym przełomem w sposobie myślenia okazała się dopiero premiera “Elitarnych 2”. W Brazylii film wszedł na ekrany już w październiku zeszłego roku i z miejsca okazał się prawdziwą bombą. Kilkaset kin w całym kraju wyświetlało go po pięć, sześć, a nawet osiem razy dziennie. W dwa miesiące obejrzało go ponad 10 mln osób, a produkcja pobiła frekwencyjny rekord z 1976 r. Fabułę omawiano w mediach, na blogach, temat przebił się też do mediów międzynarodowych.

– Nigdy wcześniej nie było w Brazylii takiego zrozumienia problemu, ani takiego pola do dyskusji. To całkowicie zmieniło stosunek polityków do bezpieczeństwa publicznego – przekonuje Storani, a wtóruje mu Soares – Dziś, kryminalny i okrutny charakter milicji jest więcej, niż widoczny. Do tego stopnia, że nawet politycy, którzy do niedawna je wychwalali, nie mogą już tego robić.

Natalino José GuimarãesDeputowany Guimarães, który w przerwach między głosowaniami lubił sobie powymuszać haracze i postrzelać do aresztujących go policjantów (Fot. Celso Meira/O Globo)

W 2014 r. Brazylia będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w piłce nożnej, których finał rozegrany zostanie właśnie w Rio. Już trzy lata później, miasto – jako pierwsze w historii Ameryki Południowej – stanie się areną zmagań olimpijskich. Problem w tym, że metropolia jest usłana favelami, żyje w nich co piąty mieszkaniec, a wiele z nich sąsiaduje z najważniejszymi punktami na mapie, chociażby stadionem Maracanã (zwanym “katedrą futbolu”), czy słynną plażą Copacabana. Władze, bojąc się blamażu, gorączkowo starają się je sobie podporządkować.

W drugi weekend listopada, do Rocinhii, największego slumsu na kontynencie, wkroczyło 3 tys. żołnierzy i policjantów z jednostek specjalnych. To część trwającej od 2008 r. kampanii “odzyskiwania” dzielnic nędzy – po oddziałach szturmowych, na miejsce wkraczają jednostki tzw. Policji Pacyfikacyjnej, które mają z jednej strony nie dopuścić do tego, żeby do faveli powróciły wypędzone gangi narkotykowe, a z drugiej poprawiać wizerunek mundurowych w oczach ich mieszkańców. Rocinha była 19 z kolei podbitym slumsem, władze zapowiadają, że do mundialu będą miały we władzy 40 największych z nich.

Eksperci obawiają się jednak, że to działania na krótką metę. W “spacyfikowanych” favelach już pojawiają się pierwsze milicje, które wypełniają próżnię po nieobecnych gangsterach. Jak dotąd, władze przymykają na to oko, bo paramilitarni nie są potencjalnym zagrożeniem dla żadnej z międzynarodowych imprez (również z tego powodu, jak dotąd pacyfikacje nie objęły żadnej z kontrolowanych przez nich dzielnic), nie handlują też narkotykami.

Jednak Paulo Storani, jak i pozostali komentatorzy, uważają, że to tylko kwestia czasu. Milicje przekształciły się już w klasyczne mafie, więc w końcu przyjmą też dotychczasowy sposób zarabiania gangów narkotykowych. A w przeciwieństwie do nich, paramilitarni mają świetne wyszkolenie, znajomość policyjnych technik operacyjnych i powiązania wśród polityków. Jeżeli pozwoli im się teraz rozwinąć skrzydła, to w przyszłości będzie ich trudniej wykurzyć, niż wszystkich dzisiejszych bandytów razem wziętych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Podpalacze w białych koszulach

“Zarazki Danniego” mogłyby sugerować liczbę mnogą. I może coś w tym jest, bo chociaż mają jedno ciało, to zamieszkuje je dwóch ludzi.
Jeden to właśnie Zarazki. Dzień zaczyna od żebrania o parę groszy, palenia cracku, a gdy haj odejdzie – dalszego żebrania na ćpanie. Mamrocze pod nosem, trudno zrozumieć co mówi. A chyba nawet nie warto próbować.
– Platyna może przenikać przez wodór. Żaden inny metal tego nie potrafi. A białe metale tak – rzuca, żeby po chwili płynnie przejść do tego, że lubi mango.
Zarazki nie ma domu. Czasem śpi w zaprzyjaźnionym warsztacie, czasem na ulicy, a czasem w krzakach koło Hiltona. Zarazki lubi spać koło Hiltona, bo może popatrzeć na zawodników, którzy przyjeżdżają rozegrać mecz na stadionie Sabina Park. Tym samym, gdzie kiedyś grywał Zarazki, zanim został Zarazkami.
Wtedy nazywał się jeszcze Richard Austin i to jego podziwiały tłumy na trybunach. Bo Austin miał niewiarygodne szczęście być członkiem najlepszej ekipy w historii wszystkich sportów drużynowych. Tej:

Niektóre media przypomniały ostatnio historię Zarazków z dwóch powodów. Po pierwsze, na kilku festiwalach nagrody zebrał “Fire in Babylon”, dokument, który wszedł na ekrany dokładnie 35 lat po tym, jak reprezentacja Indii Zachodnich w krykieta ruszyła w podbój, który miał z jej graczy uczynić bohaterów narodowych. A po drugie, bo w zeszłym tygodniu za swoje zachowanie przepraszał człowiek, który z części tych bohaterów (w tym siebie) zrobił znienawidzonych pariasów.

FirePanowie właśnie podłożyli ogień pod Babilon (Fot. Fire in Babylon)

Choć w Polsce trudno na stronach sportowych znaleźć doniesienia z krykietowych rozgrywek, to na świecie jest to jedna z najpopularniejszych gier drużynowych. Dawne brytyjskie kolonie wręcz szaleją na jej punkcie. Gdy w kwietniu tego roku finał Pucharu Świata rozgrywano w Indiach, ludzie tratowali się w kolejkach po bilety. Koniki zbijały fortunę na spekulacji wejściówkami. Tę pasję podzielają Pakistan, Sri Lanka czy RPA. No i oczywiście – Indie Zachodnie.
Osobom słabo ogarniającym ten region często się wydaje, że anglojęzyczne narody Karaibów to jednolit monolit. Nic bardziej mylnego. Na wyspach różne są style muzyczne, tradycje kulinarne, religie. Inaczej brzmią akcenty na Jamajce, inaczej na Trynidadzie, a jeszcze inaczej na Bahamach. Jest tylko jedna rzecz, która łączy tę mozaikę – właśnie krykiet.
Zamieszkujący Karaiby koloniści dość często wystawiali wspólną reprezentację w meczach z odwiedzającymi ich ziomkami z Anglii. Z czasem zaczęli do drużyny dołączać też potomków dawnych afrykańskich niewolników i ubogich imigrantów z Indii. Wreszcie, w 1926 r. ustalono statut i flagę (ze względu na międzynarodowy charakter ekipy, nie można było przyjąć żadnych barw narodowych, zaprojektowano więc herb w postaci symbolicznej wysepki z palmą i wicketem – krykietową “bramką”), po czym zgłoszono akces do ICC, czyli krykietowej FIFy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że drużyna Indii Zachodnich okazała się być beznadziejna.
Przez następnych kilkadziesiąt lat nazywano ich “Calypso Boys”. Bo tak jak imprezy z muzyką calypso, tak mecze z udziałem Karaibów służyły tylko do pośmiania się i dobrej zabawy. Przebłyski geniuszu na murawie przeplatały się z długimi, długimi okresami najzywklejszego partactwa. Wszystkim wydawało się, że taka wola boża i sytuacja nigdy się nie zmieni. Aż przyszły gorące lata 70. i pokolenie nowych graczy, którzy zaczęli traktować krykieta jak coś więcej, niż tylko grę.

– Wszyscy urodziliśmy się w koloniach, a dorastaliśmy w już niepodległych krajach – opowiadał potem Colin Croft, jeden z członków legendarnego składu – I chcieliśmy pokazać dawnym panom, że możemy z nimi rywalizować na równych zasadach.
A to wcale nie było takie oczywiste. Lata 70. były gorące. Karaiby już były niepodległe, Afryka jeszcze się wyzwalała, ale rasizm trwał w najlepsze. W RPA rządził apartheid, w Wielkiej Brytanii ściągano do pracy mieszkańców dawnych kolonii, ale na ścianach pisano “Anglia dla białych”, we władzach wszystkich instytucji zasiadali biali konserwatywni starcy, którzy mentalnie zostali w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy karaibska reprezentacja złożona z młodych, niedoświadczonych graczy w 1975 r. pojechała grać z mistrzowską Australią na ich własnym terenie, spoktała się z dokładnie takim samym przyjęciem. Kibice ich wyśmiewali i obrażali, wyzywali od czarnuchów i brudasów, a nikomu z władz federacji nie przyszło nawet do głowy, żeby zareagować. W dodatku Australijczycy mieli tajną broń – Jeffa Thomsona i Dennisa Lillee, dwóch najszybszych bowlerów (czyli rzucaczy) tamtych lat. Żaden z nich nie miał najmeniejszych skrupułów, obaj celowali w głowy zawodników przeciwnej drużyny.
– Kiedy twarda piłka leci w twoim kierunku z prędkością ponad 140 km/h, to myślisz o tym, jak się schować, a nie jak odbić – wspominał Gordon Greenidge, inny reprezentat Karaibów.
Australijczycy dosłownie zniszczyli Indie Zachodnie. I nawet się wtedy nie spodziewali, że stworzyli potwora.

VivOd meczu z Australią, to nie Viv Richards bał się piłki, to piłka bała się Richardsa

Upokorzeni Calypso Boys postanowili, że teraz chodzi o coś więcej, niż tylko grę. Teraz trzeba się odegrać na prześladowcach.
Legendarny kapitan Clive Lloyd zjeździł wszystkie wyspy, wyszkując młode talenty. W reprezentacji znalazło się kilku nadzwyczajnych miotaczy, w tym Colin Croft i legendarny Michael Holding, których później nazywano “Jeźdźcami Apokalipsy”. Joel Garner miał ponad dwa metry wzrostu i siłę tura. A ton nadawał Viv Richards, lider drużyny, który ostentacyjnie przez całą karierę grywał bez żadnych ochraniaczy. Drużyna była gotowa, teraz trzeba było to jeszcze tylko udowodnić reszcie świata.
Prologiem był mecz z odwiedzającymi Jamajkę Indiami w 1976 roku. Miotacze z Karaibów tak zdewastowali gości z Azji, że ci w proteście przeciw brutalnej grze oddali walkower. Jeszcze w tym samym roku pogardzani dotąd Calypso Boys stanęli oko w oko z najpoważniejszym przeciwnikiem: Anglią.
– Anglicy woleliby stracić pancernik, niż przegrać w krykieta – śmiał się po latach Viv Richards.
To prawda, prasa podgrzewała atmosferę jak mogła, a kapitan brytyjskiej reprezentacji rzucił do kamer, że “Oni mają tendencję do czołgania się, więc mam ich zamiar przeczołgać”. Już wkrótce to on miał się czołgać.
Wściekli krykieciści z dawnych kolonii nie mieli najmniejszej litości dla swoich przeciwników. Nie tylko wygrali 2:0, ale zrobili to w takim stylu, że dosłownie pohańbili Anglików. Trybuny opanowane przez karaibskich imigrantów dosłownie eksplodowały.
Z domu wyjeżdzali wyśmiewani Calypso Boys. Wracali bohaterowie popkultury.

CliveKapitan drużyny, Clive Lloyd, z Pucharem Świata wygranym w 1979 r.

Indie Zachodnie przeżywały wtedy kulturalny renesans. Świat opanowała muzyka reggae, na ekrany kin wchodziły lokalne filmy, z “The Harder They Come” na czel [Dział Zagraniczny informował niedawno, że powstaje właśnie jego remake], kultura rastafarai szerzyła się we wszystkich czarnych społecznościach poza Afryką.
Krykieciści upokarzający dawnych kolonistów w ich własnej grze i na ich własnym terenie okazali się strzałem w dziesiątkę. Uosabiali ducha tamtych czasów i wyrażali zbiorowe marzenia swoich rodaków. Richards wspominał, jak przed jednym z meczów na Sabina Park, w szatni odwiedził ich Bob Marley, mówiąc, że grają nie o zwycięstwo, tylko o godność. Wywarli tak silny wpływ na ówczesne pokolenia, że są bohaterami nawet dla tych obecnych. Roots Manuva, jeden z najzdolniejszych brytyjskich muzyków, który wciąż przywołuje swoje karaibskie korzenie, nieprzypadkowo jeden ze swoich teledysków nakręcił w krykietowej scenerii:

Tamta reprezentacja okazała się być absolutnie fenomenalna. W krótkotrwałym World Series Cricket (które zrewolucjonizowało grę i dało początek formatowi, w jakim obecnie rozgrywany jest Puchar Świata) dominowali bez dwóch zdań. W 1979 r. wrócili do Australii i zrewanżowali się dawnym wrogom, pokonując ich 2:0. Byli pierwszą ekipą w historii, która wygrała z Pakistanem (gdzie krykiet jest niemal równy islamowi) na ich własnym terenie. W 1984 r. zadali Anglii historyczną klęskę, wgniatając ich w ziemię 5:0.
Clive Lloyd odszedł na emeryturę w 1985 r. Dowodzenie przejął po nim naturalny następca – Viv Richards. Z nimi jako kapitanami, reprezentacja Indii Zachodnich nie przegrała ani jednego meczu od lutego 1980 r. do lutego 1995 r. Ani jednego meczu przez 15 lat! W historii sportów drużynowych nie ma żadnej innej reprezentacji, która zdominowałaby swoją dyscyplinę na tak długi okres.

Karaibscy krykieciści z tamtych lat zaczynali jako zawodnicy. Skończyli jako legendy.

ZarazkiPierwszy z lewej – Zarazki, tuż przed popadnięciem w niesławę

Skąd więc w tym wszystkim smutna historia Zarazków? Bo – jak to w życiu bywa – niektóre legendy zniszczyło to, co zawsze: pieniądze.
Gdy reprezentacja Indii Zachodnich zaczynała się wybijać na arenie międzynarodowej, w RPA apartheid był ważniejszy nawet od sportowej rywalizacji. Afrykańskie władze odrzuciły możliwość rozgrywania meczów z reprezentacją Anglii, bo w składzie tej drugiej był czarnoskóry zawodnik. W odpowiedzi, ICC wyrzuciła rasistowski kraj ze swojego grona i zabroniła mu brać udział w międzynarodowych rozgrywach.
RPA postanowiła więc radzić sobie sama. Za ciężkie pieniądze przekupywała więc zagranicznych graczy, by formowali niezelażne “reprezentacje” i grali z nimi mecze. Ponieważ krykieciści byli wtedy raczej marnie opłacani, wielu chętnie się na taki pakt godziło. W tym niektórzy członkowie karaibskiego dreamteam’u.

Kapitanem “buntowników” (jak zaczęto nazywać ten skład) został Lawrence Rowe – fantastyczny zawodnik, który jednak po odniesionej kontuzji nie mógł wrócić do dawnej formy i gorączkowo szukał ostatniej możliwości zarobienia jakiś pieniędzy. Do ekipy dokoptował sobie między innymi Richard Austin, który zanim stał się Zarazkami, był całkiem zdolnym krykiecistą Indii Zachodnich, ale równocześnie reprezentował też Jamajkę w piłce nożnej i ping-pongu, w którym był rzekomo fenomenalny.
Skok na kasę okazał się jednak krótkotrwałym sukcesem. O ile białym zawodnikom z Anglii, czy Australii, którzy łamali zakaz ICC, dość szybko wybaczano, to gracze z Indii Zachodnich popełnili w ten sposób obywatelskie samobójstwo. Ich występy były legitymizacją rasistowskiego ustroju. Na politycznie i społecznie rozgrzanych Karaibach, to nie było zwykłe łamanie przepisów. To była zdrada.

Po powrocie do domu czekały ich szykany. Ludzie pluli im pod nogi, nie wpuszczano ich na stadiony. Niektórzy, jak sam Rowe, wybrali emigrację do Stanów. Inni zostali i popadli w nędzę, albo jak Austin w narkotyki. Crack stopniowo wyciskał z ciała Richarda, a na jego miejsce sadził Zarazki. Po trzydziestu latach, z trudem można w nim dostrzec dawnego idola tłumów.

W poprzedni poniedziałek, 20 czerwca, Lawrence Rowe odwiedził Jamajkę. Na ceremonii upamiętniającej dawnych reprezentantów, w tym jego, wygłosił wzruszającą mowę, w której przepraszał za swe decyzje sprzed 30 lat i prosił o wybaczenie.
Z trybun słuchał go między innymi Zarazki. Nie wiadomo, co myślał o przeprosinach swojego dawnego kapitana – wyszedł w połowie. Żebrać o crack.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Osiem krzaków na własny użytek i grobowiec na sprzedaż

W tym tygodniu nie było żadnego artykułu na Dziale Zagranicznym, bo przytłoczyły mnie inne obowiązki, a od piątku rano już szczególnie. Pozdrawiamy Antka Słodkowskiego, który często tu zagląda, a w przerwach od czytania dzielnie zasuwa dla Reutersa w Tokio. Ogrom zniszczeń w Japonii jest przerażający, ale w polskich mediach macie już setki ekspertów od trzęsień ziemi, tsunami, sushi, kimon i tajników japońskiej duszy, więc w Dziale Zagranicznym darujemy sobie rozstrząsanie “jak my byśmy się w tej sytuacji zachowali, panie profesorze” i po prostu rzućmy okiem, co działo się na świecie w tym tygodniu.

1. Patrz, ale nie pytaj

Zaczynamy od przypomnienia informacji z zeszłego tygodnia, o nieudanym zamachu stanu w Demokratycznej Republice Konga. Władze kraju wciąż twardo trzymają się wersji, że był to atak terrorystyczny i na razie nie ma żadnych twardych dowodów za jedną, bądź drugą wersją.
Chwilowo pewne są tylko dwie informacje. Po pierwsze, ostateczna liczba ofiar śmiertelnych to 19 osób, z czego 8 to żołnierze wierni prezydentowi Kabili. I po drugie: władze jak do tej pory aresztowały 126 podejrzanych o związki z napastnikami. W poniedziałek ściągnięto wszystkich zagranicznych dziennikarzy do więzienia w Kinszasie, żeby mogli ich sobie obejrzeć. Zatrzymani nosili ślady brutalnego pobicia i głośno krzyczeli, że są niewinni. Prasie nie wolno było jednak zadawać żadnych pytań.
Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się do przyszłego tygodnia.

2. Dyktatorzy ćwierkają sami do siebie

W państwach autorytarnych mieliśmy tydzień Twittera.

Kamerun zablokował swoim obywatelom możliwość korzystania z serwisu za pośrednictwem sieci komórkowych. Wszystko dlatego, że od kilku tygodni opozycja w kraju próbuje urządzić wielkie manifestacje niezadowolenia w stylu egipskim.
Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego rząd uderza w Twittera właśnie teraz. Prawie wszyscy czołowi przeciwnicy prezydenta Paula Biyai zostali aresztowani trzy tygodnie temu (siedzi między innymi Louis Tobie Mbida, syn pierwszego premiera Kamerunu po uzyskaniu niepodległości), jedyna manifestacja, jaka się odbyła, została ostro stłumiona przez policję, a z samego serwisu internetowego korzystała tu dosłownie garstka osób. Opozycja do działania wzywała przez zwykłe SMSy. Ale tych – na razie – Kamerun jeszcze nie zablokował.

Prezydent KamerunuMiędzy małżeństwem Obamów Paul Biya, prezydent Kamerunu, a pierwsza od lewej jego małżonka Chantal, która we włosach ukrywa trzy tajne więzienia, zagłuszacz fal radiowych i lotniskowiec (fot. Lawrence Jackson/whitehouse.gov)

Tymczasem inny przywódca nie tylko Twittera się nie boi, ale wręcz odnosi na nim sukcesy. Fidel Castro założył sobie konto mniej więcej rok temu, a w tym tygodniu przekroczył magiczną liczbę 100 tys. czytelników, śledzących jego wpisy o tym, że NATO chce najechać Libię itd. Wielbiciele są zapewne z zagranicy, bo choć Fidel lubi sobie poćwierkać, to tej samej przyjemności odmawia swoim rodakom. Według rządowych statystyk, z internetu korzysta na Kubie zaledwie 3 proc. mieszkańców. Nie wolno go podłączać w domu, a w oficjalnych kafejkach i hotelach jest często cenzurowany. W dodatku z siecią można się połączyć tylko za pomocą modemu telefonicznego, a prędkość transmisji danych jest wolniejsza tylko w jednym miejscu na świecie – na francuskiej wyspie Mayotte koło Madagaskaru.
Władze od dawna zwalały winę na amerykańskie embargo. Zresztą słusznie, Biały Dom przez lata skutecznie blokował możliwość poprowadzenia światłowodów z Florydy na Kubę. Ale w lutym bracia Castro z pompą świętowali doprowadzenie takiego kabla z zaprzyjaźnionej Wenezueli i pretekst do wymówek się skończył. Według prognoz, prędkość połączenia ma skoczyć jakieś 3 tys. razy, ale mieszkańcy niewiele na tym skorzystają. Ministerstwo Informacji od razu zapowiedziało, że na nowej sytuacji skorzystają szkoły i instytucje rządowe. Dla osób prywatnych, stałe łącze wciąż pozostaje marzeniem.

3. Fortuna kołem się toczy

Jeżeli mowa o technologiach, to rzućmy okiem na Nową Zelandię, która właśnie ekscytuje się powrotem Kary Hurring na łono ojczyzny. W kwietniu 2009 r. kobieta pośpiesznie uciekła wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem do Chin (skąd pochodził mężczyzna) po tym, jak miejscowy bank przez pomyłkę przelał na jej konto równowartość 6 mln dolarów. Poszukiwana dobrowolnie wróciła na wyspy w tym tygodniu i odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Jak się jednak okazuje, Hurring nie pchnęła do powrotu skrucha, tylko… brak kasy. Bo jej narzeczony większość łupu przegrał w kasynach w Makao. Po czym nawiał.
Dział Zagraniczny przeczuwa, że Kary sprzeda prawa do biografii/scenariusza i tak czy inaczej odbije się od dna. Mała rada: dziewczyno, gdy tak się stanie, to na wakacje jedź bez faceta.

4. Czemu ta dziewczyna chodzi ciągle na palcach?

Jeszcze przy okazji Chin, krótka informacja z Szanghaju: Mattel właśnie zamknął otwierany dwa lata temu z hukiem concept store z Barbie (sześć pięter różu i prawie tysiąc unikatowych lalek o nieludzkich proporcjach). Powód? Niewystarczająca ilość klientów – Chinczycy podobno nie bardzo znają tę markę.
Oczko w górę na liście krajów, gdzie Dział Zagraniczny chciałby się przeprowadzić.

5. Osiem krzaków dla każdego

A na tejże liście na podium wciąż mocno trzyma się Urugwaj, dlatego śledzimy doniesienia z tego małego latynoskiego państwa. Po zeszłotygodniowym raporcie ONZ, o coraz większej dostępności kokainy w Montevideo i okolicach, ostatnie dni przynoszą bardziej interesujące wieści. Do parlamentu właśnie trafił projekt ustawy, która ma całkowicie zliberalizować paragrafy dotyczące marihuany. Jeżeli tylko posłowie klepną nowe prawo, to każdy będzie mógł nosić sobie w kieszeni aż do 25 gramów, a w domu uprawiać cztery krzaki. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo plany staną się rzeczywistością, bo projekt zgłosili posłowie koalicji rządzącej, ale za jest też i opozycja.
– Tak, powinna być z góry ustalona liczba krzaków, jakie każdy może posiadać, a sądy musiałyby jedynie decydować, czy uprawa jest na użytek własny, czy w celu sprzedaży – podsumował sprawę Luis Lacalle Pou, przewodniczący Izby Deputowanych z opozycyjnej Partii Narodowej.
Podobne zasady obowiązują od jakiegoś czasu po drugiej stronie La Platy. W sierpniu 2009 r. argentyński Sąd Najwyższy stwierdził, że małe ilości marihuany na własny użytek są jak najbardziej dozwolone, a próby sądzenia za jej posiadanie są niekonstytucyjne.
Dział Zagraniczny był i sprawdził: faktycznie, policja nie zatrzymuje.

6. Templariusze: reanimacja

Skoro narkotyki, to nie możemy nie rzucić okiem na Meksyk. Dział Zagraniczny już pisał o jednym z tamtejszych karteli – groteskowej La Familia. Otóż w styczniu gangsterzy ogłosili, że kończą karierę. A w tym tygodniu przy drogach w zachodnim Michoacan zawisły bannery, w którym inna ekipa ślubuje podjąć ich dzieło. Zacytujmy sobie w całości: “Będziemy na usługi mieszkańców Michoacan, żeby rozwiązać jakąkolwiek sytuację, która stanowiłaby zagrożenie dla Michoacanos. Naszymi zobowiązaniami są: utrzymać porządek, unikać kradzieży, porwań, wymuszeń i chronić stań przed możliwymi interwencjami rywali. Podpisano: Templariusze”.
Git. Dział Zagraniczny czeka, kiedy Kartel z Sinaloa zmieni nazwę na “Krzyżacy”. Najbardziej poszukiwany człowiek w kraju – Joaquín von Jungingen Guzmán.

7. Międzynarodowy model biznesowy

Jest jeszcze jeden kraj, gdzie chętnych do zostania przestępcą nie brakuje. W Peru ktoś najwyraźniej czyta Dział Zagraniczny i wziął sobie do serca nasze doniesienia, że piractwo jest jednym z nielicznych biznesów, który w ostatnich latach nie tylko nie przejmuje się kryzysem, ale jeszcze się rozwija. W tamtejszym Callao grupka 20 bandytów dokonała abordażu na japoński kuter, kradnąc gotówkę, komórki i sprzęt radiowy. Co więcej, to już drugi atak tej samej (prawdopodobnie) ekipy w tym roku.
Johnny Depp? Może następna część w Peru? “Piraci z Pacyfiku i Zemsta Meksykanskiego Jaquesa de Molay”.

8. Lokal sprzedam, atrakcyjna lokalizacja, trochę wilgotno

I kolejny news, który zahacza o kinematografię. Większość Polaków pewnie kojarzy Evitę z kreacji Madonny i piosenki, która w 1996 r. atakowała na wszystkich frontach: od sklepów ze spodniami, przez PKSy, na budkach z zapiekankami skończywszy. Ale w Argentynie Eva Peron jest druga po Bogu (czyli Maradonie) i każdy, kto wpadnie do Buenos Aires musi obowiązkowo zaliczyć jej grobowiec na cmentarzy w Recolecie. No, ale jeżeli jest prawdziwym fanem, to od teraz może sobie też kupić miejscówkę obok.
Damian Sabelli ma kryptę po sąsiedzku i potrzebuje kasy. Więc wyprzedaje lokale wewnątrz. Co prawda w grobowcu leży już 14 jego przodków, ale Damian się nie przejmuje. – Wszystkich można usunąć już dzień po sprzedaży. Przestrzeń będzie natychmiast gotowa do zajęcia – ogłosił radośnie.
Miejsc jest w sumie 20. Cena to mniej więcej 220,5 tys. euro. Za tyle można sobie w Recolecie (jednej z bardziej prestiżowych dzielnic Buenos Aires) kupić trzy pokoje z kuchnią i tarasem.
Ale tak, Dział Zagraniczny rozumie, że to wszystko blednie przy wcześniejszej informacji, że można w Argentynie palić skręty. Co Damianowi bez wątpienia nie jest obce.

9. Lukbuk wiosna/lato

No i na sam koniec: idzie lato. W związku z czym warto się zainteresować firmą 46664. Taki był więzienny numer Nelsona Mandeli, który za czasów apartheidu spędził za kratami 27 lat. I tak też nazywa się jego fundacja charytatywna, która wspiera walkę z AIDS w RPA. Teraz organizacja zapowiedziała wypuszczenie na rynek kolekcji ubrań inspirowanych kolorowymi koszulami, w jakich gustuje były prezydent. Pieniądze ze sprzedaży mają zostać wykorzystane przez 46664 do finansowania swoich projektów.
Szukajcie w dobrych sklepach od sierpnia.

46664Szał na następnej edycji Łódź Fashion Week (fot. 46664.com)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Na rewolucję dobra spódnica

W pierwszym tygodniu marca, Dział Zagraniczny przyglądał się, jak władza w różnych częściach świata podchodzi do kwestii ubioru.

1. Zamach stanu, albo i nie

Wszyscy patrzą na Libię, a tymczasem na południe od Sahary mijający tydzien przyniósł nam aż dwa zamachy stanu. Albo coś w podobie.

W Demokratycznej Republice Konga atak miał miejsce podczas pisania ostatniego podsumowania tygodnia – w zeszłą niedzielę. Zorganizowana grupa mężczyzn przeprowadziła dwa równoczesne ataki, wdarła się na teren Pałacu Prezydenckiego i na tym się z grubsza skończyło. W ostrej walce zginęło 6 żołnierzy, ale reszta zdołała położyć trupem kilkunastu napastników, a 8 schwytać żywcem. Pewnie pomógł im fakt, że rebelianci byli uzbrojeni w zaledwie kilka karabinów, a cała reszta miała tylko maczety. Zresztą, nawet gdyby zdołali opanować teren przed przybyciem większej liczby sił rządowych, to i tak pożytek byłby z tego niewielki: prezydenta Kabili nie było akurat w domu.
Od zajścia mija już tydzień, a wciąż nie wiadomo, o co tak naprawdę chodziło. Ministerstwo Informacji DRK najpierw twierdziło, że to zamach stanu. W połowie tygodnia się z tego wycofało, nie podając jednak żadnego innego wyjaśnienia. Żadne ugrupowanie w Kongu jak do tej pory nie wzięło odpowiedzialności za wydarzenia z ostatniej niedzieli.
Media spekulują, że być może za wszystkim stoi Jean-Pierre Bemba, rywal Kabili w ostatnich wyborach prezydenckich, obecnie na wakacjach w Europie na koszt Międzynarodowego Trybunału Karnego, w którym jest oskarżony o zbrodnie przeciw ludzkości, których Bemba miał się rzekomo dopuścić na gościnnych występach w Republice Środkowej Afryki. Jednak, zdaniem analityków, gdyby atak naprawdę przeprowadziło jego ugrupowanie Mouvement pour la Liberation du Congo, to na pewni nie przeprowadziłoby go kilkunastu amatorów z maczetami.

Tymczasem w czwartek, z życiem prawie pożegnał się prezydent Madagaskaru, Andry Rajoelina. Gdy wieczorem limuzyna odwoziła go do domu w Antananarivo, stolicy kraju, ktoś zdetonował bombę ukrytą na drodze. Zamachowcy odpalili jednak ładunki w złym momencie, a prezydencki konwój ruszył do ucieczki. Gdy żołnierze pojawili się później na miejscu, żeby zbadać okoliczności ataku, odkryli resztki materiałów wybuchowych i długi na ponad 150 metrów kabel, za pomocą którego nieznani dotąd sprawcy przeprowadzili atak z bezpiecznej odległości.
To nie pierwszy raz, kiedy przywódca Madagaskaru jest atakowany podczas przejażdżki. W grudniu 2009 roku ostrzelano jego samochód, ale jak do tej pory, tożsamość zamachowców nie jest znana.
Andry Rajoelina nie powinien się jednak dziwić, że są w kraju ludzie, którzy za nim nie przepadają. Ten były prezenter radiowy sam obalił urzędującego prezydenta w zamachu stanu ponad 2 lata temu. Marc Ravalomanana zbiegł wówczas za granicę, a przez czwartą największą wyspę świata przetoczyła się fala zamieszek i o mały włos nie doszło do otwartej wojny domowej.
Konflikt jest nierozwiązany do dziś, ale Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej (której Magadaskar jest członkiem) wymogła na Rajoelinie, żeby jeszcze w tym roku odbyły się wybory prezydenckie, które miałyby otworzyć drogę do porozumienia. Opozycja sprzeciwia się jednak takim planom, dopóki poprzednia głowa państwa nie dostanie zezwolenia na powrót (obecne władze się na to nie zgadzają).

Dział Zagraniczny będzie obie sprawy śledził.

2. Gansta raparmalent

Tymczasem w Kenii trwa nieco luźniejszy spór polityczny. Gidion Mbuvi ma 35 lat, jest posłem do parlamentu i ma kolorową przeszłość.
Znany bardziej jako Mike Sonko (Sonko to w kiswahili osoba, która ostentacyjnie obnosi się ze swoim bogactwem, coś pomiędzy szpanerem, nowobogackim i burżujem), był wielokrotnie oskarżany o udział w przestępczości zorganizowanej, handel narkotykami, wymuszenia i fałszerstwa dokumentów. Przesiedział nawet dwa miesiące w więzieniu Shimo la Tewa w Mombasie i wyszedł w bardzo niejasnych okolicznościach (media sugerują, że po prostu przekupił władze aresztu). Poza tym wszystkim, Gidion vel Mike, ma jedną pasję: rap. I to w wydaniu na bogato. Lubi się więc pokazywać w wielkich samochodach z jeszcze większymi felgami, nosi ciuchy jakby hurtem sprowadzone z dystrybucji Wielkie Joł, a z domu nie wychodzi bez kolorowej czapki i drogiej biżuterii. Co ostatnio rozzłościło innych posłów.
We wtorek Mbuvi pojawił się w parlamenci ubrany co prawda w elegancki garnitur, ale do tego dorzucił kolczyk z diamentami. Za co wicemarszałek Farah Maalim wyrzucił go z obrad.
– Nigdy w historii tej izby nie widziałem członka parlamentu, który jest mężczyzną i nosi kolczyki. To obraża honor tego budynku i godność innych posłów! – grzmiał polityk.
Tymczasem Sonko się nie przejmuje i mówi, że będzie walczył o zmianę regulaminu.
– Reprezentuję młodzież, która na mnie głosowała i to jest nasz czas. Starcy za długo już rządzą Kenią! – wypalił do kamer.
W lokalnych gazetach można przeczytać głosy poparcia od wielu czytelników. A jeszcze inni dodają, że w znanej z ogromnej korupcji kenijskiej polityce, mówienie o “godności posłów” jest lekkim nadużyciem.

GidionKenijski Palikot wie, co to dobry bałns (Fot. AFP)

3. Tanie loty PeEl

Międzynarodowa Rada Kontroli Narkotyków działająca w ramach ONZ wypuściła w tym tygodniu raport, w którym ubolewa, że do USA trafia heroina w coraz czystszej postaci. Nie no, racja: lepiej, żeby była pół na pół z przemielonymi śmieciami, prawda? Na złość im, narkomanom!
A, no i dowiadujemy się też, że kokaina jest coraz łatwiej dostępna w Chile, Argentynie i Urugwaju. Dział Zagraniczny nic nie sugeruje, ale niedługo warto zacząć planować wakacje.

4. Sto lat. Znaczy, następnych sto

W czwartek Claude Choules obchodził w Australii swoje 110 urodziny. Kim jest pan Choules, że powinno nas to obchodzić? Ostatnim żyjącym weteranem I Wojny Światowej. Tak, pierwszej. Claude uczestniczył w niej jeszcze jako nastolatek: werbownikom podał fałszywą datę urodzenia, żeby móc się zaciągnąć do marynarki. Rzeczywistość wybiła mu jednak z głowy młodzieńcze wyobrażenia o męstwie, bohaterstwie i podobnych pierdołach – według rodziny, okropieństwa jakie widział na wojnie, zrobiły z niego pacyfistę.
Pytany o to, co jest sekretem długiego życia, Choules odpowiedział: “Oddychanie”.
– Jest ślepy i głuchy, ale stajemy bardzo blisko i krzyczymy, to wtedy rozumie – powiedział jeo syn Adrian, lat 76.
Dział Zagraniczny życzyłby panu Choulesowi sto lat, no ale… Zamiast tego, w czwartek się po prostu upiliśmy. Na zdrowie!

5. Zobaczyć, czy lata

– Cały kraj jest przeciw mnie, a to przecież niesprawiedliwe! – zawodzi przed kamerami Luis Moreno.
Faktycznie, pół Panamy zasadza się na piłkarza klubu Deportivo Pereira, bo w meczu z Junior Barranquilla zrobił to:

– Kopnąłem ją tylko, żeby zobaczyć, czy może latać! – tłumaczył się jeszcze sportowiec. Okazało się, że nie mogła: zmarła tego samego dnia, mimo interwencji weterynatrza. Idiocie poza dyskwalifikacją, grozi też trzymiesięczna odsiadka.

6. Spódnice zamiast mundurów

No i skoro zaczęliśmy od niby-zamachów stanu, to skończmy na czymś w podobie. Zobaczmy mianowicie, jak rządząca Birmą junta próbuje się zabezpieczyć na wypadek, gdyby rewolucyjne uniesienie z państw arabskich przeniosło się do Azji.
Otóż generałowie, na czele z kapitanem drużyny Than Shwe, pojawili się w telewizji ubrani w… kobiece spódnice. Czemu? Nikt nie wie na pewno, bo birmańska junta ma taką paranoję, że nigdy żadnych swoich posunięć nie tłumaczy. Ale popularna plotka głosi, że astrologowie przepowiedzieli generałom, że krajem będzie rządzić kobieta. Chodzi oczywiście o Aung San Suu Kyi (jak ktoś nie wie, to niech sobie sprawdzi na Wikipedii). No więc wojskowi postanowili uprzedzić wypadki.
Tak, to może brzmieć jak rojenia po grzybach, ale akurat władze Birmy są znane z takich akcji. Głowny macher Than Shwe tak bardzo ufa temu, co nagadają mu astrologowie, że w przeszłości między innymi zastąpił banknoty o nominałach 100 kiatów, takimi o nominałach 90 kiatów (bo są szczęśliwsze, proca!), oraz przeniósł stolicę z Rangunu do jakiejś dziury w środku dżungli, bo tak ponoć chciały gwiazdy. Mało tego, kiedy w 2007 roku reżim brutalnie zdusił rewolucję, której przewodzili buddyjscy mnisi, szefowie opozycji apelowali do mieszkańców kraju, żeby masowo wysyłali władzom kobiece majtki, bo ponoć generałowie są przekonani, że fizyczny kontakt z nimi pozbawi ich szczęścia.
Dział Zagraniczny podejrzewa, że Than Shwe i koledzy po prostu czytali raport ONZ o taniej kokainie w Urugwaju dużo przed jego oficjalną publikacją i już dawno podbili tam na wakacje.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.