Archive

Posts Tagged ‘Nierówności społeczne’

Mały głód

Co godzina z głodu umiera na świecie 300 dzieci.

Jeżeli komuś stają przed oczami obrazki małych Somalijczyków z wzdętymi brzuszkami, to słusznie. Według najnowszych danych Save The Children, działającej od I Wojny Światowej organizacji humanitarnej, na chroniczne niedożywienie cierpi aż 60 mln afrykańskich dzieci – to o 15 mln więcej, niż przed dwoma dekadami, a do 2032 r., ta liczba ma się zwiększyć o kolejne 8,5 mln.

To przerażające, ale w jakiś sposób zrozumiałe. Kuriozalne jest za to, że tak dużo maluchów umiera w dwóch latynoskich krajach, z których jeden jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie, a drugi to eksporter żywności.

Niedożywione dzieci w PeruTu trzeba czegoś więcej, niż danio (Fot. El Comercio)

Peru nazywane bywa latynoskim cudem. Żaden inny kraj na kontynencie nie notuje takiego wzrostu gospodarczego: w latach 2002-2009 wyniósł on aż 60,2 proc.

Równocześnie, niedożywienie dotyka tu 700 tys. dzieci. Czyli aż co czwarte.

Jak to możliwe, że tak fantastycznie rozwijające się państwo, do którego pieniądze płyną strumieniami, nie jest w stanie nakarmić swoich najmniejszych? Bo na wzroście korzystają nieliczni, a głodują stojący na najniższym szczeblu drabiny społecznej Indianie.

Przez lata, kolejne rządy starały się zwalczyć niedożywienie u małoletnich i rzeczywiście – średnia krajowa się obniżyła. Ale na mapie pozostały białe plamy, gdzie nic się nie zmieniło. Według danych UNICEFu, to głównie te miejsca, gdzie dominują rdzenni mieszkańcy, a w kolejce do kiosku mówi się raczej w keczua niż po hiszpańsku. Na przykład, w regionie Huancavelica są dystrykty, gdzie głoduje aż 73 proc. dzieci. Niewiele lepiej jest w Apurímac. Ogólnie, niedożywiony jest co drugi peruwiański Indianin do piątego roku życia.

Rdzenni Peruwiańczycy gorzej się żywią, bo coraz mniej stać ich na jedzenie. Jego koszty sukcesywnie wzrastają i w badaniach Save The Children, aż 56 proc. respondentów – głównie z regionów wiejskich – przyznało, że kupuje go mniej, niż przed laty.

Na ich sytuację wpływa też złe wykształcenie. Według UNICEFu, tylko 11 proc. Indiańskich dzieci uczęszcza do szkół dwujęzycznych. Słabsza znajomość hiszpańskiego utrudnia im zdobycie dalszej edukacji – badania argentyńskiego Uniwersytetu La Matanza pokazują, że na uczelnie wyższe trafia zaledwie 6,7 proc. pochodzących ze wsi Indian i są to głównie mężczyźni. Tymczasem, jak informuje Save The Children, niedożywienie dzieci w rodzinach, gdzie matki chodziły tylko do podstawówki jest siedmiokrotnie wyższe niż w tych, gdzie studiowały. W dodatku, co dziesiąte dziecko jest zmuszone porzucać szkołę i pracować, więc dla tej grupy koło się zamyka.

Największą winę ponosi jednak korupcja. Część międzynarodowych koncernów górniczych działających w Peru płaci specjalny podatek, z którego środki mają iść na pomoc najbiedniejszym społecznościom. I chociaż w najbardziej dotkniętych Huancavelice i Apurímacu nie są to porażające sumy (w latach 2006-2010 odpowiednio: 29 i 17 mln dolarów), to już w Cuzco problem widać wyraźnie: region zgarnął w analogicznym okresie aż 212 mln dolarów, a i tak co trzecie indiańskie dziecko tam głoduje. Rząd co roku przeznacza na walkę z tym problemem 250 mln dolarów, ale po drodze duża część tych środków się rozmywa. Korupcja i brak niezależnej kontroli na szczeblu lokalnym sprawiają, że Peru wchodzi w XXI wiek nie tylko jako najszybciej rozwijające się państwo Ameryki Łacińskiej, ale też jako jedno z głodniejszych.

Wichi w SalcieW Salcie plaży nie ma (Fot. Indymedia Argentina)

Dzieci głodują też w innym latynoskim kraju, po którym nikt by się tego nie spodziewał – Argentyna jest bowiem jednym z największych eksporterów żywności na świecie.

Mieszkańcy Buenos Aires często przechwalają się, że są najbielszym narodem w Ameryce Południowej. Ponad 90 proc. populacji ma europejskie korzenie, rdzennej ludności jest garstka – według różnych szacunków, stanowi między 1 a 3 proc. ogółu. W tej grupie są różne plemiona, w tym Wichí, którzy zamieszkują północno-zachodnią część kraju. I których dzieci co roku umierają z głodu.

Wioski Wichí w prowincji Salta to obraz nędzy i rozpaczy. Domy to najczęściej drewniane szałasy, z kocami zamiast dachów. Kanalizacja brzmi tu jak żart, bo mało kto ma tu w ogóle dostęp do bieżącej wody. Czystość tej, która jest, pozostawia wiele do życzenia. W tak złych warunkach higienicznych łatwo o choroby, które z łatwością zabijają osłabione z niedożywienia dzieci. Tylko w pierwszych trzech miesiącach 2011 r. zmarło ich tam z tego powodu dziesięcioro. Jak wiele umiera co roku, trudno dokładnie oszacować, bo po pierwsze Wichí niechętnie rozmawiają z obcymi, a po drugie miejscowi urzędnicy wolą w dokumentach podawać tylko bezpośrednią przyczynę zgonu, a nie rozpisywać się o tym, że prawidłowo odżywiony organizm nie poddałby się tak łatwo. A według fundacji CONIN (Kooperatywa dla Żywienia Dzieci), aż 260 tys. Argentyńczyków do piątego roku życia cierpi na niedożywienie.

Paradoksalnie, Wichí do takiego stanu doprowadził rozwój rolnictwa.

Plemię od zawsze prowadziło tryb życia typowy dla ludów zbieracko-łowieckich. Okoliczne lasy dostarczały im bogatego w proteiny mięsa, ryb i owoców. Ale lasów już nie ma: tylko w latach 2000-2006 wycięto 60 tys. hektarów. Teraz uprawia się tam soję.

Argentyna dosłownie stoi soją. W zeszłym roku, zebrano jej tu prawie 50 mln ton. Aż 1/4 całego eksportu to właśnie ta roślina. Połowa światowych zasobów oleju sojowego pochodzi znad La Platy.

Efekt jest świetny dla argentyńskiej gospodarki. I fatalny dla małych lokalnych społeczności, które z dnia na dzień straciły kultywowany od wieków sposób na wyżywienie się. Teraz Wichí i im podobni są całkowicie zależni od pomocy rządowej. Ale dostają przetworzone i bogate w cukier produkty spożywcze, które negatywnie odbijają się na ich zdrowiu.

Peru i Argentyna to tylko przykłady, ale dobrze ilustrujące problem, który łatwo znika z oczu bogacącym się społeczeństwom: rozwój gospodarczy niekoniecznie idzie w parze z lepszymi warunkami życia. Save The Children szacuje, że za 15 lat, na chroniczne niedożywienie cierpieć będzie 450 mln dzieci na całym świecie. I Dział Zagraniczny przeraża to bardziej, niż jakaś Al-Kaida czy Korea Północna.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Dziedzictwo

Nicolas Sarkozy przemawiał na otwarciu mostu. W tym samy czasie, 200 km dalej, z karabinów maszynowych ostrzeliwały się dwa wrogie gangi. Dziewięć osób zginęło na miejscu, dwie poważnie ranne trafiły do szpitala. W Gujanie Francuskiej to dzień jak co dzień. W istocie, gdyby Francja była miastem, to właśnie w tę jego część nie zapuszczaliby się bojaźliwi mieszkańcy. Która jego dzielnica biłaby pozostałe na głowę w statystykach przestępczości? Proste: Gwadelupa.

Gorąco na GwadelupieW karaibskim raju jest zawsze gorąco, ale niekoniecznie tak, jak to opisują foldery all inclusive (Fot. Chesnot/SIPA)

W ciągu dnia, centrum Pointe-à-Pitre – największego miasta w tym departamencie zamorskim Francji – zapełniają bladzi turyści z Europy i Stanów, którzy jednak po kilku godzinach zakupów w centrum szybko zmykają to swoich kurortów z prywatnymi plażami. Po zmroku, ich miejsce zajmują prostytutki, złodzieje i handlarze narkotyków. Chociaż port zamieszkuje zaledwie 30 tys. miejscowych, a całkowita populacja Gwadelupy to niewiele ponad 400 tys. osób, to gdyby przestępczość była dyscypliną sportową, karaibski “raj”mógłby spokojnie stawać w szaranki z Barceloną, Paryżem, czy Berlinem. Przeciwników ze swojej kategorii wagowej powalałby na deski już w pierwszej rundzie.

Do niedawna, bandyci ograniczali się do drobnicy. Włamania, przemyt, handel narkotykami, kradzieże “na wyrwę” (kierujący skuterem przejeżdża szybko koło przechodnia, a siedzący z tyłu pasażer chwyta jego plecak czy torbę). Ale od dłuższego czasu stają się coraz brutalniejsi. Liczba zabójstw jest już czterokrotnie wyższa niż we Francji europejskiej. Autorzy zleconego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i opublikowanego w lipcu specjalnego raportu piszą wprost, że “społeczeństwo Gwadelupy zostało zainfekowane przemocą”, i że na wyspach rozwijają się brutalne gangi pozbawionej skrupułów młodzieży. Jakby na potwierdzenie tych słów, na tydzień przed wigilią, znany policji w Basse Terre (formalnej stolicy departamentu) miejscowy ćpun i alkoholik zaatakował maczetą Victorina Lurela, przewodniczącego Rady Regionalnej.

Być może szef lokalnej komórki Partii Socjalistycznej stał się postronną ofiarą skandalu, jaki niewiele wcześniej wywołały słowa współpracującej z nim pani kryminolog: “To wstrząsające, że większość z tych przestępstw popełniają mieszkańcy afrykańskiego pochodzenia”. Opinia publiczna zagrzmiała, że to rasizm. Niesłusznie. Rasistowskie są dopiero powody, dla których to właśnie czarni, a nie biali obywatele Gwadelupy, sięgają po rozbój i kradzieże.

Protesty na GwadelupieFrancuskie Karaiby, czyli miejsce, gdzie zmieniły się nazwy, a wszystko inne zostało po staremu (Fot. Reuters)

Chociaż niewolnictwo zniesiono we Francji formalnie w 1818 r. (i to już po raz trzeci, bo wcześniej abolicję ogłaszano już w XIV i XVIII w., choć najwyraźniej bez przekonania), to na Karaibach była to raczej zmiana kosmetyczna, niż rzeczywista: za wyjątkiem Haiti, gdzie niewolnicy obalili swoich dawnych panów w krwawej rewolucji, wszystko pozostało po staremu, z tym, że wyzysk fizyczny został zamieniony na ekonomiczny. Tak zwani “békés”, czyli biali potomkowie europejskich kolonistów, zachowali pieniądze, ziemię i wszystkie biznesy na wyspach. Dzieci i wnuki Afrykanów zostały na lodzie, musieli się dostosować do zasad narzucanych im przez klasę rządzącą.

Békés są jak ziarnko grochu w fałdach pościeli (np. w sąsiedniej Martynice stanowią zaledwie 1 proc. populacji), ale mogą robić co chcą. To do nich należą wszystkie miejscowe supermarkety. Konkurujący z nimi drobni sklepikarze, w rzeczywistości napędzają zyski ich właścicielom, bo muszą się zaopatrywać w żywność u miejscowych gospodarstw, które również są własnością potomków kolonistów (na Gwadelupie należy do nich ponad 90 proc. przemysłu żywnościowego). Sprowadzanie produktów z Europy jest nieopłacalne, a import z bliższej Ameryki Łacińskiej jest obłożony zaporowymi cłami, których békés bronią jak reduty Ordona. Pieniądze z hoteli, barów i restauracji płyną szerokim strumieniem właśnie do ich kieszeni. Wszystkie stacje benzynowe, co do jednej, należą właśnie do békés. Dzięki temu monopolowi, mogą utrzymywać dwukrotnie wyższe ceny paliwa, niż na kontynencie. Na Martynice prawie wszystkie stanowiska w administracji publicznej są obsadzone przez białych.

Codzienność czarnych mieszkańców jest dramatycznie inna. Chociaż koszty życia na Gwadelupie są wyższe niż w kontynentalnej Francji, to średnia płaca jest znacznie niższa. Do wybuchu światowego kryzysu gospodarczego,karaibskie departamenty miały najwyższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Na Gwadelupie, wśród młodzieży do 24. roku życia, wynosiło ono aż 55 proc.! Co dziesiąty mieszkaniec Antyli żyje poniżej granicy ubóstwa. 2/3 mieszkańców Pointe-a-Pitre gnieździ się w lokalach socjalnych.

We Francji nigdy nie było to tajemnicą, ale reszta świata dowiedziała się, że karaibskie departamenty nie są rajem, dopiero w styczniu 2009 r. Globalny kryzys gospodarczy zaczynał rozkręcać się na dobre, koszty utrzymania szły cały czas w górę, a płace ani drgnęły. Mieszkańcy Antyli w końcu stracili cierpliwość. Strajki ogarnęły najpierw Gwadelupę, a chwilę później Martynikę. Lokalne związki zawodowe utworzyły Kolektyw Przeciw Wyzyskowi, który zaczął się domagać podniesienia płacy minimalnej, a gdy spotkał się z odmową – ogłosił strajk generalny. Wysłane do rozpędzania tłumu oddziały policji obrzucono kamieniami, doszło do zamieszek, jeden z działaczy związkowych został zastrzelony na ulicy. Mieszkańcy zaczęli budować barykady, podpalać samochody, sklepy i restauracje. Zamknięto stacje benzynowe, banki, oraz szkoły. Protestujący na Gwadelupie zaczęli okupację portu i jedynego w departamencie lotniska.

Początkowo, głównie pod wpływem békés, Paryż twardo bronił statusu quo. Ale protesty wybuchły w trakcie sezonu turystycznego, hotelowi goście byli przerażeni, na odbite lotnisko transportowano ich pod obstawą, Francja zaliczyła blamaż w międzynarodowych mediach, a podobne demonstracje zapowiedziały także związki w Gujanie Francuskiej i na Reunionie. Nicolas Sarkozy nie miał już innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na najważniejsze postulaty protestujących.

Bekes na MartyniceZa dziadka butów nie mieli: postęp jest (Fot. Christophe Calais/Paris Match)

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata, ale poprawy nie widać. Kryzys gospodarczy wcale się nie skończył, bezrobocie nie zmalało, a békés nie spuścili z tonu. Przestępcy są coraz brutalniejsi, a nawet nie ma im kto przeciwdziałać: w całym Pointe-à-Pitre jest tylko 21 policjantów. W dodatku, fatalnie wyposażonych. Sprowadzane z kontynentu radiowozy nie są przystosowane do karaibskiego klimatu – zdarzają się tygodnie, kiedy nie działa żaden wóz policyjny.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. W Baie-Mahault na służbie jest aż 40 policjantów, patrolujących miasto na zmianę dzień i noc. Przestępczość jest o wiele niższa niż w innych częściach departamentu. Ale wbrew pozorom nie ze względu na zwiększoną obecność mundurowych. Po prostu miejscowe władze (przewodniczącym rady miejskiej jest niezależny Ary Chalus, polityk nie związany ani z lewicą, ani z prawicą) inwestują w liczne programy społeczne. Tutejsza młodzież może za darmo uczestniczyć w kursach doszkalających i zajęciach sportowych, działa specjalny urząd pomagający im w znalezieniu zatrudnienia, a nawet organizowane są zajęcia mające przygotować kandydatów do egzaminów policyjnych (co wyjaśniałoby nadwyżkę w tej gałęzi budżetówki). Baie-Mahault może sobie na to wszystko pozwolić, bo po mistrzowsku wykorzystuje wszystkie możliwe dofinansowania z Unii Europejskiej.

W listopadzie, Rada Regionalna zaleciła podobne działania na całej Gwadelupie. Ale jak na razie, nikt się do nich nie pali. Békés łatwych zarobków nie odpuszczą. Przestępczość im niestraszna: chronią ich wysokie mury rezydencji. Te same, w których wcześniej zamykali niewolników.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Herbatka dla Mao

W weekend w Indiach staną pociągi, a szkoły zamkną drzwi przed uczniami. Tak przynajmniej zapowiadają tamtejsi maoiści, którzy chcą się w ten sposób zemścić za to, że w zeszłym tygodniu siły rządowe podstępnie zabiły jednego z ich przywódców. To, że zaledwie kilkanaście dni wcześniej sami zamordowali popularną zakonnicę, a jeszcze wcześniej lokalnego działacza partyjnego i jego syna, jakoś komunistów nie oburza.

MaoiściZgodnie z naukami Mao, partyzanci wolą się czołgać niż jechać kapitalistycznym pociągiem (Fot. AFP)

Kiedy gdzieś pojawia się tekst “największa komunistyczna partyzantka świata”, to w 9 na 10 przypadków autorowi chodzi o Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii. “FARC kontroluje większy teren niż jakiekolwiek inne wojska powstańcze”, “FARC ma pod bronią tysiące bojowników, jest najliczniejszą armią rebeliantów na świecie”, “FARC prowadzi najdłuższą wojnę partyzancką współczesnych czasów”, “FARC blablabla” – banał zwykle goni banał, a jak się bliżej przyjrzeć, to szybko okazuje się, że to nieprawda, a komuniści z Kolumbii to przy tych z Indii zaledwie pikuś. Maoiści wywołali powstanie w Bengalu Zachodnim zaledwie kilka lat po tym, jak za broń chwycili ich latynoscy koledzy. Podczas gdy FARC ma dziś w swoich szeregach zaledwie 8 tys. partyzantów i kontroluje nieco mniej niż połowę terytorium Kolumbii, Komunistyczna Partia Indii działa zaś w co trzecim okręgu administracyjnym, a pod bronią służy jej ponad 20 tys. gotowych na wszystko bojowników.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się w wiosce Naxalbari (stąd na maoistów mówi się wymiennie: naksalici) w tych samych okolicach, skąd wywodzą się słynne herbaty darjeeling.

Pierwsze trzy dekady po II Wojnie Światowej były wyjątkowo gorące w dawnych europejskich koloniach – konflikt uświadomił wielu ich mieszkańcom, że biali nie tylko nie są od nich lepsi, ale że da się ich nawet pokonać. Ale w trakcie uzyskiwania niepodległości przez kolejne kraje, bardziej od świadomości narodowej rozwijała się ta społeczna: większość mieszkańców Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej (niepodległej od ponad 100 lat, ale de facto pozostającej pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych) wciąż żyło w biedzie, analfabetyzmie, a nierzadko w strukturach kastowych czy klanowych, które uniemożliwiały niższym warstwom społecznym jakikolwiek awans w górę. Wielu z nich miało już tego dość i desperacko chłonęło hasła o równości i sprawiedliwości – komunizm był na fali. Również w Indiach.

Po uzyskaniu niepodległości w 1947 r., azjatycki gigant miał na głowie praktycznie same problemy, a jednym z największych była własność ziemi. Obowiązujący system był dosłownie feudalny, a kraj znajdował się w rękach bardzo niewielkiej grupy posiadaczy ziemskich. Rząd w Delhi zainicjował więc reformy rolne, ale te były wprowadzane wolno, z oporami i nie we wszystkich stanach na raz. W Bengalu Zachodnim, bezrolni chłopi czekali na nią dwie dekady. Aż cierpliwość im się skończyła. W lutym 1967 r., w wyborach stanowych na 280 miejsc, komuniści zgarnęli aż 110. Biedota na prowincji uznała, że to najlepszy czas, aby ugrać coś dla siebie. Chcieli, żeby bogaci plantatorzy oddawali im leżące odłogiem i nieuprawiane poletka, ale ci – jak łatwo się domyślić – ani o tym myśleli. Więc w maju, Naxalbari spłynęło krwią.

Bojówki biedaków napadały na domy bogaczy, mordowały ich i przejmowały ich własność. W odwecie, do Naxalbari wysłano policję i wojsko, których uzbrojenie daleko przewyższało potencjał łuków i kilku strzelb pamiętających królową Wiktorię, jakimi posługiwali się chłopi. Opór szybko zduszono, przy okazji mordując także niewinnych cywilów, ale przywódcy wymknęli się obławie i uciekli do Kalkuty, gdzie szybko zdobyli wielkie poparcie wśród studentów. Gdy trzy lata później, komunistyczny rząd Bengalu Zachodniego upadł, maoiści zorganizowali w mieście manifestację, na którą ściągnęło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, a powiązane z nimi partyzanckie grupki co i ruszy wywoływały rozruchy na wsi. Wydawało się, że naksalici są siłą, która będzie rozdawać karty, ale wewnątrz ruchu szybko doszło do krwawych podziałów, a Kalkuta zamieniła się w miasto terroru. Zwalczające się frakcje (a także niekomunistyczne bojówki) organizowały morderstwa polityczne, napadały na banki i poczty, dewastowały tramwaje, podpalały szkoły. Policja dostała pozwolenie, żeby do podejrzanych strzelać bez ostrzeżenia, więc padało coraz więcej zabitych i konflikt się zaostrzał. W 1971 r. do akcji wkroczyło nawet wojsko – w ciągu zaledwie trzech miesięcy, do aresztów trafiło kilkanaście tysięcy podejrzanych. Wielu torturowano, niektórzy zginęli za kratkami.

HerbataZ tych wzgórz pochodzi herbata w Twojej filiżance, oraz największa komunistyczna partyzantka świata, o której jednak nie wiadomo, czy pija z mlekiem, czy bez (Fot. Canton Tea Co.)

Do lat 80., naksalici zdążyli się podzielić na kilkadziesiąt niezależnych grup, często zwalczających się nawzajem. Choć rozproszeni, byli niezwykle liczni – szacunki są różne, ale najczęściej panuje zgodność co do tego, że w tamtych latach pod bronią było ponad 30 tys. komunistycznych partyzantów. Maoiści wynieśli się z miast, bo łatwiej im było utrzymać kontrolę nad terenami wiejskimi, gdzie wciąż byli bardzo popularni. Rozprzestrzenili się też na inne stany: z Bengalu Zachodniego przeszli do Biharu, Jharkhandu, Orisy, Andhra Pradesh, a ich bastionem stał się Chhattisgarh. Według najnowszego raportu Institute for Conflict Management, wpływowego indyjskiego think-tanku, w tym roku zaczęli też opanowywać Asam i Arunachal Pradesh, położone między Bhutanem, Birmą i Chinami, skąd mogą łatwo przemycać broń i zaopatrzenie. W 2004 r., najpotężniejsze partyzantki połączyły swoje siły, tworząc Komunistyczną Partię Indii (Maoistowską), a dowódca ich sił zbrojnych – Koteshwar Rao, znany szerzej jako Kishenji – stwierdził w wywiadzie ze stycznia, że naksalici podbiją Indie do 2025 r.

Słowa Rao wielu wprawiły w popłoch, ale on sam tego ewentualnego triumfu już nie zobaczy – od zeszłego tygodnia jest już tylko prochem.

Kishenji został zabity w wymianie ognia w zeszłym tygodniu. Jego zwłoki przewieziono do rodzinnej miejscowości i skremowano zgodnie z tradycją. Partyzanci twierdzą jednak, że wcale nie zginął w walce, tylko został pojmany i zamordowany dopiero następnego dnia. I że to ostateczny dowód, że nawoływania Mamaty Banerjee (pani premier Bengalu Zachodniego, pierwszy niekomunistyczny polityk na tym stanowisku od 1977 r.) do rozmów pokojowych to ściema, a do ogłoszonego w październiku zawieszenia broni nie ma powrotu. Komuniści zapominają jednak, że to właśnie oni zerwali krótkotrwały rozejm, nie dalej jak dwa tygodnie przed śmiercią Rao.

Mamata Banerjee wygrała wybory w maju, właśnie prowadząc kampanię pod hasłem pokojowego zakończenia konfliktu. Na początku października udało jej się namówić maoistów do zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji z mediatorami. Jednak już miesiąc później, naksalici ogłosili, że przysłani ludzie nie są bezstronni i że sprzyjają rządowi, a cała sprawa to pic na wodę, bo armia prowadzi w tym czasie działania przeciw partyzantom. Więc komuniści stwierdzili, że zawieszenie broni się skończyło, a już kilka dni później zamordowali lokalnego działacza partyjnego wraz z synem, później znaną w Jharkhanddzie zakonnicę (którą oskarżyli o “sprzyjanie interesom korporacji górniczych”), a dla postawienia kropki nad i, wysadzili sobie w powietrze pewien most.

NaksaliciNaksalici odchodzą do lasu, ale nie znikają (Fot. Pulitzer Center on Crisis Reporting)

Rząd faktycznie od jakiegoś czasu dokręca partyzantom śrubę. Najpierw wspierał szkoleniem i środkami Salwa Judum, wiejskie milicje, które miały się stać “przeciwwagą” dla komunistów. Ale Sąd Najwyższy stwierdził w lipcu, że tworzenie takich paramilitarnych bojówek jest niekonstytucyjne, więc władze musiały zarzucić ten projekt, przynajmniej oficjalnie. Od 2009 r. trwa jednak Operacja Zielone Polowanie – największa w historii akcja militarna wymierzona w naksalitów. W działaniach bierze udział prawie 50 tys. policjantów i sił paramilitarnych, rozproszonych po kilku stanach. Partyzanci są spychani coraz głębiej do dżungli, ale odpowiadają bolesnymi atakami, chociażby w kwietniu zeszłego roku, zdołali zabić w zasadzce aż 75 policjantów.

W Indiach powraca więc dyskusja: czy do akcji nie powinna wkroczyć armia? Tutejsze wojsko jest obecnie jednym z najpotężniejszych na świecie. Według raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI, najbardziej prestiżowego ośrodka zajmującego się konfliktami zbrojnymi), to właśnie Indie są od kilku lat największym importerem broni. Aż 9 proc. światowej sprzedaży militariów trafiało do tej azjatyckiej potęgi, do 2015 r. na zbrojenia przeznaczy ona 80 miliardów dolarów. Sęk w tym, że puchną siły przeznaczone do walki konwencjonalnej (aż połowa wydatków idzie na marynarkę, w której Indie chcą prześcignąć Chiny), niekoniecznie mające tak świetne zastosowanie w walce partyzanckiej. Do tego, większość komentatorów całkiem słusznie dowodzi, że wysyłanie armii przeciwko – jak by nie było – własnemu społeczeństwu, byłoby straszliwym strzałem w stopę.

Tymczasem, walka trwa. Jak dotąd, zdążyła już pochłonąć ponad 6 tys. ofiar i wszystko wskazuje na to, że nim się skończy, zabierze ze sobą jeszcze wiele następnych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.