Archive

Posts Tagged ‘Niezadowolenie społeczne’

Prezydent ulepsza rasę

Prezydent Piñera jest odprężony i uśmiechnięty. Trudno, żeby nie był. To ciepły, słoneczny dzień w stosunkowo niewielkim Los Ángeles, daleko na południe od stolicy i tamtejszej napastliwej prasy. Mieszkańcy przyszli się z nim zobaczyć, są w dobrych nastrojach. Ktoś podaje mu niemowlaka, najprostszy sposób, żeby zapunktować w sondażach u przyglądających się matek. Piñera bez namysłu wypala więc do ojca:

– Gratuluję ci, bo wykonałeś świetną robotę. Ulepszasz rasę!

Twitter i Facebook eksplodowały. Nagranie ze spotkania trafiło na Youtube, a chilijski internet przez kilka dni kpił z tego, że blond włosy dziecka, są dla prezydenta znakiem rasowej dominacji.

Ale samego Piñery, sprawa nie mogła obejść mniej. W ostatnich tygodniach rządzenie idzie mu tak źle, że w zasadzie sięgnął dna. A wystąpienia w internecie nie mogą się nawet równać z tymi w realu.

Pinera i rasaPrezydent ulepsza rasę zgodnie z najlepszymi tradycjami swojego kraju (Fot. Gobierno de Chile)

Wyniki sondażu, opublikowanego wczoraj przez chilijski ośrodek badania opinii społecznej Adimark, są na pierwszy rzut oka łaskawe dla prezydenta: popiera go o 6 proc. więcej respondentów, niż w sierpniu zeszłego roku. Problem widać, kiedy spojrzymy na suche liczby. Przeciwnych Piñerze jest aż 58 proc. Chilijczyków. Zwolenników jest zaledwie 33 proc. – o dwa pkt. mniej, niż jeszcze w listopadzie. A wiele wskazuje na to, że w kolejnych badaniach wyniki te będą się dla głowy państwa jeszcze pogarszać.

Piñera gdzie się nie ruszy, tam popełnia błędy. W lipcu, Dział Zagraniczny informował, że prezydenckie dołowanie w sondażach przypomina skok z samolotu bez spadochronu. Już miesiąc później, była nadzieja chilijskiej prawicy zderzyła się z ziemią – tylko 27 proc. poparcia, przy rekordowych 68 proc. społecznego niezadowolenia.

Głowę państwa pociągnęły wtedy na dno protesty studentów i licealistów. Chilijski system edukacyjny jest jednym z najbardziej nierównych na świecie. W 1981 r., wojskowa junta Augusto Pinocheta praktycznie sprywatyzowała naukę. Na edukację przeznacza się zaledwie 3 proc. PKB (dla porównania: w Polsce jest to ok. 6 proc.), więc uczelnie wyższe muszą się de facto utrzymywać same. Studia są płatne i to wysoko. Biedniejsi mogą się na nie zdecydować dopiero po wzięciu kredytów, które potem z trudem spłacają długie lata, a na komfort bezstresowej nauki mogą sobie pozwolić jedynie najbogatsi. Tych jest dosłownie garstka: według OECD, stosunek dochodów najzamożniejszych i najbiedniejszych Chilijczyków wynosi aż 27:1 (w Polsce to 8:1).

Studenci i licealiści zorganizowali w sierpniu ogromne protesty. Niektórzy rozpoczęli strajk głodowy. Na demonstracjach masowo przyłączali się do nich sympatycy w wieku ich rodziców, a nawet dziadków. Największy związek zawodowy w kraju, w ramach solidarności ogłosił strajk generalny. Ana Tijoux, jedna z najpopularniejszych młodych wokalistek w Ameryce Łacińskiej, nagrała o nich piosenkę:

Efekt? W poniedziałek, 45 licealistów, którzy brali udział w zeszłorocznych protestach, dowiedziało się, że nie mają po co wracać do swoich szkół po wakacjach (w Chile właśnie kończą się wczasy), bo zostali z nich wyrzuceni. Zasady działania systemu pozostały nietknięte. A prezydent nazwał protesty “drugim trzęsieniem ziemi” (to nawiązanie do potężnej katastrofy sprzed trzech lat), które poważnie uderzyło w chilijską edukację. Piñera, przed objęciem urzędu jeden z najbogatszych ludzi w kraju, problemu jak nie widział, tak nie widzi.

Tego w Patagonii, też jakoś dostrzec nie mógł. Rok temu, południowym regionem Magellanes wstrząsały gwałtowne zamieszki. Prezydent obiecał, że zajmie się ich powodami. Minęło kilka miesięcy, a w sąsiedztwie mamy powtórkę z rozrywki.

W regionie Aysen, od połowy lutego praktycznie co noc wybuchają zamieszki. Policja rozpędza codziennie rozpędza tłum armatkami wodnymi i gazem łzawiącym, a mieszkańcy odpowiadają kamieniami i budowaniem barykad. Są ranni i zabici. W zeszłym tygodniu zginął pięciolatek. Amnesty International wzywa do zbadania doniesień o wyrywkowych aresztowaniach i pobiciach.

Protestujący domagają się między innymi utworzenia w ich regionie publicznego uniwersytetu. Ale przede wszystkim chodzi im o koszty życia. Latem, Patagonia jest piękna i przyciąga tysiące turystów. Zimą trudno tam wytrzymać. Ceny paliwa, prądu, czy energii są prawie dwukrotnie wyższe, niż w stolicy, tymczasem płace są niższe. I to mimo, że Aysen ma trzykrotnie wyższy wzrost gospodarczy, niż wynosi średnia krajowa, a rząd planuje w tym miejscu wybudowanie – kosztem 10 mld dolarów – ogromnej hydroelektrowni.

Sęk w tym, że pieniądze nie zostają w Aysen, a region nie może nimi sam zarządzać. To także spadek po dyktaturze wojskowej, która wprowadziła ścisły centralizm w podejmowaniu decyzji. O wszystkim decyduje stolica: nawet gubernatorzy poszczególnych prowincji nie są wybierani w wyborach, tylko nominowani w Santiago. Po drugiej stronie granicy – w Argentynie – jest dokładnie na odwrót. Na południu Chile szczególnie kłuje to w oczy, bo żeby dostać się do niektórych miast w tej części kraju, trzeba jechać drogą, która częściowo przebiega właśnie przez terytorium sąsiada. Dlatego część protestujących pozowała do zdjęć z transparentami: “Adoptuj nas, Argentyno!”.

BacheletTa pani mogłaby swoją popularnością obdzielić trzech Piñerów (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Prezydentowi nie idzie nawet w tym, co przyniosło mu wcześniej popularność.

Kiedy w lutym 2010 r., potężne trzęsienie ziemi zdewastowało dużą część kraju, Piñera był już po minimalnie wygranych wyborach, ale jeszcze przed zaprzysiężeniem. Działał jednak błyskawicznie. Obleciał wszystkie dotknięte regiony swoim prywatnym helikopterem, wszędzie dodawał ludziom otuchy i obiecywał pomoc.

Kilka miesięcy później, pod ziemią utknęło słynnych już 33 górników. Piñera poruszył niebo i ziemię, żeby wydobyć ich na powierzchnię i zadbał o to, żeby wszystkie obiektywy były skierowane na niego, kiedy w blasku fleszy przytulał ostatniego z uratowanych.

Wówczas popierało go aż 63 proc. wyborców. Jednak prezydent z łatwością roztrwonił ten kapitał.

Warunki w chilijskim kopalnictwie nie poprawiły się ani na jotę. A prokuratura właśnie oskarżyła ośmiu byłych urzędników, którzy podczas pamiętnego trzęsienia nie wydali ostrzeżenia o powstrząsowym tsunami. Ich wina jest bezsprzeczna – na szczęście, wielu mieszkańców wybrzeża samodzielnie uciekło w porę wgłąb lądu – ale zdaniem opozycji, sposób przeprowadzenia sprawy i jej nagłośnienia, jest próbą obarczenia za katastrofę poprzedniej ekipy. Tym bardziej, że administracja próbuje przykrywać niewygodne dla siebie fakty. Prezydenccy urzędnicy twierdzą, że udało im się odbudować domu 47 proc. poszkodowanych rodzin. Tymczasem opozycyjna chadecja ujawniła, że do tej liczby są także zaliczane dopiero co rozpoczęte remonty, a rzeczywista ilość ukończonych prac nie przekracza 11 proc. 148 tys. rodzin wciąż czeka na dach nad głową.

W listopadzie 2013 r., odbędą się w Chile wybory. Konstytucja zabrania natychmiastowej reelekcji, więc Piñera nie będzie mógł brać w nich udziału. Na szczęście dla siebie: Michelle Bachelet, poprzednia głowa państwa i murowana kandydatka opozycji w następnym głosowaniu, odchodziła z urzędu z rekordowym, ponad 80-procentowym poparciem społecznym. Według ostatnich sondaży, wciąż się takowym cieszy. Gdyby Piñera jednak mógł stanąć z nią do walki, zostałby rozjechany jak walec.

Może więc lepiej, żeby już zaczął się oswajać z perspektywą emerytury. I ulepszania rasy, oczywiście.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Kobra kąsa Chińczyków

– Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.