Archive

Posts Tagged ‘Nowa Zelandia’

Z loterii na mistrzostwa

– To niesprawiedliwe traktowanie, jak niewolnictwo, holocaust, apartheid – zagrzmiał na swoim Twitterze Elioty Fuimaono-Sapolu.
Mocne słowa. Szczególnie, kiedy czytelnik orientuje się, że wściekłość wywołały tylko cztery dni wolnego dla Fuimaono-Sapolu i kolegów, zamiast pełnego tygodnia. No, ale jeżeli później kilkunastu stukilowych facetów będzie ci przez 80 minut próbowało urwać głowę, to może jednak dodatkowy wypoczynek się należy.

W Nowej Zelandii trwa Puchar Świata w rugby. I emocje są wagi ciężkiej.

HakaA czy Ty przywitałeś już dziś gości zgodnie z tradycją? (Fot. AFP)

Chociaż impreza ma wyjątkowo krótką historię (to dopiero siódma edycja, pierwszy turniej rozegrano w 1987 r.), to dumnie stoi na podium: więcej widzów ściągają przed telewizory tylko Mundial i Igrzyska Olimpijskie. Tłumy walą też na trybuny – na poprzedniej edycji Pucharu we Francji, każdy mecz gromadził na stadionach ponad 40 tys. kibiców.
Nic dziwnego. To prawdziwie międzynarodowy sport, jego zapalonych fanatyków można znaleźć wszędzie, od Argentyny, przez Kanadę, Gruzję, Japonię itd. W poprzednich eliminacjach zmagało się aż 91 drużyn. I piękno tej gry jest takie, że liczyć trzeba się nawet z reprezentacjami małych państw. Jak Samoa.

Ten malutki wyspiarski kraj Polinezji zamieszkuje niecałe 200 tys. osób. Jego stolica jest nieco mniejsza od Sieradza. Ale jeżeli jest taka dyscyplina, w której mogą zmagać się ze światowymi potęgami, to właśnie rugby.
Ich reprezentacja bez trudu kwalifikowała się na każdy Puchar Świata od 1991 r., w którym doszli do ćwierćfinałów (powtórzyli ten wyczyn jeszcze w kolejnych dwóch edycjach). W 2003 r., chociaż nie wyszli z fazy grupowej, omal nie wygrali ze zwycięzcami całego turnieju, Anglią (prowadzili nawet przez większość meczu, ale Brytyjczycy w końcu się spięli).

Teraz też mają skład, z którym trzeba się liczyć. W rankingu International Rugby Board zajmują 12. miejsce, ale jeszcze przed chwilą byli dwa oczka wyżej i pewnie tam wrócą (wyprzedziła ich Kanada i Włochy, z którymi w do tej pory Samoa z łatwością wygrywało). Ich kapitan, Seilala Mapusua to jeden z najlepszych rugbistów grających w ostatnich latach w Anglii – w sezonie 2008/2009 r. został nawet wybrany na Gracza Roku w kategorii, w której głosują sami zawodnicy. A każdy, w kogo kierunku biegnie skrzydłowy Alesana Tuilagi, musi czuć się, jakby zaraz miał walnąć w niego rozpędzony pociąg (co ciekawe, w jego rodzinie jajowata piłka musi najwyraźniej spełniać jakąś rolę zastępczą wobec matki, bo w rugby zawodowo gra też sześciu braci Alesany, a tym Manu – który gra w reprezentacji Anglii). No i jest też kolejny gracz ze światowej czołówki: center Eliota Fuimaono-Sapolu.

EliotaDenerwowanie Elioty jest tylko o jeden szczebel wyżej od ciągania lwa za ogon (Fot. Getty Images)

– IRB, przestań wykorzystywać nasz naród – ciągnął w następnych wpisach na Twitterze – Jedyne o co prosimy to #równość i #sprawiedliwość.

Fuimaono-Sapolu narobił tyle szumu w internecie, po przegranej swojej ekipy z reprezentacją Walii 17-10. I chociaż to on krzyczał najgłośniej, to wkurzeni są wszyscy gracze i kibice z Samoa. Bo podczas gdy oni musieli stanąć do boju już po 4 dniach, Walijczycy mogli się od ostatniego meczu wylegiwać ponad tydzień. A to naprawdę poważna różnica.

Zawodnicy rugby to potężne, stukilowe chłopy. Ale wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie mogą sprawiać, są jak najdalsi od sztywnych, niesprawnych kloców. Najlepsi gracze to prawdziwi atleci. W ciągu 80 minut meczu przebiegają średnio 8-10 km, z tego część sprintem, skaczą, robią zwody, siłują się z innymi bykami. Muszą być świetni technicznie i precyzyjni. No i odporni na urazy. To sport tak kontaktowy, jak tylko możliwe. Nie dalej jak w lipcu, dobitnym przykładem stała się tragedia: 21-letni Halley Appleby, zawodnik Uniwersytetu w Brisbane, został tak poturbowany w ciągu gry, że stracił przytomność i zmarł już po przewiezieniu do szpitala.

Nic więc dziwnego, że Samoańczycy, z Fuimaono-Sapolu na czele, uskarżają się, że rywale mieli więcej czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że Walia to silna ekipa (a w grupie D jest jeszcze RPA, obrońcy tytułu).
– Spróbujcie się wczuć w naszych rodaków, którzy zapłacili za nasz udział, nawet biedne dzieci, które oddawały swoje pieniądze na obiad – dorzucał jeszcze Eliota w innym wpisie. Słusznie: reprezentacja jest tak biedna, że musiała urządzić specjalną loterię, żeby pokryć koszty podróży.

Niesprawiedliwość widać wyraźnie, kiedy popatrzy się na kalendarz terminów. Faza grupowa trwa od 9 września do 2 października. I podczas gdy Samoa musi wszystkie swoje mecze rozegrać w dwa tygodnie, reprezentacje takich krajów jak Australia czy Anglia, będą miały aż o siedem dni wolnego więcej. Wszystko z powodu transmisji telewizyjnych.
Impreza kosztowała organizatorów trochę ponad 7 mln dolarów. Żeby się zwróciła (i to z dużą nadwyżką), chcą pocisnąć reklamodawców w najlepszych czasach antenowych i to w tych krajach, gdzie rugby ma największą oglądalność. A w tym Londyn ma nad Apią (stolicą Samoa) miażdżącą przewagę. Żeby dobrze się wstrzelić w tamtejszy czas antenowy, trzeba w Nowej Zelandii brać pod uwagę nie tylko różnicę godzin, ale wręcz dni.

Ekonomia jest dla malutkich bezlitosna.

Oburzenie wywołała jednak nie sama wściekłość Fuimaono-Sapolu, tylko porównanie sytuacji do holocaustu i apartheidu. Porównanie, powiedzmy sobie wprost, dość idiotyczne. Co zresztą szybko zrozumiał sam Eliota.
– Weźcie, oczywiście rugby jest nieporównywalne z tym, co zrobił Hitler! – zreflektował się krótko po wybuchu afery – Zapomnijcie o analogiach. Przepraszam. Ale kwestia niesprawiedliwości zostaje – zakończył.

Federacja uznała, że to wystarczy. Fuimaono-Sapolu dostał upomnienie, ale nie zostanie zawieszony.

Tymczasem miliony kibiców na świecie czeka na dalsze emocje. W tym przywódcy wszystkich krajów regionu, którzy zjechali do Nowej Zelandii na odbywający się równocześnie szczyt Forum Wysp Pacyfiku. Najwyraźniej mniej istotne od rugby, bo całkowicie olane przez polityków, którzy zamiast kisić się w dusznych salach, woleli dołączyć do rodaków na trybunach.

Finał 23 października.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W Auckland miałą się odbyć motocyklowa parada topless, pod zgrabnym hasłem “Boobs on Bikes”. Ale ze względu na “familijny charakter Pucharu Świata”, została odwołana. Shame on you, New Zealand!

Osiem krzaków na własny użytek i grobowiec na sprzedaż

W tym tygodniu nie było żadnego artykułu na Dziale Zagranicznym, bo przytłoczyły mnie inne obowiązki, a od piątku rano już szczególnie. Pozdrawiamy Antka Słodkowskiego, który często tu zagląda, a w przerwach od czytania dzielnie zasuwa dla Reutersa w Tokio. Ogrom zniszczeń w Japonii jest przerażający, ale w polskich mediach macie już setki ekspertów od trzęsień ziemi, tsunami, sushi, kimon i tajników japońskiej duszy, więc w Dziale Zagranicznym darujemy sobie rozstrząsanie “jak my byśmy się w tej sytuacji zachowali, panie profesorze” i po prostu rzućmy okiem, co działo się na świecie w tym tygodniu.

1. Patrz, ale nie pytaj

Zaczynamy od przypomnienia informacji z zeszłego tygodnia, o nieudanym zamachu stanu w Demokratycznej Republice Konga. Władze kraju wciąż twardo trzymają się wersji, że był to atak terrorystyczny i na razie nie ma żadnych twardych dowodów za jedną, bądź drugą wersją.
Chwilowo pewne są tylko dwie informacje. Po pierwsze, ostateczna liczba ofiar śmiertelnych to 19 osób, z czego 8 to żołnierze wierni prezydentowi Kabili. I po drugie: władze jak do tej pory aresztowały 126 podejrzanych o związki z napastnikami. W poniedziałek ściągnięto wszystkich zagranicznych dziennikarzy do więzienia w Kinszasie, żeby mogli ich sobie obejrzeć. Zatrzymani nosili ślady brutalnego pobicia i głośno krzyczeli, że są niewinni. Prasie nie wolno było jednak zadawać żadnych pytań.
Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się do przyszłego tygodnia.

2. Dyktatorzy ćwierkają sami do siebie

W państwach autorytarnych mieliśmy tydzień Twittera.

Kamerun zablokował swoim obywatelom możliwość korzystania z serwisu za pośrednictwem sieci komórkowych. Wszystko dlatego, że od kilku tygodni opozycja w kraju próbuje urządzić wielkie manifestacje niezadowolenia w stylu egipskim.
Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego rząd uderza w Twittera właśnie teraz. Prawie wszyscy czołowi przeciwnicy prezydenta Paula Biyai zostali aresztowani trzy tygodnie temu (siedzi między innymi Louis Tobie Mbida, syn pierwszego premiera Kamerunu po uzyskaniu niepodległości), jedyna manifestacja, jaka się odbyła, została ostro stłumiona przez policję, a z samego serwisu internetowego korzystała tu dosłownie garstka osób. Opozycja do działania wzywała przez zwykłe SMSy. Ale tych – na razie – Kamerun jeszcze nie zablokował.

Prezydent KamerunuMiędzy małżeństwem Obamów Paul Biya, prezydent Kamerunu, a pierwsza od lewej jego małżonka Chantal, która we włosach ukrywa trzy tajne więzienia, zagłuszacz fal radiowych i lotniskowiec (fot. Lawrence Jackson/whitehouse.gov)

Tymczasem inny przywódca nie tylko Twittera się nie boi, ale wręcz odnosi na nim sukcesy. Fidel Castro założył sobie konto mniej więcej rok temu, a w tym tygodniu przekroczył magiczną liczbę 100 tys. czytelników, śledzących jego wpisy o tym, że NATO chce najechać Libię itd. Wielbiciele są zapewne z zagranicy, bo choć Fidel lubi sobie poćwierkać, to tej samej przyjemności odmawia swoim rodakom. Według rządowych statystyk, z internetu korzysta na Kubie zaledwie 3 proc. mieszkańców. Nie wolno go podłączać w domu, a w oficjalnych kafejkach i hotelach jest często cenzurowany. W dodatku z siecią można się połączyć tylko za pomocą modemu telefonicznego, a prędkość transmisji danych jest wolniejsza tylko w jednym miejscu na świecie – na francuskiej wyspie Mayotte koło Madagaskaru.
Władze od dawna zwalały winę na amerykańskie embargo. Zresztą słusznie, Biały Dom przez lata skutecznie blokował możliwość poprowadzenia światłowodów z Florydy na Kubę. Ale w lutym bracia Castro z pompą świętowali doprowadzenie takiego kabla z zaprzyjaźnionej Wenezueli i pretekst do wymówek się skończył. Według prognoz, prędkość połączenia ma skoczyć jakieś 3 tys. razy, ale mieszkańcy niewiele na tym skorzystają. Ministerstwo Informacji od razu zapowiedziało, że na nowej sytuacji skorzystają szkoły i instytucje rządowe. Dla osób prywatnych, stałe łącze wciąż pozostaje marzeniem.

3. Fortuna kołem się toczy

Jeżeli mowa o technologiach, to rzućmy okiem na Nową Zelandię, która właśnie ekscytuje się powrotem Kary Hurring na łono ojczyzny. W kwietniu 2009 r. kobieta pośpiesznie uciekła wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem do Chin (skąd pochodził mężczyzna) po tym, jak miejscowy bank przez pomyłkę przelał na jej konto równowartość 6 mln dolarów. Poszukiwana dobrowolnie wróciła na wyspy w tym tygodniu i odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Jak się jednak okazuje, Hurring nie pchnęła do powrotu skrucha, tylko… brak kasy. Bo jej narzeczony większość łupu przegrał w kasynach w Makao. Po czym nawiał.
Dział Zagraniczny przeczuwa, że Kary sprzeda prawa do biografii/scenariusza i tak czy inaczej odbije się od dna. Mała rada: dziewczyno, gdy tak się stanie, to na wakacje jedź bez faceta.

4. Czemu ta dziewczyna chodzi ciągle na palcach?

Jeszcze przy okazji Chin, krótka informacja z Szanghaju: Mattel właśnie zamknął otwierany dwa lata temu z hukiem concept store z Barbie (sześć pięter różu i prawie tysiąc unikatowych lalek o nieludzkich proporcjach). Powód? Niewystarczająca ilość klientów – Chinczycy podobno nie bardzo znają tę markę.
Oczko w górę na liście krajów, gdzie Dział Zagraniczny chciałby się przeprowadzić.

5. Osiem krzaków dla każdego

A na tejże liście na podium wciąż mocno trzyma się Urugwaj, dlatego śledzimy doniesienia z tego małego latynoskiego państwa. Po zeszłotygodniowym raporcie ONZ, o coraz większej dostępności kokainy w Montevideo i okolicach, ostatnie dni przynoszą bardziej interesujące wieści. Do parlamentu właśnie trafił projekt ustawy, która ma całkowicie zliberalizować paragrafy dotyczące marihuany. Jeżeli tylko posłowie klepną nowe prawo, to każdy będzie mógł nosić sobie w kieszeni aż do 25 gramów, a w domu uprawiać cztery krzaki. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo plany staną się rzeczywistością, bo projekt zgłosili posłowie koalicji rządzącej, ale za jest też i opozycja.
– Tak, powinna być z góry ustalona liczba krzaków, jakie każdy może posiadać, a sądy musiałyby jedynie decydować, czy uprawa jest na użytek własny, czy w celu sprzedaży – podsumował sprawę Luis Lacalle Pou, przewodniczący Izby Deputowanych z opozycyjnej Partii Narodowej.
Podobne zasady obowiązują od jakiegoś czasu po drugiej stronie La Platy. W sierpniu 2009 r. argentyński Sąd Najwyższy stwierdził, że małe ilości marihuany na własny użytek są jak najbardziej dozwolone, a próby sądzenia za jej posiadanie są niekonstytucyjne.
Dział Zagraniczny był i sprawdził: faktycznie, policja nie zatrzymuje.

6. Templariusze: reanimacja

Skoro narkotyki, to nie możemy nie rzucić okiem na Meksyk. Dział Zagraniczny już pisał o jednym z tamtejszych karteli – groteskowej La Familia. Otóż w styczniu gangsterzy ogłosili, że kończą karierę. A w tym tygodniu przy drogach w zachodnim Michoacan zawisły bannery, w którym inna ekipa ślubuje podjąć ich dzieło. Zacytujmy sobie w całości: “Będziemy na usługi mieszkańców Michoacan, żeby rozwiązać jakąkolwiek sytuację, która stanowiłaby zagrożenie dla Michoacanos. Naszymi zobowiązaniami są: utrzymać porządek, unikać kradzieży, porwań, wymuszeń i chronić stań przed możliwymi interwencjami rywali. Podpisano: Templariusze”.
Git. Dział Zagraniczny czeka, kiedy Kartel z Sinaloa zmieni nazwę na “Krzyżacy”. Najbardziej poszukiwany człowiek w kraju – Joaquín von Jungingen Guzmán.

7. Międzynarodowy model biznesowy

Jest jeszcze jeden kraj, gdzie chętnych do zostania przestępcą nie brakuje. W Peru ktoś najwyraźniej czyta Dział Zagraniczny i wziął sobie do serca nasze doniesienia, że piractwo jest jednym z nielicznych biznesów, który w ostatnich latach nie tylko nie przejmuje się kryzysem, ale jeszcze się rozwija. W tamtejszym Callao grupka 20 bandytów dokonała abordażu na japoński kuter, kradnąc gotówkę, komórki i sprzęt radiowy. Co więcej, to już drugi atak tej samej (prawdopodobnie) ekipy w tym roku.
Johnny Depp? Może następna część w Peru? “Piraci z Pacyfiku i Zemsta Meksykanskiego Jaquesa de Molay”.

8. Lokal sprzedam, atrakcyjna lokalizacja, trochę wilgotno

I kolejny news, który zahacza o kinematografię. Większość Polaków pewnie kojarzy Evitę z kreacji Madonny i piosenki, która w 1996 r. atakowała na wszystkich frontach: od sklepów ze spodniami, przez PKSy, na budkach z zapiekankami skończywszy. Ale w Argentynie Eva Peron jest druga po Bogu (czyli Maradonie) i każdy, kto wpadnie do Buenos Aires musi obowiązkowo zaliczyć jej grobowiec na cmentarzy w Recolecie. No, ale jeżeli jest prawdziwym fanem, to od teraz może sobie też kupić miejscówkę obok.
Damian Sabelli ma kryptę po sąsiedzku i potrzebuje kasy. Więc wyprzedaje lokale wewnątrz. Co prawda w grobowcu leży już 14 jego przodków, ale Damian się nie przejmuje. – Wszystkich można usunąć już dzień po sprzedaży. Przestrzeń będzie natychmiast gotowa do zajęcia – ogłosił radośnie.
Miejsc jest w sumie 20. Cena to mniej więcej 220,5 tys. euro. Za tyle można sobie w Recolecie (jednej z bardziej prestiżowych dzielnic Buenos Aires) kupić trzy pokoje z kuchnią i tarasem.
Ale tak, Dział Zagraniczny rozumie, że to wszystko blednie przy wcześniejszej informacji, że można w Argentynie palić skręty. Co Damianowi bez wątpienia nie jest obce.

9. Lukbuk wiosna/lato

No i na sam koniec: idzie lato. W związku z czym warto się zainteresować firmą 46664. Taki był więzienny numer Nelsona Mandeli, który za czasów apartheidu spędził za kratami 27 lat. I tak też nazywa się jego fundacja charytatywna, która wspiera walkę z AIDS w RPA. Teraz organizacja zapowiedziała wypuszczenie na rynek kolekcji ubrań inspirowanych kolorowymi koszulami, w jakich gustuje były prezydent. Pieniądze ze sprzedaży mają zostać wykorzystane przez 46664 do finansowania swoich projektów.
Szukajcie w dobrych sklepach od sierpnia.

46664Szał na następnej edycji Łódź Fashion Week (fot. 46664.com)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Stephen Wilce to fajny gość

Podsumowanie tygodnia w poniedziałek, zamiast w niedzielę. Obsuwa wynika z powodów różnych, nad którymi nie będziemy się rozwodzić. Dział Zagraniczny przeprasza wszystkich czytelników, oraz osoby, które w różnych sprawach pisały maile, a jeszcze nie dostały odpowiedzi. W ciągu godziny mogą się ich spodziewać.
Jeszcze raz sorry.

1. Bez olinklusiw nie ma korespondencji

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej Laurent wciąż mówi, że nie odda zabawek i jest pat. Tymczasem trochę dalej na południowy-wschód, a konkretnie w Gabonie, lokalny polityk postanowił powtórzyć scenariusz. We wtorek André Obame ogłosił, że wybory z 2009 roku zostały sfałszowane, tak naprawdę wygrał je on, a nie urzędujący prezydent Ali Bongo (syn rządzącego krajem przez 42 lata Omara Bongo, z którym sam Obame przez lata blisko współpracował). Następnie mianował rząd i 19 ministrów, a dzień później wszyscy stawili się przed miejscową siedzibą ONZ, gdzie zażądali ochrony.
Pewnym rozczarowaniem dla samozwańczego prawowitego przywódcy może być to, że o ile na Wybrzeżu Kości Słoniowej Unia Afrykańska twardo stoi po stronie opozycjonisty/prezydenta Alassane Ouattary, o tyle w Gabonie przesłanie tej samej organizacji dla André można z grubsza streścić jako “Weź się nie wygłupiaj”.

Obame zawsze twierdził, że wybory wygrał, ale do tej pory nie afiszował się z tym na szeroką skalę. Podobno do wtorkowej akcji zachęciły go wydarzenia w Tunezji. A jeżeli o państwach arabskich mowa, to Dział Zagraniczny pragnie poinformować czytelników, że oprócz wspomnianego kraju Magrebu i Egiptu, który nie schodzi z czołówek, demonstracje odbywają się też w Jemenie, Libanie (chociaż tam z trochę innego powodu), a od wczoraj też w Chartumie. Na nieszczęście dla tych krajów, biura podróży nie wysyłają tam samolotów pełnych turystów z Radomia. Więc nie zobaczymy relacji w “Faktach”.

2. Literatura to sztuka

Był sobie kiedyś taki argentyński autor jak Jorge Luis Borges, który jest uznawany za jednego z najwybitniejszych latynoskich pisarzy w historii. Borges zmarł w 1986 roku, ale na jego nieszczęście chilijski kolega po piórze – Eduardo Labarca – mimo 72 lat żyje nadal. I wpadł na genialny pomysł, że wypromuje swoją najnowszą książkę, dając na okładkę zdjęcie, na którym obiskuje grób Borgesa. Argentyński Minister Kultury mówi, że to profanacja. Sam Labarca, że sztuka.
Sąsiedzi Działu Zagranicznego co weekend uprawiają sztukę na jego klatce schodowej.

3. John Candy

Nowa Zelandia ma coś, co nazywa się Defence Technology Agency i z grubsza jest agencją, która doradza rządowi w sprawach lotnictwa wojskowego (np. w sprawie misji w Afganistanie), szeroko pojętego szpiegostwa i obrony. Acha, no i do niedawna miała też szefa, który żyje we własnym świecie. Dosłownie.
Stephen Wilce stracił stanowisko po pięciu latach dowodzenia 80-osobową ekipą i przeglądaniu ściśle tajnych materiałów. Przełożeni zwolnili go we wrześniu ubiegłego roku, kiedy lokalna telewizja ujawniła, że kłamał w swoim CV, między innymi twierdząc, że przez lata służył w brytyjskiej armii jako komandos. A w piątek komisja śledcza wydała raport ze śledztwa, które ujawniło kolejne fantazje Wilce’a.
Sympatyczny pan z wąsem według własnych opowiadań działał też w MI5, MI6, zaprojektował system naprowadzania rakiet Polaris, był bardzo popularnym gitarzystą folkowym, oczywiście w przerwach pomiędzy zawodowym graniem w rugby a wożeniem księcia Andrzeja helikopterem.
Dział Zagraniczny rozumie, że liczba zajęć przytłoczyła tego, kto dawał Stephenowi posadę, ale chyba jednak były sygnały, żeby lekko wątpić w jego życiorys? Na przykład kiedy twierdził, że w 1988 roku reprezentował Wielką Brytanię na Zimowej Olimpiadzie w Calgary, gdzie ścigał się na bobslejach z Jamajczykami. Tak, tymi z “Reggae na lodzie”.

John CandyPodpowiedź dla rządu Nowej Zelandii: drugi od prawej pan, to nie Stephen Wilce

4. Ital irie culcha

A właśnie, Jamajka. Dział Zagraniczny informował już o tym, że Kuba stworzyła własną Wikipedię. Sąsiedzi z drugiej wyspy nie chcieli być gorsi i właśnie ruszyła Jamaicapedia. Z tym, że ma niewiele wspólnego ze słynnym pierwowzorem, to raczej portal z filmikami, które mają prezentować kulturę tego kraju. Są więc nagrania z wizyty Hajle Sellasiego w 1966 roku, wywiad z Usainem Boltem i dużo o reggae. Na razie nic o mordowaniu gejów i lesbijek. Znając Jamajkę, już niedługo.

5. Chiński Tom Cruise

Wszystko wskazuje na to, że Chińczycy nadali w telewizji materiał ze swoich ćwiczeń wojskowych, w którym użyli fragmentów z filmu “Top Gun”. Nawet nie chce mi się tego opisywać, wszystko jest wyjaśnione pod tym linkiem, a na zachętę screenshot:

Top GunTom Cruise lata dla chwały ChRL

6. Pewchowe skrzyżowanie

Inna kuriozalna wiadomość tego tygodnia, to że do więzienia w Pakistanie trafił pewien Amerykanin, bo zastrzelił motocyklistę w Lahore. On sam twierdzi, że bronił się przed napadem, a bandyta pierwszy groził mu bronią, ale cała sytuacja jest bardziej tragiczna niż groteskowa. Do momentu, kiedy na miejsce zdarzenia dociera auto z amerykańskiego konsulatu i uderza dwóch gapiów, z których jeden umiera.
Nawet nie wiem, jak to skomentować

7. Gorzej niż na derbach w Krakowie

Podsumowanie tygodnia zakończymy kolejną tragikomedią. W Nigerii jest miasto Jos, które od lat jest targane konfliktami pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Szczególnie krwawy był rok 2008, a tylko w zamieszkach z zeszłego miesiąca zginęło ok. 200 osób.
Tymczasem w czwartek w pobliskim Tafawa Balewa starcia pociągnęły za sobą 4 ofiary śmiertelne, a ponad 50 domów spłonęło. Co wywołało krawe walki? Spór dwóch chłopaków o niespłacony dług bilardowy.
Kilka lat temu Dział Zagraniczny spędził parę miesięcy w Tanzanii. Akurat na samym początku rząd zabronił gry w bilard przed godziną 16, bo z jego powodu za dużo dzieci szło na wagary, a dorosli nie przychodzili do pracy. Nigerio: rozważ.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.