Archive

Posts Tagged ‘Ochrona środowiska’

Gwiezdny pył

Co to takiego: jest w Chinach i widać to z kosmosu? Odpowiedź: zanieczyszczenia.

Dział Zagraniczny mieści się koło warszawskiej Politechniki, ale aż do tego tygodnia w życiu nie słyszał o PM2,5. Pierwsze skojarzenie, to że to jakaś śruba z ikeowskiego zestawu “Zrób sobie kuchnię”. Ale nie. Dzięki Chińczykom wie już, że to pył będący mieszaniną stałych i ciekłych cząstek o średnicy mniejszej niż 2,5 mikrometra. Dlaczego dzięki Chińczykom? Bo to właśnie oni rozpętali na początku roku internetową kampanię oburzenia, pod którą ugiął się rząd w Pekinie: musiał przyznać, że każdy głęboki wdech w Kraju Środka truje jeszcze bardziej, niż do tej pory sądzono.

Smog przesłania Wielki MurGdyby Gagarin poleciał dziś w kosmos, to nad Chinami nie zobaczyłby Wielkiego Muru, tylko właśnie to (Fot. NASA)

Cząsteczki w pyle PM2,5 są tak małe, że bez problemu docierają do górnych dróg oddechowych i mogą przenikać do krwi. Przeszkadzają w oddychaniu, powodują kaszel i katar sienny. Wywołują schorzenia alergiczne i zapalenie spojówek. Zwiększają ryzyko raka płuc. Są powodem powikłań ciążowych, w wyniku których noworodki mogą przyjść na świat z wadami wrodzonymi.

Nikt na świecie nie jest tak zagrożony ich wdychaniem, jak właśnie Chińczycy. Linfen w środku kraju jest zgodnie uznawane za najbardziej zanieczyszczone miasto na świecie. A po ulicach samego tylko Pekinu jeździ prawie 5 mln samochodów. Zanieczyszczenia nad stolicą są wręcz legendarne – przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r., wielu obserwatorów zastanawiało się, czy tamtejszy smog nie będzie miał negatywnego wpływu na osiągi sportowców. Podobno widać go nawet z kosmosu, czasami ma zasłaniać słynny Wielki Mur. Więc kiedy w grudniu zanieczyszczenia spowodowały taki spadek widoczności, że trzeba było uziemić kilkaset lotów, internauci powiedzieli wreszcie: dość.

Na blogach i forach internetowych rozpętała się zaciekła kampania. Autorzy nawoływali rodaków, żeby powstrzymali się od tradycyjnego kupowania kilogramów fajerwerków na chiński Nowy Rok (świętowany 23 stycznia) – w trakcie poprzedniego, tylko w Pekinie odpalono ich 58 ton – bo po pierwsze, strasznie zanieczyszczają powietrze, a po drugie, zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można by wydać na zakup urządzeń monitorujących zanieczyszczenia. Ich wysokie koszta były dla części urzędników wymówką, dlaczego władze publikują jedynie dane dotyczące o wiele mniej groźnych pyłów PM10, a te o stężeniu PM2,5 przemilczają. Presja okazała się tak silna, że Partia nie miała innego wyboru, niż tylko zgodzić się na żądania: na początku stycznia zapowiedziano więc, że do końca miesiąca pomiary PM2,5 będą ogólnodostępne.

I faktycznie. Wiadomości o stężeniu opublikowano. Tyle, że nikt w nie nie wierzy.

Smog w ChinachNie, to nie te latające góry z “Avatara” (Fot. AFP)

Władze opublikowały dane dotyczące wyłącznie Pekinu i jeszcze kilku wybranych miast, a resztę kraju pominęły wymownym milczeniem. Co więcej, według oficjalnych komunikatów, zanieczyszczenia są minimalne, a stężenie PM2,5 nie przekracza 0,015 miligramów na metr sześcienny powietrza. Sęk w tym, że żadne pomiary prowadzone przez niezależne ośrodki tego nie potwierdzają. Od kilku lat własne badania powietrza prowadzi (a wyniki publikuje na Twitterze) ambasada Stanów Zjednoczonych. W latach 2010-2011, na 1,5 tys. prób, taki wynik otrzymała zaledwie… 18 razy.

Własne pomiary, na zlecenie tygodnika “The Economist”, przeprowadziła też grupa naukowców z Uniwersytetu Yale. Ich wyniki są obezwładniające. Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia, pył PM2,5 stanowi zagrożenie dla zdrowia, gdy jego stężenie w powietrzu przekracza 10 mikrogramów na metr sześcienny. Według badaczy z Yale, żadna z chińskich prowincji nie mieści się w tym limicie. Tam, gdzie mieszka najwięcej ludzi, stężenie przekracza 30 mikrogramów, a w Szantungu i Henanie sięga nawet 50.

Władze chyba jednak niewiele sobie z tego robią.

Szacuje się, że w Pekinie aż 70 proc. PM2,5 to produkt rur wydechowych, głównie tirów. Żeby polepszyć sytuację, rząd już w 2005 r. klepnął prawo, które zobowiązywałoby producentów ciężarówek do instalowania w nich silników przyjaźniejszych środowisku. Nowe zasady miały wejść w życie w styczniu 2011 r. Ale zamrożono je jeszcze na rok. Tylko po to, żeby w zeszłym miesiącu ogłosić, że przesunięto jednak termin na lipiec 2013.

Wszystko dlatego, że nowe silniki wymagałyby paliwa wyższej jakości, z niższą zawartością siarki. Państwowe firmy teoretycznie mogłyby takie produkować. Ale nie chcą. A najwyraźniej mają silniejsze lobby, niż chiński minister środowiska, więc rząd ugiął się pod ich presją.

Przed laty, Tiziano Terzani – włoski korespondent niemieckiego “Spiegela” na Dalekim Wschodzie – pisał, Chińczyk może posiadać na własność tylko drelich, zegarek i rower. Teraz dostał też samochód. A w bonusie, potencjalnego raka z każdym kolejnym oddechem.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Wieloryb na Wigilię

Co to: ma płetwy i jadasz to w grudniu? Karp, oczywiście. No, chyba że jesteś Japończykiem. Wtedy to wieloryb. I w tym roku możesz go konsumować dzięki… pieniądzom na odbudowę zniszczeń po marcowym trzęsieniu ziemi, które wywołało tsunami i katastrofę w elektrowni jądrowej w Fukushimie. Smacznego!

Wielorybnictwo a la JaponiaHo! Ho! Ho! Wesołych świąt po japońsku! (Fot. Australian Customs Service)

Wielorybnictwo w Japonii to żadna nowość. Wyspiarze polują na te ogromne ssaki od kilkuset lat i jak do tej pory nic nie zdołało ich od tej real-life inscenizacji Moby Dicka odciągnąć. Wojna, nie wojna, konkurencja ze strony Aristotelisa “A, wytępię sobie wszystkie wieloryby w okolicach Peru” Onasisa, reality show o grupie rozhisteryzowanych hipisów – Japończycy wszystko traktowali zgodnie ze swoją odwieczną zasadą: “Jeżeli to nie Godzilla, to nie ma co przerywać herbaty”. Nawet kiedy Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa wprowadziła moratorium na jego komercyjne prowadzenie, Tokio wciąż wysyłało swoją flotę na połów, oficjalnie tłumacząc go celami naukowymi. A to, że po “badaniach” mięso trafiało na sprzedaż i do restauracji? Hej, chleb jest święty i nie wolno go wyrzucać, a w Japonii jest najwyraźniej ostro nasączony tranem.

Co ciekawe, jak pokazują badania Gallupa, przytłaczająca większość Japończyków nie jada wielorybiego mięsa wcale, albo robi to tylko przy wyjątkowych okazjach. W zasadzie jedyna grupa respondentów, która uznaje je za przysmak, to mężczyźni w wieku 40-59 lat, co komentatorzy tłumaczą sentymentem: tuż po wojnie było ono bowiem często podawane w szkolnych stołówkach i osobom starszym kojarzy się z dzieciństwem.

Skąd więc ten pęd do polowań na wieloryby (a przy okazji też delfiny)? Są dwie wersje.

Pierwsza mówi, że to zemsta za to, że to właśnie para złożona z wieloryba i delfina pilotowała bombowiec, z którego zrzucono bombę atomową na Hiroszimę (a Japończycy do dziś nie wiedzą, że w rzeczywistości za sterami siedzieli krowa i kurczak):

Według drugiej, to po prostu zwykły klientelizm. Jeżeli ktoś uważa, że polska scena polityczna jest zabetonowana, to w takim razie ta japońska jest prawdziwym bunkrem. Przeciwatomowym. U władzy pozostają wciąż ci sami ludzie, a nawet rodziny. Żeby jednak móc się utrzymać na powierzchni, muszą dbać o swoją bazę i tamtejsze struktury – gigantyczne inwestycje w infrastrukturę itp. to nic innego jak pompowanie pieniędzy w zaprzyjaźnione firmy i potencjalnych wyborców.

Nie inaczej jest z przemysłem wielorybnicznym, który już od wielu lat nie jest dochodowy i wciąż funkcjonuje tylko dzięki potężnym zastrzykom rządowych pieniędzy. Co roku w budżecie przeznacza się na ten cel ok. 6 mln dolarów, a od 1988 r. z wydano ich w sumie aż 150 mln. Politycy dobrze wiedzą, że dzięki temu mogą potem przy urnach liczyć na tysiące wdzięcznych głosów: wokół niewielkich kiedyś portów rybackich, przez lata powyrastały przetwórnie, stocznie i fabryki, a wraz z nimi duże miasta, takie jak chociażby Ayukawa, gdzie mieszka prawie 200 tys. osób. Dlatego też, finansowa pomoc dla tych ośrodków nie budzi w Kraju Kwitnącej Wiśni wielkiego oburzenia społecznego.

Ale ostatni zastrzyk pieniędzy już jak najbardziej.

Po marcowej katastrofie, rząd ustanowił fundusz na odbudowę zniszczeń, którego budżet to 500 mld jenów (równowartość mniej więcej 6,5 mld dolarów). Teraz okazało się, że 2,30 mld jenów (ok. 29 mln dolarów) z tej puli zostało przekazane właśnie przemysłowi wielorybniczemu. Rząd tłumaczył się co prawda, że jedna ze zburzonych miejscowości była właśnie tego typu portem rybackim, ale szybko okazało się, że nie ma to żadnego przełożenia na wspomnianą sumę. Gdy na początku grudnia, japońska flota wielorybnicza wyszła z portu w Shimonoseki w południowo-zachodniej części Honsiu, największej z wysp tworzących Japonię (trzęsienie ziemi, które wywołało niszczycielskie tsunami, znajdowało się na przeciwległym jej krańcu), w oczy najbardziej rzucała się szczególnie towarzysząca jej jednostka: “Shonan Maru 2”, były kuter przerobiony na pływającą twierdzę, wypełnioną uzbrojonymi po zęby ochroniarzami.

Wszystko dlatego, że w zeszłym roku hałaśliwe działania ekologów z organizacji Sea Shepherd pokrzyżowały wielorybnikom plany jak nigdy dotąd. Flota musiała zawrócić do portu miesiąc wcześniej niż zwykle (sezon trwa z reguł do kwietnia), a w jej ładowniach zalegała zaledwie piąta część tego, co chcieli złowić. Teraz “Shonan Maru 2” ma zadbać o to, by żadna motorówka, albo inna jednostka ekologów, nie mogła się nawet zbliżyć do miejsca połowów. I to właśnie na jego uzbrojenie poszło te 29 mln dolarów.

Takim groteskowym wykorzystaniem funduszy na odbudowę oburzeni są sami Japończycy. Wiele organizacji wysłało do premiera Yoshihiko Nody wspólny list otwarty, w którym protestują przeciwko marnotrawieniu funduszy publicznych.

Wielorybnicy żeglują więc w kierunku Antarktyki, a Dział Zagraniczny wciąż nie może wyjść ze zdumienia: 29 mln dolarów na uzbrojenie kutra? To co? Załadowali mu tam torpedy i wiosną będzie polował na Czerwony Październik?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny bierze urlop świąteczny. Następnym razem będziemy nieinteresować polskiego czytelnika dopiero w nowym roku. Dlatego wszystkim niezainteresowanym już teraz życzymy smacznego karpia (albo wieloryba, zależy gdzie jesteście).

Goryl ma gorzej niż uchodźca

Dokładnie za tydzień, 28 listopada, w Demokratycznej Republice Konga odbędą się wybory. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że przełomowe – bo dopiero drugie w ciągu czterech dekad niepodległości. Afrykański gigant, choć teoretycznie powinien być jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata, bardziej przypomina Somalię, choć wciąż nie można go określić jako państwo upadłe. Jeszcze nie skonało, ale już jest umierające. Najbardziej cierpią na tym kobiety, dzieci i… goryle.

GorylątkoMały goryl jest jak małe dziecko i hasło, że “zły dotyk boli całe życie”, jest w jego przypadku równie prawdziwe (Fot. Virunga National Park)

Demokratyczna Republika Konga powinna być synonimem słowa “dużo”. Duży jest sam kraj – 2 mln kilometrów kwadratowych to prawie cała Europa Zachodnia. Dużo jest jego mieszkańców (71 mln), a ci mają dużo grup etnicznych (ponad 200). Ale przede wszystkim, dużo jest tu minerałów: złota, miedzi, cyny, kobaltu, z Konga pochodzi co trzeci diament na szyjach i palcach bogaczy od Nowego Jorku po Tokio, a każdy z Was nosi kawałek tego kraju w kieszeni, albo torebce – 70 proc. światowych zasobów koltanu, niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych, spoczywa właśnie pod jego powierzchnią. Przez co, paradoksalnie, najwięcej jest problemów.

Korupcja jest plagą. Żeby założyć własny biznes w sąsiedniej Rwandzie (która w rankingach jest uznawana za najmniej skorumpowany kraj Afryki), potrzeba tylko 3 dni, w Demokratycznej Republice Konga – co najmniej 65, a i tak nie ma pewności, że sprawa zostanie pomyślnie załatwiona. Więc trzeba smarować i to grubo. Śmiertelność noworodków to 111 na 1000 urodzin (średnia światowa to zaledwie 41). ONZ w swoim dorocznym Raporcie o Rozwoju Społecznym, umieszcza Kongo na smutnym, ostatnim miejscu. A jeżeli ktoś z czytelników zastanawiał się kiedykolwiek, który kraj na świecie na najgorsze statystyki w kategorii bezpieczeństwa lotniczego, to już może zacząć się domyślać.

Najgorsza jest jednak niekończąca się przemoc.

W 1885 r., na konferencji berlińskiej, uznano Kongo za prywatną własność belgijskiego króla Leopolda II. Który okazał się być małym psychopatą. Za sprawą jego bestialskich rządów, zginęła połowa wszystkich mieszkańców tych terenów. W 1908 r., pod naciskiem oburzonej działaniami władcy dupka opinii międzynarodowej, Kongo zostało mu odebrane i stało się belgijską kolonią. Choć dola miejscowej ludności była wciąż ciężka, to na szczęście terror zelżał. Jednak, gdy w 1960 r. kraj stał się niepodległy, przemoc powróciła ze zdwojoną siłą. Najpierw wybuchła wojna domowa ze zbuntowaną Katangą, potem z Kasai Południowym, a w zamachu stanu, władzę przechwycił Mobutu Sese Seko: krzyżówka Pinocheta z Karlem Lagerfeldem.

MobutuMemo: jeżeli władzę w Twoim kraju przejmuje typ o takim guście, to następnego dnia proś o azyl w Szwecji (Fot. Reuters)

W 1996 r., Mobutu zrobił najgorszy błąd swojego życia: zaczął masakrować zamieszkujących wschodnie rubieże kraju Tutsich, żeby ich kuzyni z sąsiedniej Rwandy nie myśleli sobie, że jak wygrali jedną wojnę domową, to mogą za bardzo kozaczyć. Na co ci właśnie krewni postanowili odpowiedzieć, dając dyktatorowi fangę w nos. Już rok później rebelianci, wspierani przez właśnie Rwandę, ale też Ugandę, Burundi i Angolę, zdobywają stolicę, a Mobutu musi uciekać za granicę. Kongo było jednak od happy endu dalej niż bliżej.

Przywódca powstańców, Laurent-Désiré Kabila, dostaje od niedawnych sojuszników krótką piłkę: “Ziomek, pomogliśmy ci, to teraz wyskakuj z diamentów i złota”. Na co Laurent rzuca żołnierskie “Takiego!”, więc Rwanda, Uganda i Burundi nie bawią się dalej w dyplomacje, tylko najeżdżają Kongo. Angola, Namibia, Zimbabwe i Czad przybywają z pomocą, która szybko okazuje się być równie grabieżczym wypadem, co eskapada przeciwników. W ten sposób, Kongo staje się areną konfliktu, znanego powszechnie jako Afrykańska Wojna Światowa. Trudno oszacować, ile pochłonęła ofiar, ale szacuje się, że między 5,5 a 7 mln. I cały czas giną kolejni Kongijczycy.

Mimo, że wojska innych państw wycofały się już w 2002 r., to na wschodzie kraju wojna nigdy nie ustała. Partyzanci szaleją wciąż w Katandze, w Ituri i Kiwu. W tych dwóch ostatnich, postrach sieje również Armia Bożego Oporu, znana z wybitnego okrucieństwa i opierająca się na dzieciach-żołnierzach militarystyczna sekta. Straszliwy jest los kobiet – w maju Dział Zagraniczny podawał, że tylko w latach 2006-2007 na przestrzeni 12 miesięcy, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! A na pogardzanych Pigmejów najzwyczajniej w świecie urządza się polowania.

Teraz okazuje się też, że jest jeszcze jedna grupa ofiar kongijskiego konfliktu, która nie może mieć nawet pojęcia, że takowy kiedykolwiek się toczył – goryle.

Zabity gorylNa świecie jest już 7 mld ludzi, goryli górskich zostało nieco ponad 700 (Fot. Brent Stirton/Getty Images)

W zeszłym miesiącu, udało się pochwycić szajkę kłusowników, którzy próbowali sprzedać na czarnym rynku małe gorylątko za równowartość 40 tys. dolarów. To już czwarty taki przypadek od kwietnia, a instytucje zajmujące się ochroną tych ssaków przyznają, że niewykrytych spraw jest prawdopodobnie znacznie więcej.

– To tylko czubek góry lodowej – nie krył w rozmowie z prasą Emmanuel de Merode, dyrektor Parku Narodowego Wirunga, w którym żyje ok. 480 z mniej więcej 790 pozostających na wolności goryli górskich.

To wyjątkowy gatunek, największa z małp człekokształtnych – dorosłe samce ważą ponad 200 kg, a gdy się wyprostują, mierzą prawie 2 metry. Występują tylko w lasach deszczowych środkowej Afryki. Mimo potężnych rozmiarów, są mało agresywne. Za to silnie rodzinne: samce, będące przywódcami stada, na ogół nie wdają się w walkę o ochronę terytorium, tylko współtowarzyszy. Co, przy rosnącym popycie na małe gorylątka, okazuje się zgubą dla całego gatunku.

Goryle górskie nigdy nie porzucają swoich małych. Żeby więc porwać jedno, trzeba wcześniej wymordować całą jego rodzinę. Na ogół, na oczach maluchów, dla których jest to niewyobrażalny stres. Na tym nie koniec. Te z gorylątek, które udało się odratować z rąk kłusowników, były na ogół mocno poranione od krępujących je lin, chorowite i niedożywione. Resocjalizacja takiego zwierzęcia, to droga przez mękę.

Nie wiadomo ile dokładnie zwierząt pada łupem kłusowników, nieznani są też ich zleceniodawcy. Najczęściej wymienia się w tym kontekście bogaczy z Bliskiego Wschodu i Rosji, ale brak na to twardych dowodów, a bez nich – procederowi nie można skutecznie przeciwdziałać.

Pracownicy parku, jak również organizacje ekologiczne, przekonują, że handel da się zwalczać dopiero wtedy, kiedy ustaną krwawe konflikty w Kongu i w kraju zapanuje relatywny porządek. Jednak nadzieje, że stanie się tak dzięki wyborom w przyszłym tygodniu, są w zasadzie żadne.

Laurent-Désiré Kabila został zamordowany w styczniu 2001 r. Prezydentem został wówczas jego syn, Joseph. Wychowany w sąsiedniej Tanzanii, w rodzimym kraju nie cieszy się przesadną popularnością. Już dawno ogłosił pięciopunktowy plan naprawy państwa, ale jak do tej pory bardziej zainteresowany był umacnianiem swojej władzy, niż uporaniem się z problemami obywateli. Bici są krytyczni wobec niego dziennikarze, a działacze praw człowieka i organizacji zwalczających korupcję, są mordowani w tajemniczy sposób. Klika rządząca czuje się tak bezkarnie, że w zeszłym miesiącu Zoe Kabila, brat Josepha, kazał swoim ochroniarzom publicznie pobić dwóch policjantów kierujących ruchem na skrzyżowaniu, kiedy ci nie dali pierwszeństwa jego luksusowej terenówce.

W sierpniu 2006 r., w Demokratycznej Republice Konga odbyły się wybory prezydenckie, które – przy licznych głosach wskazujących na fałszerstwa – wygrał Kabila. Dział Zagraniczny był wtedy w Kigomie, mieście położonym nad Jeziorem Tanganika po stronie Tanzanii. Każdego dnia, przez granicę przeprawiały się tu grupy Kongijczyków, uciekających z kraju w obawie przed nasileniem konfliktu i szukające schronienia w okolicznych obozach uchodźców.

Goryle nie mają nawet takiej możliwości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Stefan wypada z biznesplanu

Wiecie jak wygląda wombat australijski (a konkretnie północny szorstkonosy wombat)? Nie? No to wygląda tak:

WombatDzień dobry, ile kosztuje karnet na zajęcia “Płaski tyłek”?

Jeżeli – tak jak Dział Zagraniczny -od pierwszego wejrzenia pokochaliście tego buldoga francuskiego świata torbaczy, to śpieszcie na drugą półkulę, bo już za chwilę będzie go można oglądać tylko na archiwalnych zdjęciach. A wszystko dlatego, że jest gatunkiem zagrożonym, a kilku panów, którzy chyba naczytali się w życiu za dużo komiksów, wyliczyło, że… nie opłaca się go ratować.

Najpierw o wombacie. Którego będziemy nazywać Stefan. Przepraszam z góry wszystkich Stefanów, ale on mi po prostu na takiego wygląda.
No więc, Stefan należy do torbaczy (fanfakt: torbę lęgową ma na plecach, bo dzięki temu podczas kopania nor, do środka nie wpada pył, który mógłby poddusić młode) i występuje tylko w Australii. Dzieli sę na trzy gatunki – wombata szerokogłowego, tasmańskiego i właśnie szorstkonosego. Jego kuzyni nie mają najgorzej, szerokogłowych jest dość sporo, tasmańskie zostały trochę przetrzebione na kontynencie, ale za to na swojej wyspie wożą się jak Abradab po Katowicach. Za to szorstkonosy ma ostro w plecy: Stefanów została niecała setka.

A wszystko przez swoje futro. Jest mocne, ale zarazem delikatne. No i jest go dużo, bo Stefany to małe grubasy – niektóre osobniki potrafią mieć nawet do metra długości i ważyć 40 kilo [tu dygresja: znalazłem kiedyś podczas porządków swoją starą kartę sportowca – się grało – w której stoi, że mając 12 lat ważyłem 36 kg; czy ktoś z czytelników ma dzieci i może napisać, czy to normalne? Niby urodziłem się na początku lat 80., ale w Łodzi, a nie Etiopii]. Dużo sierści. Którą można łatwo upolować – wombaty to nie długodystansowce – i korzystnie spylić.
Więc na Stefany zaczęto intensywnie polować. A że samice są z reguły większe, bo mają więcej sadła, to wyłapywano je tym chętniej. Dodajmy jeszcze, że wombaty szorstkonose mają miot (max po dwa małe) raz na mniej więcej trzy lata. Efekt? Jeszcze w połowie XIX w. były dość rozpowszechnione. Sto lat później populacja była tak przetrzebiona, że liczbę dorosłych osobników szacowano na nieco ponad dwa tuziny i obawiano się, czy w ogóle będzie możliwe odbudowanie gatunku.

Na szczęście władze przystąpiły do działania. Stefany objęto całkowitą ochroną i na północnym-wschodzie kraju wydzielono im 300 hektarów rezerwatu, którego część dodatkowo ogrodzono wzmocnioną siatką, żeby do środka nie przedostały się drapeżniki, np. dingo. W dodatku trzy lata temu otworzono kolejne takie sanktuarium.
Wydaje się, że te metody skutkują. Liczba wombatów szorstkonosych zwiększyła się bowiem do ok. stu osobników. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie panowie z Uniwersytetu w Adelajdzie i ich kumple z Uniwersytetu Jamesa Cooka.

Wombat sie czeszeJeszcze nie rób! Tylko się uczeszę!

No więc chłopaki z tamtejszych wydziałów środowiska połączyli siły i opracowali Species Ability to Forestall Extinction, czyli… SAFE. Taa, wiem. Od razu nabieram szacunku do typów, którzy poświęcają długie godziny, żeby wybić się w mediach git akronimem. Ciekawe, czy jak wymyślali SAFE, to mieli w pokoju plakat z S.H.I.E.L.D., albo chociaż poradnik Marvela “Jak wypaść ekstra. W oczach szóstoklasisty”. Gdybym żywił do nich sympatię, to może bym jeszcze założył, że po prostu palą z bonga i codziennie oglądają Venture Bros. Ale niestety nie żywię. Czemu? Bo:

– Nie wszystkie gatunki zagrożone całkowitym wyginięciem są sobie równe – mówi Corey Bradshaw, szef projektu.
W skrócie chodzi o to, że naukowcy opracowali system matematyczny, który pozwala obliczyć jakie szanse przeżycia ma dany gatunek. I ile kosztuje jego uratowanie. Ich zdaniem, świata po prostu nie stać na inwestowanie kasy w te zwierzęta, które – jeżeli wierzyć rachunkom SAFE – i tak prędzej czy później znikną. Lepiej przeznaczyć zaoszczędzone środki na inne zagrożone gatunki, które mają większe szanse przetrwania. I tak, np. zamiast łożyć na nosorożca jawajskiego, lepiej przeznaczyć dzięgi na jego kolegę z Sumatry. Inne gatunki, z których ratowania powinniśmy zrezygnować to między innymi kakapo, adaks czy osioł somalijski.

Nie chciałbym jeździć po panu Bradshaw bezpodstawnie. Na zdjęciach w internecie wygląda na spoko typa, z którym można się stuknąć browarem, a przede wszystkim jest w swojej dziedzinie (na której ja się kompletnie nie znam) specjalistą, więc na pewno ma sporo racji.
Po prostu średnio mi współgra ta informacja z ostatnimi depeszami z Australii właśnie, z których wynika, że obecny boom na złoto i różne inne rzeczy, na których leży ten kontynent, jest tak wielki, kasa sypie się strumieniem większym niż najszersza rzeka w kraju (czy Australia ma w ogóle jakieś rzeki?). Jak donosi Reuters, w Karratha (na północnym-zachodzie) górnikom robota tak pali się w rękach, że nie chce im się nawet sprzątać chat, które tymczasowo wynajmują. Płacą więc backpackerom za ich sprzątanie. 25 dolarów australijskich (ok. 70 zeta) za godzinę! Dział Zagraniczny ma znajomych w Londynie, którzy za taką stawkę wyszorowaliby całe metro szczoteczkami do zębów.

Więc taka propozycja. Panowie z SAFE, przecież populacja Stefanów się zwiększa. Jeżeli Waszym zdaniem za wolno, to może by tak wystąpić do rządu, żeby bardziej sypnął groszem ze złota?
A jak nie, to Dział Zagraniczny z wielką radością adoptuje parę wombatów. Pod Łodzią mam duży trawnik. Krety harcują, znaczy się warunki pod nory są.
Może i świat na braku Stefanów przyoszczędzi kilka złotych, ale po prostu nie możemy sobie pozwolić na stratę tego:

StefanSiema, jestem Stefan i lubię, jak się mnie drapie po brzuchu

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.