Archive

Posts Tagged ‘Pakistan’

Ideały się sprzedały

Wyrok zapadł przed prawie dwoma tygodniami, wynik procesu był jasny już kilka miesięcy temu, a od wybuchu całej afery zdążył minąć ponad rok, ale wrzawa nie cichnie. Nic dziwnego: aferę można porównać do sytuacji, gdyby Messi sprzedał mecz reprezentacji. Tylko, że zamiast Argentyny mamy Pakistan, a zamiast piłki nożnej, drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata – krykiet.

Pakistan-IndieIndie-Pakistan w krykiecie mają nawet podobne kolory jak Argentyna-Brazylia w piłce (Fot. Prakash Singh/AFP)

Historia wygląda w skrócie tak. W sierpniu zeszłego roku, reprezentacja Pakistanu na gościnnym wyjeździe w Anglii rozgrywała najtrudniejszy wariant krykietowych rozgrywek, tak zwany test, który z reguły trwa kilka dni. Do Mazhara Majeeda, menadżera kilku z azjatyckich graczy, zgłosili się wówczas tajemniczy Anglicy, proponując aż 150 tys. funtów, gdyby udało mu się nakłonić niektórych zawodników do umyślnego zepsucia kilku rzutów. Pomysł wydawał się genialny – kiksy popełnione we wcześniej ustalonych momentach, pozwoliłyby zarobić krocie na zakładach bukmacherskich, ale nie miałyby żadnego wpływu na końcowy wynik spotkania, więc nikt nie miałby powodów, żeby nabrać jakichkolwiek podejrzeń. Agent pieniądze przyjął, a do zmowy wciągnął trzech graczy. Gdy zawodnicy zagrali zgodnie z planem, Anglicy ujawnili, że w rzeczywistości są dziennikarzami brukowca “News of the World”, który ze szczegółami opisał całą prowokację.

Pakistan przyjął wiadomości o skandalu zgodnie z tradycją: na ulice ruszyły wściekłe demonstracje, a zdjęcia skorumpowanych krykiecistów w ciągu ostatniego roku publicznie palono tyle razy, że spokojnie mogłyby już zastąpić amerykańskie flagi. Trudno się jednak Pakistańczykom dziwić. W tym kraju krykiet to nie tylko sport, ale wręcz religia, druga zaraz po islamie (a czasem można nawet odnieść wrażenie, że pierwsza). Imran Khan, legendarny reprezentant w tej dyscyplinie, wspomina w swojej autobiografii “Pakistan. A personal history”, jak na przełomie lat 80. i 90. politycy dosłownie na kolanach błagali go, żeby wstąpił do ich partii, wierząc, że to natychmiast odmieni ich wizerunek i przywróci popularność u wyborców (Khan konsekwentnie odmawiał). W dodatku, tę pasję Pakistanu podziela sąsiad i odwieczny rywal, Indie, a czy jest coś lepszego niż pokonać przeciwnika w ubóstwianej przez niego grze?

No więc zdjęcia płoną w Pakistanie, ale dyskusja toczy się w mediach i na forach internetowych całego świata (a przynajmniej jego krykietowej części). I bardzo wiele mówi nie tylko o samej grze, ale także jak bardzo zmieniła się przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza mentalność.

Plakaty płonąPrzynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał (Fot. Khalid Tanveer/AP)

– Oni za mało zarabiają – rzucił niedawno jeden z ekspertów podczas dyskusji w studiu BBC – Łatwo zrozumieć, że ktoś taki skusi się na łapówkę w wysokości 10 tys. funtów, podczas gdy milioner by nią wzgardził.

To argument, który w tej dyskusji powraca jak bumerang: zawodnicy krykieta są słabo opłacani. Choć powinni opływać w luksusy. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje faceci uzbrojeni w wiosła, w rzeczywistości uprawiają drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata (po piłce nożnej), a liczbę ich kibiców szacuje się czasem na prawie 2 miliardy (z czego wielu z nich to prawdziwi fanatycy). Międzynarodowa Rada Krykieta skupia 105 krajów członkowskich, a Puchar Świata należy do najbardziej dochodowych imprez telewizyjnych, obok Mundialu czy Igrzysk Olimpijskich. Ba! Board of Control for Cricket in India, czyli taki indyjski krykietowy PZPN, jest najbogatszą organizacją sportową na świecie, a Indian Premier League ma na swoich meczach średnią frekwencję 57 tys. kibiców.

A mimo to, krykieciści rzadko zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy koszykarzami. Najgorzej mają właśnie Pakistańczycy, którzy choć często należą do światowej czołówki (jeden ze skazanych za udział w zeszłorocznej ustawce to Mohammad Asif, wówczas uznawany za drugiego najlepszego miotacza na świecie), to przez rodzimą federację są słabo opłacani, a do najbardziej lukratywnej ligi na świecie – właśnie Indian Premier League – mają zakaz wstępu, ze względu na wrogie stosunki pomiędzy oboma państwami.

No i wszystko pięknie, do momentu, kiedy sprawdzimy o jakich sumach mowa. Jednym ze skazanych (i tym, na którego w ojczyźnie lecą największe gromy) jest ówczesny kapitan reprezentacji, Salman Butt. Który, jak się okazuje, rocznie zarabiał około 200 tys. funtów. To suma, za którą Dział Zagraniczny kupiłby sobie w Polsce jakiegoś konia arabskiego i karmił go przez cały sezon truskawkami i kokainą. W Pakistanie to mała fortuna. Siostra Butta udzieliła BBC wywiadu, w którym opowiadała, jak bardzo cała rodzina (szczególnie żona zawodnika, która niedawno urodziła dziecko) jest całą aferą wstrząśnięta. I mówiła to w pięknym ogrodzie na tyłach wielkiego domu. Co jak co, ale Buttom źle się raczej nie powodziło. Tym, którzy mogą sobie pozarabiać w IPL, też można pozazdrościć. Mahendra Singh Dhoni, kapitan reprezentacji Indii i najlepiej zarabiający krykiecista świata, w zeszłym roku skasował 10 pełnych banieczek. Funtów, oczywiście.

MahendraNa pierwszym planie kapitan reprezentacji, a na drugim to, co może sobie kupić za roczną wypłatę (Fot. AP)

Skąd więc, przy – powiedzmy sobie szczerze – dość godziwych zarobkach, ten pęd do ustawiania meczy wśród krykiecistów (w ciągu ostatniej dekady za sprzedawanie się, zawieszani byli między innymi Maurice Odumbe z Kenii, czy Marlon Samuels z Indii Zachodnich, a Steve Waugh, były reprezentant Australii, który dziś bada korupcję w swoim sporcie, twierdzi, że tylko w zeszłym roku zgłosiło się do niego 56 graczy, których w tym, czy innym momencie kariery próbowano przekupić)? Ano stąd, że pieniądze, to stosunkowo nowa rzecz w tym świecie.

“Dżentelmeńskie” sporty rodem z Wielkiej Brytanii bardzo długo broniły się przed profesjonalizacją. W rugby, Puchar Świata jest organizowany dopiero od 1987 r. W krykiecie pieniądze pojawiły się dopiero za sprawą działającej w latach 1977-1979 organizacji World Series Cricket, którą australijski biznesmen Kerry Packer założył w zemście za to, że nie sprzedano mu praw do transmisji telewizyjnych testów. A tak niesamowicie bogata Indian Premier League działa zaledwie od 2008 r.

Wielu ekspertów, komentując wyrok w sprawie reprezentantów Pakistanu, podkreśla właśnie, że ten nagły przypływ pieniędzy całkowicie zmienił oblicze krykieta. Dawniej chodziło albo o piękną grę, albo o ideały. Dla (opisywanej już przez Dział Zagraniczny) reprezentacji Indii Zachodnich, która w latach 1980-1995 nie przegrała ani jednego spotkania (co czyni ją najlepszą ekipą w historii sportów drużynowych), był to sposób na walkę z rasizmem. Przez bojkot reprezentacji RPA, chciano wymusić na tym kraju zniesienie apartheidu. Miłośnicy krykieta, choć z jednej strony wychwalają Indian Premier League pod niebiosa, to z drugiej narzekają po cichu, że od jej powstania, w dżentelmeńskiej grze przestały się liczyć jakiekolwiek zasady, a na pierwszym miejscu jest już tylko kasa. I to brudna – zarzuty o korupcję powracają tu jak bumerang. Ale po krótkim oburzeniu, są zamiatane pod dywan: kibice chcą oglądać dobre mecze w świetnej oprawie, a zawodnicy chcą zarabiać jak najwięcej – kto zostaje poza IPL, musi się zadowolić ochłapami. Tak, jak Pakistańczycy.

Cała czwórka, winna ustawiania testu sprzed roku, została skazana na kary od pół roku do prawie trzech lat więzienia i wysokie grzywny. Międzynarodowa Rada Krykieta zawiesiła ich też na pięć lat, choć mało kto wierzy, że po tym czasie wrócą jeszcze do gry. Komentatorzy zastanawiają się jednak, czy ich sprawa okaże się otrzeźwieniem, czy wręcz przeciwnie – nakręci jeszcze większą spiralę zarobków i chciwości, która wpędzi dawną dżentelmeńską grę w taki sam kryzys, w jaki reszta świata wpadła przez zachłanność i brak pohamowania bankowców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

A na Kristmas dostaniesz gaz łzawiący. Prosto w oko

Nie było ostatnio innych wpisów poza podsumowaniami tygodnia (i jest też jednodniowa obsuwa), bo choroba, praca, to i tamto. Ale dzieje się sporo interesujących rzeczy, które całkowicie przykryły Libia z Japonią, więc w najbliższym czasie postaramy się tu kilka tematów ruszyć.
A tymczasem, zobaczmy co przyniósł tydzień.

1. Skorpion burmistrzem

Informacją numer jeden w świecie Działu Zagranicznego, jest oczywiście powrót Rene Higuity.
Jeżeli jesteś chłopcem, którego dzieciństwo przypadło na połowę lat 90., kiedy Szczęsny bronił nie w Arsenalu, tylko Widzewie, a czarnoskóry Cole w reprezentacji Anglii miał na imię Andy a nie Ashley, to nazwisko Higuita potrafisz napisać szybciej niż własne. A cała reszta może zrozumie po obejrzeniu tego:

Higuita to jeden z najlepszych bramkarzy w historii, a już na pewno najbardziej nieprzewidywalny. Oprócz niestandartowej obrony (słynny “scoprion kick” mogliśmy oglądać także w innych jego meczach), Rene uwielbiał wychodzić daleko poza pole karne, przejmować piłkę i wbiegać z nią na połowę przeciwnika (na Mundialu w 1990 r. cała reprezentacja Kolumbii zapłaciła za to srogą cenę – w meczu z Kamerunem napastnik tej drużyny, Roger Milla, zastopował galopującego Higuitę i bez problemu strzelił do pustej bramki; latynoska ekipa odpadła wtedy z rozgrywek, za co ojczyźnie chciano winowajcę zlinczować). Podczas całej swojej kariery, Rene zdobył w sumie 30 goli, z czego 8 dla reprezentacji (podkreślmy to jeszcze raz dla tych, którzy nie uważali: to bramkarz!).
Sportowiec szybko zyskał sobie przydomek El Loco, czyli Wariat. Nie tylko z powodu dokonań na boisku. W ostatnich latach brał między innymi udział w reality show i został przyłapany na wciąganiu kokainy, ale najgłośniejszy skandal wybuchł w 1993 r., kiedy Higuita był u szczytu popularności. Pablo Escobar (tak, nawet El Patrón załapał się do tej historii) porwał akurat córkę innego barona kolumbijskiego narkobiznesu, Carlosa Moliny. Bramkarz reprezentacji zaangażował się wtedy w jej uwolnienie, a konkretnie po prostu dostarczył kasę od jednego dla drugiego i przy okazji skasował równowartość 64 tys. dolarów prowizji. Za co trafił później do więzienia, bo w Kolumbii czerpanie korzyści materialnych z kidnapingu (lokalnej plagi lat 90.) jest przestępstwem.
– Jestem tylko piłkarzem, nie znam się na prawie karnym! – tłumaczył się wtedy El Loco i ogłosił strajk głodowy. Wypuszczono go po siedmiu miesiącach, ale na Mundial w USA w 1994 r. już nie pojechał.
Higuita w zeszłym roku, w wieku 43 lat, ostatecznie zawiesił rękawice na kołku i zakończył karierę bramkarza. Ale widać na emeryturze mu się nudziło, bo postanowił wrócić do życia publicznego. Tym razem jako polityk. W wywiadzie dla kolumbijskiego dziennika “El Tiempo” zapowiedział, że wystartuje w nadchodzących wyborach na burmistrza w swoim rodzinnym Guarne.
– Potrzeba 4,5 tys. głosów, żeby dostać to stanowisko. Ja zbiorę ich 10 tysięcy! – ogłosił radośnie.

Rene, Dział Zagraniczny już na Ciebie symbolicznie zagłosował. I apeluje: nie poprzestawaj na wyborach lokalnych, startuj na prezydenta! A na vice weź sobie Carlosa Valderramę:

ValderramaCarlos Valderrama wyrządził Działowi Zagranicznemu wielką krzywdę, kiedy w młodości zainspirował go do noszenia przez lata takiej samej fryzury

2. Żona to nie krewna

Jak już jesteśmy przy dziwnych kandydatach i wyborach w Ameryce Łacińskiej, to w Gwatemali wrześniowy start na prezydenta ogłosiła Sandra Torres de Colom. Jest tylko jeden problem: Sandra jest żoną pana Colom. Który jest obecnym gospodarzem w Pałacu Prezydenckim. A lokalna konstytuacja zabrania udziału w wyborach “wszystkim krewnym do czwartego stopnia” urzędującej głowy państwa.
Sandra odrzuca zarzuty krytyków, tłumacząc, że przecież nie jest z mężem spokrewniona.

Dział Zagraniczny miałby na to proste rozwiązanie, ale pan Colom już powiedział, że z panią Colom żadnego rozwodu brać nie będzie. Przewidujemy ciekawą jesień w kraju Majów.

3. Sprawiedliwość jest ślepa (ale potrafi liczyć)

A teraz dalsza część dwóch historii, do których często powracamy w Dziale Zagranicznym.

Po pierwsze, Mark Davies, amerykański płatny zabójca na usługach CIA, który w styczniu w biały dzień zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy w Pakistanie, został wypuszczony z więzienia.
W miejscowym prawie karnym istnieje zapis, że sąd może umorzyć sprawę w o morderstwo na wniosek rodziny ofiary. Na ogół dzieje się tak, gdy winowajca, bądź jego krewni, przekażą jej odpowiednie odszkodowanie. Tak miało stać się i tym razem, a najbliżsi zabitych mężczyzn, którzy jeszcze niedawno odgrażali się, że nie spoczną, dopóki Davies nie odpowie za swoje czyny, odpuścili amerykańskiemu cynglowi za mniej więcej 2 mln dolarów.
Davis z więzienia wyszedł, błyskawicznie zwinęli go pracownicy ambasady USA i nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa. Ale co ciekawe, nie wiadomo też, gdzie są rodziny ofiar. Pieniądze odebrali podczas pielgrzymki do Mekki i od tamtej pory przepadli jak kamień w wodę.

Kasyna w Makau?

4. A ty wciąż nie oddałeś władzy? No dobra, to już sobie siedź w tym pałacu…

Druga sprawa, o której wspominaliśmy już w zeszłym tygodniu, to przywództwo na Madagaskarze.
Dwa lata temu, gdy prezenter radiowy André Rajoelina robił zamach stanu, potępiała go cała społeczność międzynarodowa. W tym tygodniu, ta sama ekipa (a konkretnie mediująca w konflikcie Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej) najzwyczajniej w świecie uznała go prawowitą głową państwa. O, przepraszam, uznała, że prawowicie sprawuje władzę do czasu zorganizowania następnych wyborów i wszystko to dzieje się w ramach “mapy drogowej”, czyli wspólnego planu, który ma zakończyć kryzys.
Zobaczmy, jak jeszcze działa mapa drogowa. Rajoelina miał np. powołać premiera. No to powołał. Generała Camille Vitala, który poparł jego pucz dwa lata temu i de facto sprawował tę funkcję od tamtego czasu. Na wyspę mieli też wrócić obalony prezydent Marc Ravalomanana i jeszcze kilku innych polityków przebywających na wygnaniu. Ale nie wrócą, bo Rajoelina się na to nie zgodził.

Nowe wybory miałyby się odbyć jakoś pod koniec tego roku. A czy się odbędą, to zobaczymy. Jedno jest pewne: jeśli jesteś mieszkańcem kraju bez ropy, to Dział Zagraniczny doradza mały pucz. Nikogo za granicą to nie ruszy, a ty masz przynajmniej kilka miesięcy dobrej zabawy. I złote krany w łazience, jeżeli jesteś równiachą.

5. Impreza będzie, ale tylko na specjalne zaproszenia

To był też tydzień gwałtownych protestów. I nie, nie chodzi o te w krajach arabskich. Tylko w Swazilandzie i Australii.

W tym państwie, kilkanaście tysięcy osób głośno domagało się dymisji rządu w stolicy Mbabane. Pielęgniarki, nauczyciele, urzędnicy i uczniowie krzyczeli “Nie obcinajcie pensji, obetnijcie rząd!” oraz “Precz z uroczystościami”.
Wszystko z tego powodu, że Swaziland dostał ostro po kieszeni z powodu kryzysu gospodarczego i rząd zapowiedział cięcia w budżetówce oraz mniejsze nakłady na edukację. Równocześnie wydaje miliony na obchody 25-lecia objęcia tronu przez króla Mswatiego III (rocznica wypada 24 kweietnia).
Swaziland to ostatnia monarchia absolutna w Afryce. Partie polityczne są zakazane, rząd tylko administruje, a prawdziwą władzę ma w rękach właśnie monarcha. Mswati III jest w tej roli wyjątkowo beznadziejny. Podczas gdy prawie połowa z jego 1,5 mln poddanych nie ma pracy, a reszta zarabia grosze, on sam lekką ręką wydaje miliony na zachcianki własne i swoich 14 żon, np. kupując sobie luksusowy odrzutowiec (Swaziland nie ma lotniska, które mogłoby obsłużyć taką maszynę, król musi korzystać z uprzejmości RPA). Nie znosi sprzeciwu. Kompletnie olewa walkę z HIV (według różnych statystyk, zarażonych wirusem jest aż 25 proc. mieszkańców). Ogólnie jest fatalnym władcą.
Protestujący zażądali dymisji rządu. Mswati III powiedział po prostu “Meeeh…” i poszedł instalować złote krany.

W Swazilandzie na szczęście obyło się bez przemocy, czego nie można powiedzieć o Australii. W czwartek doszło tam do bitwy między policją, a uciekinierami z pogrążonych w wojnie krajach.
Australia ma bardzo ostrą politykę antyimigracyjną. Z grubsza działa tak: jeżeli jesteś gościem z np. Europy Wschodniej, to możesz sobie żyć i pracować na czarno w kraju kangurów ile chcesz, najważniejsze, żebyś był biały. Ale jeżeli – nie daj boże! – jesteś czarny/brązowy/żółty/wolisz ryż z warzywami od Marmite z tostem wyprodukowanym w fabryce, to masz nieźle w plecy. Większość takich imigrantów to uchodźcy z krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi (Sri Lanka, Irak, Afganistan itd.), którzy w Australii proszą o azyl. Dawna brytyjska kolonia karna przechwytuje ich jeszcze na morzu (samolotem przecież uciekać nie będą, a jedyny facet, który potrafi chodzić pieszo po wodzie, pewnie też by został zatrzymany za semicki wygląd) i odstawia do odizolowanych obozów. Rząd najchętniej w ogóle trzymałby wszystkich tych upierdliwych uchodźców w jakimś innym państwie (negocjacje z Timorem Wschodnim były w tej sprawie bardzo zaawansowane), ale że się nie da, to i tak robi co może: wysyła ich na Christmas Island. Która jest bardziej w Indonezji niż Australii.

Kristmas człowiekuPisz do Św. Mikołaja, jest szybszy niż australijski urząd imigracyjny

Imigranci są tam stłoczeni w prymitywnych warunkach, na decyzję urzędnika czekają długimi miesiącami, nawet i dwa lata. Odmawia im się kontaktu ze światem zewnętrznym, brakuje tłumaczy, nie dopuszcza się do nich mediów i przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Więc frustracja rośnie i rośnie, aż w końcu wybuchnie. W tym tygodniu doszło na wyspie do zamieszek, rząd wysłał więc na miejsce policję, która uspokoiła sytuację w typowy dla siebie sposób. Gazem łzawiącym i gumowymi kulami.
– Jak można oczekiwać, że urzędnicy zaakceptują prośby o azyl, skoro dzieją się takie rzeczy? – powiedział w telewizji oburzony Minister Spraw Zagranicznych Kevin Rudd.

No właśnie? Jak można? Po raz kolejny brudasy pokazują, że nie ma ich co dopuszczać do cywilizacji. I jeszcze wstyd przed Indonezją, no.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kanibale i bluźniercy

Kolejny raz z rzędu mamy obsuwę jednego dnia. I z następnym podsmowaniem tygodnia może niestety być tak samo, ale później wrócimy już do zamieszczenia podsumowań tygodnia w niedziele. Przepraszamy, zapraszamy.

1. James Bond w galabiji

Wydarzenie tygodnia to oczywiście niepokój w krajach arabskich. Ale nie tych od ośrodków wczasowych. Oman ogłosił, że nakrył u siebie szpiegów z sąsiednich Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Podobno chodzi o to, że Maskat trzyma się blisko z Teheranem, a Abu Zabi z Waszyngtonem i Bondowie w galabijach mieli się dla kolegów ze Stanów dowiedzieć co w trawie piszczy. Ale wpadli i teraz tradycyjnie jeden kraj oskarża, drugi mówi, że nie wie o co chodzi, a Amerykanie martwią się, że podrożeje benzyna.
Trzeba było zatrudnić Daniela Craiga w przerwie zdjęć do filmu, gdzie kowboje walczą z UFO.

2. Madagaskar

Stany zaliczyły też małą wpadkę na fali ostatnich palestyńskich sukcesów. Przez Amerykę Łacińską przetoczyła się bowiem fala oficjalnych uznań arabskiego państwa i nawiązywania stosunków dyplomatycznych (np. w tym tygodniu do tego grona dołączył Paragwaj). We wszystkich przypadkach powody tej decyzji są różne, ale np. Chile nie chciało pozostawać w tyle za sąsiadami, zważywszy na to, że ma na kontynencie największą palestyńską mniejszość. Co nie uszło uwadze Condoleezzie Rice w czasach, gdy jeszcze była Sekretarzem Stanu w administracji Busha. Według ujawnionych właśnie przez Wikileaks dokumentów, trzy lata temu zaproponowała na spotkaniu w Berlinie, żeby zamiast rozważać powrót palestyńskich uchodźców do ich dawnych domów w dzisiejszym Izraelu, wszystkich hurtowo wysłać właśnie do Chile. I może jeszcze Argentyny, bo ma sporo miejsca.
Błyskotliwy pomysł! Pani Sekretarz, co potem? Żydzi na Madagaskar?

2. Eugenika trzyma się mocno

W Rwandzie na 26 tys. kilometrów kwadratowych gnieździ się ponad 10 mln mieszkańców, a wysoki przyrost naturalny oznacza, że już niedługo będzie ich jeszcze więcej. Inaczej mówiąc: jest ciasno. Rząd w Kigali postanowił walczyć z przeludnieniem, zanim osiągnie niepokojące rozmiary. I proponuje mężczyznom bezpłatną wazektomię.
– W ciągu trzech lat chcielibyśmy wysterylizować 700 tys. mężczyzn – oświadczył Minister Zdrowia Richard Seizbera.
Tymczasem zupełnie inaczej z nadmiarem obywateli radzi sobie Etiopia. Departament Stanu USA ogłosił właśnie, że co prawda w ubiegłym roku Amerykanie adoptowali najmniej zagranicznych dzieci od 1995 roku, ale za to nowy dom w Stanach znalazło aż o 200 proc. więcej sierot z Etiopii niż zwykle.
Rwando, da się bez sterylizacji.

3. Strefa podwyższonego ryzyka

Honduras to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie (drugie miejsce – po Salwadorze – w rankingu morderstw na głowę mieszkańców), ale dla osób, które w pewnym momencie postanowiły zmienić płeć, to już zupełny koszmar. W zeszłym roku brutalnie zamordowano tu 21 kobiet trans, a tylko przez ostatnie dwa miesiące ofiarami zostało kolejnych 6. W dodatku ślady na ciałach wskazują, że wszystkie były przed śmiercią torturowane.
Transsekusaliści są szczególnie narażeni na niebezpieczeństwo, bo prawie nikt nie chce ich zatrudniać i żeby zarobić na życie, muszą się prostytuować, często narażając się na przemoc ze strony swoich klientów. Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka wyraziła “głębokie zaniepokojenie” sytuacją transseksualistów w Hondurasie, a rząd odpowiedział stworzeniem specjalnej komórki policyjnej, która będzie zajmować się przestępstwami wobec członków tej społeczności. Tymczasem na spotkaniu zorganizowanym w tym tygodniu w Tegucigalpie przez organizacje LGBT, transseksualiści opowiadali, że często to właśnie stróże prawa są tymi, którzy ich napadają, katują i wymuszają pieniądze. Rzecznik policji powiedział, że będą się starać. Cokolwiek by to nie znaczyło.

4. Hannibal Lecter to mięczak

Jeżeli już o latynoskiej policji, to na pewno postarała się w Argentynie, aresztując w tym tygodniu Marcela Brandana Juareza, który ukradł samochód, pistolet, a potem próbował porwać dwóch biznesmenów. Kraj ogarneła panika, ale bardziej z powodu tego, co Marcelo robił wcześniej. W 1996 roku był on bowiem przywódcą najkrwawszego w argentyńskiej historii buntu więziennego. Kilkunastu skazańców, których media błyskawicznie okrzyknęły “12 apostołami śmierci”, z zimną krwią zamordowało pilnujących ich w Sierra Chica strażników, wzięło resztę więźniów jako zakładników, a po kilku dniach niektórych z nich też zabiło, żeby móc ich ugotować i zjeść. Tak, zjeść. Nie wymyślam tego. Zanim szturm sił porządkowych zdołał spacyfikować buntowników, zdążyli jeszcze rzutem na taśmę grupowo zgwałcić kobietę, która została do nich wysłana jako negocjatorka, a potem jeszcze podpalić kilka budynków.
Dlatego teraz szybka i sprawna akcja policji została całkowicie zignorowana, za to wszyscy od Patagonii po Jujuy ryglują zamki i zastanawiają się jak to możliwe, że masowy morderca i kanibal w ogóle wyszedł na wolność.
Dział Zagraniczny widzi tu nowy film Roberta Rodrigueza.

KanibalArgentyński sposób na przejęcie horroru od hiszpańskiej kinematografii (Fot. Clarin)

5. Analfabeci piszą bluźnierstwa

Tymczasem na innym kontynencie kary więzienia rozdają jak leci. W Pakistanie sądzony jest właśnie nastolatek, który zdaniem jego nauczyciela, obraził na pisemnej klasówce Mahometa. Sprawa jest o tyle ciężka, że artykuł 295 (paragraf C) pakistańskiego prawa karnego przewiduje za bluźnierstwo tylko jedną karę: śmierć. I nieletni nie mają w tej kwestii żadnej ulgi. W 1995 roku sąd wydał taki właśnie wyrok (i dorzucił jeszcze grzywnę i ciężkie roboty przed egzekucją) na zaledwie 14 letniego Salamata Masiha, który też miał rzekomo napisać coś obraźliwego wobec Proroka. Oskarżenie miało jednak pewien feler: okazało się, że Salamat to analfabeta. Więc sędzia wykazał się myśleniem i chłopca uniewinnił.
Organizacje praw człowieka zalewają teraz rząd w Islamabadzie listami, w których domagają się zwolnienia aresztowanego nastolatka i zmiany kontrowersyjnego prawa. To ostatnie może być jednak wyjątkowo trudne, jeżeli nie niemożliwe. Dział Zagraniczny już na początku stycznia informował, że Salman Taseer, gubernator Pendżabu, który głośno krytykował prawo o bluźnierstwie, został za to zamordowany przez własnego ochroniarza. A Arif Iqbal Bhatti, sędzia, który przed laty uniewinnił analfabetę Salamata, po latach też został zastrzelony. Zamachowiec nie ukrywał, że właśnie za tamten wyrok.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Stephen Wilce to fajny gość

Podsumowanie tygodnia w poniedziałek, zamiast w niedzielę. Obsuwa wynika z powodów różnych, nad którymi nie będziemy się rozwodzić. Dział Zagraniczny przeprasza wszystkich czytelników, oraz osoby, które w różnych sprawach pisały maile, a jeszcze nie dostały odpowiedzi. W ciągu godziny mogą się ich spodziewać.
Jeszcze raz sorry.

1. Bez olinklusiw nie ma korespondencji

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej Laurent wciąż mówi, że nie odda zabawek i jest pat. Tymczasem trochę dalej na południowy-wschód, a konkretnie w Gabonie, lokalny polityk postanowił powtórzyć scenariusz. We wtorek André Obame ogłosił, że wybory z 2009 roku zostały sfałszowane, tak naprawdę wygrał je on, a nie urzędujący prezydent Ali Bongo (syn rządzącego krajem przez 42 lata Omara Bongo, z którym sam Obame przez lata blisko współpracował). Następnie mianował rząd i 19 ministrów, a dzień później wszyscy stawili się przed miejscową siedzibą ONZ, gdzie zażądali ochrony.
Pewnym rozczarowaniem dla samozwańczego prawowitego przywódcy może być to, że o ile na Wybrzeżu Kości Słoniowej Unia Afrykańska twardo stoi po stronie opozycjonisty/prezydenta Alassane Ouattary, o tyle w Gabonie przesłanie tej samej organizacji dla André można z grubsza streścić jako “Weź się nie wygłupiaj”.

Obame zawsze twierdził, że wybory wygrał, ale do tej pory nie afiszował się z tym na szeroką skalę. Podobno do wtorkowej akcji zachęciły go wydarzenia w Tunezji. A jeżeli o państwach arabskich mowa, to Dział Zagraniczny pragnie poinformować czytelników, że oprócz wspomnianego kraju Magrebu i Egiptu, który nie schodzi z czołówek, demonstracje odbywają się też w Jemenie, Libanie (chociaż tam z trochę innego powodu), a od wczoraj też w Chartumie. Na nieszczęście dla tych krajów, biura podróży nie wysyłają tam samolotów pełnych turystów z Radomia. Więc nie zobaczymy relacji w “Faktach”.

2. Literatura to sztuka

Był sobie kiedyś taki argentyński autor jak Jorge Luis Borges, który jest uznawany za jednego z najwybitniejszych latynoskich pisarzy w historii. Borges zmarł w 1986 roku, ale na jego nieszczęście chilijski kolega po piórze – Eduardo Labarca – mimo 72 lat żyje nadal. I wpadł na genialny pomysł, że wypromuje swoją najnowszą książkę, dając na okładkę zdjęcie, na którym obiskuje grób Borgesa. Argentyński Minister Kultury mówi, że to profanacja. Sam Labarca, że sztuka.
Sąsiedzi Działu Zagranicznego co weekend uprawiają sztukę na jego klatce schodowej.

3. John Candy

Nowa Zelandia ma coś, co nazywa się Defence Technology Agency i z grubsza jest agencją, która doradza rządowi w sprawach lotnictwa wojskowego (np. w sprawie misji w Afganistanie), szeroko pojętego szpiegostwa i obrony. Acha, no i do niedawna miała też szefa, który żyje we własnym świecie. Dosłownie.
Stephen Wilce stracił stanowisko po pięciu latach dowodzenia 80-osobową ekipą i przeglądaniu ściśle tajnych materiałów. Przełożeni zwolnili go we wrześniu ubiegłego roku, kiedy lokalna telewizja ujawniła, że kłamał w swoim CV, między innymi twierdząc, że przez lata służył w brytyjskiej armii jako komandos. A w piątek komisja śledcza wydała raport ze śledztwa, które ujawniło kolejne fantazje Wilce’a.
Sympatyczny pan z wąsem według własnych opowiadań działał też w MI5, MI6, zaprojektował system naprowadzania rakiet Polaris, był bardzo popularnym gitarzystą folkowym, oczywiście w przerwach pomiędzy zawodowym graniem w rugby a wożeniem księcia Andrzeja helikopterem.
Dział Zagraniczny rozumie, że liczba zajęć przytłoczyła tego, kto dawał Stephenowi posadę, ale chyba jednak były sygnały, żeby lekko wątpić w jego życiorys? Na przykład kiedy twierdził, że w 1988 roku reprezentował Wielką Brytanię na Zimowej Olimpiadzie w Calgary, gdzie ścigał się na bobslejach z Jamajczykami. Tak, tymi z “Reggae na lodzie”.

John CandyPodpowiedź dla rządu Nowej Zelandii: drugi od prawej pan, to nie Stephen Wilce

4. Ital irie culcha

A właśnie, Jamajka. Dział Zagraniczny informował już o tym, że Kuba stworzyła własną Wikipedię. Sąsiedzi z drugiej wyspy nie chcieli być gorsi i właśnie ruszyła Jamaicapedia. Z tym, że ma niewiele wspólnego ze słynnym pierwowzorem, to raczej portal z filmikami, które mają prezentować kulturę tego kraju. Są więc nagrania z wizyty Hajle Sellasiego w 1966 roku, wywiad z Usainem Boltem i dużo o reggae. Na razie nic o mordowaniu gejów i lesbijek. Znając Jamajkę, już niedługo.

5. Chiński Tom Cruise

Wszystko wskazuje na to, że Chińczycy nadali w telewizji materiał ze swoich ćwiczeń wojskowych, w którym użyli fragmentów z filmu “Top Gun”. Nawet nie chce mi się tego opisywać, wszystko jest wyjaśnione pod tym linkiem, a na zachętę screenshot:

Top GunTom Cruise lata dla chwały ChRL

6. Pewchowe skrzyżowanie

Inna kuriozalna wiadomość tego tygodnia, to że do więzienia w Pakistanie trafił pewien Amerykanin, bo zastrzelił motocyklistę w Lahore. On sam twierdzi, że bronił się przed napadem, a bandyta pierwszy groził mu bronią, ale cała sytuacja jest bardziej tragiczna niż groteskowa. Do momentu, kiedy na miejsce zdarzenia dociera auto z amerykańskiego konsulatu i uderza dwóch gapiów, z których jeden umiera.
Nawet nie wiem, jak to skomentować

7. Gorzej niż na derbach w Krakowie

Podsumowanie tygodnia zakończymy kolejną tragikomedią. W Nigerii jest miasto Jos, które od lat jest targane konfliktami pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Szczególnie krwawy był rok 2008, a tylko w zamieszkach z zeszłego miesiąca zginęło ok. 200 osób.
Tymczasem w czwartek w pobliskim Tafawa Balewa starcia pociągnęły za sobą 4 ofiary śmiertelne, a ponad 50 domów spłonęło. Co wywołało krawe walki? Spór dwóch chłopaków o niespłacony dług bilardowy.
Kilka lat temu Dział Zagraniczny spędził parę miesięcy w Tanzanii. Akurat na samym początku rząd zabronił gry w bilard przed godziną 16, bo z jego powodu za dużo dzieci szło na wagary, a dorosli nie przychodzili do pracy. Nigerio: rozważ.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pytony i sataniści

Co przyniósł pierwszy tydzień 2011? Mnóstwo uniesień duchowych.

1. Zmiany koncesjonowane

Jak co roku, na Kubie zjechali się kapłani Santerii. To taki typowy dla zachodniej hemisfery kult synkretyczny, łączący elementy chrześcijaństwa z wierzeniami afrykańskimi. No i też jak co roku, przywódcy tej religii wydali “Letra del Año”, “List Roku”, w którym przewidują jakie będzie nadchodzące 12 miesięcy. A według nich przyniosą one wielkie zmiany, otwarcie ekonomiczne, wzrost importu i eksportu, ale też śmierć znanych polityków i zagrożenie zamachów stanu.
Jeżeli się cofniemy do stycznia 2010 roku i zajrzymy do ówczesnego “Listu Roku”, to zawiera on z grubsza takie same wróżby. Z których żadna się jakoś nie sprawdziła (Dział Zagraniczny zgaduje, że może po prostu bogowie lubią sobie robić jaja ze swoich wyznawców). Tym razem jednak santeros nie strzelają na ślepo, bo przecież w życie właśnie zaczynają wchodzić największe reformy ekonomiczne od czasów rewolucji (częściowa prywatyzacja zatrudnienia, zwolnienie pół miliona pracowników budżetówki, itd.), a w kwietniu ma się odbyć pierwszy od kilkunastu lat zjazd partii, na którym – według słów Raula Castro – obecna generacja przywódców przekaże dużą część odpowiedzialności następcom. Dział Zagraniczny zawsze uważał, że podstawą dobrej wróżby, jest dokładna lektura prasy.
Nie bez znaczenia jest chyba też, że z powyższymi przewidywaniami zgodzili się inni kapłani Santerii, zrzeszeni w oficjalnie przez rząd koncesjonowanym stowarzyszeniu. Ci jeszcze dorzucili, że wszelkie utrudnienia zostaną w tym roku przezwyciężone. Ciekawe, czy zaśpiewali to do magnetofonu w kredensie?

SanteriaLepsza impreza niż na Andrzejkach (Fot. Javier Galeano/AP)

2. Ślub wagi ciężkiej

Trzymając się przesądów, zaglądamy do wsi niedaleko kambodżańskiej stolicy Phnom Penh. Tam z kolei, szczęście w nowym roku ma przynieść świeżo zawarte małżeństwo dwóch pytonów. Ceremonię przeprowadzili buddyjscy mnisi, a goście weselni zarzucili młodą parę kwiatami. Długa na 5 metrów i ważąca 90 kg panna młoda ponoć wyglądała w nich pięknie.

3. Miss Carla Bruni

Pięknie było też podobno na zaprzysiężeniu Dilmy Rousseff na prezydenta Brazylii w zeszłą niedzielę. Ale według brazylijskich internautów, nie z powodu pani prezydent, ani zaproszonych przez nią na ceremonię 13 koleżanek, z którymi siedziała w jednej celi w czasach, gdy była więźniem dyktatury. Tylko z powodu Marceli Temer, małżonki wiceprezydenta Michela Temera. Tabloidy zachwycają się wysoką blondynką i porównują ją do Carli Bruni. Z żoną przywódcy Francji, Marcelę łączy to, że też przez jakiś czas zajmowała się modelingiem no i w 2002 zdobyła tytuł wicemiss Sao Paulo. To właśnie wtedy dojrzał ją Michel, z którym wzięła ślub rok później (nie wiadomo, czy równie piękny, jak ceremonia pytonów).
Z ciekawostek: wiceprezydent ma 70 lat, jego Carla Bruni 27. Jest młodsza od każdego z piątki swoich pasierbów.

4. Fejsbukowa konspiracja

Z poważniejszych informacji politycznych, czytelnicy Działu Zagranicznego na pewno już słyszeli, że Salman Taseer, gubernator Pendżabu (tego w Pakistanie, a nie Indiach), został we wtorek zastrzelony przez własnego ochroniarza. Polityk zginął, bo głośno popierał potrzebę większej sekularyzacji w państwie, a podobno bezpośrednim powodem zabicia go przez swojego fanatycznego – jak się teraz okazuje – goryla, było opowiedzenie się przeciw prawu każącemu bardzo szeroko rozumiane bluźnierstwa religijne.
Tak czy inaczej, to wielki cios dla pakistańskiej państwowości. Ale może da skutecznie zapobiec podobnym w przyszłości. Okazuje się bowiem, że zaledwie w kilka godzin po morderstwie na Fejsbuku została założona strona wychwalająca zamachowca. Błyskawicznie lajknęło ją setki osób, kolejne kilkadziesiąt zostawiło tam komentarze, jak to bardzo dumni są z całego wydarzenia.
Strona została już zamknięta, a dane personalne prawdopodobnie trafiły do znanych z brutalności pakistańskich służb bezpieczeństwa. Przepełnionym celom w Karaczi pewnie już niedługo przybędzie kilku nowych lokatorów.
Dział Zagraniczny nie kryje radości, że fanatyzm wciąż idzie w parze z byciem kretynem.

5. Ukryta kamera

Innym smutnym zabójstwem politycznym tygodnia, było morderstwo Reynaldo Dagsy na Filipinach. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że azjatycki polityk padł od kuli zamachowca akurat w chwili, kiedy robił zdjęcie swojej świętującej noworoczny pokaz ogni rodzinie. Dzięki czemu niechcący uchwycił bandytę w kadrze:

Bandyta w kadrze

6. Kto rano wstaje

W podsumowaniu nie może oczywiście zabraknąć piłki nożnej. Krótko: Paulo Rogerio Reis da Silva, znany bardziej jako Somalia, na codzień gra sobie w brazylijskim Botofago. W tym tygodoniu nie pojawił się na jednym z treningów, a później wyjaśniał, że wychodząc rano z domu został porwany i obrabowany. Policja jednak nie bardzo uwierzyła w opowieść piłkarza, sprawdziła nagrania z kamer przemysłowych i wyszło na jaw, że Somalia po prostu zaspał i z domu wyszedł dwie godziny później niż powinien, a cała historia to tylko wymówka, żeby nie iść już tego dnia na trening.
Klub zapowiedział, że obetnie swojemu graczowi wynagrodzenie o połowę. Głupia sprawa, Rogeiro. Teraz będziesz musiał jeździć do roboty autobusem. Dział Zagraniczny proponuje ci, żebyś za pozostałe pół pensji kupił sobie budzik.

7. Szatan wciąga kokę

Zaczeliśmy od religii i na religii skończymy. W Meksyku, o czym Dział Zagraniczny już wielokrotnie informował, trwa regularna wojna z kartelami narkotykowymi. W działania zbrojne postanowił się właśnie włączyć miejscowy Kościół. Jak? Archidecezja miasta Meksyk przeszkoli po prostu więcej księży na egzorcystów, bo jak tłumaczą duchowni: “Za falą przestępczości stoją sataniści”. Amen!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.