Archive

Posts Tagged ‘Partyzanci’

Herbatka dla Mao

W weekend w Indiach staną pociągi, a szkoły zamkną drzwi przed uczniami. Tak przynajmniej zapowiadają tamtejsi maoiści, którzy chcą się w ten sposób zemścić za to, że w zeszłym tygodniu siły rządowe podstępnie zabiły jednego z ich przywódców. To, że zaledwie kilkanaście dni wcześniej sami zamordowali popularną zakonnicę, a jeszcze wcześniej lokalnego działacza partyjnego i jego syna, jakoś komunistów nie oburza.

MaoiściZgodnie z naukami Mao, partyzanci wolą się czołgać niż jechać kapitalistycznym pociągiem (Fot. AFP)

Kiedy gdzieś pojawia się tekst “największa komunistyczna partyzantka świata”, to w 9 na 10 przypadków autorowi chodzi o Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii. “FARC kontroluje większy teren niż jakiekolwiek inne wojska powstańcze”, “FARC ma pod bronią tysiące bojowników, jest najliczniejszą armią rebeliantów na świecie”, “FARC prowadzi najdłuższą wojnę partyzancką współczesnych czasów”, “FARC blablabla” – banał zwykle goni banał, a jak się bliżej przyjrzeć, to szybko okazuje się, że to nieprawda, a komuniści z Kolumbii to przy tych z Indii zaledwie pikuś. Maoiści wywołali powstanie w Bengalu Zachodnim zaledwie kilka lat po tym, jak za broń chwycili ich latynoscy koledzy. Podczas gdy FARC ma dziś w swoich szeregach zaledwie 8 tys. partyzantów i kontroluje nieco mniej niż połowę terytorium Kolumbii, Komunistyczna Partia Indii działa zaś w co trzecim okręgu administracyjnym, a pod bronią służy jej ponad 20 tys. gotowych na wszystko bojowników.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się w wiosce Naxalbari (stąd na maoistów mówi się wymiennie: naksalici) w tych samych okolicach, skąd wywodzą się słynne herbaty darjeeling.

Pierwsze trzy dekady po II Wojnie Światowej były wyjątkowo gorące w dawnych europejskich koloniach – konflikt uświadomił wielu ich mieszkańcom, że biali nie tylko nie są od nich lepsi, ale że da się ich nawet pokonać. Ale w trakcie uzyskiwania niepodległości przez kolejne kraje, bardziej od świadomości narodowej rozwijała się ta społeczna: większość mieszkańców Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej (niepodległej od ponad 100 lat, ale de facto pozostającej pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych) wciąż żyło w biedzie, analfabetyzmie, a nierzadko w strukturach kastowych czy klanowych, które uniemożliwiały niższym warstwom społecznym jakikolwiek awans w górę. Wielu z nich miało już tego dość i desperacko chłonęło hasła o równości i sprawiedliwości – komunizm był na fali. Również w Indiach.

Po uzyskaniu niepodległości w 1947 r., azjatycki gigant miał na głowie praktycznie same problemy, a jednym z największych była własność ziemi. Obowiązujący system był dosłownie feudalny, a kraj znajdował się w rękach bardzo niewielkiej grupy posiadaczy ziemskich. Rząd w Delhi zainicjował więc reformy rolne, ale te były wprowadzane wolno, z oporami i nie we wszystkich stanach na raz. W Bengalu Zachodnim, bezrolni chłopi czekali na nią dwie dekady. Aż cierpliwość im się skończyła. W lutym 1967 r., w wyborach stanowych na 280 miejsc, komuniści zgarnęli aż 110. Biedota na prowincji uznała, że to najlepszy czas, aby ugrać coś dla siebie. Chcieli, żeby bogaci plantatorzy oddawali im leżące odłogiem i nieuprawiane poletka, ale ci – jak łatwo się domyślić – ani o tym myśleli. Więc w maju, Naxalbari spłynęło krwią.

Bojówki biedaków napadały na domy bogaczy, mordowały ich i przejmowały ich własność. W odwecie, do Naxalbari wysłano policję i wojsko, których uzbrojenie daleko przewyższało potencjał łuków i kilku strzelb pamiętających królową Wiktorię, jakimi posługiwali się chłopi. Opór szybko zduszono, przy okazji mordując także niewinnych cywilów, ale przywódcy wymknęli się obławie i uciekli do Kalkuty, gdzie szybko zdobyli wielkie poparcie wśród studentów. Gdy trzy lata później, komunistyczny rząd Bengalu Zachodniego upadł, maoiści zorganizowali w mieście manifestację, na którą ściągnęło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, a powiązane z nimi partyzanckie grupki co i ruszy wywoływały rozruchy na wsi. Wydawało się, że naksalici są siłą, która będzie rozdawać karty, ale wewnątrz ruchu szybko doszło do krwawych podziałów, a Kalkuta zamieniła się w miasto terroru. Zwalczające się frakcje (a także niekomunistyczne bojówki) organizowały morderstwa polityczne, napadały na banki i poczty, dewastowały tramwaje, podpalały szkoły. Policja dostała pozwolenie, żeby do podejrzanych strzelać bez ostrzeżenia, więc padało coraz więcej zabitych i konflikt się zaostrzał. W 1971 r. do akcji wkroczyło nawet wojsko – w ciągu zaledwie trzech miesięcy, do aresztów trafiło kilkanaście tysięcy podejrzanych. Wielu torturowano, niektórzy zginęli za kratkami.

HerbataZ tych wzgórz pochodzi herbata w Twojej filiżance, oraz największa komunistyczna partyzantka świata, o której jednak nie wiadomo, czy pija z mlekiem, czy bez (Fot. Canton Tea Co.)

Do lat 80., naksalici zdążyli się podzielić na kilkadziesiąt niezależnych grup, często zwalczających się nawzajem. Choć rozproszeni, byli niezwykle liczni – szacunki są różne, ale najczęściej panuje zgodność co do tego, że w tamtych latach pod bronią było ponad 30 tys. komunistycznych partyzantów. Maoiści wynieśli się z miast, bo łatwiej im było utrzymać kontrolę nad terenami wiejskimi, gdzie wciąż byli bardzo popularni. Rozprzestrzenili się też na inne stany: z Bengalu Zachodniego przeszli do Biharu, Jharkhandu, Orisy, Andhra Pradesh, a ich bastionem stał się Chhattisgarh. Według najnowszego raportu Institute for Conflict Management, wpływowego indyjskiego think-tanku, w tym roku zaczęli też opanowywać Asam i Arunachal Pradesh, położone między Bhutanem, Birmą i Chinami, skąd mogą łatwo przemycać broń i zaopatrzenie. W 2004 r., najpotężniejsze partyzantki połączyły swoje siły, tworząc Komunistyczną Partię Indii (Maoistowską), a dowódca ich sił zbrojnych – Koteshwar Rao, znany szerzej jako Kishenji – stwierdził w wywiadzie ze stycznia, że naksalici podbiją Indie do 2025 r.

Słowa Rao wielu wprawiły w popłoch, ale on sam tego ewentualnego triumfu już nie zobaczy – od zeszłego tygodnia jest już tylko prochem.

Kishenji został zabity w wymianie ognia w zeszłym tygodniu. Jego zwłoki przewieziono do rodzinnej miejscowości i skremowano zgodnie z tradycją. Partyzanci twierdzą jednak, że wcale nie zginął w walce, tylko został pojmany i zamordowany dopiero następnego dnia. I że to ostateczny dowód, że nawoływania Mamaty Banerjee (pani premier Bengalu Zachodniego, pierwszy niekomunistyczny polityk na tym stanowisku od 1977 r.) do rozmów pokojowych to ściema, a do ogłoszonego w październiku zawieszenia broni nie ma powrotu. Komuniści zapominają jednak, że to właśnie oni zerwali krótkotrwały rozejm, nie dalej jak dwa tygodnie przed śmiercią Rao.

Mamata Banerjee wygrała wybory w maju, właśnie prowadząc kampanię pod hasłem pokojowego zakończenia konfliktu. Na początku października udało jej się namówić maoistów do zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji z mediatorami. Jednak już miesiąc później, naksalici ogłosili, że przysłani ludzie nie są bezstronni i że sprzyjają rządowi, a cała sprawa to pic na wodę, bo armia prowadzi w tym czasie działania przeciw partyzantom. Więc komuniści stwierdzili, że zawieszenie broni się skończyło, a już kilka dni później zamordowali lokalnego działacza partyjnego wraz z synem, później znaną w Jharkhanddzie zakonnicę (którą oskarżyli o “sprzyjanie interesom korporacji górniczych”), a dla postawienia kropki nad i, wysadzili sobie w powietrze pewien most.

NaksaliciNaksalici odchodzą do lasu, ale nie znikają (Fot. Pulitzer Center on Crisis Reporting)

Rząd faktycznie od jakiegoś czasu dokręca partyzantom śrubę. Najpierw wspierał szkoleniem i środkami Salwa Judum, wiejskie milicje, które miały się stać “przeciwwagą” dla komunistów. Ale Sąd Najwyższy stwierdził w lipcu, że tworzenie takich paramilitarnych bojówek jest niekonstytucyjne, więc władze musiały zarzucić ten projekt, przynajmniej oficjalnie. Od 2009 r. trwa jednak Operacja Zielone Polowanie – największa w historii akcja militarna wymierzona w naksalitów. W działaniach bierze udział prawie 50 tys. policjantów i sił paramilitarnych, rozproszonych po kilku stanach. Partyzanci są spychani coraz głębiej do dżungli, ale odpowiadają bolesnymi atakami, chociażby w kwietniu zeszłego roku, zdołali zabić w zasadzce aż 75 policjantów.

W Indiach powraca więc dyskusja: czy do akcji nie powinna wkroczyć armia? Tutejsze wojsko jest obecnie jednym z najpotężniejszych na świecie. Według raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI, najbardziej prestiżowego ośrodka zajmującego się konfliktami zbrojnymi), to właśnie Indie są od kilku lat największym importerem broni. Aż 9 proc. światowej sprzedaży militariów trafiało do tej azjatyckiej potęgi, do 2015 r. na zbrojenia przeznaczy ona 80 miliardów dolarów. Sęk w tym, że puchną siły przeznaczone do walki konwencjonalnej (aż połowa wydatków idzie na marynarkę, w której Indie chcą prześcignąć Chiny), niekoniecznie mające tak świetne zastosowanie w walce partyzanckiej. Do tego, większość komentatorów całkiem słusznie dowodzi, że wysyłanie armii przeciwko – jak by nie było – własnemu społeczeństwu, byłoby straszliwym strzałem w stopę.

Tymczasem, walka trwa. Jak dotąd, zdążyła już pochłonąć ponad 6 tys. ofiar i wszystko wskazuje na to, że nim się skończy, zabierze ze sobą jeszcze wiele następnych.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kiedy World of Warcraft to za mało

Dział Zagraniczny zna ludzi, którzy wakacje spędzają kozacko. Jedni samotnie przepływają łódką Atlantyk. Inni jadą do Teheranu na stopa. Jeszcze pozostali, przemycają haszysz z Maroka na polecenie korsykańskiej mafii. Ale jakby się nie starali, to mistrza tegorocznego sezonu nie pobiją. Chris Jeon najzwyczajniej w świecie wziął udział w libijskim powstaniu.

JeonPo zdobyciu maksymalnego levelu w WoW, expić można już tylko w Libii (Fot. Bradley Hope/The National)

Są ludzie, którzy palą skręty. Są tacy, którzy wolą MDMA. Niektórzy wybierają pejotl. No i jest Chris Jeon, który najwyraźniej wszystko powyższe ładuje w siebie na raz.
– Moje wakacje się kończą, więc pomyślałem, że byłoby spoko dołączyć do powstańców – rzucił zdumionemu korespondentowi wydawanego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich “The National”, który spotkał 21-latka z Los Angeles w mieście An-Naufalijja, mniej więcej 140 km na wschód od Syrty.

Amerykanin najpierw przyleciał do Kairu, stamtąd uderzył pociągiem do Aleksandrii, skąd dojechał autobusem (z przesiadkami) do Bengazi. Najwyraźniej powstańcy mają równie wielką fantazję co ich nowy kolega, bo wcisnęli mu karabin do ręki, wsadzili na pikapa i po kilku dniach dostarczyli na front. Żeby było śmieszniej, Jeon nigdy w życiu nie miał broni w ręku, nie zna też ani słowa po arabsku. W zasadzie potrafi powiedzieć tylko “Ahmed El Maghrabi Saidi Barga”, co jest jego powstańczą ksywą, a w rzeczywistości zlepkiem nazw libijskich klanów i regionów. Podobno, gdy wypowiada te słowa, jego towarzysze wpadają w ogromną wesołość.

Jeon na co dzień studiuje matematykę (w tym roku ma zrobić licencjat) i nie da się ukryć, że wykazuje się żelazną logiką. Jak wtedy, kiedy wychodzi na jaw, że lecąc do Kairu, miał bilet tylko w jedną stronę.
– Jak mnie złapią, albo co, to nie chcę wywalać kolejnych ośmiu stów – mówi dziennikarzowi hardo, a potem już trochę mniej – Tylko nie mów moim rodzicom! Oni nie wiedzą, że tu jestem!

Chrisie Jeon, Dział Zagraniczny będzie zaszczycony, dziarając sobie Twoją podobiznę na sercu.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Nie zając, nie ucieknie

Powyżej 1400 m n.p.m. nie ma bardziej sfrustrowanego człowieka niż Ram Baran Jadaw. Na tej wysokości mieści się bowiem Katmandu, stolica Nepalu, a Jadaw – prezydent kraju – utknął tam z parlamentem, dla którego słowo “termin” jest najwyraźniej nie do ogarnięcia.

Parlamentarzyści mieli czas do środy, żeby wybrać spośród siebie premiera. “Środa” miała pierwotnie oznaczać poprzednią niedzielę, ale ponieważ się nie wyrobili, Jadaw rzucił im trzy dni w bonusie.
Nepal nie ma rządu, od kiedy poprzedni jego szef – Jhala Nath Khanal – podał się do dymisji równo dwa tygodnie temu. Z funkcji zrezygnował, kiedy dla wszystkich stało się bardziej niż oczywiste, że nie uda mu się doprowadzić do uchwalenia konstytucji, co jest jedynym powodem zbierania się ustawodawców. Bo w rzeczywistości, nepalski parlament nie jest parlamentem, tylko konstytuantą, która powinna jak najszybciej opracować ustawę zasadniczą. “Jak najszybciej” oznaczało do 28 maja. Zeszłego roku. Ponieważ ugrupowania nie doszły do porozumienia, to sprawę odłożono na równo rok. Ale (niespodzianka!), wybrańcy narodu znowu się nie wyrobili. Więc przesunięto termin na 31 sierpnia. Czyli przyszłą środę.
Patrząc na dotychczasowe tempo prac, nikt się nie łudzi, że za tydzień spod prasy wyjedzie świeżutka konstytucja.

JadawPrzy sznurowadle prezydent kraju, gdzie sportem narodowym jest uwalanie terminów (Fot. Outlook India)

– To godna pożałowania sytuacja – stwierdził cierpko Narayan Kaji Shrestha, wiceprzewodniczący ugrupowania maoistów. Które jest głównym powodem przeciągającego się kryzysu.

Pięć lat temu, komuniści mogli się czuć prawdziwymi zwycięzcami ciągnącej się od dekady wojny domowej. W 1996 r. wywołali rewolucję przeciw panującej w Himalajach monarchii i chociaż opanowali kawał kraju, to nie mieli dość siły, żeby zadać ostateczny cios. Konflikt zdążył pochłonąć 15 tys. ofiar śmiertelnych, a ponad 150 tys. Nepalczyków zostało uchodźcami we własnym kraju. Te liczby pewnie rosłyby do dziś, gdyby nie szekspirowska tragedia w pałacu królewskim.

1 czerwca 2001 r., Dipendra, najstarszy syn króla i zarazem następca tronu, wtargnął do sali jadalnej z karabinem maszynowym i otworzył ogień do swoich bliskich. Od kul zginęło dziewięć osób, w tym jego ojciec, matka, rodzeństwo i bliscy krewni. Chwilę później Dipendra zastrzelił też siebie.
Czystka w kolejce do sukcesji utorowała drogę do tronu Gjanendrze, bratu zamordowanego właśnie króla, będącym jego całkowitym przeciwieństwem. Poprzedni monarcha może nie był wzorem cnót, ale po krótkotrwałym flircie z brutalnym tłumieniem demonstracji, zgodził się na ograniczoną demokrację, a potem zaczął się kreować na dobrotliwego ojca narodu i nie używał władzy do nabijania własnej kiesy.
Tymczasem Gjanendra okazał się być chciwym dupkiem. Wyniosły, zarozumiały, opryskliwy i żądny bogactw, przed wstąpieniem na tron zajmował się biznesem. Na hotelach, kasynach, nieruchomościach i uprawie herbaty oraz tytoniu dorobił się takich pieniędzy, że mógłby dosłownie kupić własne państwo. Ale i tego było mu mało. Po koronacji, szybko zaczął powiększać prywatny majątek. W dodatku uznał, że Nepal to jego prywatna własność. W 2002 r. rozpędził parlament, trzy lata później taki sam los spotkał działający “offline” rząd. Gjanendra nakazał armii rozprawić się z maoistami za wszelką cenę, a prawdziwymi ofiarami stali się cywile. Gdy w 2006 r. ludzie wyszli w proteście na ulice Katmandu, najpierw posłał przeciw nim uzbrojonych żołnierzy, którzy zastrzelili ponad 20 osób, a następnie zezwolił na pokazowe spalenie ich zwłok.

To ostatecznie przelało szalę goryczy. Maoiście, widząc osłabienie wroga, ruszyli do ofensywy, a w Katmandu doszło do pospolitego ruszenia. Król starał się jeszcze ratować, ogłaszając, że przywróci demokrację, ale opozycja zjednoczyła się z komunistami i obaliła monarchię. Dwa lata później rozpisano wolne wybory, a biorący w nich udział maoiści mogli ogłosić pełen sukces: zdobyli w nich największą ilość głosów.

Jednak wbrew oczekiwaniom, głosowanie nie zakończyło kryzysu, tylko go przedłużyło.

Maoiści NepalJest taka niepisana zasada, że powyżej pewnej wysokości, miejsce Che na koszulkach partyzantów zajmuje Britney (Fot. Tomas van Houtryve)

Premierem został Pushpa Kamal Dahal, lepiej znany jako Prachanda – “Groźny”. Wieloletni przywódca maoistów nie był się jednak w stanie porozumieć z innymi ugrupowaniami w podstawowej kwestii: co zrobić z byłymi rebeliantami? Tych jest niemało, bo ponad 19 tys. Chociaż formalnie się rozwiązali i złożyli broń w państwowych magazynach, to tak wielka liczba byłych partyzantów bez zajęcia jest oczywistym zagrożeniem dla państwa. Groźny chciał, żeby co najmniej połowę z nich przeszkolić i włączyć do armii rządowej. Na to nie zgodzili się ani generałowi, ani politycy z pozostałych partii (przeciwny był też prezydent Jadaw). Groźny podał się więc do dymisji. I od tamtej pory jest pat.

Maoiści, choć mają większość, to nie jest ona wystarczająca, żeby samodzielnie rządzić. Przeciw sobie mają jednak koalicję mniejszych ugrupowań (w tym przeciwnych im marksistów), również niewystarczająco mocną, żeby skutecznie sprawować władzę.

Od ustąpienia Groźnego, Nepal miał już dwóch premierów, z czego wyłonienie ostatniego (właśnie Khanala, który podał się do dymisji przed dwoma tygodniami), trwało 7 miesięcy i wymagało aż 17 głosowań.

W chwili pisania tego posta, w Nepalu już dawno minęła piąta po południu, więc posłowie mieli oczywiście fajrant. Przed którym nie zdążyli wyłonić spośród siebie nowego szefa rządu. Mają próbować w czwartek rano, ale niewiele wskazuje na to, żeby miało im się to udać.

Nikt nie ma też pojęcia, co z (trzecim przecież) “ostatecznym” terminem uchwalenia konstytucji. Niektórzy parlamentarzyści przebąkują już, że może by tak przedłużyć ten czas o trzy miesiące? Co prawda, w Sądzie Najwyższym toczy się właśnie postępowanie w sprawie legalności takiego ruchu, ale jeżeli nepalscy sędziowie będą mieli takie tempo, jak ustawodawcy, to Dział Zagraniczny będzie mógł wrócić do tematu za rok i pewnie będzie aktualny.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pi(łk/s)arze

Ostatni tydzień roku sprzyja wypoczynkowi. Co Dział Zagraniczny rozumie jako książki i sport.

1. Jogo Bonito

Tydzień podsumujemy od cofnięcia się w czasie. Jest 8 stycznia 2010 roku, piłkarska reprezentacja Togo podróżuje sobie autobusem na Puchar Narodów Afryki rozgrywany w Angoli i akurat przejeżdza przez jedyną prowincję tego państwa, która jest od niego oddzielona wąskim pasem Demokratycznej Republiki Konga: Kabindę. Problem z Kabindą jest taki, że (co za rzadki przypadek w Afryce) chce secesji. I że działa w niej Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy. Który tego feralnego 8 stycznia ostrzelał togijski autokar.
Poartyzanci powiedzieli potem, że chcieli zaatakować żołnierzy z Angoli, a do piłkarzy wypalili przez przypadek, przepraszają i w ogóle głupia sprawa, no przykro im. Ale mleko się rozlało: na miejscu zginęli kierowca autobusu, asysent trenera i rzecznik prasowy drużyny. Rannych zostało siedmiu kolejnych pasażerów. Decyzja była szybka: ekipa zawróciła do domu, a Togo wycofało się z turnieju.
Decyzja Afrykańskiej Konfederacji Piłkarskiej była jeszcze szybsza i całkowicie absurdalna. CAF uznała, że rezygnację z gry wymógł na drużynie rząd – a jak wiadomo przepisy federacji piłkarskich zabraniają władzom państwowym mieszania się w ich sprawy, bo jeszcze utrudnią im ustawianie meczy; siema PZPNie! – więc zdyskwalifikowała Togo z dwóch kolejnych Pucharów Narodów Afryki. I dorzuciła jeszcze 50 tys. dolarów grzywny ekstra. Kary później cofnięto, co wymusił Sepp Blatter, szef FIFA, który nie mógł zignorować międzynarodowych protestów. Ale wrażenie żenady pozostaje.
Tymczasem Angola postanowiła zrobić Togo prezent na koniec roku (konkretnie w środę) i tamtejszy sąd za skazał dwóch mężczyzn za udział w ataku na 24 lata więzienia. Na tym sprawa może się jednak wcale nie skończyć, bo oskarżeni wszystkiemu zaprzeczają, a o własnych zeznaniach mówią, że zostały wymuszone torturami. Co wydaje się dość prawdopodobne, bo władze dopiero co musiały zwolnić czterech innych zatrzymanych, kiedy okazało się, że w rzeczywistości są obrońcami praw człowieka, których Luanda postanowiła po prostu przy okazji pognębić.

2. “Drogi Mikołaju, na te święta chciałbym Terę Patrick”

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tematyce sportowej. Brytyjski ambasador w Seulu napisał na swoim Twitterze, że w drugi dzień świąt, telewizja w Korei Północnej po raz pierwszy w swej historii puściła zachodni film, konkretnie angielski, żeby uczcić dziesięciolecie ustanowienia kontaktów dyplomatycznych pomiędzy oboma państwami. No i tym samym w annałach historii zapisuje się “Bend it like Beckham”, nawet niezłe kino młodzieżowe o dziewczynie z imigranckiej rodziny Sikhów, która zaczyna grać w piłkę. Jogo Bonito.
Równocześnie agencja Yonhap publikuje depeszę, w której politolog Kim Young-soo podaje listę najbardziej w Korei Północnej porządanych dóbr roku 2010, którą sporządził na podstawie rozmów ze świeżymi uciekinierami z komunistycznego raju na ziemi. Co przez ostatnich 12 miesięcy było hitem czarnego rynku? Obcisłe jeansy i porno. Dział Zagraniczny zawsze z ludem.

KimOn na pewno dostał jedno i drugie

3. Trzy dni, dwa pomniki, jedno kółko

Sri Lanka świętuje 120. rocznicę wizyty na wyspie Antoniego Czechowa. Pisarz zatrzymał się na ówczesnym Cejlonie w drodze powrotnej z Sachalinu, gdzie opisywał horror łagrów. Co prawda, autor “Trzech sióstr” i “Wujaszka Wani” spędził na tropikalnym lądzie tylko trzy dni, podczas których głównie zabawiał się z miejscowymi dziewczynami, ale zaczął tu pisać nowelę “Gusew”, a jej rękopis zakończył sygnaturą “Colombo”. Trudno oceniać, czy krótki utwór, którego tematem jest śmiertelna choroba dwóch żołnierzy na statku i wyrzucenie ich ciał za burtę, to powód do chwały, ale władze Sri Lanki w jednym miejscu postawiły mu pomnik, a w innym odsłoniły tablicę pamiątkową.
A najciekawsza w tym wszystkim jest wiadomość, że w Colombo działa Kółko Miłośników Literatury Rosyjskiej, której przewodzi pan Suniti Karunatillake. Z którym Dział Zagraniczny z chęcią wypiłby zdrowie.

4. Okienko transferowe

We wtorek Mario Vargas Lllosa dostał obywatelstwo Dominikany. To w sumie jego trzecie po peruwiańskim (gdzie się urodził) i hiszpańskim (gdzie od lat mieszka). Związki pisarza z karaibskim państewkiem ograniczają się do tego, że kilka razy je odwiedził, no i napisał “La fiesta del chivo” (pol. “Święto kozła”) o dyktaturze Trujillo. Ale tamtejszemu Ministerstwu Kultury lampeczka zapaliła się przy Noblu no i paszport jest.
Dział Zagraniczny przyklaskuje i poleca to rozwiązanie na rodzimym gruncie, gdzie Nobel z literatury jest traktowany jak mundial w Brazylii (“Mamy trochę uczucie zawodu, ale będziemy czekać, Adam Zagajewski to jeszcze młody człowiek. Wybór Vargasa jest znakomity” powiedział jakieś 5 minut po ogłoszeniu wyników Krzysztof Kłosiński, historyk literatury z Uniwersytetu Śląskiego). Llosa ponoć lubi Polskę, więc obywatelstwo na pewno przyjmie, będziemy sobie mogli dopisać jeszcze jedno nazwisko na Wikipedii. A żeby na przyszłość nie było rozczarowań, to najlepiej już dziś porozdawać paszporty obiecującym literatom ze świata i sprawa załatwiona. Po pięciu Noblach z rzędu weźmiemy go sobie do domu.

VargasNo nie, teraz będę musiał pisać o Chrystusie Narodów… (Fot. Andrea Comas/Reuters)

5. Piotrków prosi Dolków

No i jakoś tak wyszło, że podsumowanie mocno futbolowe, to i takim akcentem skończymy.
Kto choć raz był w jakimś subsaharyjskim kraju, ten wie, że afrykańscy kibice z braku laku ostro identyfikują się z drużynami europejskimi (szczególnie, jeżeli grają tam ich rodacy). Tak ostro, że gdy w poniedziałek Arsenal rozbił Chelsea 3:1, w Bunyarucie (zachodnia Uganda) trzech fanów pokonanego zespołu pobiło na śmierć nastoletniego miłośnika zwycięzców.
Jogo Bonito.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Kolejny tydzień za nami

1. Koniec marzeń i chińskie koszmary w Lubumbashi

Dział Zagraniczny czekał na sensację, ale niestety było tak, jak obstawiali bukmacherzy: w finale Klubowych Mistrzostw Świata (w piłkę, oczywiście) Inter Mediolan rozbił 3:0 Tout Puissant Mazembe.

Założony przez Benedyktynów w 1939 roku zespół z Lubumbashi (Demokratyczna Republika Konga) zdążył wcześniej narobić kibicom sporo nadziei. Najpierw drugi raz z rzędu obronił tytuł w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. To dało im prawo do ponownego startu w Klubowych Mistrzostw Świata, na których zaledwie rok wcześniej doznali sromotnych upokorzeń, więc nikt się po nich za wiele nie spodziewał. Ale niespodziewanie dla wszystkich Kruki – jak fani nazywają drużynę – najpierw w ćwierćfinale pokonały meksykańską Pachucę 1:0, a w półfinale rozjechały brazylijski Internacional 2:0 i stały się pierwszą w historii afrykańską ekipą, która doszła do finału zawodów.

No i piękna historia skończyła się właśnie zawodem dla kibiców z Lubumbashi, którzy szybko znaleźli winnego: sędziego z Japonii. Z tym, że w mieście Japończyków nie ma, jest za to mnóstwo Chińczyków, więc fani uznali, że wszystko jedno i ruszyli plądrować sklepy i bary Azjatów. Ostatnie doniesienia są takie, że policja strzela.

Futbol: uniwersalna wspólnota uczuć!

 

2. Jamajczycy w ogóle się nie odzywają

Wikileaks ujawnia kolejne amerykańskie depesze. Tym razem o tym, pracownicy kubańskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych skarżą się kolegom (?) ze Stanów, że mimo ich wielu próśb, Jamajka kompletnie olewa sobie walkę z przemytem narkotyków. Kuba skarży, że na dwustronnych spotkaniach przedstawiciele południowego sąsiada “tylko siedzą i w ogóle się nie odzywają”. Dział Zagraniczny domyśla się dlaczego.

Wikileaks pewnie też, dowiadujemy się od nich bowiem, że Jamajka jest największym na Karaibach źródłem  marihuany przemycanej do USA. Dzięki Ci, Julianie Assange, bez Ciebie świat nawet by nie podejrzewał.

JamajkaMoże na Kubie negocjowali z tym panem? (Fot. JamaicaMax)

3. Makowiec na święta

Zostajemy przy narkotykach. ONZ ogłosiło, że w porównaniu z rokiem ubiegłym, uprawa makówek, z których uzyskuje się opium, wzrosła w Indochinach o 22 proc. Największy wzrost notuje Laos, gdzie 2010 przyniósł o 58 proc. więcej upraw.

Święta za pasem, turyści znowu zaleją Tajlandię i Wietnam, raczej olewając Laos. Dział Zagraniczny zawsze uważał, że mniej popularne państwa są bardziej interesujące. Cieszy, że ONZ jest tego samego zdania.

 

4. Ferst kys

Władze miejskie Tokio przegłosowały uchwałę, nakłądającą kary finansowe na wydawców mang, którzy nie przyhamują z niecenzuralnymi treściami, głównie scenami gwałtów na nieletnich. Wydawcy protestują. Wschodnia Ojima zapewne też. Dział Zagraniczny po prostu dzieli się filmikiem:

5. Choinką w partyzanta

Elitarne jednostki kolumbijskich komandosów, przy wsparciu helikopterów Black Hawk (te, co spadają w Somalii), wdarły się wgłąb kontrolowanego przez partyzantów z FARC regionu Macarena i przeprowadziły błyskotliwą akcję udekorowania 25-metrowej choinki. Serio. Rząd tak bardzo wierzy, że lampki i hasła “Zdemobilizujcie się, na Gwiazdkę wszystko jest możliwe” mogą skutecznie osłabić wroga, że ciągu kilku dni wojsko ubierze jeszcze 9 innych drzew w opanowanych przez marksistów okolicach.

Dział Zagraniczny wierzy za to, że ktoś odpowiedzialny za tę decyzję pewnie niedawno wizytował Laos.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Déjà vu

Wybrzeże Kości Słoniowej to technologiczna superpotęga. W 2000 roku eksperymentalnie poddaje hibernacji Obwatela X. Ostatnie, co ochotnik robi przed zamrożoniem, to lektura ulubionej gazety, gdzie czołówka krzyczy: “Kraj na krawędzi wojny domowej, bo Laurent Gbagbo nie uznaje wyniku wyborów prezydenckich!”. Dekadę później śmiałek zostaje wybudzony, sięga po dziennik i czyta: “”Kraj na krawędzi wojny domowej, bo Laurent Gbagbo nie uznaje wyniku wyborów prezydenckich!”.
Science Fiction? Tylko fragment z hibernacją.

GbagboMarty McFly w wersji afrykańskiej (Fot. Blogueurs Unis Pour Laurent Gbagbo)

Jest tak: w 1960 roku Wybrzeże Kości Słoniowej uzyskuje niepodległość od Francji i w nagrodę Félix Houphouët-Boigny, który się do tego najbardziej przyczynił, zostaje prezydentem. Będzie nim następne 33 lata. Świetny start do historii o krawej dyktaturze, ale Félix poza niezrozumieniem słowa “kadencja” okazał się całkiem zrównoważonym przywódcą i doprowadził do gospodarczego rozkwitu kraju. Co po latach miało stać się jego przekleństwem, bo na tle zszarganej konfliktami Afryki Zachodniej wypadał po prostu zbyt dobrze i mieszkańcy sąsiednich państw szybko doszli do wniosku, że przeprowadzka wyjdzie im na zdrowie. W krótkim czasie 1/3 populacji stanowili obcokrajowcy, wyznający głównie islam i mieszkający przede wszystkim na północy, podczas gdy południe pozostawało zdominowane przez chrześcijan.
Houphouët-Boigny, wzorem Tito w Jugosławii, bardzo dbał żeby przedstawiciele różnych grup etnicznych nie czuli się dyskryminowani. Ale niestety zmarł w 1993, a jego następcy nie bardzo mieli ochotę się hamować. W przerwach między kilkoma zamachami stanu stworzyli pojęcie Ivoirité, które z grubsza można streścić: “Stary, jeżeli któreś z Twoich rodziców urodziło się poza naszymi granicami, to nie jesteś Wybrzeżokościosłoniowaninem i weź się nie wychylaj”. Wreszcie, w 2000 roku dochodzi do wyborów i na scenę wkraczają nasi bohaterowie: Laurent Gbagbo i Alassane Ouattara.

Gbagbo, chrześcijanin z południa, z zawodu wykładowca historii, przez lata działał w opozycji. Zaliczył takie obowiązkowe sprawdziany jak strajki czy przymusowa emigracja. Wreszcie został kandydatem we wspomnianych wyborach. Władze na początku oczywiście ogłosiły zwycięstwo przedstawiciela rządzącej junty wojskowej, ale Gbagbo twardo powiedział, że on takich sfałszowanych wyników nie uzna, a jego zwolennicy wywołali zamieszki. Przeciwnicy uciekli, Laurent wprowadził się do pałacu prezydenckiego, złożył przysięgę i z jego punktu widzenia było po wszystkim.

Nie wszyscy podzielali jednak dobre samopoczucie nowego władcy. Tuż przed głosowaniem, armia wprowadziła bowiem prawo zgodne z Ivoirité, które zakazywało startować na prezydenta politykom z rodziców urodzonych po złej stronie słupka granicznego. Skreślali w ten sposób najpopularniejszego kandydata: Alassane Ouattare, który miał niefart być dzieckiem muzułmańskich imigrantów.
Ouattara, wykształcony w Stanach ekonomista pracujący przez kilka lat dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego był dobrze znany w kraju: Félix Houphouët-Boigny mianował go premierem na trzy ostatnie lata swojego życia. Gdy nie pozwolono mu kandydować w 2000 r., ubodzy muzułmanie z północy kraju odebrali to jako cios w nich samych i też wywołali zamieszki. Choć szybko je zduszono i z pozoru sytuacja się uspokoiła, to pod powierzchnią wciąż wrzało. Wybuch nastąpił we wrześniu 2002.

Gbagbo był akurat z wizytą we Włoszech, kiedy w kraju wybuchło powstanie. Szczegóły sobie darujemy, ale obrazek znany: przemoc, mnóstwo przypadkowych ofiar, gwałty, nie bardzo wiadomo kto strzela do kogo i dlaczego. Walki trwały i w efekcie Wybrzeże Kości Słoniowej podzieliło się na dwie połowy: opanowaną przez muzułmańskich rebeliantów północ i kontrolowane przez chrześcijańskie siły rządowe południe.

WybrzeżeKto i gdzie na Wybrzeżu Kości Słoniowej (mapa: BBC World Service)

Kadencja prezydenta skończyła się w 2005, ale w takich warunkach nie można było przeprowadzić nowych wyborów, więc co roku Rada Bezpieczeństwa ONZ “awaryjnie” mu ją przedłużała. Wreszcie, w 2007 roku podpisano rozejm pokojowy i zaplanowano nową elekcję, w której w końcu mogliby brać udział mieszkańcy północy. I w kraju był spokój, aż mieszkańcy poszli do urn.

Bo w II turze, 28 listopada, wygrał Ouattara, zdobywając 54 proc. głosów. Na co Gbagbo powiedział: “Takiego!”. Na jego polecenie Trybunał Konstytucyjny uznał pół miliona głosów oddanych na północy za nieważne i zaprzysiężył dotychczasowego prezydenta, który od razu mianował premiera.
Ouattara nie zostaje w tyle, sam też złożył przysięgę i mianował swojego własnego premiera.

Tak więc w kraju jest pat. Wojsko popiera Laurenta i wprowadziło w kraju godzinę policyjną. Za Alassane jest cała społeczność międzynarodowa, w tym Unia Afrykańska, która właśnie zawiesiła Wybrzeże Kości Słoniowej w prawach członka. Gbagbo siedzi w pałacu i czeka. Ouattara siedzi w chronionym przez niebieskie hełmy hotelu i też czeka.

A po głowie, jak zwykle, dostają mieszkańcy. Cena mięsa na bazarze skoczyła o 1/4, a ziemniaków o ponad połowę. A eksport kawy i kakao, z których państwo żyje, się załamał.

To, kto wygrał wybory, jest już bez większego znaczenia. Przegrało Wybrzeże Kości Słoniowej.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.