Archive

Posts Tagged ‘Piraci’

Dyfuzja

W dobie światowego kryzysu gospodarczego, Afryka znalazła jedną gałąź gospodarki, która nie tylko nie notuje spadków, ale wręcz rozwija się na tyle prężnie, że można ją eksportować. Piractwo właśnie przeniosło się z Somalii na drugi koniec kontynentu – do Beninu i Nigerii.

MENDDumny nigeryjski przedstawiciel szkoły, że im głębiej naciągniesz czapkę na oczy, tym mniej jesteś rozpoznawalny (Fot. EPA)

W Rogu Afryki nie spuszczają z tonu. Jak w styczniu podawał Dział Zagraniczny, rok 2010 był dla miejscowych korsarzy rekordowy: przeprowadzili 445 ataków, czyli aż o 10 proc. więcej, niż rok wcześniej (kiedy też wyśrubowali wyższą liczbę, niż wcześniej). Najwyraźniej teraz chcą pobić samych siebie, bo International Maritime Bureau informuje, że w pierwszej połowie 2011 r., zaatakowali już 163 razy (podczas gdy w analogicznym okresie 2010 – tylko 100).

Ich poczynania uważnie obserwują koledzy z pozostałych krajów, a ci z Beninu najwyraźniej postanowili skopiować patent.

Piractwo w Zatoce Gwinejskiej to nic nowego, ale do tej pory ograniczało się do Nigerii, gdzie napędzał je konflikt w Delcie Nigru. Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (z ang. MEND) od kilku lat żąda sprawiedliwego podziału zysków, jakie rząd centralny ciągnie z wydobywanej tu ropy naftowej. Żeby wywrzeć na nim większą presję, partyzanci zaczęli w pewnym momencie porywać łodzie z zagranicznymi pracownikami działających w regionie koncernów międzynarodowych. Jak to często bywa w takich przypadkach, interes zwietrzyli też zwykli przestępcy (czasem – co też się przecież zdarza – działający i w partyzantce i chcący sobie dorobić na boku) i napady stały się częstsze.

W Afryce Zachodniej taktyka jest jednak zdecydowanie inna od tej, preferowanej przez piratów z Somalii.
Zakładników biorą tylko bojownicy z MEND, którym są potrzebni do wywarcia politycznej presji. Zwykłym bandytom chodzi tylko o łup, głównie paliwo. Taktyka jest taka, że uzbrojeni piraci podpływają szybką motorówką do wybranego celu i wdzierają się na pokład. Następnie kierują okręt do miejsca, gdzie czeka już ich statek-matka, na który porywacze przepompowują ropę. Na końcu, porwaną jednostkę zwyczajnie porzucają.
Co ciekawe, inna jest też skala agresji. Piraci z Somalii, jeszcze do niedawna byli znani z tego, że nie robią krzywdy uprowadzonym marynarzom. Żądającym okupu, zwyczajnie się to nie opłacało. Korsarze z Zatoki Gwinejskiej nie mają takich skrupułów. W akcji typu “hit and run”, liczy się dla nich tylko materialny łup, więc w razie jakiegokolwiek oporu, są dużo brutalniejsi. Napadniętych marynarzy biją bez litości, dźgają nożami, a ostatnio dwóch zastrzelili.

Wcześniej ataki zdarzały się tylko w okolicach Delty Nigru, ale w tym roku bandyci rozszerzyli swój teren łowów i zaczęli pojawiać się też na wodach Beninu. Zajmująca się ochroną jednostek pływających firma Risk Intelligence podaje, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy, lokalni piraci przerzucili się z rabowania benzyny na wielkie ładunki typu cargo. Liczba ataków wzrosła na tyle, że londyńska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s Market Association zaklasyfikowała Zatokę Gwinejską do tej samej kategorii ryzyka, co wody opływające wybrzeża Somalii.

Złapani piraciDział Zagraniczny wciąż nie wychodzi z podziwu, że trzeba angażować to co w tle, żeby złapać to, co na środkowym planie (Fot. AFP)

Problemem są już wyraźnie zaniepokojone lokalne władze. Szczególnie te w Beninie, którego duża część PKB pochodzi właśnie z obrotów portowych. Bandytyzm na ich wodach oznacza kłopoty dla mieszkańców w głębi lądu.
– Mnóstwo statków już zaczyna omijać nasz brzeg z obawy na piratów – ubolewał Maxime Ahoyo, szef miejscowej marynarki.

Przedstawiciele Beniniu i Nigerii odbyli serię spotkań między ze sobą nawzajem i z dowódcami amerykańskiej floty, przypisanej do działania w rejonie Afryki. Ci ostatni nie potrafią sobie jednak poradzić z piratami w Somalii, których zwalczają połączone siły NATO, Rosji, Chin i Indii, więc niektórzy analitycy szczerze powątpiewają, czy jakiekolwiek ich działania odniosą skutek w przesiąkniętej korupcją Nigerii.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Piractwo popłaca

Następny tydzień za nami. Czas wymyślić jakąś nazwę dla tego cyklu. Propozycje czytelników mile widziane. W komenatarz do tego wpisu, albo na fejsbukowym fanpejdżu.

1. Niech nie pouczają

Zaczynamy od informacji, na którą Dział Zagraniczny bardzo czekał planując wakacje. Rada Rastafariańska Gujany od dawna walczy o legalizację marihuany w swojej ojczyźnie. Zioło i tak jest palone dość powszechnie, ale jak argumentuje przywódca organizacji – Ras Leon Saul – oni chcą zezwolenia ustawowego, bo względny religijne itd. Miejscowi rasta byli do całej sprawy nastawieni bardzo optymistycznie, bo prezydent Bharrat Jagdeo ma do sprawy dość ludzkie podejście (“W Kalifornii mają 800 sklepów z medyczną marihuaną, więc niech nas nie pouczają”), a poza tym ONZ ogłosiło 2011 Międzynarodowym Rokiem Ludności Pochodzenia Afrykańskiego i Gujana chce to stosownie uczcić.
Niestety dla rastamanów, Jadeo powiedział legalizacji “nie”. Łączymy się w bólu.

2. Day of the zombie elections

W tym roku w Zimbabwe będą wybory. A że we wszystkich poprzednich było dość głośno o fałszerstwach, to pozarządowa organizacja Zimbabwe Election Support Network postanowiła sprawdzić listy uprawnionych do głosowania. I okazało się, że np. 2344 wyborców ma według oficjalnych dokumentów między 101 a 110 lat. Przypomnijmy, że przewidywana długość życia w Zimbabwe to 44 lata. Oszczędzając czytelnikom szczegółów: według organizacji prawie 1/3 oficjalnie zarejestrowanych obywateli jest w rzeczywistości albo martwa albo nigdy nie istniała. George Romero już wie, gdzie kręci swój następny film.

Wybory zombiTak się oddaje głosy w Zimbabwe (Fot. Zombie-popcorn.com)

3. Gdzie Dział Zagraniczny będzie szukał pracy w tym roku

International Maritime Bureau informuje w swoim najnowszym raporcie, że rok 2010 był rekordowy w dziedzinie piractwa. Morscy bandyci zaatakowali w sumie 445 razy (to o 10 proc. więcej niż w 2009, do tej pory rekordowym) i udało im się porwać 53 statki (49 z nich uprowadzili Somalijczycy) z łącznie 1016 zakładnikami.
Miło słyszeć, że w dobie kryzysu światowego są takie gałęzie gospodarki, które wciąż się prężnie rozwijają.

4. Minister Pirat

W ogóle piraci w tym tygodniu byli na topie. Większość czytelników na pewno słyszała o Partii Piratów, ale pozostałym wyjaśnijmy, że ten pospolity ruch polityczny ma na sztandarach nieskrępowaną wolność w internecie i reformę prawa własności intelektualnej. Wywodzi się ze Szwecji (i stamtąd pochodzi jego dwóch europosłów), ale ideową przynależność deklarują aktywiści (blogerzy, hackerzy itp.) z całego świata.
Jednym z nich jest Slim Amamou, lider tunezyskich internautów, aktywizujący tłumy zwolenników podczas zakończonej właśnie rewolucji, która obaliła rządzącego od 1987 r. prezydenta Ben Aliego. W ulubionym kraju tyrystów olinklusiw od Wałbrzycha po Rzeszów trwa właśnie kompletowanie nowego gabinetu. W którym Amamou dostał tekę Sekretarza Stanu do spraw Młodzieży i Sportu. Nasz człowiek w rządzie!

Blog Slima pod tym adresem.

SlimDział Zagraniczny głosowałby na tego pana (Fot. Artificialeyes.tv)

5. Aj lajk

I kończymy sieciowym akcentem. Dokładnie rok temu Salvador Cabañas, utalentowany piłkarz z Paragwaju, grający wówczas w meksykańskim klubie América, bawił się w najlepsze na stołecznej dyskotece. Gdy na chwilę zniknął w toalecie, cały parkiet zamarł słysząc strzały z pistoletu. Cabañas dostał w głowę. Przeżył, ale lekarze do dziś nie usunęli mu kuli z czaszki, bo zabieg jest zbyt niebezpieczny. Piłkarz musiał zrezygnować z zawodowej kariery.
Głównym podejrzanym od początku był Jose Balderas Garza, miejscowy handlarz narkotyków. Ale zaraz po strzelaninie przepadł jak kamień w wodę i policja nie mogła go znaleźć. Aż ktoś im doniósł, że jego narzeczoną jest Juliana Sossa, kolumbijska modelka mieszkająca w Meksyku. Stróże prawa zalogowali się na Fejsbuka, wstukali sobie imię i nazwisko dziewczyny, sprawdzili jaki podaje adres zamieszkania i we wtorek zastukali do drzwi. Jose siedzi i czeka na proces.
Morał? Jeżeli jesteście w związku z poszukiwanym, na FB jest taka zakładka jak ustawienia prywatności. Dział Zagraniczny poleca.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Johnny Depp bez pudru

Kiedy mieszkałem na warszawskiej Pradze byłem blisko zaprzyjaźniony z kilkoma sąsiadami. Największą życiową pasją chłopaków – poza alkoholem – byli “Piraci z Karaibów”, którzy co sobota rządzili okolicą stacji “Bliska”. Wpasowałem się w klimat, bo też od dawna jaram się piratami. Chociaż nie tymi z Karaibów, tylko z Somalii. A ostatnio sporo się u nich dzieje.

O tym co, jak i dlaczego w Somalii nie ma sensu pisać. Blog tego nie ogarnie, to materiał na książkę. W skrócie jest tak, że w 1991 roku ostatecznie upadł rząd Mohameda Siada Barre i Somalia się skończyła. Dosłownie. Rządzić zaczęli watażkowie wojenni, władza każdego sięgała tak daleko, jak mogła dolecieć kula z karabinu. Kraj pogrążył się w biedzie i przemocy. Coś tam próbowali zrobić jeszcze Amerykanie, bo przecież komunizm upadł i historia się skończyła, więc mieli trochę wolnego czasu. Ale dostali po tyłku (“Helikopter w ogniu”) i było po misji.

Helikopter w ogniuPrzynajmniej Sławomir Idziak dał radę za kamerą (Fot. “Black Hawk Down”)

Promyk nadziei pojawił się jeszcze latem 2006 roku, kiedy niespodziewanie Mogadiszu i całą południową część terytorium opanowały siły tak zwanego Związku Sądów Islamskich. Wprowadziły bardzo surowe prawa, ale nawet krytycy przyznawali, że wreszcie skończyły się strzelaniny w stolicy. Jednak Etiopii – odwiecznemu rywalowi Somalii – nie na rękę był spokój u sąsiada. Prezydentowi Bushowi wystarczyło powiedzieć “Islam”, żeby zapaliła mu się lampeczka i USA przyklepały inwazję, która błyskawicznie obaliła nowych władców. Po pół roku względnego spokoju, wszystko znów wróciło do normy: wybuch na śniadanie, ostrzał na kolację.
Dwie frakcje Al-shabab jeżeli akurat nie walczą ze sobą, to walczą z siłami Unii Afrykańskiej, z którą walczy Hizbul Islam, z którym walczą siły rządowe, z którymi walczą prywatne milicje. A wszyscy oni najchętniej zasadziliby się na najbardziej kolorową ekipę: piratów.

PiraciKeira Knightley druga od lewej (Fot. EFE)

Piraci są szczególnie medialni. Raz, że można przyszpanować na błyskotliwego publicystę, robiąc jakieś kretyńskie odniesienie do Johnego Depp’a (patrz początek posta). A dwa, że jako jedyni zagrażają bezpośrednio “nam” (czyli tankowcom). Więc w miarę regularnie można coś o nich usłyszeć, chociaż na ogół straszne klisze. W Polsce najlepszym do tej pory materiałem był tekst Wojciecha Jagielskiego w “Dużym Formacie” jakieś dwa-trzy lata temu. Chyba jako jedyny wyjaśniał skąd oni się w ogóle wzięli. A wbrew pozorom, wcale nie z chęci zysku.
Somalia ma najdłuższą linię brzegową w Afryce (3 tys. kilometrów) i kiedyś potrafiła się o nią zatroszczyć: w latach 60. flotę wojenną zbudował im Związek Radziecki, a gdy drogi Mogadiszu i Moskwy rozeszły się w roku 1977, na miejsce wskoczyły Stany Zjednoczone i wyposażyły okręty w sprzęt bojowy. Ale gdy kraj pogrążył się w otchłani, to samo stało się z jego statkami, z których część rozkradziono, a część zwyczajnie przestała się do czegokolwiek nadawać.
Sytuację błyskawicznie wykorzystali ci, którzy dziś tak narzekają na tych strasznych piratów. Japońskiej, koreańskie, chińskie i tajwańskie kutry zaczęły łowić na somalijskich wodach bez żadnego opamiętania. Miejscowy rybacy coraz częściej wracali do swoich wiosek z pustymi rękoma. Niespodziewanie na wybrzeżu pojawiła się plaga chorób: krwawienia z jamy ustnej i krwotoki wewnętrzne, potworne bóle brzucha, rzadkie typy chorób skóry, problemy z płucami. Dzieci rodziły się z deformacjami ciała. Specjalne dochodzenie ONZ  wykazało, że europejskie firmy (szczególnie włoskie, powiązane z  camorrą) zrobiły sobie z Somalii jedno wielkie wysypisko. Toksyczne  odpady, które na papierze były utylizowane w sterylnych warunkach, w  rzeczywistości lądowały w oceanie. Reakcja Unii Europejskiej? Brak.
– Nie ma ani planów oczyszczania, ani planowanych odszkodowań, ani  żadnej prewencji – powiedział wprost Ahmedou Ould-Abdallah, specjalny  wysłannik ONZ do Somalii.

ŚmieciNa Wybrzeżu Kości Słoniowej też zrzucali (Fot. ANP)

No więc w końcu miejscowym na tyle zabuzowało pod garnkiem, że wsiedli na swoje łódeczki, zamiast sieci wzięli kilka karabinów maszynowych i popłynęli szukać Chińczyków. W rezultacie powstało coś na kształt ochotniczej straży przybrzeżnej, która strzałami w powietrze przeganiała obce kutry. Aż ktoś wpadł na pomysł, żeby od przepływających przez te wody statków pobierać cło. A od cła do okupu droga była już krótka.
Pojmani w ostatnich latach piraci podczas zeznań na ogół wciąż przedstawiają się jako prości rybacy, którzy tylko bronią swojej własności. I pewnie z ich perspektywy tak właśnie jest, ale z boku widać wyraźnie że to już po prostu wielki biznes.

W Harardhere i Hobyo działają najnormalniejsze w świecie giełdy pracy dla piratów. Szef operacji opłaca informatorów, którzy dają mu namiary na duże tankowce płynące z Azji do Europy przez Kanał Sueski. Na giełdzie pojawia się ogłoszenie o planowanej akcji. Bogaci inwestorzy z somalijskiej diaspory w Kanadzie i Wielkiej Brytanii wykupują “udziały” w przedsięwzięciu: za zagwarantowany procent zysków z przyszłego okupu, wykładają na stół twardą gotówkę. Dzięki tym pieniądzom piraci mogą kupić zapasy amunicji, paliwa do motorówek, wody pitnej i drabiny potrzebne do abordażu wysokiej burty. Na giełdzie zbierają się chętni na wyprawę, części się poświęci i dostaną angaż na konkretną robotę.
Statki nie są rabowane, a załodze nie dzieje się żadna krzywda, bo porywaczom zależy tylko na okupie. Dostają go w gotówce, na ogół zrzucony w workach z przelatującego samolotu, albo helikoptera. Tankowce są uwalniane, jak tylko kasa zostanie przeliczona. ONZ w jednym ze swoich raportów podaje, że około 40 proc. zysków trafia do faktycznych wykonawców roboty, 10 proc. do miejscowej starszyzny plemiennej, a połowę zgarniają sponsorzy. Trudno oszacować dokładnie, bo pieniądze obracane są w hawali, bardzo nieformalnym sytemie bankowym, jaki funkcjonuje w państwach islamskich. Pieniądze dosłownie rozpływają się w powietrzu.
Somalijscy piracy imponują skutecznością. Od dwóch lat na ich terenie działa do 30 okrętów wojennych NATO, a oni nie tylko zwiększyli liczbę ataków, ale wypuszczają się coraz dalej. W połowie listopada porwali statek na wodach bliżej Indii niż Afryki. W tym samym czasie inna grupa dostała najwyższy okup w historii: 12,3 mln dolarów. A w ich rękach jest jeszcze około 28 dużych jednostek i pół tysiąca marynarzy.

PlażaBudka z goframi i byłaby Jurata (Fot. NAVFOR Somalia)

A piszę o tym wszystkim, bo wbrew pozorom ta złota passa może się już niedługo skończyć. Najwyraźniej wszyscy inni Somalijczycy są już poważnie wściekli, że ochrona wybrzeża zamieniła się w szemrany biznes. Kiedy piraci porwali w okolicy Seszeli jacht z parą angielskich staruszków, diaspora w Wielkiej Brytanii zrobiła im taką awanturę, że ostatecznie wypuścili ich “po kosztach”. Gdy dwa tygodnie temu mieszkańcy wioski Bandar Beyla, zorientowali się, że na ich terenie trwa abordaż jemeńskiego statku, najzwyczajniej w świecie ostrzelali i pogonili precz niedoszłych porywaczy.
– Jesteśmy prostą rybacką wspólnotą i będziemy ich zwalczać – mówił burmistrz Said Adan Ali.
A kilka dni temu AP donosiło w jednej ze swoich depesz, że Puntland, czyli region, który kiedyś ogłosił secezję i z terenu którego operują prawie wszyscy piraci, właśnie tworzy ponad tysiącosobowe siły, które mają na nich polować. Milicją dowodzi Mohamed Farole, syn prezydenta Puntlandu. Tata już kupił synowi i kolegom sześć samolotów patrolowych oraz broń za 10 mln dolarów.

Wszystko wskazuje na to, że konfrontacja będzie ostra. Warto śledzić depesze, bo może już niedługo ta bardzo barwna historia dobiegnie końca.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Rząd Somalii, który przy wsparciu wojsk Unii Afrykańskiej kontroluje zaledwie kilka dzielnic stolicy, formalnie wciąż posiada flotyllę. Jej szefem od 1982 roku jest Farah Ahmed Omar. Który, jak sam rozbrajająco przyznaje, ostatni raz był na morzu 23 lata temu.