Archive

Posts Tagged ‘Propaganda’

Atomowe laptopy

Ponad setka policjantów z oddziałów szturmowych, przechwycona dokumentacja, zatrzymany sprzęt i plomby na drzwiach. A kilka dni wcześniej – głośne aresztowanie szefa firmy. Sporo szumu, jak na zagubione w centrum Tokio, niewielkie biuro handlujące komputerami. I mało adekwatne do popełnionej zbrodni: złoczyńcom zarzuca się nielegalny eksport 100 laptopów.

O co tyle szumu, wyjaśnia się po sprawdzeniu komu towar sprzedano. Ale dużo ciekawsze jest: kto protestuje?

PachinkoZarabiamy miliard na hazardzie, więc możemy sobie pozwolić na kilka laptopów (Fot. David Monniaux/Wikipedia)

Lee Soon-Gi jak na razie oskarżony jest tylko o nielegalny eksport wspomnianej setki laptopów. Ale według nieoficjalnych informacji, jego firma Popura-Tec zdołała od 2008 r. przemycić za granicę prawie tysiąc komputerów i ekranów LCD. Cały sprzęt miał trafić do Korei Północnej.

Zgodnie z prawem z 1949 r., wszyscy handlarze są zobowiązani uzyskać zgodę japońskiego rządu przed sprzedażą zaawansowanych technologicznie towarów do krajów uznawanych za utrudniające utrzymanie bezpieczeństwa na arenie międzynarodowej. Jak łatwo się domyśleć, Koreę Północna jest w Tokio na samym szczycie takiego rankingu, ale w jej przypadku nie trzeba władz nawet pytać o zdanie: te w 2006 r. nałożyły embargo na eksport dóbr luksusowych do sąsiada, a już trzy lata później – po przeprowadzanych przez Phenian próbach nuklearnych – zakazały w ogóle jakiegokolwiek handlu z tym państwem.

W 2009 r., Lee miał się spotykać w Phenianie z przedstawicielami rządowej agencji, która jest podejrzewana o przeprowadzanie cyberataków na japońskie cele. Używany miałby w nich być dostarczany przez Popura-Tec sprzęt. Ale, jak donoszą lokalne media, w swoich działaniach Lee kierował się nie tylko chęcią zysku. Choć urodzony w Japonii, to etniczny Koreańczyk. Wychowany przez organizację, która teraz protestuje przeciw jego zatrzymaniu, a na co dzień jest kuriozalną maszyną propagandową Phenianiu w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Masked RangerUważaj, porządny Japończyku, bo pod każdą maską i kamieniem może się czaić niecny Koreańczyk. Z północy! (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

W grudniu, oprawione w ramki portrery Kim Dzong Una zawisły obok podobizn jego ojca i dziadka nie tylko w Korei Północnej. Ozdobiły też japońskie klasy w ponad 60 przedszkolach, podstawówkach, liceach, a nawet na jednym uniwersytecie. To wszystko placówki prowadzone przez Chongryon – Ogólne Zrzeszenie Koreańskich Rezydentów w Japonii. Dodajmy: północnokoreańskich. Których są setki tysięcy.

W 1910 r., Japonia anektowała Koreę. Nowi władcy szybko zaczęli konfiskować duże połacie ziemi, więc pozbawieni jej koreańscy chłopi zaczęli masowo emigrować na wyspy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Dwie dekady później, dla wielu ich rodaków przeprowadzka okazała się przymusowa: w czasie II Wojny Światowej, na roboty w Japonii wywieziono ponad 600 tys. osób. Gdy cesarz kapitulował przed Amerykanami, na wyspach mieszkało już 2,5 mln Koreańczyków.

Po wojnie większość wróciła do domu, ale prawie 700 tys. zostało w Japonii. Gdy na półwyspie powstały dwa niezależne państwa, trzeba było się opowiedzieć po którejś ze stron. Co czwarty mieszkaniec diaspory wybrał Koreę Północną. I tak powstało Chongryon.

Zrzeszenie to państwo w państwie. W finansowanych przez ojczyznę szkołach, dzieci chłoną ideologię dżucze i propagandę Phenianiu. Na lekcje chodzą w tradycyjnych strojach, a wśród zajęć mają między innymi taniec synchroniczny – namiastkę bombastycznych parad z Korei Północnej. Na absolwentów czekają posady w prowadzonych przez Chongryon firmach, między innymi banku, czy kilku gazetach. A przede wszystkim w salonach pachinko.

To jaskinie hazardu, które powinny być już dawno wpisane na jakąś listę japońskiego dziedzictwa narodowego. Wypełniają je maszyny przypominające postawione na sztorc stoły do flippera, przez które z łoskotem przewalają się metalowe kulki – nawet najmniejszy salon słychać z kilkudziesięciu metrów. Japończycy kochają tę grę i przepuszczają na nią ogromne pieniądze, które trafiają później do kasy Chongryon. Szacuje się, że Zrzeszenie kontroluje co trzecią maszynę na wyspach, na czym może zarabiać nawet miliard dolarów rocznie. Duża część dewiz jest później przemycana do Korei Północnej na pokładzie Mangyongbong-92, należącego do Chongryon promu, który co dwa tygodnie kursuje między oboma państwami.

Ponieważ Korea Północna nie ma w Japonii żadnej ambasady, to właśnie główna siedziba Zrzeszenia funkcjonuje jako jej de facto placówka dyplomatyczna. A gospodarze już wielokrotnie próbowali wywierać presję na sąsiada, uderzając właśnie w Chongryon. Jego szkołom odmówiono dofinansowania, jakim cieszą się chociażby placówki mniejszości chińskiej. Mangyongbong-92 kilkakrotnie dostawał już zakaz wpływania do japońskich portów. A we wrześniu 2003 r., władze zajęły kilka należących do Zrzeszenia nieruchomości. Pretekstem były niezapłacone podatki, ale komentatorzy zgodnie oceniali, że chodziło o pogrożenie Phenianowi, który nie chciał się wycofać ze swojego programu nuklearnego.

Wtorkowa akcja w biurze Popura-Tec mogła mieć takie samo podłoże. Firma należała do Zrzeszenia, a Chongryon głośno protestował przeciw zatrzymaniu Lee.

Tymczasem, dziś rano Korea Północna ogłosiła, że zawiesza część swojego programu nuklearnego. Sukces Tokio? Raczej nie. W zamian Phenian dostanie pomoc żywnościową od Stanów Zjednoczonych.

Trudno o lepsze podsumowanie kraju, który jest w stanie zbudować bombę atomową, a nie potrafi wykarmić własnych obywateli. Wychowankowie Zrzeszenia też zdają się to powoli dostrzegać. Od lat, średnia wieku jego członków cały czas się zwiększa, a młodzi wybierają inny model życia. W wywiadzie dla “The Japan Times”, część z nich przyznawała, że chociaż podobało im się na wycieczce do ojczyzny, to nie chcieliby tam jednak mieszkać. A ci, którzy dali się skusić, wracają rozczarowani. Yumiko Chiba była jeszcze dzieckiem, kiedy jej rodzina – skuszona propagandą Zrzeszenia – postanowiła przeprowadzić się do Korei Północnej w 1968 r. Po latach kobieta trafiła do obozu koncentracyjnego, gdzie była torturowana. Udało jej się uciec do Japonii w 2003 r. Pięć lat później, pozwała Chongryon na 11 mln jenów za oszustwo.

Zrzeszenie wydaje się powoli odchodzić do przeszłości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?