Archive

Posts Tagged ‘Przemyt’

Atomowe laptopy

Ponad setka policjantów z oddziałów szturmowych, przechwycona dokumentacja, zatrzymany sprzęt i plomby na drzwiach. A kilka dni wcześniej – głośne aresztowanie szefa firmy. Sporo szumu, jak na zagubione w centrum Tokio, niewielkie biuro handlujące komputerami. I mało adekwatne do popełnionej zbrodni: złoczyńcom zarzuca się nielegalny eksport 100 laptopów.

O co tyle szumu, wyjaśnia się po sprawdzeniu komu towar sprzedano. Ale dużo ciekawsze jest: kto protestuje?

PachinkoZarabiamy miliard na hazardzie, więc możemy sobie pozwolić na kilka laptopów (Fot. David Monniaux/Wikipedia)

Lee Soon-Gi jak na razie oskarżony jest tylko o nielegalny eksport wspomnianej setki laptopów. Ale według nieoficjalnych informacji, jego firma Popura-Tec zdołała od 2008 r. przemycić za granicę prawie tysiąc komputerów i ekranów LCD. Cały sprzęt miał trafić do Korei Północnej.

Zgodnie z prawem z 1949 r., wszyscy handlarze są zobowiązani uzyskać zgodę japońskiego rządu przed sprzedażą zaawansowanych technologicznie towarów do krajów uznawanych za utrudniające utrzymanie bezpieczeństwa na arenie międzynarodowej. Jak łatwo się domyśleć, Koreę Północna jest w Tokio na samym szczycie takiego rankingu, ale w jej przypadku nie trzeba władz nawet pytać o zdanie: te w 2006 r. nałożyły embargo na eksport dóbr luksusowych do sąsiada, a już trzy lata później – po przeprowadzanych przez Phenian próbach nuklearnych – zakazały w ogóle jakiegokolwiek handlu z tym państwem.

W 2009 r., Lee miał się spotykać w Phenianie z przedstawicielami rządowej agencji, która jest podejrzewana o przeprowadzanie cyberataków na japońskie cele. Używany miałby w nich być dostarczany przez Popura-Tec sprzęt. Ale, jak donoszą lokalne media, w swoich działaniach Lee kierował się nie tylko chęcią zysku. Choć urodzony w Japonii, to etniczny Koreańczyk. Wychowany przez organizację, która teraz protestuje przeciw jego zatrzymaniu, a na co dzień jest kuriozalną maszyną propagandową Phenianiu w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Masked RangerUważaj, porządny Japończyku, bo pod każdą maską i kamieniem może się czaić niecny Koreańczyk. Z północy! (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

W grudniu, oprawione w ramki portrery Kim Dzong Una zawisły obok podobizn jego ojca i dziadka nie tylko w Korei Północnej. Ozdobiły też japońskie klasy w ponad 60 przedszkolach, podstawówkach, liceach, a nawet na jednym uniwersytecie. To wszystko placówki prowadzone przez Chongryon – Ogólne Zrzeszenie Koreańskich Rezydentów w Japonii. Dodajmy: północnokoreańskich. Których są setki tysięcy.

W 1910 r., Japonia anektowała Koreę. Nowi władcy szybko zaczęli konfiskować duże połacie ziemi, więc pozbawieni jej koreańscy chłopi zaczęli masowo emigrować na wyspy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Dwie dekady później, dla wielu ich rodaków przeprowadzka okazała się przymusowa: w czasie II Wojny Światowej, na roboty w Japonii wywieziono ponad 600 tys. osób. Gdy cesarz kapitulował przed Amerykanami, na wyspach mieszkało już 2,5 mln Koreańczyków.

Po wojnie większość wróciła do domu, ale prawie 700 tys. zostało w Japonii. Gdy na półwyspie powstały dwa niezależne państwa, trzeba było się opowiedzieć po którejś ze stron. Co czwarty mieszkaniec diaspory wybrał Koreę Północną. I tak powstało Chongryon.

Zrzeszenie to państwo w państwie. W finansowanych przez ojczyznę szkołach, dzieci chłoną ideologię dżucze i propagandę Phenianiu. Na lekcje chodzą w tradycyjnych strojach, a wśród zajęć mają między innymi taniec synchroniczny – namiastkę bombastycznych parad z Korei Północnej. Na absolwentów czekają posady w prowadzonych przez Chongryon firmach, między innymi banku, czy kilku gazetach. A przede wszystkim w salonach pachinko.

To jaskinie hazardu, które powinny być już dawno wpisane na jakąś listę japońskiego dziedzictwa narodowego. Wypełniają je maszyny przypominające postawione na sztorc stoły do flippera, przez które z łoskotem przewalają się metalowe kulki – nawet najmniejszy salon słychać z kilkudziesięciu metrów. Japończycy kochają tę grę i przepuszczają na nią ogromne pieniądze, które trafiają później do kasy Chongryon. Szacuje się, że Zrzeszenie kontroluje co trzecią maszynę na wyspach, na czym może zarabiać nawet miliard dolarów rocznie. Duża część dewiz jest później przemycana do Korei Północnej na pokładzie Mangyongbong-92, należącego do Chongryon promu, który co dwa tygodnie kursuje między oboma państwami.

Ponieważ Korea Północna nie ma w Japonii żadnej ambasady, to właśnie główna siedziba Zrzeszenia funkcjonuje jako jej de facto placówka dyplomatyczna. A gospodarze już wielokrotnie próbowali wywierać presję na sąsiada, uderzając właśnie w Chongryon. Jego szkołom odmówiono dofinansowania, jakim cieszą się chociażby placówki mniejszości chińskiej. Mangyongbong-92 kilkakrotnie dostawał już zakaz wpływania do japońskich portów. A we wrześniu 2003 r., władze zajęły kilka należących do Zrzeszenia nieruchomości. Pretekstem były niezapłacone podatki, ale komentatorzy zgodnie oceniali, że chodziło o pogrożenie Phenianowi, który nie chciał się wycofać ze swojego programu nuklearnego.

Wtorkowa akcja w biurze Popura-Tec mogła mieć takie samo podłoże. Firma należała do Zrzeszenia, a Chongryon głośno protestował przeciw zatrzymaniu Lee.

Tymczasem, dziś rano Korea Północna ogłosiła, że zawiesza część swojego programu nuklearnego. Sukces Tokio? Raczej nie. W zamian Phenian dostanie pomoc żywnościową od Stanów Zjednoczonych.

Trudno o lepsze podsumowanie kraju, który jest w stanie zbudować bombę atomową, a nie potrafi wykarmić własnych obywateli. Wychowankowie Zrzeszenia też zdają się to powoli dostrzegać. Od lat, średnia wieku jego członków cały czas się zwiększa, a młodzi wybierają inny model życia. W wywiadzie dla “The Japan Times”, część z nich przyznawała, że chociaż podobało im się na wycieczce do ojczyzny, to nie chcieliby tam jednak mieszkać. A ci, którzy dali się skusić, wracają rozczarowani. Yumiko Chiba była jeszcze dzieckiem, kiedy jej rodzina – skuszona propagandą Zrzeszenia – postanowiła przeprowadzić się do Korei Północnej w 1968 r. Po latach kobieta trafiła do obozu koncentracyjnego, gdzie była torturowana. Udało jej się uciec do Japonii w 2003 r. Pięć lat później, pozwała Chongryon na 11 mln jenów za oszustwo.

Zrzeszenie wydaje się powoli odchodzić do przeszłości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Prysznic w Kopenhadze

Żołnierze od rana uwijają się jak w ukropie. Przeszukują dom po domu, biją podejrzanych, ładują setki z nich do ciężarówek wiozących ich do naprędce przygotowanych obozów. Do wieczora, wojskowi zdążą zastrzelić kilkadziesiąt osób, większość z bliskiej odległości. Zbyt bliskiej, jak na “wymianę ognia podczas walki”. Mundurowi czują się jednak bezkarni: myślą, że nikt im nie patrzy na ręce, bo na miejscu nie ma żadnych dziennikarzy, zostali odcięci od dzielnicy ścisłym kordonem bezpieczeństwa. Nie wiedzą tylko jednego – że nad ich głowami od samego początku akcji krąży samolot szpiegowski P-3 Orion. I że bardzo dokładnie dokumentuje wszystkie ich ruchy.

Chociaż od szturmu na Tivoli Gardens, slumsu w zachodnim Kingston, stolicy Jamajki, minęło już ponad półtora roku, to wciąż mało wiemy o jego szczegółach, a sama akcja wzbudza ogromne emocje, bo splatają się w niej wątki naprawdę sensacyjne: narkotyki, przemoc, korupcja, zbrodnie przeciw ludzkości i wielka polityka.

Żołnierz w TivoliTego w katalogach turystycznych jakoś nie pokazują (Fot. Rodrigo Abd/AP)

O świcie 24 maja 2010 r., do Tivoli Gardens weszło 500 żołnierzy. Gdy słońce zachodziło za horyzont, tylko jeden z nich był martwy, ale liczba ofiar wśród lokalnych mieszkańców była znacznie większa: 73 zabitych, ponad tysiąc pobitych i przymusowo wywiezionych na przesłuchania. Armia nie mogła jednak ogłosić sukcesu, bo nie osiągnęła zamierzonego celu. Jedyny poszukiwany w tym całym zamieszaniu – Christopher Coke, znany bardziej jako “Dudus” – wymknął się obławie i nikt nie miał pojęcia, gdzie się ukrywa. Wielu podejrzewało za to, że cynk o akcji sprzedał mu nie kto inny, a sam premier karaibskiej wyspy.

Jako dziecko, Dudus miał niezłe perspektywy na wpasowanie się w rolę porządnego obywatela. Był podobno bardzo zdolnym uczniem, a chodził nie do byle jakiej szkoły, bo elitarnego prywatnego liceum, gdzie swoje pociechy posyłali czołowi politycy i najbardziej prominentni biznesmeni na wyspie. Ale rodzice Coke’a nie mieli problemów z opłacaniem mu czesnego, bo jego ojciec był przywódcą największego i najbrutalniejszego gangu na Jamajce. Co bardzo szybko wróciło do Dudusa jak bumerang.

Stary Lester Lloyd Coke wybił się w przestępczym półswiatku Jamajki w latach 70., kiedy złą sławę zyskał dowodzona przez niego banda Shower Posse, zwana tak, bo dosłownie robiła swoim przeciwnikom prysznic z kul. Dekadę później, Coke wykorzystał swoje kontakty wśród bardzo aktywnej karaibskiej diaspory w Stanach Zjednoczonych i przeniósł się na ich wschodnie wybrzeże. Gang szybko podporządkował sobie części Nowego Jorku, New Jersey, Filadelfii i Florydy. Pieniądze z handlu narkotykami i bronią zaczęły płynąć szerokim strumieniem do willi w Miami, gdzie osiadł Lester, ale żaden sposób nie zahamowało to brutalności przestępców. Stary Coke został aresztowany w 1987 r. i deportowany na Jamajkę, gdzie pięć lat później zginął w tajemniczych okolicznościach, zaledwie kilka godzin po tym, jak zamordowano jego starszego syna. Młodszy Dudus nie miał innego wyjścia, jak tylko w wieku 22 lat porzucić marzenia o normalnym życiu i przejąć bandycki interes rodziny.

Dorastanie wśród elity i solidna edukacja pozostawiły jednak trwały ślad, a Christopher wniósł do przestępczego półświatka nowy sznyt. Żarliwy wegetarianin, przez znajomych określany jako cichy i wycofany, starał się zawsze trzymać w cieniu. Zamknął się w swojej willi w Tivoli Gardens i stamtąd zarządzał swoim imperium, znacznie odmieniając jego oblicze. Pod jego przywództwem Shower Posse się stonowało, pokazowe egzekucje przeciwników odeszły do przeszłości. Dudus wyniósł też cenną wiedzę z lekcji historii: strachem można szybko wymusić posłuszeństwo, ale żeby zyskać trwałe poparcie, trzeba okazać szczodrość. I tej Coke nigdy nie żałował: opłacał czesne szkolne dzieciom ze swojej dzielnicy, dawał pieniądze na leczenie starych, a gdy było już za późno, łożył na ich pogrzeby. Pomagał znaleźć pracę, urządzał publiczne imprezy z darmowym jedzeniem. Przy pomocy uzbrojonych bandziorów, całkowicie wytępił drobne kradzieże na swoim terenie. Ci sami przestępcy gorliwie pilnowali, żeby – zgodnie z jego zaleceniem – niepełnoletni nie szwędali się po Tivoli Gardens po zmroku. Ulica go kochała. Ale ważniejszych sojuszników miał o wiele, wiele wyżej: na szczycie rządu.

Golding w TivoliBruce Golding, premier Jamajki, a wolnych chwilach najlepszy ziomek Dudusa (Fot. Ramon Espinosa/AP)

Dudus nie był takim aniołkiem, za jakiego chciał uchodzić. W okrucieństwie prześcigał najbrutalniejszych psychopatów – dobrze znana jest historia, jak to pociął piłą mechaniczną podwładnego, którego podejrzewał o nielojalność. A całą swoją działalność dobroczynną finansował z przestępczego biznesu, który rozwijał jak dobry biznesmen – Shower Posse pompowało coraz więcej narkotyków w amerykańskie wschodnie wybrzeże, a od kilku lat wyrastało też na czołowy gang w Toronto. Coke mógł być jednak pewien, że dopóki siedzi na Jamajce, jego pozycja jest niezagrożona. Miejscowi politycy byli gotowi go chronić, bo dostarczał im najbardziej pożądany z możliwych towarów – głosy wyborców.

Od uzyskania niepodległości w 1962 r., na Jamajce rozwijała się przedziwna symbioza polityki i przestępczości zorganizowanej. Po władzę sięgały na przemian dwa ugrupowania – Jamajska Partia Pracy (JLP) i Ludowa Partia Narodowa (PNP) – które dla zdobycia przewagi, nie cofały się przed żadnymi rozwiązaniami. Działacze obu stron zaczęli uzbrajać bandy przestępców, którzy w zamian za broń i przymykanie oka na ich działalność, zobowiązywały się rozbijać wiece przeciwników, a innych przymuszać na głosowanie na swoich patronów. System polityczny wykorzenił się jeszcze bardziej, kiedy zaczęto budować osiedla z mieszkaniami socjalnymi – politycy wpadli bowiem na pomysł, że skupienie w jednym miejscu bandytów i tłumów podatnych na zastraszenie wyborców, ułatwi zdobywanie mandatów parlamentarnych. W całym kraju zbudowano ponad 20 takich osiedli: w zależności od tego, która partia patronowała budowie konkretnego z nich, lokale przyznawano jej zwolennikom. I, oczywiście, zblatowanym z nią gangom. Przestępcy przejmowali całkowitą kontrolę nad terenem, do środka nie zapuszczały się żadne służby miejskie, a nowy typ dzielnic szybko zaczęto określać jako “garnizony”. Przemoc była tam na porządku dziennym, ale ze szczególną mocną wybuchała zawsze podczas wyborów – apogeum osiągnęła w roku 1980, kiedy walki o głosy pochłonęły ponad 800 ofiar.

Shower Posse było od samego początku związane z JLP. Oni napędzali im wyborców, a partia dbała o dobre samopoczucie “swoich” gangsterów”. Gdy starego Coke’a aresztowano w Miami i deportowano na Jamajkę, ojciec Dudusa nie zdążył nawet zagrzać miejsca w celi, bo został uniewinniony (co jego zwolennicy zebrani przed budynkiem sądu uczcili głośną kanonadą). Jego syn cieszył się nawet większymi względami, bo posłem z okręgu wyborczego Zachodnie Kingston (w którym o wyniku zawsze decydowały głosy z Tivoli Gardens) był nie kto inny, jak Bruce Golding. Czyli szef rządu.

Waszyngton, wiedząc że na proces Coke’a na Jamajce nie ma co liczyć, domagał się jego ekstradycji już od sierpnia 2009 r. Premier Golding opóźniał tę decyzję, jak tylko mógł, a za jego namową, prawnikiem Dudusa został Tom Tavares-Finson, wpływowy senator z jego własnej partii (a prywatnie były mąż Cindy Breakspeare, byłej Miss Świata, długoletniej kochanki Boba Marleya i matki ich syna – Damiana). Gdy wreszcie wojsko wkroczyło do Tivoli Gardens, przywódca Shower Posse zapadł się pod ziemię, a w mediach zaczęły się spekulacje, że to właśnie szef rządu ostrzegł go wcześniej i namówił do ucieczki z miasta. Plotki nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy wyszło na jaw, że JLP zapłaciła 400 tys. dolarów znanej firmie lobbyngowej z Waszyngtonu, która miała przekonywać amerykańskie władze, żeby jednak zrezygnowały ze ścigania Coke’a.

DudusCzytelniku, jeżeli kiedyś kupiłeś skręta we Flatbush, to zasiliłeś kieszeń właśnie tego pana (Fot. AP)

Dudusa złapano ostatecznie w czerwcu 2010 r. podczas rutynowej kontroli samochodowej na prowincji – najgroźniejszy przestępca w kraju próbował się maskować, przebierając za kobietę. Został wydany Stanom, gdzie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Golding, skompromitowany całą sytuacją, trzymał się stołka tak długo, jak to było możliwe, ale w zeszłym miesiącu złożył w końcu rezygnację i zapowiedział, że nie będzie już kandydować w nadchodzących wyborach.

Do tej pory jednak, wciąż nie wyjaśniono, co dokładnie działo się w Tivoli Gardens tamtego majowego dnia i w jaki sposób zginęło tych kilkadziesiąt ofiar. Wielu świadków twierdzi, że zabici nie mieli nic wspólnego z gangami, a żołnierze dokonywali na nich najnormalniejszych w świecie egzekucji. Nie ma na to jednak żadnych dowodów – dziennikarze zostali wpuszczeni do slumsu dopiero po zakończeniu akcji, nie mogli więc dokumentować jej przebiegu. Zrobili to jednak z nich Amerykanie.

P-3 Orion latał nad Tivoli Gardens przez cały dzień. Miejscowy fotoreporter, nudząc się na wojskowej blokadzie, dostrzegł samolot i sfotografował z braku lepszego zajęcia. Do zdjęć dotarł później Mattathias Schwartz, reporter magazynu “New Yorker”, który przygotowywał materiał o historii Coke’a. Dziennikarz skorzystał z Ustawy o Swobodnym Dostępie do Informacji i uzyskał od rządu potwierdzenie swoich podejrzeń: “Wszystkie zajścia zostały zarejestrowane”.

Na tym jednak kończy się wiedza reportera i – jak na razie – opinii publicznej. Nagrania nie zostały ujawnione i nie wiadomo, czy kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Byłoby to nie na rękę politykom na wyspie, ale także Waszyngtonowi. To właśnie za namową USA, Jamajska Partia Pracy (wbrew nazwie, będąca ugrupowaniem prawicowym) zaczęła budowę “garnizonów”, które miałyby jej zapewnić stałą przewagę nad lewicową Ludową Partią Narodową, w owym czasie coraz bliżej flirtującą z Kubą Fidela Castro. Dokumenty, do których dotarł Schwartz, sugerują także, że amerykańscy agenci byli również obecni w Tivoli Gardens podczas wojskowego szturmu, czemu jednak rząd zdecydowanie zaprzecza.

Ujawnieniem nagrań nie jest więc zainteresowana żadna ze stron, bo wbrew pozorom – jak do tej pory wszyscy wyszli na całym zamieszaniu na plus. Stany schwytały groźnego przestępcę. Dudus wyszedł z zawieruchy cało, a mógł podzielić los swojego ojca (który został przed śmiercią ponownie aresztowany, bo USA domagało się także jego ekstradycji, a zginął w tajemniczym pożarze w celi, co prawdopodobnie miało go powstrzymać przed obciążeniem zeznaniami swoich politycznych protektorów). I nawet JLP zachowała status quo: choć Golding musiał ustąpić, to jednak wcześniej robił wszystko, żeby tylko ochronić Coke’a. Shower Posse nie zapomni tego ani jemu, ani jego partyjnym kolegom, a w nadchodzących wyborach Tivoli Gardens – jak zwykle – murem zagłosuje na kandydata prawicy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

(moto)Rewolucja zjada własne dzieci

W czerwcu Dział Zagraniczny informował o nietypowym posunięciu rządu Boliwii. Postanowił on bowiem za jednym zamachem zalegalizować coś, na co do tej pory wszyscy przymykali oko. Chutos, samochody, które formalnie nawet w tym kraju nie istnieją.

W komentarzach do tamtego posta, Ambasador Polski w Boliwii pisał o sprawie tak:

“Chutos czyli auta nielegalnie sprowadzone do Boliwii kursują sobie głównie po boliwijskiej prowincji. Są stosunkowo tanie, a władze lokalne mniejszych miasteczek i zadupnych wiosek przymykają na to oko, więc są miasteczka gdzie na 100 samochodów tylko ze 4 mają blachy przykręcone”.

ChutosŚrodkiem lawiruje jedyny legalny środek transportu na zdjęciu (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Jedna patologia rodzi drugą. Na przykład, policja nie odbiera złapanych pojazdów ich kierowcom, tylko wymusza na nich ogromne łapówki. Problem w tym, że chutos kupują głównie ubodzy wieśniacy, których nie stać na legalne samochody. Poza tym, w Boliwii nie ma transportu publicznego, więc na wsi chutos pomagają obniżyć realne ceny transportu.

Prezydent Evo Morales, dwukrotnie wyniesiony do władzy przez indiańską biedotę, postanowił skończyć z tą prawną fikcją jednym dekretem. Stworzył coś w rodzaju “czasowej amnestii”, trwającej mniej więcej od połowy czerwca do połowy lipca, podczas której właściciele chutos (ale tylko tych, co do których dało się udowodnić, że zostały nabyte przed ogłoszeniem dyspensy) mogli się zgłaszać do urzędów transportowych w celu ich legalizacji. I szybko ruszyła lawina.

W czerwcu Dział Zagraniczny podawał: “Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków”. Ostatecznie, zgłoszonych zostało aż 128 tys. chutos. Jak na razie, udało się zalegalizować 25 tys z nich. I odsiać kilka tysięcy wyjątkowo bezczelnych przypadków.

To, że większość chutos pochodzi z kradzieży, jest w Boliwii tajemnicą poliszynela – auta są rabowane u sąsiadów, a przede wszystkim w Chile. Ale skoro złodzieje zadali sobie dość trudu, żeby przemycić auto przez granicę, to będą też potrafili skutecznie namieszać w jego dokumentach, przebić numery silnika i zrobić wszystkie te swoje magiczne sztuczki, żeby stworzyć choć pozory legalności. Najwyraźniej nie wszystkim chciało się trudzić aż tak bardzo.

Jak dotąd, boliwijski urząd celny namierzył pośród zgłoszonych chutos 7 tys. przypadków, co do których nie ma najmniejszych wątpliwości, że pochodzą z kradzieży. A przez następne kilka tygodni, znajdą pewnie kolejne. Większość pochodzi z Chile i Brazylii, ale pierwsza zareagowała Argentyna, która w oficjalnym komunikacie domaga się zwrotu zrabowanych na jej terenie samochodów. Pozostali sąsiedzi Boliwii, najpewniej wkrótce wystąpią z podobnymi żądaniami.

Evo Morales ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. Nie może jawnie bronić kradzionej własności, ale z drugiej strony nie chce zrażać swojego hardcorowego elektoratu. Biedota z Altiplano, która obalała wszystkich jego poprzedników, jego samego wyniosła do władzy jako pierwszego w historii Boliwii prezydenta wywodzącego się z indiańskiej większości. Ale od niemal roku, ci sami ludzie coraz głośniej okazują swoje niezadowolenie z rządów “swojego” Evo. Protesty i blokady, na razie jeszcze niewinne, mogą się szybko zamienić w otwarty bunt.

Sprawa chutos idealnie pokazuje dylematy, przed jakimi staje Morales.
Decyzję o ich legalizacji podjął, żeby ulżyć najbiedniejszym. Ale równocześnie naraził się potężym związkom transportowym, bo (jak pisał Szymon Kochański we wspomnianym już wcześniej komentarzu): “Te auta jeżdżą w obrębie miasteczka i okolicznych wioch jako taksówki, ale nie mogą wjechać na drogi krajowe. W dużych miastach, na przykład w La Paz auta muszą mieć blachy i papiery, a takie auta są droższe. Teraz problem w tej amnestii jest taki, że po ulegalnieniu aut ich właściciele (wieśniacy z całej Boliwii) przyjadą za chlebem do La Paz i tu będą kosić kasę na taksówkach i trufi (współdzielone taksówki)”.
Teraz, od Moralesa odwrócić się mogą nawet ci, którym chciał przecież pójść na rękę – wieśniacy, których chutos zostaną zwrócone Argentynie, Chile i Brazylii.

Rewolucja lubi zjadać własne dzieci.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Się kręci

Do gwiazdki zostało jeszcze pół roku, ale jest taki kraj, gdzie rząd postanowił zrobić obywatelom prezent już teraz. Tylko, że chyba nie spodziewał się jego rozmiarów.

Witajcie w La Paz. Mieście, gdzie znaki drogowe są tylko sugestią, gdzie autobusy mają silniki w normalnych krajach zarezerwowane dla czołgów, gdzie kierowcy po wypadku odkręcają sobie tablice rejestracyjne. I gdzie na ulicach rządzą chutos.
“Chuto” to boliwijska nazwa dla nieudokumentowanego samochodu. Auta bez papierów. Kradzionej gabloty, mówiąc prosto z mostu. Boliwia to bowiem taki specyficzny kraj, gdzie paliwo nielegalnie wywozi się z kraju, a samochody nielegalnie wwozi. Pojazdy są rabowane w zasadzie u wszystkich sąsiadów, ale przede wszystkim w Chile. Kiedy Dział Zagraniczny bawił ostatnio w Estado Plurinacional, nikt nie krył się z tym, że zachodnia granica to prawdziwe dwuśladowe eldorado. “Ooo, to bardzo dobry pikap. Z Chile.”, “Tę taksówkę, to wie pan, kupiłem za świetną cenę w Chile.”, “Ten van w ogóle nie wymagał napraw, jak go kupiłem. Ci Chilijczycy to dbają o pojazdy…”.

ChutosOd chodnika do chodnika, w La Paz rozciąga się “Małe Chile” (Fot. Szymon Kochański/MyWayAround.com)

Oczywiście nie wszystkie samochody w Boliwii pochodzą z kradzieży, większość ma jednak legalne papiery. Sęk w tym, że w kraju, gdzie nie istnieje transport publiczny, na zakup trefnego pojazdu decydują się na ogół najbiedniejsi, którzy ledwo co są w stanie uciułać bolivianos na maszynę spod ciemnej gwiazdy, a co dopiero auto z pełnymi papierami. Więc rząd postanowił pójść im na rękę.
Prezydent Evo Morales zapewnił, że policja wciąż będzie walczyła z przemytem, ale tym, którzy i tak od lat jeżdżą nieudokumentowanymi pojazdami (dzięki czemu funkcjonariusze mogą z nich wyduszać ogromne łapówy), odpuści. I tak, 7 czerwca podpisał papier, który zezwala ich kierowcom na legalizację. Rząd liczył na jakieś 10 tys. wniosków. Ale się trochę przeliczył.

Dziś wiadomo już, że tylko przez pierwsze 10 dni, do urzędów wpłynęło ponad 70 tys. wniosków.
Związki zawodowe transportowców od początku szacowały, że do legalizacji może być zgłoszonych nawet 100 tys. pojazdów, ale i oni chyba nie doszacowali skali. “Okienko transferowe” będzie otwarte jeszcze przez dwa tygodnie, więc można sobie łatwo wyobrazić, że zachęceni dobrymi wieściami, do boju ruszą się wszyscy, którzy do tej pory się z tym ociągali.

Tak, czy inaczej: Chutos 1 – Chile 0.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.