Archive

Posts Tagged ‘Rasizm’

Librotraficantes

Jak wiadomo, Szekspir miał w rzeczywistości na imię Guillermo. Woził się po kwadracie lowriderem, wiązał chustę na głowie, koszulę zapinał tylko na ostatni guzik przy szyi (reszta obowiązkowo rozpięta) i miał dziwne upodobanie do podkolanówek. A “Romeo i Julia” to mylna nazwa, bo pisarz chciał w rzeczywistości zatytułować dramat “Vatos Locos”.

Tak przynajmniej wydaje się urzędnikom z Arizony.

Romeo i JuliaWilliam podczas pisania swoich dramatów, zawsze puszczał Control Machete na boomboxie (Fot. Donald McAlpine/”Romeo+Juliet”)

Dział Zagraniczny z zasady nie pisuje o wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych. Ale sprawa dotyczy przede wszystkim Meksykanów, a absurd osiąga takie rozmiary, że warto zrobić wyjątek.

W Arizonie bycie kimkolwiek innym, niż białym anglosaskim protestantem, jest w złym guście.

W złym guście jest mieć śniady kolor skóry. Policja na wszelki wypadek powinna prewencyjnie zatrzymywać takie osoby i sprawdzać, czy są w Arizonie legalnie. Nieważne, że co trzeci mieszkaniec stanu jest Latynosem, a w licznych badaniach najczęściej podawanym krajem pochodzenia przodków jest Meksyk (dopiero na dalszych miejscach Niemcy, Anglia, Irlandia itd.) – ciemnoskórych wąsaczy kontrolować trzeba! Tak przynajmniej nakazywałaby przegłosowana w 2010 r. antyimigrancka ustawa, gdyby nie zablokował jej sędzia federalny.

W złym guście jest być Latynosem i paść ofiarą gwałtu. Jak w grudniu ujawniła agencja Associated Press, w latach 2005-2007, biuro szeryfa Joe Arpaio kompletnie zignorowało ok. 400 skarg na molestowanie seksualne (część dotyczyła nieletnich). Trudno powiedzieć, czy szeryf nie podjął działań, tylko dlatego, że ofiary były nielegalnymi imigrantami, czy może po prostu był zbyt zajęty urządzaniem polowań na ich rodaków, którzy chcieliby przekroczyć granicę?

W złym guście jest wiedzieć, że przed 1854 r. Arizona była częścią Meksyku i jeszcze uczyć się o tym w szkole. Również w grudniu, tamtejszy sąd podtrzymał decyzję miejscowego kuratora oświaty, który lekką ręką zlikwidował trwający ponad dekadę program nauczania o etnicznym dziedzictwie stanu (oprócz wielu Latynosów, Arizonę zamieszkuje też największa w całych USA liczba osób, które w domu posługują się jezykami rdzennymi, np. nawaho), bo “promował urazę wobec niektórych grup ludzi”. Urazę całkowicie niesłuszną, bo przecież takich rzeczy nigdy nie było:

No Spanish(Fot. University of Texas)

Wreszcie, w styczniu (a żeby było jeszcze śmieszniej: w Dzień Pamięci Martina Luthera Kinga, który miał sen, a ten sen – jak wiadomo – był o tym, że puszczamy w niepamięć niewolnictwo i segregację, tabula rasa, gruba kreska, John Wayne strzelał do Indian, ale celował w krzaki) Arizona stwierdziła, że w złym guście jest czytać książki. Więc tego zabroniła.

Poważnie. “Indeks Ksiąg Zakazanych. Edycja Pustynia Sonora”.

Kuratorium w Tucson, gdzie ponad 60 proc. dzieci pochodzi z rodzin meksykańskich, kazało miejscowym szkołom usunąć ze swoich zbiorów – pod groźbą milionowych kar finansowych – cały szereg wywrotowej literatury. W tym, między innymi wielokrotnie wznawianą “Occupied America: A History of Chicanos”, czy używaną od 20 lat jako podręcznik “Rethinking Columbus: The Next 500 Years”, której współautor Bill Bigelow powinien mieć już pewne doświadczenie w byciu na indeksie, bo w 1968 r. dystrubycja jego innej książki – “Strangers in Their Own Country” – została zakazana w RPA, bo zawierała tekst siedzącego wówczas w więzieniu Nelsona Mandeli.

Wśród książek, które broń boże nie powinny wpaść w ręce bezbronnej młodzieży, znalazła się też oczywiście “Burza” Williama Szekspira.

Wielu z Was pewnie nie czytało tego dzieła. Dział Zagraniczny też nie. Ale specjalnie sprawdził, co tak straszliwego czai się w tym romansie/komedii?

W fabule z grubsza chodzi o to, że Prospero ma rządzić Mediolanem, ale zostaje wyrolowany przez brata, wsadzony wraz z córką na łódkę i wysłany w nieznane. Trafiają na wyspę, gdzie zabijają wiedźmę Sykoraks, a jej syna Kalibana więżą w jaskini (choć, gwoli sprawiedliwości, dlatego że próbował zgwałcić Włoszkę – przynajmniej Prospero jest skuteczniejszy w ściganiu przestępstw seksualnych, niż szeryf Joe Arpaio). Ale nie ma tego złego: Europejczycy uczą tubylca swojego języka i religii. Niezły deal, jak za morderstwo matki, Dział Zagraniczny brałby w promocji.

Właściwa akcja “Burzy” dzieje się dopiero lata później, kiedy na wyspę trafiają też dawni wrogowie Prospera, ale kuratorium w Tucson chodzi raczej o tę część. Szczególnie, kiedy Kaliban wyrzuca przybyszom, że przecież sam pokazał im całą wyspę, świeże źródła i najbardziej żyzną ziemię, a potem oni zagarnęli wszystko dla siebie i zrobili go swoim niewolnikiem.

Najwyraźniej kuratorium uważa, że gdyby William Szekspir nosił kapelusz, to nazywałby się Pancho Villa.

Meksyk ma swoje problemy z literaturą. Dopiero co, Dział Zagraniczny informował, że przyszły prezydent kraju jest w tej dziedzinie całkowitym ignorantem. Ale amerykańscy Latynosi postanowili nie pozostawiać sprawy bez odpowiedzi i szybko zapełnili nisze na rynku. Być może, już wkrótce od przemytu marihuany i metaamfetaminy, bardziej opłacalny będzie szmugiel książek:

W piątek karawana Librotraficantes dotarła do Tucson. Arizona nie wypowiedziała wojny Meksykowi. Na razie.

Tymczasem, Dział Zagraniczny obawia się: co będzie, kiedy pracownicy tamtejszego kuratorium odkryją inne dzieła Szekspira? Na przykład “Otella”? Afrykanin doprowadzony do szaleństwa przez białego podwładnego, który wmawia mu, że żona nigdy go nie pokocha, bo jest czarny? Nadchodzą ciężkie czasy dla teatrzyków szkolnych w Arizonie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Doniesienia z sąsiedztwa. Trwają republikańskie prawybory, więc Rick Santorum udał się w zeszłym tygodniu na Portoryko. Raczej po to, żeby kusić głosy tamtejszych emigrantów w Stanach, bo mieszkańcy wyspy (która jest terytorium stowarzyszonym) mogą co prawda wstępować do amerykańskiej armii i ginąć za ten kraj, ale już głosować na prezydenta, albo członków Kongresu – nie. Takie prawa będą im przysługiwały dopiero, kiedy Portoryko stanie się pełnoprawnym stanem. Ale Santorum powiedział w wywiadzie, że może do tego dojść dopiero, kiedy wyspa ogłosi swoim oficjalnym językiem urzędowym angielski: “język sukcesu”, jak stwierdził polityk.

Rick, zapunktowałeś w Arizonie!

Dziedzictwo

Nicolas Sarkozy przemawiał na otwarciu mostu. W tym samy czasie, 200 km dalej, z karabinów maszynowych ostrzeliwały się dwa wrogie gangi. Dziewięć osób zginęło na miejscu, dwie poważnie ranne trafiły do szpitala. W Gujanie Francuskiej to dzień jak co dzień. W istocie, gdyby Francja była miastem, to właśnie w tę jego część nie zapuszczaliby się bojaźliwi mieszkańcy. Która jego dzielnica biłaby pozostałe na głowę w statystykach przestępczości? Proste: Gwadelupa.

Gorąco na GwadelupieW karaibskim raju jest zawsze gorąco, ale niekoniecznie tak, jak to opisują foldery all inclusive (Fot. Chesnot/SIPA)

W ciągu dnia, centrum Pointe-à-Pitre – największego miasta w tym departamencie zamorskim Francji – zapełniają bladzi turyści z Europy i Stanów, którzy jednak po kilku godzinach zakupów w centrum szybko zmykają to swoich kurortów z prywatnymi plażami. Po zmroku, ich miejsce zajmują prostytutki, złodzieje i handlarze narkotyków. Chociaż port zamieszkuje zaledwie 30 tys. miejscowych, a całkowita populacja Gwadelupy to niewiele ponad 400 tys. osób, to gdyby przestępczość była dyscypliną sportową, karaibski “raj”mógłby spokojnie stawać w szaranki z Barceloną, Paryżem, czy Berlinem. Przeciwników ze swojej kategorii wagowej powalałby na deski już w pierwszej rundzie.

Do niedawna, bandyci ograniczali się do drobnicy. Włamania, przemyt, handel narkotykami, kradzieże “na wyrwę” (kierujący skuterem przejeżdża szybko koło przechodnia, a siedzący z tyłu pasażer chwyta jego plecak czy torbę). Ale od dłuższego czasu stają się coraz brutalniejsi. Liczba zabójstw jest już czterokrotnie wyższa niż we Francji europejskiej. Autorzy zleconego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i opublikowanego w lipcu specjalnego raportu piszą wprost, że “społeczeństwo Gwadelupy zostało zainfekowane przemocą”, i że na wyspach rozwijają się brutalne gangi pozbawionej skrupułów młodzieży. Jakby na potwierdzenie tych słów, na tydzień przed wigilią, znany policji w Basse Terre (formalnej stolicy departamentu) miejscowy ćpun i alkoholik zaatakował maczetą Victorina Lurela, przewodniczącego Rady Regionalnej.

Być może szef lokalnej komórki Partii Socjalistycznej stał się postronną ofiarą skandalu, jaki niewiele wcześniej wywołały słowa współpracującej z nim pani kryminolog: “To wstrząsające, że większość z tych przestępstw popełniają mieszkańcy afrykańskiego pochodzenia”. Opinia publiczna zagrzmiała, że to rasizm. Niesłusznie. Rasistowskie są dopiero powody, dla których to właśnie czarni, a nie biali obywatele Gwadelupy, sięgają po rozbój i kradzieże.

Protesty na GwadelupieFrancuskie Karaiby, czyli miejsce, gdzie zmieniły się nazwy, a wszystko inne zostało po staremu (Fot. Reuters)

Chociaż niewolnictwo zniesiono we Francji formalnie w 1818 r. (i to już po raz trzeci, bo wcześniej abolicję ogłaszano już w XIV i XVIII w., choć najwyraźniej bez przekonania), to na Karaibach była to raczej zmiana kosmetyczna, niż rzeczywista: za wyjątkiem Haiti, gdzie niewolnicy obalili swoich dawnych panów w krwawej rewolucji, wszystko pozostało po staremu, z tym, że wyzysk fizyczny został zamieniony na ekonomiczny. Tak zwani “békés”, czyli biali potomkowie europejskich kolonistów, zachowali pieniądze, ziemię i wszystkie biznesy na wyspach. Dzieci i wnuki Afrykanów zostały na lodzie, musieli się dostosować do zasad narzucanych im przez klasę rządzącą.

Békés są jak ziarnko grochu w fałdach pościeli (np. w sąsiedniej Martynice stanowią zaledwie 1 proc. populacji), ale mogą robić co chcą. To do nich należą wszystkie miejscowe supermarkety. Konkurujący z nimi drobni sklepikarze, w rzeczywistości napędzają zyski ich właścicielom, bo muszą się zaopatrywać w żywność u miejscowych gospodarstw, które również są własnością potomków kolonistów (na Gwadelupie należy do nich ponad 90 proc. przemysłu żywnościowego). Sprowadzanie produktów z Europy jest nieopłacalne, a import z bliższej Ameryki Łacińskiej jest obłożony zaporowymi cłami, których békés bronią jak reduty Ordona. Pieniądze z hoteli, barów i restauracji płyną szerokim strumieniem właśnie do ich kieszeni. Wszystkie stacje benzynowe, co do jednej, należą właśnie do békés. Dzięki temu monopolowi, mogą utrzymywać dwukrotnie wyższe ceny paliwa, niż na kontynencie. Na Martynice prawie wszystkie stanowiska w administracji publicznej są obsadzone przez białych.

Codzienność czarnych mieszkańców jest dramatycznie inna. Chociaż koszty życia na Gwadelupie są wyższe niż w kontynentalnej Francji, to średnia płaca jest znacznie niższa. Do wybuchu światowego kryzysu gospodarczego,karaibskie departamenty miały najwyższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Na Gwadelupie, wśród młodzieży do 24. roku życia, wynosiło ono aż 55 proc.! Co dziesiąty mieszkaniec Antyli żyje poniżej granicy ubóstwa. 2/3 mieszkańców Pointe-a-Pitre gnieździ się w lokalach socjalnych.

We Francji nigdy nie było to tajemnicą, ale reszta świata dowiedziała się, że karaibskie departamenty nie są rajem, dopiero w styczniu 2009 r. Globalny kryzys gospodarczy zaczynał rozkręcać się na dobre, koszty utrzymania szły cały czas w górę, a płace ani drgnęły. Mieszkańcy Antyli w końcu stracili cierpliwość. Strajki ogarnęły najpierw Gwadelupę, a chwilę później Martynikę. Lokalne związki zawodowe utworzyły Kolektyw Przeciw Wyzyskowi, który zaczął się domagać podniesienia płacy minimalnej, a gdy spotkał się z odmową – ogłosił strajk generalny. Wysłane do rozpędzania tłumu oddziały policji obrzucono kamieniami, doszło do zamieszek, jeden z działaczy związkowych został zastrzelony na ulicy. Mieszkańcy zaczęli budować barykady, podpalać samochody, sklepy i restauracje. Zamknięto stacje benzynowe, banki, oraz szkoły. Protestujący na Gwadelupie zaczęli okupację portu i jedynego w departamencie lotniska.

Początkowo, głównie pod wpływem békés, Paryż twardo bronił statusu quo. Ale protesty wybuchły w trakcie sezonu turystycznego, hotelowi goście byli przerażeni, na odbite lotnisko transportowano ich pod obstawą, Francja zaliczyła blamaż w międzynarodowych mediach, a podobne demonstracje zapowiedziały także związki w Gujanie Francuskiej i na Reunionie. Nicolas Sarkozy nie miał już innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na najważniejsze postulaty protestujących.

Bekes na MartyniceZa dziadka butów nie mieli: postęp jest (Fot. Christophe Calais/Paris Match)

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata, ale poprawy nie widać. Kryzys gospodarczy wcale się nie skończył, bezrobocie nie zmalało, a békés nie spuścili z tonu. Przestępcy są coraz brutalniejsi, a nawet nie ma im kto przeciwdziałać: w całym Pointe-à-Pitre jest tylko 21 policjantów. W dodatku, fatalnie wyposażonych. Sprowadzane z kontynentu radiowozy nie są przystosowane do karaibskiego klimatu – zdarzają się tygodnie, kiedy nie działa żaden wóz policyjny.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. W Baie-Mahault na służbie jest aż 40 policjantów, patrolujących miasto na zmianę dzień i noc. Przestępczość jest o wiele niższa niż w innych częściach departamentu. Ale wbrew pozorom nie ze względu na zwiększoną obecność mundurowych. Po prostu miejscowe władze (przewodniczącym rady miejskiej jest niezależny Ary Chalus, polityk nie związany ani z lewicą, ani z prawicą) inwestują w liczne programy społeczne. Tutejsza młodzież może za darmo uczestniczyć w kursach doszkalających i zajęciach sportowych, działa specjalny urząd pomagający im w znalezieniu zatrudnienia, a nawet organizowane są zajęcia mające przygotować kandydatów do egzaminów policyjnych (co wyjaśniałoby nadwyżkę w tej gałęzi budżetówki). Baie-Mahault może sobie na to wszystko pozwolić, bo po mistrzowsku wykorzystuje wszystkie możliwe dofinansowania z Unii Europejskiej.

W listopadzie, Rada Regionalna zaleciła podobne działania na całej Gwadelupie. Ale jak na razie, nikt się do nich nie pali. Békés łatwych zarobków nie odpuszczą. Przestępczość im niestraszna: chronią ich wysokie mury rezydencji. Te same, w których wcześniej zamykali niewolników.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Michael Jackson dla ubogich

– Wolałbym pojechać w trasę po Iraku, niż Gujanie – ogłosił Vybz Kartel. Zdaje się, że decyzja należała jednak właśnie do Gujany, bo dzień wcześniej rzecznik prasowy National Communications Network, państwowego organu zarządzającego wszystkimi mediami publicznymi, oświadczył, że zabroniła ona puszczania przebojów gwiazdy dancehallu.

Władze zachowały się jak obrażone dziecko, bo retorsje wprowadziły za to, że muzyk w ostatniej chwili wystawił je do wiatru (zresztą już drugi raz z rzędu) i nie pojawił się na organizowanym przez nich festiwalu Jam Zone Summer Break. Ale oficjalnie podały, że jego piosenki, w których gloryfikuje przemoc i bandytów, mają zły wpływ na młodzież, a on sam jest dla nich negatywnym wzorcem i sprowadza swoich fanów na złą drogę.

Awanturze z uwagę przyglądają się działacze społeczni i lekarze w ojczyźnie wokalisty, Jamajce. Bo tutaj Kartel też znalazł się w ogniu krytyki za to, jak na fanów działają jego piosenki. I to nie te o strzelaniu do ludzi, tylko te, w których śpiewa co zrobić, żeby podobać się dziewczynom.

KartelVybz Kartel i jego dziary z Białołęki (Fot. Ports Bishop/New York Times)

Przytłaczająca większość z prawie trzech milionów Jamajczyków, to potomkowie niewolników z Afryki. Na wsi, na ulicach miast, boiskach krykietowych, bieżniach, dyskotekach, na scenie: gdzie nie spojrzeć, tam dominuje hebanowy kolor skóry. Ale nie w mediach. Reklamy luksusowych perfum, drogich samochodów, prywatnych szkół wyższych, nawet relacje z imprez charytatywnych nie pozostawiają złudzenia – elita na wyspie ma kolor czekolady mlecznej. I to takiej, w której jest dużo więcej mleka, niż kakao.

Wniosek prosty. Chcesz dwa oczka w górę w społecznej hierarchii? Majkel Dżekson już kiedyś przetarł szlak. A że nie zarabiasz milionów na prawach autorskich do piosenek Beatlesów, to żaden problem – trzaśnij sobie kurację na ubogiego Jacko. Przy użyciu detergentów i rtęci.

Hitem w slumsach Kingston są kremy wybielające. Tamtejsza młodzież, szczególnie dziewczyny, wierzy, że dzięki nim skóra się rozjaśni i nabierze atrakcyjnego blasku. Problem w tym, że maść jest na ogół naładowana absurdalną ilością hydrochinonu, związku chemicznego używanego między innymi do wywoływania filmów fotograficznych. Stosowany przez doświadczonych lekarzy, może być pomocny w zwalczaniu niektórych schorzeń skórnych. Jednak jego nadmierne ilości prowadzą do ochronozy, mającej dokładnie odwrotny skutek od tego, co chcą osiągnąć ubodzy Jamajczycy – polimery kwasu homogentyzonowego zaczynają się odkładać w tkankach, z czasem zabarwiając skórę na czarno.

OchronozaPani demonstruje, dlaczego nie powinno się używać kosmetyków z przymiotnikami “Mega”, “Ultra” i “Mutant” na etykietach

Powtarzające się przypadki oszpeceń sprawiły, że Unia Europejska (a także wiele innych państw, np. Japonia i Australia) zabroniła na swoim terenie sprzedaży kosmetyków zawierających hydrochinon. Jamajka jak do tej pory nie zdecydowała się na taki krok, więc nasączone nim kremy płyną na wyspę szerokim strumieniem. Co gorsza, na ogół są to fatalnej jakości podróbki z Afryki Zachodniej.

Być może władze nie zajmują się maściami wybielającymi, bo muszą się zmagać z jeszcze poważniejszym syfem. Wieść gminna w slumsach niesie, że nie trzeba wcale wydawać kasy na drogie kosmetyki, a całą sprawę da się załatwić domowymi sposobami. Najpopularniejsze to kuracja przy użyciu “cake soap” – silnego detergentu sprzedawanego w postaci mydła, którego na wsi używa się do wybielania plam na białych koszulach i bieliźnie. Inny chałupniczy krem zawiera między innymi duże ilości pasty do zębów, oraz curry. Ale ponieważ zamiast rozjaśniać, w istocie zabarwia skórę na żółto (no coś takiego!), wielu naiwnych decyduje się na użycie absolutnie nielegalnych maści, które zrobione są między innymi z rtęci. Ta blokuje co prawda produkcję melaniny, ale jest też niesamowicie toksyczna. Młodzież chce sobie rozjaśnić skórę, a kończy ze śmiertelnymi nowotworami.

W ciągu ostatnich kilku lat, przypadki wybielania skóry rozmnożyły się tak bardzo, że alarm podniósł Związek Dermatologów Jamajki. Wspólnie z Ministerstwem Zdrowia przeprowadzili w 2007 r. wielką akcję społeczną, która miała obnażyć tragiczne efekty uboczne takich kuracji. Od tamtej pory nadano już setki audycji radiowych i telewizyjnych, rozwieszano plakaty i billboardy, przeprowadzono pogadanki chyba we wszystkich szkołach na wyspie. Ale, jak ze smutkiem przyznają lekarze, skutek jest mizerny. Nastolatki nie bardzo chcą słuchać porad lekarzy. Za to chłoną słowa swoich idoli, wokalistów. W tym Kartela, który bez żenady opowiada o tym, jakie to wybielanie skóry jest super.

Vybz przed i poPrzyszła gwiazda irackiej sceny przed wybielaniem i po

– To jak opalanie się przez białych – przekonuje w wywiadach. I dodaje, że przecież laski na to lecą. O czym zresztą śpiewa w jednym ze swoich hitów, “Look pon we” (“Di girl dem love off mi brown cute face/Di girl dem love off mi bleach out face”):

Groteskowo robi się już w momencie, kiedy Kartel głosi, że jaśniejsza skóra jest bardziej spoko, bo… lepiej widać na niej tatuaże. Ale prawdziwy skandal wywołał, kiedy został zaproszony jako jeden z panelistów na zorganizowaną przez University of West Indies dyskusję o pigmentacji skóry. Uzbrojony w prezentację PowerPointa, przekonywał do swojego zdania, powołując się między innymi na cytat ze słynnej mowy Hajle Selassiego, wygłoszonej przez cesarza Etiopii przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w 1963 r., a później rozsławionej w piosence “War” Wailersów. Przytoczmy w oryginale: “Until the color of a man’s skin is of no more significance than the colour of his eye”.

Jedno z najważniejszych antyrasistowskich przemówień XX w. jako motywacja dla wybielania skóry? Touché, panie Kartel. Trzeba mieć łeb, żeby na to wpaść.

Nie wszyscy muzycy podzielają entuzjazm kolegi. Bounty Killer, dawny mentor Kartela i największa gwiazda rodzimego dancehallu, otwarcie krytykuje jego postawę.
– Jak możesz być wzorem dla czarnych, kiedy wybielasz swoją skórę? – mówił w jednym z wywiadów.
Inni nagrywają piosenki, w których wyśmiewają ten pęd do zmiany pigmentu. Lokalnym hitem na nowo stał się przebój sprzed prawie dwóch dekad – “Dem a Bleach” Nardo Ranksa:

Tymczasem, w tydzień po rozpętaniu awantury, Gujana jednak wycofała zakaz grania jego piosenek. Być może władze liczą, że niezwykle u nich popularny wokalista w końcu pojawi się na którejś z organizowanych przez nie imprez. Do trzech razy sztuka. Sam Vybz już przyznał, że z chęcią by u sąsiadów zagrał. Niewątpliwie kłując w oczy swoją bladością.

Jakie czasy, taki Michael Jackson.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Podpalacze w białych koszulach

“Zarazki Danniego” mogłyby sugerować liczbę mnogą. I może coś w tym jest, bo chociaż mają jedno ciało, to zamieszkuje je dwóch ludzi.
Jeden to właśnie Zarazki. Dzień zaczyna od żebrania o parę groszy, palenia cracku, a gdy haj odejdzie – dalszego żebrania na ćpanie. Mamrocze pod nosem, trudno zrozumieć co mówi. A chyba nawet nie warto próbować.
– Platyna może przenikać przez wodór. Żaden inny metal tego nie potrafi. A białe metale tak – rzuca, żeby po chwili płynnie przejść do tego, że lubi mango.
Zarazki nie ma domu. Czasem śpi w zaprzyjaźnionym warsztacie, czasem na ulicy, a czasem w krzakach koło Hiltona. Zarazki lubi spać koło Hiltona, bo może popatrzeć na zawodników, którzy przyjeżdżają rozegrać mecz na stadionie Sabina Park. Tym samym, gdzie kiedyś grywał Zarazki, zanim został Zarazkami.
Wtedy nazywał się jeszcze Richard Austin i to jego podziwiały tłumy na trybunach. Bo Austin miał niewiarygodne szczęście być członkiem najlepszej ekipy w historii wszystkich sportów drużynowych. Tej:

Niektóre media przypomniały ostatnio historię Zarazków z dwóch powodów. Po pierwsze, na kilku festiwalach nagrody zebrał “Fire in Babylon”, dokument, który wszedł na ekrany dokładnie 35 lat po tym, jak reprezentacja Indii Zachodnich w krykieta ruszyła w podbój, który miał z jej graczy uczynić bohaterów narodowych. A po drugie, bo w zeszłym tygodniu za swoje zachowanie przepraszał człowiek, który z części tych bohaterów (w tym siebie) zrobił znienawidzonych pariasów.

FirePanowie właśnie podłożyli ogień pod Babilon (Fot. Fire in Babylon)

Choć w Polsce trudno na stronach sportowych znaleźć doniesienia z krykietowych rozgrywek, to na świecie jest to jedna z najpopularniejszych gier drużynowych. Dawne brytyjskie kolonie wręcz szaleją na jej punkcie. Gdy w kwietniu tego roku finał Pucharu Świata rozgrywano w Indiach, ludzie tratowali się w kolejkach po bilety. Koniki zbijały fortunę na spekulacji wejściówkami. Tę pasję podzielają Pakistan, Sri Lanka czy RPA. No i oczywiście – Indie Zachodnie.
Osobom słabo ogarniającym ten region często się wydaje, że anglojęzyczne narody Karaibów to jednolit monolit. Nic bardziej mylnego. Na wyspach różne są style muzyczne, tradycje kulinarne, religie. Inaczej brzmią akcenty na Jamajce, inaczej na Trynidadzie, a jeszcze inaczej na Bahamach. Jest tylko jedna rzecz, która łączy tę mozaikę – właśnie krykiet.
Zamieszkujący Karaiby koloniści dość często wystawiali wspólną reprezentację w meczach z odwiedzającymi ich ziomkami z Anglii. Z czasem zaczęli do drużyny dołączać też potomków dawnych afrykańskich niewolników i ubogich imigrantów z Indii. Wreszcie, w 1926 r. ustalono statut i flagę (ze względu na międzynarodowy charakter ekipy, nie można było przyjąć żadnych barw narodowych, zaprojektowano więc herb w postaci symbolicznej wysepki z palmą i wicketem – krykietową “bramką”), po czym zgłoszono akces do ICC, czyli krykietowej FIFy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że drużyna Indii Zachodnich okazała się być beznadziejna.
Przez następnych kilkadziesiąt lat nazywano ich “Calypso Boys”. Bo tak jak imprezy z muzyką calypso, tak mecze z udziałem Karaibów służyły tylko do pośmiania się i dobrej zabawy. Przebłyski geniuszu na murawie przeplatały się z długimi, długimi okresami najzywklejszego partactwa. Wszystkim wydawało się, że taka wola boża i sytuacja nigdy się nie zmieni. Aż przyszły gorące lata 70. i pokolenie nowych graczy, którzy zaczęli traktować krykieta jak coś więcej, niż tylko grę.

– Wszyscy urodziliśmy się w koloniach, a dorastaliśmy w już niepodległych krajach – opowiadał potem Colin Croft, jeden z członków legendarnego składu – I chcieliśmy pokazać dawnym panom, że możemy z nimi rywalizować na równych zasadach.
A to wcale nie było takie oczywiste. Lata 70. były gorące. Karaiby już były niepodległe, Afryka jeszcze się wyzwalała, ale rasizm trwał w najlepsze. W RPA rządził apartheid, w Wielkiej Brytanii ściągano do pracy mieszkańców dawnych kolonii, ale na ścianach pisano “Anglia dla białych”, we władzach wszystkich instytucji zasiadali biali konserwatywni starcy, którzy mentalnie zostali w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy karaibska reprezentacja złożona z młodych, niedoświadczonych graczy w 1975 r. pojechała grać z mistrzowską Australią na ich własnym terenie, spoktała się z dokładnie takim samym przyjęciem. Kibice ich wyśmiewali i obrażali, wyzywali od czarnuchów i brudasów, a nikomu z władz federacji nie przyszło nawet do głowy, żeby zareagować. W dodatku Australijczycy mieli tajną broń – Jeffa Thomsona i Dennisa Lillee, dwóch najszybszych bowlerów (czyli rzucaczy) tamtych lat. Żaden z nich nie miał najmeniejszych skrupułów, obaj celowali w głowy zawodników przeciwnej drużyny.
– Kiedy twarda piłka leci w twoim kierunku z prędkością ponad 140 km/h, to myślisz o tym, jak się schować, a nie jak odbić – wspominał Gordon Greenidge, inny reprezentat Karaibów.
Australijczycy dosłownie zniszczyli Indie Zachodnie. I nawet się wtedy nie spodziewali, że stworzyli potwora.

VivOd meczu z Australią, to nie Viv Richards bał się piłki, to piłka bała się Richardsa

Upokorzeni Calypso Boys postanowili, że teraz chodzi o coś więcej, niż tylko grę. Teraz trzeba się odegrać na prześladowcach.
Legendarny kapitan Clive Lloyd zjeździł wszystkie wyspy, wyszkując młode talenty. W reprezentacji znalazło się kilku nadzwyczajnych miotaczy, w tym Colin Croft i legendarny Michael Holding, których później nazywano “Jeźdźcami Apokalipsy”. Joel Garner miał ponad dwa metry wzrostu i siłę tura. A ton nadawał Viv Richards, lider drużyny, który ostentacyjnie przez całą karierę grywał bez żadnych ochraniaczy. Drużyna była gotowa, teraz trzeba było to jeszcze tylko udowodnić reszcie świata.
Prologiem był mecz z odwiedzającymi Jamajkę Indiami w 1976 roku. Miotacze z Karaibów tak zdewastowali gości z Azji, że ci w proteście przeciw brutalnej grze oddali walkower. Jeszcze w tym samym roku pogardzani dotąd Calypso Boys stanęli oko w oko z najpoważniejszym przeciwnikiem: Anglią.
– Anglicy woleliby stracić pancernik, niż przegrać w krykieta – śmiał się po latach Viv Richards.
To prawda, prasa podgrzewała atmosferę jak mogła, a kapitan brytyjskiej reprezentacji rzucił do kamer, że “Oni mają tendencję do czołgania się, więc mam ich zamiar przeczołgać”. Już wkrótce to on miał się czołgać.
Wściekli krykieciści z dawnych kolonii nie mieli najmniejszej litości dla swoich przeciwników. Nie tylko wygrali 2:0, ale zrobili to w takim stylu, że dosłownie pohańbili Anglików. Trybuny opanowane przez karaibskich imigrantów dosłownie eksplodowały.
Z domu wyjeżdzali wyśmiewani Calypso Boys. Wracali bohaterowie popkultury.

CliveKapitan drużyny, Clive Lloyd, z Pucharem Świata wygranym w 1979 r.

Indie Zachodnie przeżywały wtedy kulturalny renesans. Świat opanowała muzyka reggae, na ekrany kin wchodziły lokalne filmy, z “The Harder They Come” na czel [Dział Zagraniczny informował niedawno, że powstaje właśnie jego remake], kultura rastafarai szerzyła się we wszystkich czarnych społecznościach poza Afryką.
Krykieciści upokarzający dawnych kolonistów w ich własnej grze i na ich własnym terenie okazali się strzałem w dziesiątkę. Uosabiali ducha tamtych czasów i wyrażali zbiorowe marzenia swoich rodaków. Richards wspominał, jak przed jednym z meczów na Sabina Park, w szatni odwiedził ich Bob Marley, mówiąc, że grają nie o zwycięstwo, tylko o godność. Wywarli tak silny wpływ na ówczesne pokolenia, że są bohaterami nawet dla tych obecnych. Roots Manuva, jeden z najzdolniejszych brytyjskich muzyków, który wciąż przywołuje swoje karaibskie korzenie, nieprzypadkowo jeden ze swoich teledysków nakręcił w krykietowej scenerii:

Tamta reprezentacja okazała się być absolutnie fenomenalna. W krótkotrwałym World Series Cricket (które zrewolucjonizowało grę i dało początek formatowi, w jakim obecnie rozgrywany jest Puchar Świata) dominowali bez dwóch zdań. W 1979 r. wrócili do Australii i zrewanżowali się dawnym wrogom, pokonując ich 2:0. Byli pierwszą ekipą w historii, która wygrała z Pakistanem (gdzie krykiet jest niemal równy islamowi) na ich własnym terenie. W 1984 r. zadali Anglii historyczną klęskę, wgniatając ich w ziemię 5:0.
Clive Lloyd odszedł na emeryturę w 1985 r. Dowodzenie przejął po nim naturalny następca – Viv Richards. Z nimi jako kapitanami, reprezentacja Indii Zachodnich nie przegrała ani jednego meczu od lutego 1980 r. do lutego 1995 r. Ani jednego meczu przez 15 lat! W historii sportów drużynowych nie ma żadnej innej reprezentacji, która zdominowałaby swoją dyscyplinę na tak długi okres.

Karaibscy krykieciści z tamtych lat zaczynali jako zawodnicy. Skończyli jako legendy.

ZarazkiPierwszy z lewej – Zarazki, tuż przed popadnięciem w niesławę

Skąd więc w tym wszystkim smutna historia Zarazków? Bo – jak to w życiu bywa – niektóre legendy zniszczyło to, co zawsze: pieniądze.
Gdy reprezentacja Indii Zachodnich zaczynała się wybijać na arenie międzynarodowej, w RPA apartheid był ważniejszy nawet od sportowej rywalizacji. Afrykańskie władze odrzuciły możliwość rozgrywania meczów z reprezentacją Anglii, bo w składzie tej drugiej był czarnoskóry zawodnik. W odpowiedzi, ICC wyrzuciła rasistowski kraj ze swojego grona i zabroniła mu brać udział w międzynarodowych rozgrywach.
RPA postanowiła więc radzić sobie sama. Za ciężkie pieniądze przekupywała więc zagranicznych graczy, by formowali niezelażne “reprezentacje” i grali z nimi mecze. Ponieważ krykieciści byli wtedy raczej marnie opłacani, wielu chętnie się na taki pakt godziło. W tym niektórzy członkowie karaibskiego dreamteam’u.

Kapitanem “buntowników” (jak zaczęto nazywać ten skład) został Lawrence Rowe – fantastyczny zawodnik, który jednak po odniesionej kontuzji nie mógł wrócić do dawnej formy i gorączkowo szukał ostatniej możliwości zarobienia jakiś pieniędzy. Do ekipy dokoptował sobie między innymi Richard Austin, który zanim stał się Zarazkami, był całkiem zdolnym krykiecistą Indii Zachodnich, ale równocześnie reprezentował też Jamajkę w piłce nożnej i ping-pongu, w którym był rzekomo fenomenalny.
Skok na kasę okazał się jednak krótkotrwałym sukcesem. O ile białym zawodnikom z Anglii, czy Australii, którzy łamali zakaz ICC, dość szybko wybaczano, to gracze z Indii Zachodnich popełnili w ten sposób obywatelskie samobójstwo. Ich występy były legitymizacją rasistowskiego ustroju. Na politycznie i społecznie rozgrzanych Karaibach, to nie było zwykłe łamanie przepisów. To była zdrada.

Po powrocie do domu czekały ich szykany. Ludzie pluli im pod nogi, nie wpuszczano ich na stadiony. Niektórzy, jak sam Rowe, wybrali emigrację do Stanów. Inni zostali i popadli w nędzę, albo jak Austin w narkotyki. Crack stopniowo wyciskał z ciała Richarda, a na jego miejsce sadził Zarazki. Po trzydziestu latach, z trudem można w nim dostrzec dawnego idola tłumów.

W poprzedni poniedziałek, 20 czerwca, Lawrence Rowe odwiedził Jamajkę. Na ceremonii upamiętniającej dawnych reprezentantów, w tym jego, wygłosił wzruszającą mowę, w której przepraszał za swe decyzje sprzed 30 lat i prosił o wybaczenie.
Z trybun słuchał go między innymi Zarazki. Nie wiadomo, co myślał o przeprosinach swojego dawnego kapitana – wyszedł w połowie. Żebrać o crack.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Srebrenica pod palmami

Rok 2009, koniec maja. Położony na północy Sri Lanki Manik Farm, obóz uchodźców dla ponad 200 tys. osób, które uciekły przed wyniszczającą kraj od 26 lat wojną domową, jest wystrojony jak na dożynki. Na wietrze łopoczą flagi narodowe i sztandary ONZ-tu, na słupach i zaimprowizowanych tablicach wiszą kolorowe plakaty ze zdjęciem uśmiechniętego prezydenta kraju w towarzystwie nie mniej zadowolonego mężczyzny. “Witaj, Sekretarzu Generalny Ban Ki-moon, w naszej ojczyźnie!” głosi hasło pod fotografią. Koreańczyk odwiedza właśnie obozowisko, sześć dni po tym, jak władze ogłosiły, że ostatecznie rozgromiły Tamilskie Tygrysy, partyzancką armię, która przez lata zarządzała własnym quasi-państwem na północy wyspy.
– Jestem absolutnie pewien, że wojskowi nie popełnili żadnych zbrodni przeciw ludzkości – mówi tłumowi dziennikarzy towarzyszący Sekretarzowi Generalnemu Rohitha Bogllagama, Minister Spraw Zagranicznych Sri Lanki.
– Rząd robi co w jego mocy – mówi sam Ban Ki-moon.
Dwa lata później, w kwietniu 2011 r., zarządzane przez niego ONZ oskarży Sri Lankę o umyślne i potworne zbrodnie przeciw cywilom.

Uchodzcy na Sri LanceTamilscy uciekinierzy z terenów objętych walkami (Fot. Reuters)

Sri Lanka od dawna była podzielona na dwie części, zamieszkiwane przez dwa zupełnie różne ludy. Pierwsi, ponad 2 tys. lat temu, przybyli na wyspę Syngalezi, mówiący językiem syngaleskim i dziś w przeważającej większości będący buddystami. Trochę później w okolicę zawitali Tamilowie, porozumiewający się tamilskim wyznawcy hinduizmu. Obie grupy przez wieki żyły we względnym spokoju – pierwsza opanowała południe i centrum, a druga zdominowała północ.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy na arenę wkroczyła Wielka Brytania. Anglicy skolonizowali Sri Lankę, przemianowali ją na Cejlon i założyli plantacje herbaty, kauczuku, cynamonu i innych. Potrzebowali rąk do pracy i to wielu, o wiele więcej niż wyspa była w stanie zapewnić. Zaczęli więc masowo sprowadzać robotników z Indii i tak się złożyło, że byli nimi właśnie Tamilowie. Jak to często bywa, w ślad za nimi podążyli chrześcijańscy misjonarze, którzy zwietrzyli okazję do przeciągnięcia nowych wyznawców na swoją stronę. Ale nie tylko zawalili robotę, ale wręcz osiągnęli efekt przeciwny do zamierzonego. Tamilowie poczuli, że muszą bronić swojej religii, zaczęli się organizować i w efekcie poczuli, że są osobną grupą, z własnymi tradycjami i językiem. W dodatku grupą dość sporą.

Kłopoty zaczęły się wraz z niepodległością. Wcześniej obie społeczności miały równą reprezentację przy zarządzającymi wyspą Anglikami. Ale im koniec europejskich rządów stawał się bliższy, tym bardziej Tamilowie zaczynali się niepokoić. Stało się jasne, że w kraju będą normalne wybory, a to mogło oznaczać tylko jedno – stanowiący 2/3 populacji Syngalezi zdominują rząd, mieszkańcy północy staną się dyskryminowaną mniejszością.
Rzeczywistość okazała się zgodna z przewidywaniami. Krótko po odzyskaniu niepodległości w 1948 r., kontrolowane przez południowców władze uchwaliły Ustawę o Obywatelstwie Cejlonu, która odmawiała tego tytułu osobom pochodzącym z Indii, przez co większość Tamilów wybrałą powrót na kontynent. Jeszcze gorzej zostało odebrane prawo z 1956 r., które czyniło syngaleski jedynym oficjalnym językiem w kraju.
Proces dyskryminacji ruszył pełną parą. Import tamilskich książek i filmów z Indii został zabroniony. Na uniwersytetach stworzono miejsca gwarantowane dla Sygalezów, kosztem reszty studentów. Co kilka lat przez kraj przetaczały się brutalne pogromy, inspirowane przez władze w Kolombo.

Kiedy wreszcie, w 1983 r. w tak zwanym Czarnym Lipcu zmasakrowano prawie 3 tys. Tamilów, miarka się przebrała.
Ludność cywilna zaczęła szukać ochrony u Tamilskich Tygrysów, milicji stworzonej kilka lat wcześniej przez Velupillaia Prabhakarana. Wtedy była to jeszcze tylko złożona z narwanych nastolatków banda, która większość swojej energii trwoniła na rabunki, napady i okazjonalne morderstwa na policjantach, czy lokalnych syngaleskich politykach. Ale po Czarnym Lipcu, do Tygrysów zaczął płynąć strumień pieniędzy o Tamilów rozproszonych od Delhi po Londyn. Prabhakaran narzucił swoim podwładnym mordercze treningi w dżunglach, połączone z praniem mózgu. Dzięki temu, w krótkim czasie stworzył najpotężniejszą armię partyzancką świata. I zarazem najbardziej morderczą.

PrabhakaranPrabhakaran na zdjęciu klasowym (Fot. AFP)

– Poleciłem moim ludziom, aby mnie zabili, jeżeli zrezygnuję z walki o niepodległość – Prabhakaran rzucił prawie dekadę temu na jedynej w swoim życiu konferencji prasowej. Metody tej walki pokazały, że fanatyzm w jego wydaniu był nie tylko na pokaz.
Tygrysy szkoliły do walki już małoletnie dzieci, często wciągane do swych szeregów siłą. Wysadzali w powietrze budynki, bez mrugnięcia okiem mordowali cywilów, potrafili za jednym razem pozbawić życia ponad stu przypadkowych osób. W 1991 r. zgładzili w zamachu premiera Indii Rajiva Gandhiego, bo ten ośmielił się zmuszać dawnych podopiecznych do podpisania rozejmu. Dwa lata później ich bomba rozerwała prezydenta Sri Lanki, Ranasinghe Premadasa, w 1999 r. prawie powtórzyli ten wyczyn z Chandriką Kumaratungą, ówczesną panią prezydent. Ministra Spraw Zagranicznych, Lakshmana Kadirgamara, dopadli w jego własnym basenie. Do boju wysyłali płetwonurków detonujących bomby w portach, konstruowali własne miniaturowe łodzie podwodne. Ich znakiem rozpoznawczym były brygady zamachowców-samobójców, wśród których prym wiodły fanatyczne kobiety. Byli pierwszą armią od czasów cesarskiej Japonii, która stosowała kamikadze: kupione na kontynencie i przemycone w częściach na Sri Lankę małe samoloty sportowe wyładowywali materiałami wybuchowymi i wysyłali na terytorium wroga, gdzie piloci mieli się rozbić na wyznaczonych celach.
W pewnym momencie Prabhakaran miał pod bronią 30 tys. ludzi i kontrolował 1/3 kraju. Rządu w kraju były nawet gotowe negocjować z nim autonomię dla Tamilów. Do czasu, aż prezydentem kraju nie został Mahinda Rajapaksa.

Rajapaksa, z wykształcenia adwokat, a zajęcia wieloletni polityk, minister i premier, został głową państwa w listopadzie 2005 r. i pokazał, że wie, gdzie w dzisiejszym świecie leżą konfitury: zaprosił do kraju Chińczyków.
Pekin od jakiegoś czasu poszukiwał dla siebie bezpiecznej przystani na Oceanie Indyjskim, gdzie mogłyby zawijać jego okręty ochraniające tankowce z saudyjską ropą, towarem pierwszej potrzeby w rozwijającym się w szalonym tempie Państwie Środka. Sri Lanka wydała się idealnym kandydatem. Chińczycy szybko dostali zgodę na budowę ogromnej bazy morskiej na południu wyspy, a w zamian poratowali rząd Rajapaksa tanimi pożyczkami, bronią i – co najważniejsze – swoim wsparciem w Radzie Bezpieczeństwa.
Prezydent tylko na to czekał: mógł wreszcie zignorować krytyczny wobec siebie Zachód i zabrać się za realizację ułożonego wcześniej planu. Ministrem Obrony mianował własnego brata Gotabayę, a ten błyskawicznie wymienił część kadry oficerskiej, zaostrzył szkolenia dla żołnierzy, ustalił nową taktykę walki i w 2006 r. rzucił wszystko co miał na Tygrysy. Trzy lata później, niegdyś najpotężniejsza partyzancka armia na świecie, była w całkowitej rozsypce i desperacko broniła się na coraz ciaśniejszym terytorium.
W styczniu 2009 r., siły rządowe rozpoczęły ostateczny szturm. W maju Prabhakarana znaleziono z kulą w głowie, a niedobitki Tygrysów w panice uciekały z wyspy łodziami uchodźców. Wojna domowa, która zdążyła pochłonąć 100 tys. ofiar, była skończona.

Zolnierze z poludniaŻołnierze armii rządowej podczas kampanii przeciw Tamilskim Tygrysom (Fot. AP)

Dopiero dziś możemy się przekonać, jakim kosztem.
Opublikowany przez ONZ raport to wynik rocznej pracy ich ekspertów. Według nich, ostatnie kilka miesięcy kampanii było jedną wielką zbrodnią przeciw ludzkości. Tamilskie Tygrysy, tracąc kolejne odcinki frontu i wycofując się do coraz mniejszej enklawy, pociągali za sobą tysiące cywilów, w nadziei, że armia rządowa nie odważy się uderzyć w te żywe tarcze. Ale wojskowi nic sobie z tego nie robili. Ciężki ostrzał artyleryjski wymierzony w tereny zaludnione przez niewinnych ludzi stał się codziennością. Rozmyślnie bombardowano obszary, które wcześniej określono jako strefy zdemilitaryzowany, gdzie mieli się chronić cywile. Ostrzelano punkty wydawania żywności, jakie organizował Czerwony Krzyż. W północnym mieście Vanni, armia zaatakowała moździerzami miejscowy szpital. Kobiety gwałcono, a pojmanych mężczyzn, podejrzanych o przynależność do Tygrysów, najpierw torturowano, a później bez sądu rozstrzeliwano na miejscu – brytyjski Channel 4 wyemitował wstrząsające video z takiej egzekucji już trzy miesiące po zakończeniu kampanii.

– Nie, nie używamy ciężkiej artylerii – Kolombo zapewniało Hillary Clinton, w czasie gdy trwały najcięższe walki. Seretarz Stanu nie miała innego wyjścia, jak wierzyć na słowo.
Rząd Sri Lanki mógł robić, co mu się podoba, bo odpowiednio wcześniej zadbał o usunięcie świadków i każdego, kto mógłby mu przeszkadzać. Z kraju wyrzucono wszystkich zagranicznych obserwatorów, dziennikarzy i organizacje pozarządowe (jedyny wyjątek zrobiono dla Czerwonego Krzyża, który ma regułę całkowitej dyskrecji, jego pracownikom nie wolno zeznawać w sprawach, których byli świadkami). W styczniu 2009 r. brutalnie zamordowano redaktora naczelnego “The Sunday Leader”, najbardziej krytycznego wobec poczynań władz pisma na wyspie. W sumie ofiarą zabójców padło ponad sześćdziesięciu innych miejscowych działaczy, którzy próbowali nagłaśniać wydarzenia na północy.

– Nigdy nie bombardowaliśmy niewinnych cywilów, to nieprawdziwe zarzuty – twierdzi Lakshman Hulugalle, rzecznik rządu.
Sęk w tym, że nie tylko nie robi nic, żeby dowieść ich fałszu, ale wręcz utrudnia dochodzenie jak może. Autorom raportu odmawiano wjazdu na tereny, gdzie toczył się konflikt, nie dopuszczano ich do więźniów oskarżonych o przynależność do Tygrysów, wojsko nie zezwoliło na przesłuchanie swoich oficerów. Między innymi z tego powodu, nie mogą oni dokładnie oszacować ilu cywilów straciło życie podczas walk: ich wyliczenia wahają się pomiędzy 7 a 40 tys. osób.

Większość tych rewelacji została ujawniona już wcześniej niż sam raport. Teraz jego autorzy wzywają Ban Ki-moona (którego wizyta w Manik Farm została odebrana jako propagandowe zwycięstwo ekipy Rajapaksy), żeby zarządził międzynarodowe śledztwo w tej sprawie. Ale Sekretarz Generalny szybko rozwiał pokładane w nim nadzieje, oświadczając że podejmie takie kroki, tylko jeżeli na dochodzenie zgodzi się Kolombo. Rząd Sri Lanki, świadomy wsparcia Chin w Radzie Bezpieczeństwa, już odpowiedział: “Nie ma mowy”.

Tymczasem na koniec maja zapowiedziano na wyspie wielkie międzynarodowe seminarium “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Udział zapowiedziały delegacje z 30 państw, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
Dział Zagraniczny proponuje, żeby organizować takie spotkania cyklicznie. W przyszłym roku Birma, za dwa lata Libia (jeżeli Kaddafi się utrzyma), a potem się pomyśli.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

A na Kristmas dostaniesz gaz łzawiący. Prosto w oko

Nie było ostatnio innych wpisów poza podsumowaniami tygodnia (i jest też jednodniowa obsuwa), bo choroba, praca, to i tamto. Ale dzieje się sporo interesujących rzeczy, które całkowicie przykryły Libia z Japonią, więc w najbliższym czasie postaramy się tu kilka tematów ruszyć.
A tymczasem, zobaczmy co przyniósł tydzień.

1. Skorpion burmistrzem

Informacją numer jeden w świecie Działu Zagranicznego, jest oczywiście powrót Rene Higuity.
Jeżeli jesteś chłopcem, którego dzieciństwo przypadło na połowę lat 90., kiedy Szczęsny bronił nie w Arsenalu, tylko Widzewie, a czarnoskóry Cole w reprezentacji Anglii miał na imię Andy a nie Ashley, to nazwisko Higuita potrafisz napisać szybciej niż własne. A cała reszta może zrozumie po obejrzeniu tego:

Higuita to jeden z najlepszych bramkarzy w historii, a już na pewno najbardziej nieprzewidywalny. Oprócz niestandartowej obrony (słynny “scoprion kick” mogliśmy oglądać także w innych jego meczach), Rene uwielbiał wychodzić daleko poza pole karne, przejmować piłkę i wbiegać z nią na połowę przeciwnika (na Mundialu w 1990 r. cała reprezentacja Kolumbii zapłaciła za to srogą cenę – w meczu z Kamerunem napastnik tej drużyny, Roger Milla, zastopował galopującego Higuitę i bez problemu strzelił do pustej bramki; latynoska ekipa odpadła wtedy z rozgrywek, za co ojczyźnie chciano winowajcę zlinczować). Podczas całej swojej kariery, Rene zdobył w sumie 30 goli, z czego 8 dla reprezentacji (podkreślmy to jeszcze raz dla tych, którzy nie uważali: to bramkarz!).
Sportowiec szybko zyskał sobie przydomek El Loco, czyli Wariat. Nie tylko z powodu dokonań na boisku. W ostatnich latach brał między innymi udział w reality show i został przyłapany na wciąganiu kokainy, ale najgłośniejszy skandal wybuchł w 1993 r., kiedy Higuita był u szczytu popularności. Pablo Escobar (tak, nawet El Patrón załapał się do tej historii) porwał akurat córkę innego barona kolumbijskiego narkobiznesu, Carlosa Moliny. Bramkarz reprezentacji zaangażował się wtedy w jej uwolnienie, a konkretnie po prostu dostarczył kasę od jednego dla drugiego i przy okazji skasował równowartość 64 tys. dolarów prowizji. Za co trafił później do więzienia, bo w Kolumbii czerpanie korzyści materialnych z kidnapingu (lokalnej plagi lat 90.) jest przestępstwem.
– Jestem tylko piłkarzem, nie znam się na prawie karnym! – tłumaczył się wtedy El Loco i ogłosił strajk głodowy. Wypuszczono go po siedmiu miesiącach, ale na Mundial w USA w 1994 r. już nie pojechał.
Higuita w zeszłym roku, w wieku 43 lat, ostatecznie zawiesił rękawice na kołku i zakończył karierę bramkarza. Ale widać na emeryturze mu się nudziło, bo postanowił wrócić do życia publicznego. Tym razem jako polityk. W wywiadzie dla kolumbijskiego dziennika “El Tiempo” zapowiedział, że wystartuje w nadchodzących wyborach na burmistrza w swoim rodzinnym Guarne.
– Potrzeba 4,5 tys. głosów, żeby dostać to stanowisko. Ja zbiorę ich 10 tysięcy! – ogłosił radośnie.

Rene, Dział Zagraniczny już na Ciebie symbolicznie zagłosował. I apeluje: nie poprzestawaj na wyborach lokalnych, startuj na prezydenta! A na vice weź sobie Carlosa Valderramę:

ValderramaCarlos Valderrama wyrządził Działowi Zagranicznemu wielką krzywdę, kiedy w młodości zainspirował go do noszenia przez lata takiej samej fryzury

2. Żona to nie krewna

Jak już jesteśmy przy dziwnych kandydatach i wyborach w Ameryce Łacińskiej, to w Gwatemali wrześniowy start na prezydenta ogłosiła Sandra Torres de Colom. Jest tylko jeden problem: Sandra jest żoną pana Colom. Który jest obecnym gospodarzem w Pałacu Prezydenckim. A lokalna konstytuacja zabrania udziału w wyborach “wszystkim krewnym do czwartego stopnia” urzędującej głowy państwa.
Sandra odrzuca zarzuty krytyków, tłumacząc, że przecież nie jest z mężem spokrewniona.

Dział Zagraniczny miałby na to proste rozwiązanie, ale pan Colom już powiedział, że z panią Colom żadnego rozwodu brać nie będzie. Przewidujemy ciekawą jesień w kraju Majów.

3. Sprawiedliwość jest ślepa (ale potrafi liczyć)

A teraz dalsza część dwóch historii, do których często powracamy w Dziale Zagranicznym.

Po pierwsze, Mark Davies, amerykański płatny zabójca na usługach CIA, który w styczniu w biały dzień zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy w Pakistanie, został wypuszczony z więzienia.
W miejscowym prawie karnym istnieje zapis, że sąd może umorzyć sprawę w o morderstwo na wniosek rodziny ofiary. Na ogół dzieje się tak, gdy winowajca, bądź jego krewni, przekażą jej odpowiednie odszkodowanie. Tak miało stać się i tym razem, a najbliżsi zabitych mężczyzn, którzy jeszcze niedawno odgrażali się, że nie spoczną, dopóki Davies nie odpowie za swoje czyny, odpuścili amerykańskiemu cynglowi za mniej więcej 2 mln dolarów.
Davis z więzienia wyszedł, błyskawicznie zwinęli go pracownicy ambasady USA i nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa. Ale co ciekawe, nie wiadomo też, gdzie są rodziny ofiar. Pieniądze odebrali podczas pielgrzymki do Mekki i od tamtej pory przepadli jak kamień w wodę.

Kasyna w Makau?

4. A ty wciąż nie oddałeś władzy? No dobra, to już sobie siedź w tym pałacu…

Druga sprawa, o której wspominaliśmy już w zeszłym tygodniu, to przywództwo na Madagaskarze.
Dwa lata temu, gdy prezenter radiowy André Rajoelina robił zamach stanu, potępiała go cała społeczność międzynarodowa. W tym tygodniu, ta sama ekipa (a konkretnie mediująca w konflikcie Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej) najzwyczajniej w świecie uznała go prawowitą głową państwa. O, przepraszam, uznała, że prawowicie sprawuje władzę do czasu zorganizowania następnych wyborów i wszystko to dzieje się w ramach “mapy drogowej”, czyli wspólnego planu, który ma zakończyć kryzys.
Zobaczmy, jak jeszcze działa mapa drogowa. Rajoelina miał np. powołać premiera. No to powołał. Generała Camille Vitala, który poparł jego pucz dwa lata temu i de facto sprawował tę funkcję od tamtego czasu. Na wyspę mieli też wrócić obalony prezydent Marc Ravalomanana i jeszcze kilku innych polityków przebywających na wygnaniu. Ale nie wrócą, bo Rajoelina się na to nie zgodził.

Nowe wybory miałyby się odbyć jakoś pod koniec tego roku. A czy się odbędą, to zobaczymy. Jedno jest pewne: jeśli jesteś mieszkańcem kraju bez ropy, to Dział Zagraniczny doradza mały pucz. Nikogo za granicą to nie ruszy, a ty masz przynajmniej kilka miesięcy dobrej zabawy. I złote krany w łazience, jeżeli jesteś równiachą.

5. Impreza będzie, ale tylko na specjalne zaproszenia

To był też tydzień gwałtownych protestów. I nie, nie chodzi o te w krajach arabskich. Tylko w Swazilandzie i Australii.

W tym państwie, kilkanaście tysięcy osób głośno domagało się dymisji rządu w stolicy Mbabane. Pielęgniarki, nauczyciele, urzędnicy i uczniowie krzyczeli “Nie obcinajcie pensji, obetnijcie rząd!” oraz “Precz z uroczystościami”.
Wszystko z tego powodu, że Swaziland dostał ostro po kieszeni z powodu kryzysu gospodarczego i rząd zapowiedział cięcia w budżetówce oraz mniejsze nakłady na edukację. Równocześnie wydaje miliony na obchody 25-lecia objęcia tronu przez króla Mswatiego III (rocznica wypada 24 kweietnia).
Swaziland to ostatnia monarchia absolutna w Afryce. Partie polityczne są zakazane, rząd tylko administruje, a prawdziwą władzę ma w rękach właśnie monarcha. Mswati III jest w tej roli wyjątkowo beznadziejny. Podczas gdy prawie połowa z jego 1,5 mln poddanych nie ma pracy, a reszta zarabia grosze, on sam lekką ręką wydaje miliony na zachcianki własne i swoich 14 żon, np. kupując sobie luksusowy odrzutowiec (Swaziland nie ma lotniska, które mogłoby obsłużyć taką maszynę, król musi korzystać z uprzejmości RPA). Nie znosi sprzeciwu. Kompletnie olewa walkę z HIV (według różnych statystyk, zarażonych wirusem jest aż 25 proc. mieszkańców). Ogólnie jest fatalnym władcą.
Protestujący zażądali dymisji rządu. Mswati III powiedział po prostu “Meeeh…” i poszedł instalować złote krany.

W Swazilandzie na szczęście obyło się bez przemocy, czego nie można powiedzieć o Australii. W czwartek doszło tam do bitwy między policją, a uciekinierami z pogrążonych w wojnie krajach.
Australia ma bardzo ostrą politykę antyimigracyjną. Z grubsza działa tak: jeżeli jesteś gościem z np. Europy Wschodniej, to możesz sobie żyć i pracować na czarno w kraju kangurów ile chcesz, najważniejsze, żebyś był biały. Ale jeżeli – nie daj boże! – jesteś czarny/brązowy/żółty/wolisz ryż z warzywami od Marmite z tostem wyprodukowanym w fabryce, to masz nieźle w plecy. Większość takich imigrantów to uchodźcy z krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi (Sri Lanka, Irak, Afganistan itd.), którzy w Australii proszą o azyl. Dawna brytyjska kolonia karna przechwytuje ich jeszcze na morzu (samolotem przecież uciekać nie będą, a jedyny facet, który potrafi chodzić pieszo po wodzie, pewnie też by został zatrzymany za semicki wygląd) i odstawia do odizolowanych obozów. Rząd najchętniej w ogóle trzymałby wszystkich tych upierdliwych uchodźców w jakimś innym państwie (negocjacje z Timorem Wschodnim były w tej sprawie bardzo zaawansowane), ale że się nie da, to i tak robi co może: wysyła ich na Christmas Island. Która jest bardziej w Indonezji niż Australii.

Kristmas człowiekuPisz do Św. Mikołaja, jest szybszy niż australijski urząd imigracyjny

Imigranci są tam stłoczeni w prymitywnych warunkach, na decyzję urzędnika czekają długimi miesiącami, nawet i dwa lata. Odmawia im się kontaktu ze światem zewnętrznym, brakuje tłumaczy, nie dopuszcza się do nich mediów i przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Więc frustracja rośnie i rośnie, aż w końcu wybuchnie. W tym tygodniu doszło na wyspie do zamieszek, rząd wysłał więc na miejsce policję, która uspokoiła sytuację w typowy dla siebie sposób. Gazem łzawiącym i gumowymi kulami.
– Jak można oczekiwać, że urzędnicy zaakceptują prośby o azyl, skoro dzieją się takie rzeczy? – powiedział w telewizji oburzony Minister Spraw Zagranicznych Kevin Rudd.

No właśnie? Jak można? Po raz kolejny brudasy pokazują, że nie ma ich co dopuszczać do cywilizacji. I jeszcze wstyd przed Indonezją, no.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Tarzans or Man Fridays

Mauritius pozywa Wielką Brytanię, za to, że chce stworzyć na Oceanie Indyjskim morski rezerwat przyrody. Ktoś znowu stawia własny interes ponad dobrem wspólnym? Oczywiście! Tylko, że w tej historii czarnymi charakterami są pseudo ekolodzy.

Jest takich siedem malutkich atoli, zagubionych na środku wspomnianego oceanu, jakieś 500 km na południe od Malediwów i 1000 km na północny-wschód od Mauritiusa. Porośnięte palmami rajskie wysepki o oblanych turkusowymi wodami białych plażach nazywa się Czagos. Przez tysiące lat były bezludne, czasem trafiali tam rybacy z innych archipelagów, ale uznawali, że nowy ląd jest zbyt daleko od czegokolwiek, żeby go kolonizować. Najwyraźniej nie znali europejskiej filozofii, że zagarniać należy wszystko jak leci, a do czego się przyda, to zadecydujemy potem. Czagos miało się stać najlepszym przykładem.
Portugalczycy byli pierwszymi białymi, którzy trafili w te strony, ale łapę na plażach położyli pod koniec XVIII w. dopiero Francuzi. I wzięli się ostro do roboty. Wykarczowali busz, założyli plantacje kokosów i sprowadzili setki niewolników z Madagaskaru i Mozambiku. Wymieszały się geny i języki i w przyszłości, po zniesieniu niewolnictwa, życie pod tropikalnym słońcem pewnie byłoby całkiem luźne. Ale, niestety dla mieszkańców, okazało się, że Napoleon jest tym mężczyzną, który nieźle zaczyna, ale fatalnie kończy.
Po klęsce cesarza Francuzów, Czagos dostało się Wielkiej Brytanii. Anglicy znieśli pracę przymusową i to było ostatnie, co dobrego zrobili dla miejsowych. Półtora wieku później, postanowili dla równowagi kopnąć ich w dupę. I to mocno.

CzagosJak masz niefart urodzić się w złym raju, to będzie tylko rajem utraconym (Fot. USAF)

Są lata 60. XX wieku. Środek Zimnej Wojny, USA zakładają bazy wojskowe na całym świecie. Szukają czegoś na Oceanie Indyjskim i wtedy zgłaszają się Anglicy, mówiąc:
– Eee… Mamy takie Czagos, nie?
Archipelag okazuje się idealny. Na tyle daleko od czegokolwiek, żeby wrogowie nie za bardzo mieli jak podglądać, co tam się dzieje, na tyle blisko, żeby bombowce mogły dolecieć nad Zatokę Perską. Wielka Brytania też stratna nie będzie, bo innych posiadłości w tej okolicy ma sporo, a Amerykanie obiecali jeszcze dorzucić się do jej atomowych łodzi podwodnych. Ogólnie jest git i umowa zostaje przyklepana, na koniec zostaje jeszcze tylko jeden mały szczegół: trzeba wyrzucić tych czarnych brudasów, którzy kręcą się po plażach.

Londyn działą zgodnie ze swoimi najlepszymi tradycjami. W 1965 r. delegacja jedzie w odwiedziny do premiera Mauritiusa (który wciąż pozostaje brytyjską kolonią, ale mającą już szeroką autonomię, a za trzy lata uzyskującą pełną niepodległość), formalnie zarządzającego Czagos. Na stole lądują 3 mln funtów, a polityk dostaje jeszcze w bonusie tytuł szlachecki. Czagos znowu w pełni należy do typów od krykieta i złej kuchni.

Na atolach błyskawicznie ląduje desant angielskich komandosów, a dwa tysiące mieszkańców słyszy, że mają zbierać graty. Kilku dostaje po głowie, kilku innych popełnia samobójstwa. Zanim się obejrzą, będą już w całości przesiedleni właśnie na Mauritius, a na największej z ich wysp – San Diego – Amerykanie zbudują swoją bazę. Czagos formalnie przestaje istnieć, od tej pory ma się nazywać Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego (BIOT).

Mija kilkadziesiąt lat, Związek Radziecki pada, historię wygrywają Dobro, Sprawiedliwość i Coca Cola. Tymczasem Czagotańczyków jest już prawie 7 tys. i nie przestają marzyć o powrocie do domu. Ale na to nie chcą się zgodzić ani Anglicy, ani wciąż wynajmujący od nich pisek z palmami Amerykanie.
Kilku wygnańców w Londynie nie poddaje się, pozywa Wielkią Brytanię i… wygrywa! W 2000 r. brytyjski Sąd Najwyższy uznaje, że nieprawdą były argumenty rządu, jakoby wyspiarze byli na Czagos przed eksmisją tylko “tymczasowo”. I że ich wyrzucenie było nielegalne.

Radość jest ogromna, ale krótka, bo praworządna administracja z Downing Street odpowiada:
– Nie, no git. Ale my tego nie uznamy.
I sięga po kodeksy z czasów kodeksy z czasów kolonialnych. Jest tam taki zapis, wciąż obowiązujący, że jeżeli wyrok sądu działa na szkodę terytorów zamorskich Wielkiej Brytanii (a przecież Czagos to formalnie BIOT), to rząd nie musi się do niego stosować. I tak też zrobił: Londyn pokazał wysiedleńcom gest Kozakiewicza i na deser dołożył jeszcze jeden dekret, który zabrania im powrotu. Kochamy Cię, ojczyzno Wielkiej Karty Swobód!

Tak czy inaczej, sprawa jest właśnie rozpatrywana w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, gdzie odwołali się Czagotańczycy. A wczoraj kolejny pozew przeciw Wielkie Brytanii ogłosił Mauritius. Stało się to po ujawnieniu przez Wikileaks depeszy z maja 2009 r., w której mowa o zakulisowych rokowaniach Waszyngtonu z Londynem. Ten drugi miałby zamienić cały obszar Czagos w morski rezerwat przyrody, bo – jak mówi, cytowany przez amerykańskich kolegów, urzędnik brytyjskiego Biura Spraw Zagranicznych Colin Roberts – “taki park przyrody położyłby kres żądaniom byłych mieszkańców archipelagu”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Brytyjscy dyplomaci mają talent do pozostawiania pisemnych śladów swojej pogardy dla innych i jak, przez lata nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zacytujmy sobie kilka depesz:

1. Telegram z Foreign Office do brytyjskiego reprezentanta w ONZ (listopad 1965 r.):

“We recognise that we are in a difficult position as regards references to people at present on the detached islands. We know that a few were born in Diego Garcia and perhaps some of the other islands, and so were their parents before them. We cannot therefore assert that there are no permanent inhabitants, however much this would have been to our advantage. In these circumstances, we think it would be best to avoid all references to permanent inhabitants.”

2. W tym samym roku Minister Kolonii (było coś takiego) Anthony Greenwood pisze:

“It is important to present the United Nations with a fait accompli.”

3. A tu najlepsza wymiana poczty z 1966 r. Najpierw Podsekretarz Stanu Sir Paul Gore-Booth pisze w liście do kolegi dyplomaty Denisa Greenhilla:

“We must surely be very tough about this. The object of the exercise is to get some rocks which will remain ours… There will be no indigenous population except seagulls…”

A ten mu odpisuje:

“Unfortunately along with the birds go some few Tarzans or Man Fridays whose origins are obscure and who are hopefully being wished on to Mauritius.”

4. A na deser fragment ujawnionej właśnie przez Wikileaks depeszy:

“HMG would like to establish a “marine park” or “reserve” providing comprehensive environmental protection to the reefs and waters of the British Indian Ocean Territory (BIOT), a senior Foreign and Commonwealth Office (FCO) official informed Polcouns on May 12. The official insisted that the establishment of a marine park — the world’s largest — would in no way impinge on USG use of the BIOT, including Diego Garcia, for military purposes. He agreed that the UK and U.S. should carefully negotiate the details of the marine reserve to assure that U.S. interests were safeguarded and the strategic value of BIOT was upheld. He said that the BIOT’s former inhabitants would find it difficult, if not impossible, to pursue their claim for resettlement on the islands if the entire Chagos Archipelago were a marine reserve.”

Nie od dziś wiadomo, że w Wielkiej Brytanii wysoko cenią sobie tradycję. Dział zagraniczny jest pod wrażeniem, że z taką gorliwością ją podtrzymują.