Archive

Posts Tagged ‘Reformy’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

No biggie

– To nie jest akt polityczny – nieczęsto członek rządu musi dorzucać takie zdanie zaraz po oświadczeniu, że jego partnerka spodziewa się dziecka. No, chyba, że w parlamencie aktywnie wspiera legalizację małżeństw tej samej płci, a sama jest lesbijką. Tak jak w przypadku Minister Finansów Australii: Penny Wong.

Penny i  SophieMinister Finansów po prawej, matka jej dziecka po lewej (Fot. Adeleide Now)

Penny Wong jest pierwszą posłanką w kraju, która otwarcie przyznała się do homoseksualizmu i to już przed laty. Już na swoje pierwsze zaprzysiężenie – w 2002 r. – zaprosiła życiową partnerkę Sophie Allouache, tę samą, która ma teraz urodzić ich potomka.
Kobiety skorzystały z pomocy wieloletniego przyjaciela, który zgodził się zostać dawcą spermy, wykorzystanej do zapłodnienia Sophie Allouache metodą in vitro. Dziecko ma przyjść na świat dopiero w grudniu, ale minister Wong postanowiła publicznie zawiadomić o ciąży swojej partnerki, żeby ubiec spekulacje prasy.
– Ja jestem osobą publiczną, ale ona nie – powiedziała w zeszłotygodniowym wywiadzie dla “Sydney Morning Herald” – Chciałabym wyraźnie zaznaczyć granicę pomiędzy moją działalnością polityczną, a prywatną.

Minister Finansów mogła się też pewnie obawiać, że jej sytuacja stanie się pretekstem do walki politycznej we wciąż jednak nieco konserwatywnej Australii. Jeżeli faktycznie się o to niepokoiła, to zupełnie niepotrzebnie: burza nie była nawet tą w szklance wody. W istocie, w ogóle nie było żadnej – Penny Wong pogratulowała zarówno Julia Gillard, premier z Australijskiej Partii Pracy (ale przeciwna legalizacji małżeństw tej samej płci), jak i Julie Bishop, przewodnicząca prawicowej opozycji. Jej oświadczenie nie wywołało też większej sensacji w prasie.

Być może wszystko odbyło się bez większego zgiełku, bo w Australii przedmiotem sporu jest dziś kilka innych spraw, które dla jej mieszkańców wydają się być o wiele bardziej kontrowersyjne.

AzylanciKto, jakiej płci i komu rodzi dziecko, to dziś najmniejsze zmartwienie Australijczyków (Fot. AP)

Julia Gillard jest między młotem a kowadłem. Chociaż władzę objęła dopiero rok temu, to w sondażach spada coraz niżej i niżej, i musi się użerać z protestami, które mogą doprowadzić do wcześniejszych wyborów. Wszystko przez niepopularny pakiet reform, który jednak pani premier musi przeforsować, bo inaczej na pewno pożegna się z władzą przed końcem kadencji.

Wszystko przez wyniki wyborów z sierpnia zeszłego roku. Chociaż Australijska Partia Pracy zdobyła najwięcej głosów spośród wszystkich ugrupowań (38 proc.), to nie wystarczyło jej mandatów poselskich do stworzenia samodzielnego rządu. Negocjacje trwały kilkanaście dni i ostatecznie Julia Gillard zapewniła sobie poparcie Zielonych, oraz trzech posłów niezależnych. Ci, chociaż formalnie nie weszli do koalicji (powstał rząd mniejszościowy), zobowiązali się popierać panią premier w głosowaniach. Pod warunkiem, że spełni ich postulaty.

Zieloni wymogli na Gillard wprowadzenie możliwie jak największych podatków na przedsiębiorstwa produkujące dwutlenek węgla. Ogłoszona w zeszłym miesiącu reforma (miałaby wejść w życie od 2012 r.) uczyniłaby ten kraj najdroższym na świecie krajem dla biznesów emitujących gazy cieplarniane. Co sprawia niemały problem, bo państwo-kontynent zarabia głównie na tego typu firmach. Jeżeli dodać do tego jeszcze plany wprowadzenia 30-procentowego podatku dochodowego na kopalnie rudy żelaza i węgla, to oświadczenie Ministra Kopalnictwa, Normana Moore’a, że Australia Zachodnia (której Moore jest reprezentantem) wystąpi z federacji (czytaj: dokona secesji), nie wydają się oderwanymi od rzeczywistości majaczeniami politycznego wariata.

Dziś, podczas pierwszej wiosennej sesji parlamentu, przed jego budynkiem odbyła się demonstracja przeciwko planowanym zmianom. A tego samego dnia, z różnych punktów Australii wyruszyły konwoje ciężarówek, które mają się spotkać w Canberze na wiecu domagającym się przyśpieszonych wyborów. Protest zorganizowali wielcy hodowcy bydła, związki kierowców i właściciele różnych biznesów z miast górniczych, którzy twierdzą, że rząd został przez Zielonych “wzięty na zakładnika”.

Akcję (ale prawną) przeciw gabinetowi Gillard zapowiedziały też międzynarodowe koncerny tytoniowe. Rząd chce bowiem, żeby od połowy przyszłego drastycznie zmienił się wygląd paczek papierosów. Od pierwszego lipca, wszystkie miałyby mieć jednolity kolor, a nazwy marek byłyby na nich pisane taką samą, niewielką czcionką. Zamiast znaków firmowych, miałyby je ozdabiać zdjęcia pokazujące, co nałóg powoduje u palaczy, np. zniszczone zęby, płuca itd.

FajkiOd przyszłego roku, jakość paczki zgodna z jakością produktu

Wielkie kontrowersje (tak prawne, jak i wśród opinii publicznej) wzbudza też jeszcze jedna sprawa, w której Penny Wong jest postacią symboliczną. Minister Finansów jest bowiem nie tylko pierwszą otwarcie lesbijską posłanką, lecz także pierwszym członkiem parlamentu, który urodził się w Azji. Wong przyszła bowiem na świat w ojczyźnie swojego ojca, Malezji, a z tym krajem Australia podpisała niedawno umowę, która wywołuje sporo napięcia.

Dział Zagraniczny opisywał już, jak Canberra traktuje osoby, starające się uzyskać w Australii azyl. W zeszłym roku było ich 6,5 tys., w tym władze spodziewają się ich równie wielu. Choć dla tak ogromnego i potrzebującego rąk do pracy kraju, nie są to zatrważające liczby, to chodzi o narodowość imigrantów – większość z nich pochodzi ze Sri Lanki, Wietnamu, Afganistanu i Iraku. Była brytyjska kolonia pozostaje wciąż głęboko rasistowska (wystarczy wspomnieć, że dopiero przed kilkoma laty rząd zdecydował się przeprosić za wieloletnią politykę odbierania Aborygenom dzieci, których jedno z rodziców mogło być białe i ich przymusowej “europeizacji”) i nie chce się bardziej zabarwić.
Władze najchętniej trzymałyby uciekinierów jak najdalej od swoich granic i to bez względu na orientację polityczną rządu. Prawicowa ekipa Johna Howarda otwierała obozy na Papui-Nowej Gwinei i Nauru, a lewicowa głośno ją wówczas krytykowała i po dojściu do władzy zlikwidowała, tylko po to, żeby w tym roku podpisać identyczną umowę właśnie z Malezją. Chwilowo zablokował ją Sąd Najwyższy, który ma badać jej legalność.
Opinia publiczna jest w tej sprawie podzielona, ale chociaż część Australijczyków publicznie potępia takie rozwiązanie, to w prywatnych rozmowach po cichu przyznaje, że je popiera. W kraju dość regularnie dochodzi do ataków na osoby o nieeuropejskim wyglądzie.

Nic dziwnego, że przy tych wszystkich kontrowersjach, wyznanie minister-lesbijki o tym, że spodziewa się dziecka, nie wzbudza gorących emocji. Chociaż małżeństwa osób tej samej płci są wciąż zabronione (na podstawie specjalnej ustawy z 2004 r.), a rząd nie uznaje zawartych przez ich obywateli w krajach, gdzie jest to legalne, to już przed laty praktycznie zrównano z nimi w prawach związki cywilne. Ich akceptacja w sondażach od dawna nie spada poniżej 60 proc.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Australia ogromnie się laicyzuje. Chociaż ponad połowa jej mieszkańców wciąż określa się jako chrześcijanie (głównym wyznaniem jest katolicyzm), to im niższa grupa wiekowa, tym mniej jest takich deklaracji. Tylko 1/3 nastolatków uważa się za wierzących. Zresztą, starsi deklarują wiarę też bardziej na pokaz – w nabożeństwach uczestniczy dziś w sumie nie więcej niż 16 proc. ludności. Biorąc pod uwagę, że inne niż chrześcijaństwo wyznanie, deklaruje nieco ponad 5 proc. mieszkańców, widać tym wyraźniej, że Australia staje się Republiką Czeską Oceanii – państwem bezwyznaniowym.

Nic dziwnego, że Minister Finansów może odważnie deklarować swoją orientację i działać na rzecz legalizacji małżeństw homoseksualnych. Australijska Partia Pracy ma nad tym postulatem debatować w grudniu – dokładnie wtedy, kiedy na świat przyjdzie dziecko Penny Wong i jej partnerki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Łatwo zebrać kakao, trudniej zrobić czekoladę

“Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”

Powyższy cytat jest wzięty z wczorajszego podsumowania tygodnia. W chwili, gdy te słowa były pisane, rebelianci popierający Ouattarę wkraczali do Pałacu Prezydenckiego (w asyscie 30 francuskich czołgów) i brali Laurenta Gbagbo w niewolę. Były prezydent, który od listopada nie chciał się pogodzić z przegraną w wyborach, trafił za kratki i będzie sądzony. Próba sił się skończyła i Alassane Ouattara wyszedł z niej jako zwycięzca. Ale tylko pozornie, bo w rzeczywistości łatwiej było pokonać Gbagbo i zapanować w kraju, ale dużo trudniej będzie postawić Wybrzeże Kości Słoniowej na nogi.

Gbagbo aresztowanyLaurent Gbagbo wyprowadzany z Pałacu Prezydenckiego (Fot. AP)

– Chcę być prezydentem i obrońcą wszystkich mieszkańców – deklarował w czwartkowym wystąpieniu Ouattara. Problem w tym, że swoimi działaniami sam zraził do siebie dużą ich część.
To nie jest tak, że Gbagbo był jakimś samotnym dyktatorem z garstką chciwych wojaków u swego boku. Miał realne poparcie bardzo wielu (jeżeli nie większości) mieszkańców chrześcijańskiego południa. Ouattara, muzułmanin z północy, reprezentujący mniejszości narodowe z korzeniami w Burkina Faso i Mali, jest tu postrzegany bardzo niechętnie. O ile przez pierwsze tygodnie konfliktu mógł sobie jeszcze ugrać punkty sympatii pasywnym stylem (to w końcu on wygrał wybory i to nie on rozpętał tę całą awanturę), to rzucenie do boju wiernych sobie rebeliantów z Północy mocno tym wizerunkiem zachwiało. A już masakra w Duékoué, gdzie z ich rąk zginęło ok. tysiąca osób, nie tylko całkowicie kompromituje te siły, ale w dodatku w niedługiej przyszłości może spowodować odwet żądnych zemsty rodzin.

Kolejną kłodą pod nogi, jest udział Francuzów. Wybrzeże Kości Słoniowej było przecież ich kolonią i niechęć do dawnych panów wciąż tli się w kraju, szczególnie na jego południu. Gbagbo potrafił bardzo sprawnie rozgrywać tę nacjonalistyczną kartę i nastawiać swoich ziomków nie tylko przeciwko mieszkańcom północy, ale także francuskim żołnierzom, którzy rozdzielali obie strony po wybuchu poprzedniej wojny domowej. Udział Paryża w obaleniu Laurenta z pewnością zostanie odebrany przez jego zwolenników, jako neokolonializm i siłowe narzucanie podległego sobie prezydenta. To, że żona Ouattary jest Francuzką, a on sam koleguje się blisko z Sarkozym, sprawy nie ułatwia.

Jak nowa głowa państwa może rozbroić tykającą bombę? Trzy zadania wydają się teraz najbardziej potrzebne.
Po pierwsze, wszyscy winni morderstw na cywilach i przestępstw wojennych, powinni zostać osądzeni za swe czyny. Ouattara już zapowiedział dochodzenie i procesy sprawców masakry w Duékoué. Nie wiadomo tylko, czy będzie dość silny, żeby słowa dotrzymać: popierający go rebelianci to bardzo niejednorodna grupa złożona z wielu frakcji, jeżeli poczują się zbyt zagrożeni, mogą zbuntować się i przeciw nowemu prezydentowi, a trudno sobie wyobrazić, by pomocy udzielała mu wóczas pobita właśnie armia.
Po drugie, scalanie państwa po wyniszczających kilku miesiącach nie może się obyć bez rządu pojednania. Najrozsądniej byłoby dokoptować do gabinetu byłych współpracowników Gbagbo, którzy legitymizowaliby nowy rząd, pokazując swoim ziomkom: “Patrzcie, odbudowujemy ten kraj razem, dla wspólnej przyszłości”. Wielu południowcom łatwiej byłoby wówczas znieść goryczk porażki. Problem w tym, że Gbagbo przez lata izolował wielu swoich współpracowników i podcinał skrzydła tym, którzy wyrastaliby na zbyt ważne figury. Przez co mało który z nich ma wśród chrześcijan wystarczający autorytet, żeby pociągnąć za sobą masy.
Wreszcie po trzecie, Ouattara mógłby się zastanowić nad przemeblowaniem konstytucji. Zmiana z systemu prezydenckiego na parlamentarny dałaby większe spektrum poglądów we władzy i bardziej zniuansowaną reprezentację społeczeństwa, niż tylko dwa przeciwstawne bloki chrześcijańskie południe-muzułmańska północ. Większa decentralizacja władzy i oddanie jej części regionom skutecznie osłabiłoby lokalne animozje.

Co przyniesie przyszłość, możemy tylko zgadywać i mieć nadzieję, że Wybrzeże Kości Słoniowej na tym zyska. Jedyne co w tej chwili jest pewne, to: ceny kakaa za chwilę spadną, produkcja czekoladowych zajęcy jest niezagrożona. Wielkanoc uratowana!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Antykaddafi

Podczas gdy oczy świata są zwrócone na krawe starcia w Libii, reszta krajów arabskich wciąż wrze. W jednym z nich, demonstranci rozbili w centrum stolicy miasteczko namiotowe na wzór egipskiego placu Tahrir i domagają się reform, a rządzący nimi dotąd jednoosobowo władca zaczyna te postulaty powoli spełniać. Maroko? Syria Bahrajn? Jemen? Nie, państwo z regionu, o którym pisze się zdecydowanie najrzadziej – Oman.

Królestwem wielkości Białorusi od 40 lat włada Kabus ibn-Said. Mało kto o nim słyszał, chociaż w świecie arabskim jest nie mniejszym ekscentrykiem niż Muammar Kaddafi, a pod kilkoma względami jest wręcz Antykaddafim. Mówisz “Kabus ibn-Said”, myślisz “Oman”. Mówisz “Oman”, myślisz “Kabuis ibn-Said”. Historia ostatniego półwiecza tego państwa, to po prostu biografia jego władcy. Chociaż gdy debiutował, wszystko wskazywało na to, że będzie zupełnie inaczej.

W przeszłości Oman był krajem bogatym i potężnym. Sułtanat miał wielkie posiadłości od Afryki po Azję, handlował z Chinami i Indiami, zanim Europa w ogóle zaczęła się nad tym zastanawiać, miał flotę wojenną, z którą liczyć musieli się wszyscy duzi gracze, a w dyplomacji był tak aktywny, że jako pierwszy muzułmański rząd na świecie wysłał stałego ambasadora do Stanów Zjednoczonych.
Jednak na początku XX wieku, większość mieszkańców musiała być szczerze przekonana, że opowieści o świetności ich państwa, to tylko bajki dla dzieci. Podbity najpierw przez Turcję, potem przez Persję, a w końcu uzależniony od Wielkiej Brytanii, Oman stał się formalnie protektoratem tej ostatniej. Pozbawiony swoich zamorskich terenów, zubożały i zarządzany w średniowiecznym stylu, rozpadł się de facto na dwie części: kontrolowane przez stolicę wybrzeże i pogrążony w wiecznych walkach plemiennych interior.
W całym kraju były tylko trzy szkoły podstawowe, 10 km utwierdzonej drogi, a bramy do Maskatu ryglowano codziennie wieczorem po wystrzale z armaty i gwardziści mieli prawo zastrzelić każdego, kto krążył po mieście po zmroku bez pochodni.
W dodatku rządzący wówczas sułtan Said ibn-Taimur był według wielu współczesnych najzwyczajniej w świecie szalony. Zabraniał poddanym posiadać telewizorów, radio nazywał wytworem diabła, w pewnym momencie zabronił nawet noszenia okularów. Niechętnie wpuszczał do Omanu jakichkolwiek obcokrajowców, a swoim poddanym nie pozwalał wyjeżdżać wcale (za jego czasów Oman nie miał ani jednego ambasadora, nawet u sąsiadów). Tym dziwniejsze, że do szkoły po drugiej stronie oceanu wysłał jedynego syna i następcę tronu: Kabusa.

SułtanSułtan Omanu vel Sean Connery Bliskiego Wschodu (Fot. Mohammed Mahjoub/AFP)

Młody książę chodził do podstawówki w Indiach, zaczął tam też liceum, ale bardzo szybko przeniósł się do Anglii, gdzie po zdaniu matury wstąpił do elitarnej Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst (wśród absolwentów są między innymi książęta William i Harry, oraz nasz ulubiony władca Tonga, George Tupou V). Po jej skończeniu odbył nawet służbę w brytyjskiej armii.
Potem zrobił sobie jeszcze wycieczkę dookoła świata i wrócił radośnie do domu, gdzie kochający tata… zamknął go na sześć lat w areszcie domowym.

Albo ojciec wiedział, co robi, albo synowy po prostu w pewnym momencie para poszła spod dekla, bo w lipcu 1970 r. poprosił kolegów z British Army o pomoc i po krótkiej ruchawce wkroczył do pałacu, rzucając od progu:
– Tato, obalam cię. Pakuj turbany.
Said ibn-Taimur udał się na wygnanie do… tak, Anglii (można w ciemno obstawiać, że miał niezły dystans do sprawy). Do śmierci mieszkał w Londynie, a jest pochowany w miejscowości Woking w Surrey. Ciekawostka: Dział Zagraniczny był tam w wieku 12 lat przez jakieś dwie albo i trzy godziny, chociaż nawet nie wiedział, że Oman istnieje (a nawet, gdyby wiedział, to pewnie myślałby, że jest gdzieś koło Surinamu, czyli w Laosie).

Dla Kabusa nastała era mówienia wszystkim co mają robić, a dla całej reszty – czas bogacenia się.
Nowy sułtan najpierw uzgodnił z europejskimi kolegami, że czas skończyć z protektoratem, potem wyprosił u nich jeszcze, żeby pomogli mu zdusić rebelię na południu kraju, a następnie ostatecznie zjednoczył wybrzeże i interior i na nowo nazwał państwo Omanem (do tej pory działające pod nazwą Sułtanat Maskatu i Omanu).
A potem poszło już z górki. Za kasę z wydobycia ropy (205 tys. baryłek dziennie) Kabus sfinansował autostrady, lotniska, szkoły i uniwersytety. Dzieci obowiązkowo uczą się informatyki i angielskiego już od pierwszej klasy. W kraju, gdzie jego ojciec zabraniał telewizorów, dziś każdy dom ma antenę satelitarną. Powstał parlament, choć jego rola (przynajmniej do teraz) była tylko doradcza, a prawo głosu dostały między innymi kobiety (kilka z nich było nawet ministrami).

Oman jest tak odmienny od swoich sąsiadów, jak jego władca od kolegów po fachu. Zaangażowany w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie, był pierwszym arabskim przywódcą po Sadacie, który rozpoczął rozmowy pokojowe z Izraelem. Jest melomanem i znanym miłośnikiem muzyki klasycznej. Łoży miliony na ponad stuosobową orkiestrę symfoniczną, do której muzycy są selekcjonowani już jako dzieci. Sam w wolnych chwilach komponuje i grywa na organach i lutni.
Ale najbardziej w regionie wyróżnia go to, że jest samotny, nie ma żony ani dzieci. W latach 70. wziął co prawda ślub z kuzynką, ale rozwód nastąpił tak szybko, że mało kto w ogóle o tym małżeństwie pamięta. W istocie, często powtarzana w kraju plotka głosi, że sułtan jest po prostu gejem. Nie da się tego jednak w żaden sposób potwierdzić, bo mieszkańcy Omanu boją się nawet na ten temat żartować, a zachodni analitycy, którzy poruszali ten temat, na dowód przytaczają opowieści anonimowych – a zatem mało wiarygodnych – znajomych.

Mimo wszystko, Oman nie jest rajem. Chociaż PKB per capita wynosi 18 tys. dolarów (7 razy więcej, niż np. w Egipcie), to wbrew pozorom nie każdy spija śmietankę. Najlepsze fuchy są zarezerwowane dla członków wpływowej elity, korupcja jest spora, a coraz liczniejszej młodzieży po studiach nie jest łatwo znaleźć nawet pracy poniżej ich kwalifikacji (brzmi znajomo), bo tę wykonują już za nią inni: w kraju, który ma niecałe 3 mln mieszkańców, prawie 800 tys. to imigrancji z Pakistanu, Bangladeszu i innych biednych krajów azjatyckich.
Nie ma też wolności prasy, niektórzy ministrowie są po prostu znienawidzeni, a młodsze pokolenia mają dość głosowania na posłów, którzy i tak są listkiem figowym przy władcy.

Miasteczko namiotoweProtest nie protest, trzeba mieszkańcom Omanu przyznać, że brody mają fest (Fot. Hasan Jamali/AP)

Dlatego pod koniec lutego, w Omanie wybuchły protesty podobne do tych z innych krajów arabskich. W Suharze (drugim największym mieście w kraju) i Maskacie zastrajkowali pracownicy rafinerii, żądając podwyżek. W stolicy na ulice wylegli studenci i absolwenci, domagając się stworzenia nowych miejsc pracy. A opozycja demokratyczna założyła miasteczko namiotowe pod hasłami reform politycznych, zwolnienia niepopularnych ministrów i poluzowania medialnych restrykcji.

Sułtan początkowo odpowiedział siłą (w starciach z policją zginęły ponoć dwie osoby), ale bardzo szybko zaczął spełniać postulaty protestujących. Zapowiedział podwyżkę płac o 40 proc. od przyszłego tygodnia, zapewnił znośną kuroniówkę i już dał parlamentowi inicjatywę ustawodawczą.

Na pewno nie bez wpływu na jego postępowanie pozostaje fakt, że nikt się nie domaga jego odejścia. Przeciwnie, tłumy na ulicach żądają zmian, ale równocześnie skandują hasła na jego cześć. Trudno o lepszy dowód na to, że lepiej jest kasę z ropy pompować w infrastrukturę niż sprzęt do rozpędzania demonstracji.

Na razie sułtan idzie na drobne ustępstwa, ale nie wiadomo, czy nie zdecyduje się na coś więcej. Jak wiemy – nie ma następcy, więc nie musi się martwić o zapewnienie dziecku ciepłego lądowania. Czy pokusi się o zmianę monarchii absolutnej na konstytucyjną? Albo na pełną demokrację? Chwilowo nic na to nie wskazuje, ale jak widać, z Kabusem ibn-Saidem nigdy nic nie wiadomo.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.