Archive

Posts Tagged ‘Religia’

Przynęta

– Nie chciałbym, Pani Prezydent, żeby było Pani przykro, że nowy Minister Rybołówstwa nie potrafi nawet założyć przynęty na haczyk – niezwykłe słowa autokrytyki jak na pierwszy dzień urzędowania. Ale trudno się dziwić Brazylijczykowi Marcelo Crivelli, bo kiedy w czwartek dostawał nominację na to stanowisko, jego jedynie znane publicznie związki z rybactwem to wypowiedź, że “nie wierzy w ewolucję, bo nigdy nie widział skamieliny, która byłaby pół-rybą i pół-ptakiem”. Za to w internecie od razu zaroiło się od żartów, że Crivella świetnie nadaje się na to stanowisko jako były “poławiacz dusz”. Bo nowy minister, to były biskup.

Do tej pory, kiedy zagraniczni korespondenci chcieli pokazać absurdy brazylijskiej polityki, pisali o Francisco Everardo Oliveirze Silvie. Znany bardziej jako Tiririca, w latach 90. zabłysnął jedynym w życiu hitem na listach przebojów, po czym zaczął występować w telewizji jako klaun. W 2010 r. ogłosił nagle, że wystartuje w wyborach do kongresu i po kuriozalnej kampanii (jego najbardziej znane hasła to: “Co robi deputowany federalny? Nie wiem. Ale głosuj na mnie, to ci powiem” i “Jeżeli mnie wybierzecie, to obiecuję pomóc wszystkim brazylijskim rodzinom… szczególnie mojej”), niespodziewanie dla wszystkich zgarnął drugą największą liczbę głosów w historii Brazylii. Nowi koledzy z parlamentu próbowali jeszcze upokorzyć klauna, zmuszając go do udowodnienia, że nie jest analfabetą, ale od tamtej pory Tiririca bez przeszkód reprezentuje stan São Paulo i co jakiś czas wzbudza wesołość dziennikarzy.

Od teraz, korespondenci będą mieli zdecydowanie wdzięczniejszy temat do ironizowania. Członek Partii Liberalnej, którą tworzą konserwatyści. Chrześcijański fundamentalista, który popiera aborcję. Przedstawiciel prawicy, który uważa, że Ewangelia jest komunistyczna. I w dodatku wokalista, który sprzedał miliony płyt.

Marcelo Crivella z trudem mieści się w wąskich ramach Ministerstwa Rybołówstwa

tiriricaDział Zagraniczny też by głosował na tego pana

– Bóg nie wybiera tych najlepiej przygotowanych, ale zawsze przygotowuje tych, których wybrał – ciągnął w swojej przemowie inauguracyjnej Crivella. Nic dziwnego: całą karierę zawdzięcza korporacji swojego wujka, której znakiem towarowym jest Królestwo Boże.

Chociaż przyszedł na świat w rodzinie katolików, przyszły minister chodził do szkoły prowadzonej przez metodystów, a później stał się zielonoświątkowcem pod wpływem swojego wujka Edira Macedo. Ten, już w 1977 r. założył Kościół Powszechny Królestwa Bożego, który z małej wspólnoty zdążył przez trzy dekady wyrosnąć na gracza wagi superciężkiej. Dziś skupia 14 mln wiernych w ponad 200 krajach świata. W São Paulo buduje właśnie “Świątynię Salomona” – megakościół, który pomieści 10 tys. osób. Jego tygodnik “Folha Universal” ma nakład 2 mln egzemplarzy, a telewizja Record jest drugą najpopularniejszą stacją w kraju.

Nic dziwnego, że kiedy Crivella – wówczas już biskup w kościele wujka – postanowił wziąć się za muzykę, z miejsca został gwiazdą estrady. Jak do tej pory, wydał 14 płyt, które sprzedały się w ponad 5 mln egzemplarzy. Nowy minister to największa w Brazylii gwiazda gospel:

Do wielkiej polityki zaprowadziły go jednak nie talenty wokalne, tylko ciężka praca u podstaw. Crivella przez kilka lat pracował jako misjonarz w Afryce, co podobno bardzo wyczuliło na problemy najuboższych. I nie jest żaden PR – po powrocie do ojczyzny, Marcelo dokonał małego cudu w Nordeste. To najbiedniejszy i najsuchszy region Brazylii. Crivella założył tam prężnie działającą fundację i na leżących odłogiem państwowych nieużytkach wokół miasteczka Irecê, przeprowadził program irygacyjny wzorowany na rozwiązaniach, jakie podpatrzył w pustynnych kibucach podczas kilku pielgrzymek do Izraela. Na pewno nie zawadziło, że z wykształcenia jest inżynierem lądowym.

W 2003 r., dzięki głosom zachwyconych nim zielonoświątkowców, Crivella bez problemu dostał się do Senatu. I od tamtej pory, cały kraj nie może się nadziwić jego oryginalnym poglądom.

Jego wujek Edir Macedo, to chyba jedyny na świecie lider chrześcijańskich fundamentalistów, który popiera aborcję i w jej promowaniu pomaga sobie nawet cytatami ze Starego Testamentu. Uważa, że dzięki niej zmniejszy się przestępczość wśród młodocianych i że lepsze już takie rozwiązanie, niż porzucone dzieci żywiące się na śmietnikach. Crivella przez długi czas popierał jego poglądy, a wyparł ich się stosunkowo niedawno, żeby nie zrażać do siebie ewangelickich wyborców spoza kościoła swojej rodziny, w większości przeciwnych zabiegowi. Pozostał jednak wielkim orędownikiem edukacji seksualnej.

Minister jest przeciwny związkom tej samej płci, ale – w przeciwieństwie do innych zielonoświątkowców – nie zgadza się na kryminalizację homoseksualizmu, tłumacząc, że jest to forma przemocy.

Partia Liberalna, której był współzałożycielem, była ugrupowaniem konserwatystów. Ale podczas imprezy z okazji 85-lecia Komunistycznej Partii Brazylii, rzucił z senackiej mównicy, że “nie ma bardziej komunistycznej książki, niż Ewangelia”. Brazylijska Partia Republikańska, w którą po latach przekształciła się poprzednia formacja, uznawana jest już za centro-lewicową.

senatorSenator Crivella na mikrofonie – wyjątkowo nie śpiewa (Fot. Agência Senado)

Prezydent Dilma Rousseff nie mianowała go jednak z powodu ciekawej osobowości. Za jej wyborem stoi twarda kalkulacja polityczna.

Ewangelicy to dziś w Brazylii prawdziwa potęga. Chociaż kraj wciąż zamieszkuje największa liczba katolików na świecie, to już prawie co czwarty obywatel jest członkiem protestanckiej kongregacji. Za tymi liczbami idzie siła polityczna. Nowe kościoły mają w parlamencie ponad 40 reprezentantów, wiele głosowań zależy właśnie od nich. Marina Silva, która w poprzednich wyborach prezydenckich zajęła trzecie miejsce, swoją wysoką pozycję zawdzięczała właśnie temu, że jest żarliwą protestantką. Dilma na takie względy fundamentalistów nie ma co liczyć.

– Powiedziałem jej: nie mam nic przeciwko tobie, uważam, że jesteś inteligentną i kompetentną kobietą, ale nie mogę na ciebie głosować – zdradzał niedawno temu w wywiadzie pastor Silas Malafaia. Duchowny jest postacią kontrowersyjną, ale bardzo wpływową i przez wiele lat otwarcie głosił poparcie dla Luli, poprzednika i protektora Dilmy. Ale nowa głowa państwa to była komunistyczna działaczka, niegdyś aktywna w miejskiej partyzantce. Jest liberalna, popiera wolność wyznania, prawa kobiet i homoseksualistów. Dla wielu fundamentalistów jest nie do przełknięcia.

Tymczasem, nigdy jeszcze nie potrzebowała ich poparcia tak jak teraz. W nieco ponad rok od objęcia urzędu, musiała zdymisjonować aż siedmiu ministrów oskarżonych o korupcję. To akurat dobrze o niej świadczy – za czasów Luli, takie sprawy były zamiatane pod dywan. Ale opozycja już wykorzystuje tę sytuację, żeby uderzać w jej gabinet. Dilma musi więc szukać sojuszników wśród ewangelików. Crivella, choć sam nie jest nieposzlakowanej opinii, jest w tym środowisku jednak bardzo wpływowy, a politycznie zawsze sprzyjał partii rządzącej. Mianując go Ministrem Rybołówstwa, Rousseff próbuje sobie zjednać religijnych konserwatystów, od których może w przyszłości zależeć jej rząd.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Prezydent jest w kontakcie

Od razu na wstępie warto zaznaczyć, że podsumowania tygodnia nie będzie w następną niedzielę, ani w jeszcze następną, bo za kilka dni Dział Zagraniczny wyjeżdża – jak nazwa wskazuje – zagranico.

1. Sto lat, sto dziesięć

Zacznijmy od smutnej informacji. Jeszcze w marcu Dział Zagraniczny życzył z okazji 110. urodzin wszystkiego najlepszego Claudeowi Choulesowi, ostatniemu żyjącemu weteranowi I Wojny Światowej.
Niestety, urodziny okazały się ostatnie – w czwartek Choules zmarł. Był bohaterem kilku filmów dokumentalnych, w których mówił, że okropieństwa konfliktów zbrojnych (służył też w II Wojnie Światowej) zrobiły z niego pacyfistę i że jest przeciw gloryfikacji przemocy, dlatego między innymi odmawiał brania udziału w obchodach kolejnych rocznic związanych z wojnami, w których brał udział.
Może nie była to postać wielka, ani wybitna, ale jego postawa na pewno warta jest naśladowania.

Claude ChoulesClaude Choules 1901-2011 (Fot. AP)

2. Ziemia Święta

No to przy okazji konfliktów: wciąż nie wygasa ten na granicy Kambodży i Tajlandii.
O co chodzi? W IX w. Khmerowie zbudowali świątynię Preah Vihear mniej więcej w środku Indochin, które wówczas kontrolowali prawie w pełni. Po latach jednak, ich imperium zaczęło się kurczyć, a władzę na opuszczanych terenach przejmowali nowi władcy i nowe narody. Dziś, po wielu wiekach, trochę trudno dojść do porozumienia kto dokładnie jest spadkobiercą czego. Tak jest też w przypadku Preah Vihear – pretensje do kompleksu zgłaszają zarówno Tajlandia jak i Kambodża. W XX w. było co najmniej kilka prób rozwiązania dysputy, ale niewiele z nich wynikało. W końcu, w 1962 r., Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości uznał, że świątynia należy się jednak Phnom Penh. Sęk w tym, że nie wypowiedział się w sprawie okolicznych ziem, a że są to tereny zalewowe, to Tajlandia uznała, że mapy z początku poprzedniego wieku (na podstawie których zapadł wyrok) nie oddają sytuacji na miejscu i że same budynki to Kambodża może sobie jeszcze wziąć, ale już okolicę bierze Bangkok.
I git, nikt by się sprawą w ogóle nie przejmował, bo powiedzmy sobie wprost: Preah Vihear leży na kompletnym zadupiu. Ale w lipcu 2008 r. Kambodża wystąpiła do UNESCO o wpisanie świątyni na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego. I nagle, w Bangkoku komuś się zagotowało pod czapką. Tajlandia wysłała na miejsce żołnierzy, sąsiad po drugiej stronie granicy zrobił dokładnie to samo, a co się dzieje, kiedy w gorącym klimacie rozlokujecie niedaleko siebie dwa obozy facetów z ciężką bronią, to naprawdę nie powinno być na nikogo wielką tajemnicą.
Więc szybko doszło do pierwszych potyczek, które z pewnymi przerwami powtarzają się do dziś. W sumie zginęło w nich już kilkadziesiąt osób, w tym paru cywilów.
W poniedziałek Kambodża powtórnie pozwała sąsiada do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Czy panowie w togach zdołają położyć kres konfliktowi? Dział Zagraniczny nie wie, ale radzi, żeby się pośpieszyli – już dzień po złożeniu sprawy, w Preah Vihear do licznika dołączyła kolejna ofiara, żołnierz z Tajlandii.

3. Logroño, bierz przykład z Yorku i się nie wygłupiaj

A przecież da się rozwiązywać spory na spokojnie. Weźmy Hiszpanię i Argentynę. W Europie mają region, który nazywa się La Rioja i produkuje wina od IX w., a w Ameryce Łacińskiej Juan Ramirez de Velazco w 1591 r. założył miasto Todos los Santos de la Nueva Rioja, gdzie… tak, produkuje się wina.
Dopóki podróż z jednego kontynentu na drugi wymagała żagli, szczurów pod pokładem i szkorbutu po dotarciu do celu, to nikt się nie spinał. Ale przyszła globalizacja i procenty z Argentyny zaczęły zdobywać uznanie w Stanach i na Starym Kontynencie. Na co sepleniący wąsacze z Półwyspu Iberyjskiego nie mogli nie zareagować:
– Oddawać trejdmarka! – krzyknęli Hiszpanie i w 1999 r. poszli do sądu.
A ten wydał w tym tygodniu wyrok (12 lat, nawet nie chce mi się tego komentować), w którym odrzucił skargę, ponieważ nie tylko na wszystkich argentyńskich etykietkach jest wyraźnie napisane “La Rioja ARGENTINA”, ale w dodatku przytłaczająca większość winogron używanych w Europie to czarne Tempranillo, a z kolei w produkcji latynoskiej dominują białe Torrontes.

Dział Zagraniczny pił i jedne, i drugie. A, że na winach się tak naprawdę nie zna, to różnicy nie wyczuł. Poza tym, umówmy się, że chyba jednak większość świata – podobnie jak autor tego bloga – kieruje się jedną zasadą: butelka ma nie trzeszczeć więcej niż trzydzieści zeta. I chlup.

4. Bramka ważniejsza od flagi

Jeszcze przy okazji Argentyny dwa newsy.

Po pierwsze, był kiedyś Manuel Belgrano. Który zasłużył się tym, że zaprojektował flagę Argentyny. No i jeszcze kilkoma rzeczami, ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim sztandar i za to Manuel trafił na 10-pesowe banknoty. Chociaż tyle od rodaków, którzy za życia się na niego wypięli, przez co umierał w nędzy.
Ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach walka o niepodległość ojczyzny uległa inflacji. Bo chłopaki z Kościoła Maradony (tak, Ręka Boga ma kilkadziesiąt tysięcy zarejestrowanych wyznawców) rozkręcili na fejsbuku akcję, żeby jednak Manuela zastąpić Diegiem.

Dział Zagraniczny proponuje też, że jak ze stówek poleci Roca, to warto na nie dać Messiego. Dzięki temu oba typy banknotów będzie można fizycznie zmniejszyć o połowę. Ratujmy lasy!

Belgrano pesoTu już niedługo wyznawcy chcieliby widzieć Boskiego Diego

News drugi jest taki, że Policja Federalna założyła sobie oficjalne konto na Twitterze. Warto czytać. Ulubiony wpis Działu Zagranicznego: “Dzieci biorą narkotyki, żeby być w lepszym kontakcie ze społeczeństwem”.

5. Comando Wojtyła

Kto jeszcze bierze, żeby być w lepszym kontakcie? Kończący właśnie karierę prezyden Peru, Alan García. Rzecze bowiem Alan w poniedziałek przy okazji otwierania hydroelektrowni:
– Jego pierwszym cudem [“jego”, czyli Jana Pawła II, a pierwszym po beatyfikacji – przyp. DZ] było usunięcie ze świata wcielenia zła, inkarnacji przestępstwa i nienawiści!
Czytaj: Karol załatwił Osamę.

Alan, jak już bierzesz, to chociaż powiedz co konkretnie. Dział Zagraniczny też chce.

6. Najciemniej pod latarnią

Dział Zagraniczny nie wie, czy Alan García zna się z Sheryl Cwele, ale to możliwe. Kim jest pani Cwele? Szefową siatki, która przemycała duże ilości narkotyków z Ameryki Południowej i Turcji do RPA. Przestępcy wpadli, kiedy dwa lata temu w Sao Paulo aresztowano członkinię grupy, która w torbie między bikini a szortami upchała dodatkowe 10 kilo kokainy. I szybko zaczęła sypać wspólników.
Niby banał, ale sprawa staje się ciekawsza, kiedy uświadomimy sobie, że Sheryl Cwele jest żoną Siyabongi Cwele. Czyli… szefem Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnej między innymi za walkę z przemytem narkotyków.
Sheryl dostaław piątek 12 lat. Siyabonga trzyma się jednak stołka, nie chce się podać do dymisji i twierdzi, że w ogóle o niczym nie wiedział. Jak dla mnie – Śledczy Roku.

7. A mógłby być świetnym gitarzystą

Policja walcząca z handlarzami narkotyków odniosła też sukces w Brazylii. We wtorek w Santa Catarina zatrzymano mężczyznę podejrzanego o działalność w tej branży, ale facet wykręcał się, podając za własnego brata i pokazując jego dokumenty (ale ze swoim zdjęciem). Na nic to jednak, bo brat miał u każdej dłoni palców pięć. A aresztowany sześć. Serio:

SześciopalczastyTrochę trudne do ukrycia cechy szczególne (Fot. AFP)

Kiedyś w “Wyborczej” był taki tekst o wyłudzeniach ubezpieczeń. Są ludzie, którzy dla kilku tysięcy odrąbują sobie własne palce u rąk, po jednym na parę miesięcy. Dział Zagraniczny widzi potencjał po drugiej stronie oceanu.

8. A podobno od nadmiaru głowa nie boli

And last but not least, Uniwersytet Nowej Południowej Walii (w Australii, znaczy się) przepytał kilka tysięcy mieszkańców kraju w kwestii ich preferencji seksualnych. I wyszło, że wśród chłopców w grupie wiekowej 16-24, tylko 1/3 respondentów chciałaby uprawiać seks częściej niż to się dzieje obecnie. Reszcie styka jak jest, a 12 proc. powiedziało nawet, że woleliby jednak kochać się rzadziej.

Dział Zagraniczny myślał nad interpretacją. Bardzo intensywnie. I przyznaje się do porażki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pytony i sataniści

Co przyniósł pierwszy tydzień 2011? Mnóstwo uniesień duchowych.

1. Zmiany koncesjonowane

Jak co roku, na Kubie zjechali się kapłani Santerii. To taki typowy dla zachodniej hemisfery kult synkretyczny, łączący elementy chrześcijaństwa z wierzeniami afrykańskimi. No i też jak co roku, przywódcy tej religii wydali “Letra del Año”, “List Roku”, w którym przewidują jakie będzie nadchodzące 12 miesięcy. A według nich przyniosą one wielkie zmiany, otwarcie ekonomiczne, wzrost importu i eksportu, ale też śmierć znanych polityków i zagrożenie zamachów stanu.
Jeżeli się cofniemy do stycznia 2010 roku i zajrzymy do ówczesnego “Listu Roku”, to zawiera on z grubsza takie same wróżby. Z których żadna się jakoś nie sprawdziła (Dział Zagraniczny zgaduje, że może po prostu bogowie lubią sobie robić jaja ze swoich wyznawców). Tym razem jednak santeros nie strzelają na ślepo, bo przecież w życie właśnie zaczynają wchodzić największe reformy ekonomiczne od czasów rewolucji (częściowa prywatyzacja zatrudnienia, zwolnienie pół miliona pracowników budżetówki, itd.), a w kwietniu ma się odbyć pierwszy od kilkunastu lat zjazd partii, na którym – według słów Raula Castro – obecna generacja przywódców przekaże dużą część odpowiedzialności następcom. Dział Zagraniczny zawsze uważał, że podstawą dobrej wróżby, jest dokładna lektura prasy.
Nie bez znaczenia jest chyba też, że z powyższymi przewidywaniami zgodzili się inni kapłani Santerii, zrzeszeni w oficjalnie przez rząd koncesjonowanym stowarzyszeniu. Ci jeszcze dorzucili, że wszelkie utrudnienia zostaną w tym roku przezwyciężone. Ciekawe, czy zaśpiewali to do magnetofonu w kredensie?

SanteriaLepsza impreza niż na Andrzejkach (Fot. Javier Galeano/AP)

2. Ślub wagi ciężkiej

Trzymając się przesądów, zaglądamy do wsi niedaleko kambodżańskiej stolicy Phnom Penh. Tam z kolei, szczęście w nowym roku ma przynieść świeżo zawarte małżeństwo dwóch pytonów. Ceremonię przeprowadzili buddyjscy mnisi, a goście weselni zarzucili młodą parę kwiatami. Długa na 5 metrów i ważąca 90 kg panna młoda ponoć wyglądała w nich pięknie.

3. Miss Carla Bruni

Pięknie było też podobno na zaprzysiężeniu Dilmy Rousseff na prezydenta Brazylii w zeszłą niedzielę. Ale według brazylijskich internautów, nie z powodu pani prezydent, ani zaproszonych przez nią na ceremonię 13 koleżanek, z którymi siedziała w jednej celi w czasach, gdy była więźniem dyktatury. Tylko z powodu Marceli Temer, małżonki wiceprezydenta Michela Temera. Tabloidy zachwycają się wysoką blondynką i porównują ją do Carli Bruni. Z żoną przywódcy Francji, Marcelę łączy to, że też przez jakiś czas zajmowała się modelingiem no i w 2002 zdobyła tytuł wicemiss Sao Paulo. To właśnie wtedy dojrzał ją Michel, z którym wzięła ślub rok później (nie wiadomo, czy równie piękny, jak ceremonia pytonów).
Z ciekawostek: wiceprezydent ma 70 lat, jego Carla Bruni 27. Jest młodsza od każdego z piątki swoich pasierbów.

4. Fejsbukowa konspiracja

Z poważniejszych informacji politycznych, czytelnicy Działu Zagranicznego na pewno już słyszeli, że Salman Taseer, gubernator Pendżabu (tego w Pakistanie, a nie Indiach), został we wtorek zastrzelony przez własnego ochroniarza. Polityk zginął, bo głośno popierał potrzebę większej sekularyzacji w państwie, a podobno bezpośrednim powodem zabicia go przez swojego fanatycznego – jak się teraz okazuje – goryla, było opowiedzenie się przeciw prawu każącemu bardzo szeroko rozumiane bluźnierstwa religijne.
Tak czy inaczej, to wielki cios dla pakistańskiej państwowości. Ale może da skutecznie zapobiec podobnym w przyszłości. Okazuje się bowiem, że zaledwie w kilka godzin po morderstwie na Fejsbuku została założona strona wychwalająca zamachowca. Błyskawicznie lajknęło ją setki osób, kolejne kilkadziesiąt zostawiło tam komentarze, jak to bardzo dumni są z całego wydarzenia.
Strona została już zamknięta, a dane personalne prawdopodobnie trafiły do znanych z brutalności pakistańskich służb bezpieczeństwa. Przepełnionym celom w Karaczi pewnie już niedługo przybędzie kilku nowych lokatorów.
Dział Zagraniczny nie kryje radości, że fanatyzm wciąż idzie w parze z byciem kretynem.

5. Ukryta kamera

Innym smutnym zabójstwem politycznym tygodnia, było morderstwo Reynaldo Dagsy na Filipinach. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że azjatycki polityk padł od kuli zamachowca akurat w chwili, kiedy robił zdjęcie swojej świętującej noworoczny pokaz ogni rodzinie. Dzięki czemu niechcący uchwycił bandytę w kadrze:

Bandyta w kadrze

6. Kto rano wstaje

W podsumowaniu nie może oczywiście zabraknąć piłki nożnej. Krótko: Paulo Rogerio Reis da Silva, znany bardziej jako Somalia, na codzień gra sobie w brazylijskim Botofago. W tym tygodoniu nie pojawił się na jednym z treningów, a później wyjaśniał, że wychodząc rano z domu został porwany i obrabowany. Policja jednak nie bardzo uwierzyła w opowieść piłkarza, sprawdziła nagrania z kamer przemysłowych i wyszło na jaw, że Somalia po prostu zaspał i z domu wyszedł dwie godziny później niż powinien, a cała historia to tylko wymówka, żeby nie iść już tego dnia na trening.
Klub zapowiedział, że obetnie swojemu graczowi wynagrodzenie o połowę. Głupia sprawa, Rogeiro. Teraz będziesz musiał jeździć do roboty autobusem. Dział Zagraniczny proponuje ci, żebyś za pozostałe pół pensji kupił sobie budzik.

7. Szatan wciąga kokę

Zaczeliśmy od religii i na religii skończymy. W Meksyku, o czym Dział Zagraniczny już wielokrotnie informował, trwa regularna wojna z kartelami narkotykowymi. W działania zbrojne postanowił się właśnie włączyć miejscowy Kościół. Jak? Archidecezja miasta Meksyk przeszkoli po prostu więcej księży na egzorcystów, bo jak tłumaczą duchowni: “Za falą przestępczości stoją sataniści”. Amen!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Po Piąte: nie zabijaj

Dopiero co był długi post o wzrastającym znaczeniu kobiet w meksykańskich kartelach narkotykowych i tak szybkie wracanie do tematu jest monotonne, ale akurat historia, która skończyła się w piątek jest zbyt ciekawa, żeby jej nie opowiedzieć. Zabity przez policję Nazario Moreno Gonzalez był szefem jednego z najpotężniejszych gangów w kraju. Koledzy pieszczotliwie nazywali go “Największym Świrem”, bo Gonzales oprócz bycia przestępcą miał też ambicje zostania apostołem. A różaniec mylił mu się z karabinem.

Nazario urodził się i wychował w stanie Michoacán, gdzie po latach miała powstać jego ekipa, znana jako La Familia. “Rodzina” początkowo była bandą wieśniaków dorabiających sobie uprawą marihuany, a później szmuglujących ją do Stanów. Ale kiedy na ich terenie zaczęli się panoszyć przestępcy z innych części kraju, rolnicy szybko skrzyknęli się w milicje samoobrony i stąd do zorganizowanego kartelu był już tylko krok. Przez lata wykonywali brudną robotę dla pozostałych organizacji, aż w końcu w 2006 r. postanowili się usamodzielnić, co oznajmili światu na dyskotece w Uruapan: między jednym szlagierem a drugim podrzucili na parkiet kilka uciętych głów. Na jednej z nich była wiadomość “Pozdrowienia od Rodziny”.

BrujeriaCo ci Meksykanie mają z tymi głowami? Druga świeca od lewej. Okładka albumu “Brujerizmo” zespołu Brujeria. Jak komuś mało, Dział Zagraniczny poleca okładkę ich debiutanckiego albumu (zresztą świetnego): “Matando Güeros”

Dekapitacja stała się znakiem rozpoznawczym Familii. Stara furgonetka, pobocze drogi, schody przed kościołem – do każdego czerepu gangsterzy lubili dołączać listy, które były mocnym dowodem, że oprócz obłędu mają też problem z grafomanią. Czasem, z braku dorodnej głowy pod ręką, po prostu wywieszali na autostradach ogromne banery ze swoimi hasłami, albo cisnęli jakimś granatem w tłum świętujący rocznicę niepodległości. Ale to, na jaką cierpią schizofrenię, miało się dopiero okazać.

Wyłapywani gangsterzy więcej niż o narkotykach, mówili bowiem o religii i swojej boskiej misji. Szybko okazało się, że Świr Gonzales spisał obowiązujące w gangu zasady. I swoje dzieło skromnie nazwał Biblią. Cytaty? Proszę bardzo:

“Trata de hacer un bien del don que Dios te dio, usa los poderes de la mente y vive como Dios manda, con humildad” (“Próbuj zrobić dobry użytek z tego, co dał Ci Bóg, używaj sił umysłu i żyj jak Bóg przykazał, z pokorą”).

I jeszcze: “Al andar buscando la perfección y la sabiduría me di cuenta de que la perfección no existe ni la sabiduría total, creo que hay algo que se asemeja y se llama humildad, honradez, amor, generosidad, paciencia, aceptación, justicia verdadera” (“Poszukując doskonałości i wiedzy, zdałem sobie sprawę, że nie istnieją doskonałość i wiedza absolutna, wierzę, że jest coś, co je przypomina i nazywa się pokora, uczciwość, miłość, dobroć, cierpliwość, akceptacja, prawdziwa sprawiedliwość”).

SwirZ terminarza: “Poniedziałek: szmugiel metaamfetaminy. Wtorek: napisać psalm. Środa: obciąć głowę Manolo” (Fot. CNN)

Nieźle, może papież na Anioł Pański zacytuje. Jak się jeszcze okazuje, członków gangu obowiązują surowe zakazy. Nie pij alkoholu. Nie bierz narkotyków. Nie jeździj samochodem z nadmierną prędkością. Nie okradaj kobiet. Aha, no i jak obcinasz komuś głowę, to zostaw kartkę.

Zakazy do domena Starego Testamentu, a w Michoacán sequelu się nie doczekamy, bo w środę policja i wojsko po cynku informatora ruszyły aresztować Gonzaleza. Walki trwały dwa dni (płonące autobusy! Czemu na całym świecie podczas zamieszek najpierw podpala się autobus?) i w piątek Świra zastrzelono. Carlosie Fuentes, zostałeś sam.

Dobra passa Familii się jednak raczej nie skończy. Ci ludzie naprawdę cierpią na schozofrenię i w przerwach między ciskaniem granatów w przypadkowy tłum budują szkoły, wypłacają zasiłki bezrobotnym, a pospolitych złodziejaszków biją bez litości i każą paradować nago po mieście z pokutnymi plakatami. Wśród zwykłych mieszkańców stanu, szczególnie na wsi, są bardzo popularni. Poza tym, szacuje się, że ok. 85 proc. legalnych biznesów w Michoacán odprowadza część zysków do kasy kartelu, więc na brak środków też przez jakiś czas nie będą narzekać.
Po śmierci Świra, we władzach Familii pozostają Małpa, Wujek i Profesor, który zanim zabrał się za metaamfetaminę, zajmował się nauczaniem początkowym w podstawówkach. Dział Zagraniczy czeka na Mały Katechizm La Familia.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Również w zeszłym tygodniu okazało się, że Servando Gomez Martinez, czyli właśnie Profesor, wciąż oficjalnie jest nauczycielem w podstawówce w Arteaga i mimo, że od dawna już się tam nie pojawia, to aż do marca tego roku pobierał pensję. Brawo, budżetówko.

PS2 Od wczoraj można już wchodzić na bloga przez skrócony adres: http://dzialzagraniczny.pl/.

PS3 Również od wczoraj działa fejsbukowy fanpejdz, jeżeli ktoś woli taką formę od RSSów. Zapraszam.