Archive

Posts Tagged ‘Sri Lanka’

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Srebrenica pod palmami

Rok 2009, koniec maja. Położony na północy Sri Lanki Manik Farm, obóz uchodźców dla ponad 200 tys. osób, które uciekły przed wyniszczającą kraj od 26 lat wojną domową, jest wystrojony jak na dożynki. Na wietrze łopoczą flagi narodowe i sztandary ONZ-tu, na słupach i zaimprowizowanych tablicach wiszą kolorowe plakaty ze zdjęciem uśmiechniętego prezydenta kraju w towarzystwie nie mniej zadowolonego mężczyzny. “Witaj, Sekretarzu Generalny Ban Ki-moon, w naszej ojczyźnie!” głosi hasło pod fotografią. Koreańczyk odwiedza właśnie obozowisko, sześć dni po tym, jak władze ogłosiły, że ostatecznie rozgromiły Tamilskie Tygrysy, partyzancką armię, która przez lata zarządzała własnym quasi-państwem na północy wyspy.
– Jestem absolutnie pewien, że wojskowi nie popełnili żadnych zbrodni przeciw ludzkości – mówi tłumowi dziennikarzy towarzyszący Sekretarzowi Generalnemu Rohitha Bogllagama, Minister Spraw Zagranicznych Sri Lanki.
– Rząd robi co w jego mocy – mówi sam Ban Ki-moon.
Dwa lata później, w kwietniu 2011 r., zarządzane przez niego ONZ oskarży Sri Lankę o umyślne i potworne zbrodnie przeciw cywilom.

Uchodzcy na Sri LanceTamilscy uciekinierzy z terenów objętych walkami (Fot. Reuters)

Sri Lanka od dawna była podzielona na dwie części, zamieszkiwane przez dwa zupełnie różne ludy. Pierwsi, ponad 2 tys. lat temu, przybyli na wyspę Syngalezi, mówiący językiem syngaleskim i dziś w przeważającej większości będący buddystami. Trochę później w okolicę zawitali Tamilowie, porozumiewający się tamilskim wyznawcy hinduizmu. Obie grupy przez wieki żyły we względnym spokoju – pierwsza opanowała południe i centrum, a druga zdominowała północ.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy na arenę wkroczyła Wielka Brytania. Anglicy skolonizowali Sri Lankę, przemianowali ją na Cejlon i założyli plantacje herbaty, kauczuku, cynamonu i innych. Potrzebowali rąk do pracy i to wielu, o wiele więcej niż wyspa była w stanie zapewnić. Zaczęli więc masowo sprowadzać robotników z Indii i tak się złożyło, że byli nimi właśnie Tamilowie. Jak to często bywa, w ślad za nimi podążyli chrześcijańscy misjonarze, którzy zwietrzyli okazję do przeciągnięcia nowych wyznawców na swoją stronę. Ale nie tylko zawalili robotę, ale wręcz osiągnęli efekt przeciwny do zamierzonego. Tamilowie poczuli, że muszą bronić swojej religii, zaczęli się organizować i w efekcie poczuli, że są osobną grupą, z własnymi tradycjami i językiem. W dodatku grupą dość sporą.

Kłopoty zaczęły się wraz z niepodległością. Wcześniej obie społeczności miały równą reprezentację przy zarządzającymi wyspą Anglikami. Ale im koniec europejskich rządów stawał się bliższy, tym bardziej Tamilowie zaczynali się niepokoić. Stało się jasne, że w kraju będą normalne wybory, a to mogło oznaczać tylko jedno – stanowiący 2/3 populacji Syngalezi zdominują rząd, mieszkańcy północy staną się dyskryminowaną mniejszością.
Rzeczywistość okazała się zgodna z przewidywaniami. Krótko po odzyskaniu niepodległości w 1948 r., kontrolowane przez południowców władze uchwaliły Ustawę o Obywatelstwie Cejlonu, która odmawiała tego tytułu osobom pochodzącym z Indii, przez co większość Tamilów wybrałą powrót na kontynent. Jeszcze gorzej zostało odebrane prawo z 1956 r., które czyniło syngaleski jedynym oficjalnym językiem w kraju.
Proces dyskryminacji ruszył pełną parą. Import tamilskich książek i filmów z Indii został zabroniony. Na uniwersytetach stworzono miejsca gwarantowane dla Sygalezów, kosztem reszty studentów. Co kilka lat przez kraj przetaczały się brutalne pogromy, inspirowane przez władze w Kolombo.

Kiedy wreszcie, w 1983 r. w tak zwanym Czarnym Lipcu zmasakrowano prawie 3 tys. Tamilów, miarka się przebrała.
Ludność cywilna zaczęła szukać ochrony u Tamilskich Tygrysów, milicji stworzonej kilka lat wcześniej przez Velupillaia Prabhakarana. Wtedy była to jeszcze tylko złożona z narwanych nastolatków banda, która większość swojej energii trwoniła na rabunki, napady i okazjonalne morderstwa na policjantach, czy lokalnych syngaleskich politykach. Ale po Czarnym Lipcu, do Tygrysów zaczął płynąć strumień pieniędzy o Tamilów rozproszonych od Delhi po Londyn. Prabhakaran narzucił swoim podwładnym mordercze treningi w dżunglach, połączone z praniem mózgu. Dzięki temu, w krótkim czasie stworzył najpotężniejszą armię partyzancką świata. I zarazem najbardziej morderczą.

PrabhakaranPrabhakaran na zdjęciu klasowym (Fot. AFP)

– Poleciłem moim ludziom, aby mnie zabili, jeżeli zrezygnuję z walki o niepodległość – Prabhakaran rzucił prawie dekadę temu na jedynej w swoim życiu konferencji prasowej. Metody tej walki pokazały, że fanatyzm w jego wydaniu był nie tylko na pokaz.
Tygrysy szkoliły do walki już małoletnie dzieci, często wciągane do swych szeregów siłą. Wysadzali w powietrze budynki, bez mrugnięcia okiem mordowali cywilów, potrafili za jednym razem pozbawić życia ponad stu przypadkowych osób. W 1991 r. zgładzili w zamachu premiera Indii Rajiva Gandhiego, bo ten ośmielił się zmuszać dawnych podopiecznych do podpisania rozejmu. Dwa lata później ich bomba rozerwała prezydenta Sri Lanki, Ranasinghe Premadasa, w 1999 r. prawie powtórzyli ten wyczyn z Chandriką Kumaratungą, ówczesną panią prezydent. Ministra Spraw Zagranicznych, Lakshmana Kadirgamara, dopadli w jego własnym basenie. Do boju wysyłali płetwonurków detonujących bomby w portach, konstruowali własne miniaturowe łodzie podwodne. Ich znakiem rozpoznawczym były brygady zamachowców-samobójców, wśród których prym wiodły fanatyczne kobiety. Byli pierwszą armią od czasów cesarskiej Japonii, która stosowała kamikadze: kupione na kontynencie i przemycone w częściach na Sri Lankę małe samoloty sportowe wyładowywali materiałami wybuchowymi i wysyłali na terytorium wroga, gdzie piloci mieli się rozbić na wyznaczonych celach.
W pewnym momencie Prabhakaran miał pod bronią 30 tys. ludzi i kontrolował 1/3 kraju. Rządu w kraju były nawet gotowe negocjować z nim autonomię dla Tamilów. Do czasu, aż prezydentem kraju nie został Mahinda Rajapaksa.

Rajapaksa, z wykształcenia adwokat, a zajęcia wieloletni polityk, minister i premier, został głową państwa w listopadzie 2005 r. i pokazał, że wie, gdzie w dzisiejszym świecie leżą konfitury: zaprosił do kraju Chińczyków.
Pekin od jakiegoś czasu poszukiwał dla siebie bezpiecznej przystani na Oceanie Indyjskim, gdzie mogłyby zawijać jego okręty ochraniające tankowce z saudyjską ropą, towarem pierwszej potrzeby w rozwijającym się w szalonym tempie Państwie Środka. Sri Lanka wydała się idealnym kandydatem. Chińczycy szybko dostali zgodę na budowę ogromnej bazy morskiej na południu wyspy, a w zamian poratowali rząd Rajapaksa tanimi pożyczkami, bronią i – co najważniejsze – swoim wsparciem w Radzie Bezpieczeństwa.
Prezydent tylko na to czekał: mógł wreszcie zignorować krytyczny wobec siebie Zachód i zabrać się za realizację ułożonego wcześniej planu. Ministrem Obrony mianował własnego brata Gotabayę, a ten błyskawicznie wymienił część kadry oficerskiej, zaostrzył szkolenia dla żołnierzy, ustalił nową taktykę walki i w 2006 r. rzucił wszystko co miał na Tygrysy. Trzy lata później, niegdyś najpotężniejsza partyzancka armia na świecie, była w całkowitej rozsypce i desperacko broniła się na coraz ciaśniejszym terytorium.
W styczniu 2009 r., siły rządowe rozpoczęły ostateczny szturm. W maju Prabhakarana znaleziono z kulą w głowie, a niedobitki Tygrysów w panice uciekały z wyspy łodziami uchodźców. Wojna domowa, która zdążyła pochłonąć 100 tys. ofiar, była skończona.

Zolnierze z poludniaŻołnierze armii rządowej podczas kampanii przeciw Tamilskim Tygrysom (Fot. AP)

Dopiero dziś możemy się przekonać, jakim kosztem.
Opublikowany przez ONZ raport to wynik rocznej pracy ich ekspertów. Według nich, ostatnie kilka miesięcy kampanii było jedną wielką zbrodnią przeciw ludzkości. Tamilskie Tygrysy, tracąc kolejne odcinki frontu i wycofując się do coraz mniejszej enklawy, pociągali za sobą tysiące cywilów, w nadziei, że armia rządowa nie odważy się uderzyć w te żywe tarcze. Ale wojskowi nic sobie z tego nie robili. Ciężki ostrzał artyleryjski wymierzony w tereny zaludnione przez niewinnych ludzi stał się codziennością. Rozmyślnie bombardowano obszary, które wcześniej określono jako strefy zdemilitaryzowany, gdzie mieli się chronić cywile. Ostrzelano punkty wydawania żywności, jakie organizował Czerwony Krzyż. W północnym mieście Vanni, armia zaatakowała moździerzami miejscowy szpital. Kobiety gwałcono, a pojmanych mężczyzn, podejrzanych o przynależność do Tygrysów, najpierw torturowano, a później bez sądu rozstrzeliwano na miejscu – brytyjski Channel 4 wyemitował wstrząsające video z takiej egzekucji już trzy miesiące po zakończeniu kampanii.

– Nie, nie używamy ciężkiej artylerii – Kolombo zapewniało Hillary Clinton, w czasie gdy trwały najcięższe walki. Seretarz Stanu nie miała innego wyjścia, jak wierzyć na słowo.
Rząd Sri Lanki mógł robić, co mu się podoba, bo odpowiednio wcześniej zadbał o usunięcie świadków i każdego, kto mógłby mu przeszkadzać. Z kraju wyrzucono wszystkich zagranicznych obserwatorów, dziennikarzy i organizacje pozarządowe (jedyny wyjątek zrobiono dla Czerwonego Krzyża, który ma regułę całkowitej dyskrecji, jego pracownikom nie wolno zeznawać w sprawach, których byli świadkami). W styczniu 2009 r. brutalnie zamordowano redaktora naczelnego “The Sunday Leader”, najbardziej krytycznego wobec poczynań władz pisma na wyspie. W sumie ofiarą zabójców padło ponad sześćdziesięciu innych miejscowych działaczy, którzy próbowali nagłaśniać wydarzenia na północy.

– Nigdy nie bombardowaliśmy niewinnych cywilów, to nieprawdziwe zarzuty – twierdzi Lakshman Hulugalle, rzecznik rządu.
Sęk w tym, że nie tylko nie robi nic, żeby dowieść ich fałszu, ale wręcz utrudnia dochodzenie jak może. Autorom raportu odmawiano wjazdu na tereny, gdzie toczył się konflikt, nie dopuszczano ich do więźniów oskarżonych o przynależność do Tygrysów, wojsko nie zezwoliło na przesłuchanie swoich oficerów. Między innymi z tego powodu, nie mogą oni dokładnie oszacować ilu cywilów straciło życie podczas walk: ich wyliczenia wahają się pomiędzy 7 a 40 tys. osób.

Większość tych rewelacji została ujawniona już wcześniej niż sam raport. Teraz jego autorzy wzywają Ban Ki-moona (którego wizyta w Manik Farm została odebrana jako propagandowe zwycięstwo ekipy Rajapaksy), żeby zarządził międzynarodowe śledztwo w tej sprawie. Ale Sekretarz Generalny szybko rozwiał pokładane w nim nadzieje, oświadczając że podejmie takie kroki, tylko jeżeli na dochodzenie zgodzi się Kolombo. Rząd Sri Lanki, świadomy wsparcia Chin w Radzie Bezpieczeństwa, już odpowiedział: “Nie ma mowy”.

Tymczasem na koniec maja zapowiedziano na wyspie wielkie międzynarodowe seminarium “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Udział zapowiedziały delegacje z 30 państw, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
Dział Zagraniczny proponuje, żeby organizować takie spotkania cyklicznie. W przyszłym roku Birma, za dwa lata Libia (jeżeli Kaddafi się utrzyma), a potem się pomyśli.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Pi(łk/s)arze

Ostatni tydzień roku sprzyja wypoczynkowi. Co Dział Zagraniczny rozumie jako książki i sport.

1. Jogo Bonito

Tydzień podsumujemy od cofnięcia się w czasie. Jest 8 stycznia 2010 roku, piłkarska reprezentacja Togo podróżuje sobie autobusem na Puchar Narodów Afryki rozgrywany w Angoli i akurat przejeżdza przez jedyną prowincję tego państwa, która jest od niego oddzielona wąskim pasem Demokratycznej Republiki Konga: Kabindę. Problem z Kabindą jest taki, że (co za rzadki przypadek w Afryce) chce secesji. I że działa w niej Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy. Który tego feralnego 8 stycznia ostrzelał togijski autokar.
Poartyzanci powiedzieli potem, że chcieli zaatakować żołnierzy z Angoli, a do piłkarzy wypalili przez przypadek, przepraszają i w ogóle głupia sprawa, no przykro im. Ale mleko się rozlało: na miejscu zginęli kierowca autobusu, asysent trenera i rzecznik prasowy drużyny. Rannych zostało siedmiu kolejnych pasażerów. Decyzja była szybka: ekipa zawróciła do domu, a Togo wycofało się z turnieju.
Decyzja Afrykańskiej Konfederacji Piłkarskiej była jeszcze szybsza i całkowicie absurdalna. CAF uznała, że rezygnację z gry wymógł na drużynie rząd – a jak wiadomo przepisy federacji piłkarskich zabraniają władzom państwowym mieszania się w ich sprawy, bo jeszcze utrudnią im ustawianie meczy; siema PZPNie! – więc zdyskwalifikowała Togo z dwóch kolejnych Pucharów Narodów Afryki. I dorzuciła jeszcze 50 tys. dolarów grzywny ekstra. Kary później cofnięto, co wymusił Sepp Blatter, szef FIFA, który nie mógł zignorować międzynarodowych protestów. Ale wrażenie żenady pozostaje.
Tymczasem Angola postanowiła zrobić Togo prezent na koniec roku (konkretnie w środę) i tamtejszy sąd za skazał dwóch mężczyzn za udział w ataku na 24 lata więzienia. Na tym sprawa może się jednak wcale nie skończyć, bo oskarżeni wszystkiemu zaprzeczają, a o własnych zeznaniach mówią, że zostały wymuszone torturami. Co wydaje się dość prawdopodobne, bo władze dopiero co musiały zwolnić czterech innych zatrzymanych, kiedy okazało się, że w rzeczywistości są obrońcami praw człowieka, których Luanda postanowiła po prostu przy okazji pognębić.

2. “Drogi Mikołaju, na te święta chciałbym Terę Patrick”

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy tematyce sportowej. Brytyjski ambasador w Seulu napisał na swoim Twitterze, że w drugi dzień świąt, telewizja w Korei Północnej po raz pierwszy w swej historii puściła zachodni film, konkretnie angielski, żeby uczcić dziesięciolecie ustanowienia kontaktów dyplomatycznych pomiędzy oboma państwami. No i tym samym w annałach historii zapisuje się “Bend it like Beckham”, nawet niezłe kino młodzieżowe o dziewczynie z imigranckiej rodziny Sikhów, która zaczyna grać w piłkę. Jogo Bonito.
Równocześnie agencja Yonhap publikuje depeszę, w której politolog Kim Young-soo podaje listę najbardziej w Korei Północnej porządanych dóbr roku 2010, którą sporządził na podstawie rozmów ze świeżymi uciekinierami z komunistycznego raju na ziemi. Co przez ostatnich 12 miesięcy było hitem czarnego rynku? Obcisłe jeansy i porno. Dział Zagraniczny zawsze z ludem.

KimOn na pewno dostał jedno i drugie

3. Trzy dni, dwa pomniki, jedno kółko

Sri Lanka świętuje 120. rocznicę wizyty na wyspie Antoniego Czechowa. Pisarz zatrzymał się na ówczesnym Cejlonie w drodze powrotnej z Sachalinu, gdzie opisywał horror łagrów. Co prawda, autor “Trzech sióstr” i “Wujaszka Wani” spędził na tropikalnym lądzie tylko trzy dni, podczas których głównie zabawiał się z miejscowymi dziewczynami, ale zaczął tu pisać nowelę “Gusew”, a jej rękopis zakończył sygnaturą “Colombo”. Trudno oceniać, czy krótki utwór, którego tematem jest śmiertelna choroba dwóch żołnierzy na statku i wyrzucenie ich ciał za burtę, to powód do chwały, ale władze Sri Lanki w jednym miejscu postawiły mu pomnik, a w innym odsłoniły tablicę pamiątkową.
A najciekawsza w tym wszystkim jest wiadomość, że w Colombo działa Kółko Miłośników Literatury Rosyjskiej, której przewodzi pan Suniti Karunatillake. Z którym Dział Zagraniczny z chęcią wypiłby zdrowie.

4. Okienko transferowe

We wtorek Mario Vargas Lllosa dostał obywatelstwo Dominikany. To w sumie jego trzecie po peruwiańskim (gdzie się urodził) i hiszpańskim (gdzie od lat mieszka). Związki pisarza z karaibskim państewkiem ograniczają się do tego, że kilka razy je odwiedził, no i napisał “La fiesta del chivo” (pol. “Święto kozła”) o dyktaturze Trujillo. Ale tamtejszemu Ministerstwu Kultury lampeczka zapaliła się przy Noblu no i paszport jest.
Dział Zagraniczny przyklaskuje i poleca to rozwiązanie na rodzimym gruncie, gdzie Nobel z literatury jest traktowany jak mundial w Brazylii (“Mamy trochę uczucie zawodu, ale będziemy czekać, Adam Zagajewski to jeszcze młody człowiek. Wybór Vargasa jest znakomity” powiedział jakieś 5 minut po ogłoszeniu wyników Krzysztof Kłosiński, historyk literatury z Uniwersytetu Śląskiego). Llosa ponoć lubi Polskę, więc obywatelstwo na pewno przyjmie, będziemy sobie mogli dopisać jeszcze jedno nazwisko na Wikipedii. A żeby na przyszłość nie było rozczarowań, to najlepiej już dziś porozdawać paszporty obiecującym literatom ze świata i sprawa załatwiona. Po pięciu Noblach z rzędu weźmiemy go sobie do domu.

VargasNo nie, teraz będę musiał pisać o Chrystusie Narodów… (Fot. Andrea Comas/Reuters)

5. Piotrków prosi Dolków

No i jakoś tak wyszło, że podsumowanie mocno futbolowe, to i takim akcentem skończymy.
Kto choć raz był w jakimś subsaharyjskim kraju, ten wie, że afrykańscy kibice z braku laku ostro identyfikują się z drużynami europejskimi (szczególnie, jeżeli grają tam ich rodacy). Tak ostro, że gdy w poniedziałek Arsenal rozbił Chelsea 3:1, w Bunyarucie (zachodnia Uganda) trzech fanów pokonanego zespołu pobiło na śmierć nastoletniego miłośnika zwycięzców.
Jogo Bonito.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.