Archive

Posts Tagged ‘Tanzania’

Prawdziwy Głos

Manuel i Isidro ze sobą nie rozmawiają. Ich rodzinną wieś Ayapa w południowo-wschodnim Meksyku zamieszkuje zaledwie 415 osób, a domy obu mężczyzn dzieli niecałe 500 metrów, ale od lat żaden nie zamienił słowa z drugim i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Po prostu nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego. Koniec. Kropka.
O co trwa spór w latynoskiej wersji “Zemsty” Fredry? Nie wiadomo – zaczęło kilkadziesiąt lat temu od jakiejś legendarnej kłótni. Być może wywołał ją Manuel – który według sąsiadów “jest trochę dupkiem” – ale chociaż już nikt tego dokładnie nie pamięta, to spór pozostał. I być może nigdy się nie skończy, bo Manuel ma 75 lat, a Isidro 69, więc łatwo sobie wyobrazić, że obu mężczyznom do śmierci jest bliżej niż dalej. Problem w tym, że wraz z nimi umrze jeszcze Ayapaneco. Język ich przodków, w którym dziś mówią już tylko (ale nie do siebie) właśnie Manuel i Isidro.

ManuelManuel podczas tego, co wychodzi mu najlepiej: nierozmawiania z Isidro (Fot. Jaime Avalos/EPA)

Emeryci nie używają zresztą nazwy “Ayapaneco” – tak ich język ochrzcili hiszpańscy koloniści. Zamieszkujące te ziemie plemię wolało określenie “Nuumte Oote”, “Prawdziwy Głos”. Choć porozumiewających się w nim ludzi nigdy nie było przesadnie wielu, to jeszcze do połowy XX w. w Ayapa był popularniejszy od hiszpańskiego. Jednak wtedy władze Meksyku wpadły na pomysł alfabetyzacji kraju i przymusowej edukacji w języku narodowym – używanie jakiekolwiek innego stało się w szkołach surowo zabronione. Dzieci stopniowo wtrącały coraz więcej obcych słów do Nuumte Oote, a sprawę ostatecznie przypieczętowały urbanizacja i budowa solidnej drogi: w poszukiwaniu pracy, młodzie wyjeżdżali do miast, gdzie rozmywali się w masie nieznających “Prawdziwego Głosu” Meksykanów. W Ayapa, pamiętają go już tylko dwaj skłóceni ze sobą staruszkowie.

Nuumte Oote ma jednak szansę przeżyć swoich użytkowników. Daniel Suslak, wykładowca antropologii na Indiana University, od kilku lat kursuje bowiem między domami obu mężczyzn i na podstawie rozmów z nimi, tworzy słownik Ayapaneco. Projektem zainteresowała się Instituto Nacional de Lenguas Indígenas, czyli państwowe centrum badań nad językami rdzennymi i niewykluczone, że Suslak dostanie dofinansowanie od rządu Meksyku. Trochę szkoda, że ten zdecydował się na pomoc dopiero, kiedy Nuumte Oote naprawdę dogorywa. Ale to lepsze niż nic, szczególnie, że na świecie nie brakuje języków, które już za chwilę znikną bez śladu, nawet w najcieńszym słowniku.

HadzaMężczyzna z plemienia Hadza wypatruje pozostałe 900 osób, które go rozumieją (Fot. Martin Schoeller/National Geographic)

Na świecie współistnieje dziś – prawdopodobnie – prawie 7 tys. języków. Ale, jak dowodzą badania Muzeum Archeologii i Antropologii z Cambridge, w ciągu 20-30 lat, połowa z nich będzie już martwa.

Niektóre umrą wraz z ostatnimi ludźmi, którzy potrafią się nimi posługiwać. Na przykład, Yahgan (Ziemia Ognista), Tinigua (Kolumbia), Pazek (Tajwan), Laua (Filipiny) czy Bishuo (Kamerun) są znane już tylko po jednej osobie (a listę można ciągnąć i ciągnąć).

Inne, chociaż teoretycznie spełniają warunek słynnego językoznawcy Michaela E. Krauss’a, zgodnie z którym są “bezpieczne” (musi się nimi w każdym momencie posługiwać ponad setka mieszkających na wspólnym obszarze dzieci), to w istocie znikną w ciągu jednej generacji.
Czasami dlatego, że są one najzwyczajniej w świecie “mordowane”. Na przykład, składająca się z aż 17 tys. wysp, zamieszkanych przez ponad 300 grup etnicznych Indonezja, prowadzi świadomą politykę wykorzeniania miejscowych dialektów i zastępowania ich urzędowym Indonezyjskim).
Inne zwyczajnie nie są w stanie przetrwać próby czasu w integrującym się z różnych grup społeczeństwie. Tak dzieje się chociażby w Tanzanii. Gdy kraj uzyskiwał niepodległość (jeszcze jako Tanganika w 1961 r, obecną nazwę przyjął dopiero 3 lata później, po zjednoczeniu z Zanzibarem), jego pierwszy przywódca, Julius Nyerere, głowił się: jak w państwie zamieszkanym przez ponad 120 plemion, uniknąć krawych wojen domowych, grożących wszystkim zamkniętym w sztucznie wyznaczonych przez Europejczyków granicach? Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki – kiswahili. Powstały na wybrzeżach Afryki Wschodniej język, wraz ze wzrostem handlu rozprzestrzenił się wgłąb lądu i był prawdziwym lingua franca szlaków kupieckich. Nyerere postawił na jego całkowite upowszechnienie (szczególnie przez prowadzoną w nim darmową i obowiązkową edukację podstawową) i chociaż w kraju wciąż są regiony, gdzie języki plemienne wiodą przed nim prym, to na większości terytorium Tanzanii, to on jest numerem jeden. Im więcej osób się nim posługuje, tym częstsze są związki międzyplemienne, a urodzone z nich potomstwo chętnie porzuca dla niego języki przodków. Piszący te słowa spędził w Tanzanii w sumie kilka miesięcy i od swoich rówieśników często słyszał: – Mój ojciec jest z Chaga, moja matka z Nyamwezi, a ja urodziłem się w Dar es Salaam i znam tylko kiswahili.

Nie wszystkie zagrożone języki są automatycznie skazane na wyginięcie. Niekiedy, przy tytanicznej pracy filologów i miłośników, da się odtworzyć taki, który już praktycznie stał na krawędzi.
Hebrajski, chociaż pozostawał językiem rytualnym, stracił swoją pozycją jako język ojczysty dla Żydów rozproszonych w diasporze, a odrodzenie zaczął przeżywać dopiero pod koniec XIX w. Dziś (w nieco zmienionej formie) jest językiem urzędowym Izraela i posługuje się nim niemal 7 mln osób. Od śmierci udało się uratować też irlandzki [czy tam celtycki, Gaeilge, czy jak kto woli], hawajski, czy chociażby salento. Ba! Włoski Sud Sound System dostaje kasę od lokalnych władz, tylko za to, że swoje piosenki nagrywa właśnie w tym dialekcie:

Prawdziwy problem pojawia się przy językach, które nie mają formy pisanej. Przekazywane ustnie legendy, pieśni itp. da się uratować i utrwalić na różnych nośnikach (robił już tak Bronisław Piłsudski, brat Józefa, który po zesłaniu na Sachalin, zaczął rejestrować język Ajnów na… wałkach woskowych). Jak jednak przenieść je na papier? Ustalić ich gramatykę?
Somalijski, chociaż posługiwali się nim niemal wszyscy mieszkańcy dzisiejszej Somalii, przez wieki nie dorobił się zapisu. Chociaż Osman Jusuf Kendid stworzył projekt własnego alfabetu już w latach 20. XX w., to zwolennicy różnych opcji (silnie promowany był np. alfabet arabski) ścierali się przez następne pół wieku, aż ostatecznie stanęło na alfabecie łacińskim.

W Chile zamieszkuje rdzenne plemię Mapuche. Ich liczebność ocenia się różnie, od 600 tys. aż do 1 mln. Tak czy siak – wydawać by się mogło, że jest ich ostatecznie wielu, by ich własny język kwitł bez przeszkód.
Nic bardziej mylnego. Mapudungun był ostro tępiony przez dyktaturę Pinocheta (za jego używanie w szkołach, dzieci karano biciem), a po jej upadku nikomu nie zależało na jego promowaniu. Dział Zagraniczny spędził wśród Mapuche trzy miesiące i doskonale wie, że najmłodsze pokolenia mają problem nawet z powiedzeniem “Kocham Cię”, chyba jednym z najbardziej podstawowych zwrotów we wszystkich językach świata.
Chociaż co do jego zapisu w języku łacińskim nikt nie ma żadnych wątpliwości, to wciąż nie ustalono do końca, jak przenosić na czcionki niektóre z jego zgłosek. Przed laty, Microsoft wypuścił tłumaczenie Windowsa na Mapudungun i niedługo później musiał go wycofywać, bo lokalne społeczności Mapuche oskarżyły amerykańską firmę, że z góry narzuca im określoną pisownię. Ich języka naucza się w szkołach (jako drugiego i tylko w Regionie IX) dopiero od 2010 r. Piszący te słowa był na przygotowującym tę zmianę kongresie nauczycieli Mapuche w Temuco i pamięta wyraźnie, że chociaż wszyscy starali się porozumiewać tylko i wyłącznie w Mapudungun, to czasami odruchowo przechodzili na hiszpański – w ich języku po prostu brakuje niektórych słów.

MapudungunNauczyciele Mapuche podczas rozkminy, jak w Mapudugun powiedzieć: “Siadaj, pała” (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Ile języków przetrwa do końca XXI w? Czy mandaryński zastąpi angielski? Trudno powiedzieć. Okazuje się jednak, że Ayapaneco ma na to większe szanse, niż się wydawało. Po tym jak historię Manuela i Isidro opisała prasa od Urugwaju po Mongolię, Instituto Nacional de Lenguas Indígenas ogłosiło, że chciałoby w Ayapa zorganizować lekcje Prawdziwego Głosu, na których mieszkańcy uczyliby się od obu mężczyzn. Najwyraźniej do stolicy nie dotarł główny przekaz artykułów – Manuel z Isidro w jednym pokoju siedzieć nie będzie. Koniec. Kropka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Czekolada to nie ropa

Mijający tydzień był zły. I przy pierwszej informacji ręce opadają, więc w zasadzie na niej moglibyśmy to podsumowanie zakończyć. I tak w sumie robimy.

1. Gorzki smak czekolady

Przegląd tygodnia zaczynamy od sytuacji na Wybrzeżu Kości Słoniowej, której Dział Zagraniczny bacznie się przygląda od fatalnego listopada. A sytuacja jest zła.
Jeszcze w zeszłą niedzielę liczba uchodźców nieznacznie przekraczała pół miliona, a ofiar śmiertelnych konfliktu było nieco ponad 500. Teraz tych pierwszych jest już ponad milion i przybywa, a ilu jest zabitych, tego nie wie nikt.
Wszystko dlatego, że rebeliantom popierającym zwycięzcę ostatnich wyborów, Alassane Ouattarę, skończyła się cierpliwość (albo po prostu poczuli się na tyle mocni), że zaczęli ofensywę na całą skalę. Do Abidżanu dotarli już w czwartek i to właśnie tam toczyły się najcięższe walki. Ale konflikt pociągnął za sobą ogromną liczbę ofiar w całym kraju. W samym tylko Duékoué, położonym blisko zachodniej granicy, pracownicy ONZ naliczyli kilkaset ciał. Według wstępnych szacunków Caritasu, zamordowanych jest nawet tysiąc osób.
Koniec tego koszmaru być może jest bliski, bo od Laurenta Gbagbo, dotychczasowego prezydenta, odwracają się najbliżsi sojusznicy. W czwartek szef sztabu armii zbiegł do domu ambasadora RPA i tam poprosił o azyl polityczny. To było mocne uderzenie w morale wojskowych, którzy do tej pory pozostawali lojalni wobec Gbagbo. Opuściła go już część oddziałów i żandarmeria. Wciąż ma on jednak pod bronią oddziały najemników z Liberii. W chwili pisania tego tekstu, agencje donosiły, że trwają walki o pałac prezydencki, w którym zabunkrował się Gbagbo.

Tymczasem Francuzi rzucili do akcji 300 komandosów, którzy opanowali lotnisko w Abidżanie (dzięki czemu będą możliwe pomoc humanitarna z zewnątrz i ewakuacja obcokrajowców). Tym samym liczba ich żołnierzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej sięgnęła 1400.

I w związku z tym, Dział Zagraniczny zastanawia się nad jedną rzeczą. Być może niektórzy z czytelników już słyszeli o tym, co w mediach szybko zaczęto nazywać “Doktryną Obamy”. W poniedziałek prezydent USA uzasadniał działania swojego kraju w Libii. Mówił między innymi:
– Niektóre narody mogą przymykać oko na zbrodnie w innych krajach. Stany Zjednoczone Ameryki są inne. I jako prezydent, odmawiam czekania na obrazy rzeźni i masowych grobów przed podjęciem takiej akcji [zbrojnej – przyp. DZ].
To koresponduje ze słynną “Responsibility to Protect”, którą na takich studiach jak stosunki międzynarodowe wałkuje się bez końca. Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2005 roku, mówi (w skrócie), że “społeczność międzynarodowa ma obowiązek chronić ludność cywilną, kiedy rząd ich kraju nie jest w stanie tego zrobić, bądź sam jej zagraża”.

Czy Francuzi weszli na Wybrzeże Kości Słoniowej, żeby zapobiec masakrom (coś, na co się nie zdecydowali w 1994 r. w Rwandzie)? Nie, byli tam już od dawna, monitorując zawieszenie broni pomiędzy obiema stronami. Teraz zadbali tylko o to, żeby podstawowe połączenie z zagranicą – lotnisko – nie zostało zerwane.

Czy może zatem społeczność międzynarodowa, szczególnie Stany i Unia Europejska, tak aktywne w Libii, mają zamiar cokolwiek zrobić w tym drugim, mocno “przykrytym” przez inne wydarzenia konflikcie?

Czy czekolada (Wybrzeże Kości Słoniowej jest eksporterem 40 proc. światowych zasobów kakao, z którego robi się ten przysmak), w najlepszym wydaniu tak samo czarna jak ropa, jest równie ważna, jak ta ostatnia?

Nie. Nie jest. I nikt nie kiwnie palcem.

DuekoueW Duékoué doktryny i deklaracje o cywilach, ochronie, powinnościach społeczności międzynarodowej itp. nie obowiązują. Bo nie ma rafinerii. Jest tylko kakao (Fot. AP)

2. Co się wydarzyło, a o czym nie napiszemy

Powinienem jeszcze napisać o różnych śmiesznych i ciekawych wydarzeniach z tego tygodnia.

Np. o tym, że Celso Ovelar, biskup a zarazem burmistrz pewnego miasta w Paragwaju, przyznał się, że jest ojcem małego dziecka (co jest o tyle ciekawe, że prezydent kraju, a zarazem były biskup – musiał się zrzec kościelnych funkcji przed startem w wyborach – też okazał się być ojcem co najmniej jednego bobasa, a dwie inne kobiety zarzucają mu ojcostwo także swoich pociech; mogibyśmy się pośmiać z tego, jakie są związki tronu i ołtarza i zakrystii w tym latynoskim kraju).

Albo np. o tym, że w Tanzanii tłumy walą drzwiami i oknami do Babu (czyli “dziadka”) Ambilikile Mwasapile, który robi “lek na wszystko”. W związku z czym kolejka samochodów przed jego chatą ma w niektóre dni ponad 20 km długości. I zdążyło już umrzeć ponad 50 osób w niej czekających. W związku z czym lokalne władze musiały w okolicę jego wioski wysłać dodatkowe oddziały policji z karnistrami wody pitnej, oraz negocjować z dziadkiem, żeby przyjmował tylko w niektóre dni, bo stwarza za dużo problemów dla całej okolicy.

No i mógłbym tak jeszcze z 15 tematów pociągnąć. Ale mi się nie chce, bo jak zczytuję depesze, to tylko ręce opadają.
W Namibii jest stan wyjątkowy, bo powodzie pozbawiły dachu nad głową 10 tys. osób, zabiły stada bydła, zniszczyły niezebrane plony i rozmyły nieutwardzone drogi.
A w Birmie rozwiązała się wojskowa junta. To znaczy jej szef, Than Shwe, powiedział, że już nie jest szefem armii. Po czym mianował na prezydenta i ministrów w 58-osobowym rządzie, swoich byłych podwładnych i wciąż całkowicie mu podległych generałów. Wszystkich w stanie spoczynku, oczywiście. Dyktatury wojskowej nie ma.

To był bardzo zły tydzień.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Krótko, konkretnie

Spróbujemy takiej nowej świeckiej tradycji w Dziale Zagranicznym, że co niedziela będzie krótki wpis z jeszcze krótszym przeglądem wiadomości z minionego tygodnia, które są na tyle nieinteresujące dla polskiego czytelnika, że warto je zebrać do kupy.
W tym tygodniu, wzorem Laurenta Gbagbo, niedzielę zrobimy sobie w poniedziałek.

1. Radio Shabelle dostaje nagrodę od Reporterów Bez Granic

Ta prywatna stacja od 2002 r. nadaje w ogarniętej wojną domową Somalii, a jej dziennikarze albo mają jakąś genetyczną ignorancję wobec zagrożeń, albo bardzo dobre narkotyki. Patrzą na ręce zarówno islamistycznym bojówkom, jak i siłom rządowym, wojskom Unii Afrykańskiej, piratom i reszcie uzbrojonych milicji. Przez co wszyscy co jakiś czas ich ostrzeliwują: tylko w tym roku zamordowano czterech pracujących dla radia dziennikarzy.

Najnowsze wiadomości z Somalii na stronie internetowej Shabelle (dostępna również po angielsku).

2. Bruno de Souza już nie pogra

Bruno ma 25 lat i do tej pory błyszczał jako bramkarz i kapitan jednego z najlepszych klubów piłkarskich w Brazylii: Flamengo. Niestety, Bruno okazał się być wielkim talentem na murawie i kompletnym psychopatą poza nią. Na jednej z orgietek, w których podobno lubił brać udział, poznał Elizę Samudio. Modelka, piłkarz, alkohol i narkotyki to dość proste równanie, więc trudno zrozumieć, dlaczego Bruno się zdziwił, gdy dziewczyna sprzedała mu wiadomość o ciąży. Żeby jeszcze bardziej nie zdziwiła się żona bramkarza, Elizę porwał, pobił i zmusił, żeby wzięła środki na poronienie. Został właśnie za to skazany na cztery i pół roku więzienia.
Ale prawdopodobnie posiedzi jeszcze dłużej, bo historia ma dalszy ciąg. Eliza okazała się być kobietą z żelaznym łonem i urodziła syna. Bruno zdenerwował się nie na żarty, synka oddał na przechowanie żonie, a Elizę wraz z kilkoma kolegami porwał ponownie. Jeden ze wspólników szybko się złamał i doniósł na policję. Ciała nie znaleziono do dziś, ale ten sam świadek zeznaje, że to dlatego, bo rzucono je na pożarcie psom.
Flamengo zerwało kontrakt z de Souzą. Ciesz się, Botofago.

SouzaCo? Życie to nie film? (Fot. O Globo)

3. Kradną sprzęt wyborczy

Nigeria ma:
a) 70 mln obywateli uprawnionych do głosowania
b) wybory w kwietniu (prawdopodobnie)
Żeby wszystko przebiegło sprawnie i bez bonusów z poprzedniego razu, kiedy na spisach wyborców pojawiały się setki osób martwych albo wymyślonych, Państwowa Komisja Wyborcza kupiła specjalistyczny sprzęt za 230 mln dolarów. No, ale na lotnisku Murtala Muhammed ktoś sporą część przesyłki najzwyczajniej ukradł.
Wniosek? Wybierasz się do Lagos, pilnuj plecaka na odprawie.

4. Rasta surf

Rodzina Marleyów i firma Billabong podpisały umowę, dzięki czemu ci ostatni będą mogli wstawiać twarz Boba na produkowane przez siebie koszulki, szorty, czapeczki, paski, portfele i całą resztę, która jest niezbędna w walce z Babilonem.
Pamiętaj młody rastamanie: surfing jest ital tylko z Billabongiem!

Marley BillabongWalcz z Babilonem, nie kupuj podróbki na targu w Juracie (Fot. Billabong)

5. Tanzania wygrywa puchar CECAFA

W rozgrywanym w Dar Es Salaam finale, Kilimanjaro Stars pokonali Wybrzeże Kości Słoniowej 1:0. Trzecie miejsce zajęła Uganda, wygrywając z Etiopią 4:3.
Jeżeli więzienie w Rio ma kablówkę, to Bruno będzie sobie mógł obejrzeć powtórki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Biały w Afryce

To trochę starsza wiadomość, ale wydaje mi się na tyle interesująca, że szkoda, żeby przeszła niezauważona.

Miesiąc temu w Tanzanii były wybory. Największą niespodziankę sprawił wybór na posła Saluma Khalfani Bar’waniego. Nie dlatego, że reprezentował opozycję, która tradycyjnie każde głosowanie przegrywa. Przede wszystkim dlatego, że jest albinosem.
Poseł-albinosŚwieżo upieczony poseł z rodziną (Fot. Yasuyoshi Chiba/AFP)

Albinos w Afryce ma niewesoło z dwóch powodów. Po pierwsze, im bliżej równika mieszka, tym bardziej prawdopodobne, że umrze na raka skóry przed trzydziestką. A po drugie jeśli nie zabije go słońce, to pewnie sąsiad z maczetą. Na żadnym innym kontynencie dotykająca ich przemoc nie może być nawet porównywana z tą na południe od Sahary. Wszystko przez rozpowszechniony mit, że albinosi są magiczni. Wieśniacy wierzą, że amulety zrobione z części ich ciała bedą chronić przed złymi mocami. Napoje sporządzone z ich trupów mają przynosić szczęście. A zrobione z nich leki leczą wszelkie choroby.
Te brednie są szczególnie silne w Tanzanii, bo jedna na każde 3 tys. osób rodzi się tam z brakiem enzymu tyrozynazy, odpowiedzialnym za produkcję melaniny w skórze, włosach i tęczówce. Różne źródła szacują ich miejscową populację na ok 200 tys. W 2006 roku spędziłem w Tanzanii kilka długich miesięcy i spotkałem naprawdę sporo albinosów. Dowiedziałem się od nich, że w kiswahili nie nawet takiego słowa, ludzie wołają na nich po prostu: “Zeru” – “Duch”.
Co jakiś czas są porywani i zabijani przez zbirów opłaconych przez jakiegoś obłąkanego czarownika, który zrobione z nich eliksiry sprzedaje za ciężkie pieniądze. Najgłośniejsza fala mordów przetoczyła się przez kraj dwa lata temu, kiedy ofiarami stało się kilkadziesiąt osób, w tym małe dzieci. Światowe media podniosły wrzawę, specjalne orędzie wygłosił prezydent, a policja wzięła się ostro do roboty i posypały się aresztowania. Ale przesąd trzyma się mocno: od 2007 roku zanotowano 66 rytualnych zabójstw, a można podejrzewać liczne niezgłoszone przypadki i morderstwa w Rwandzie i Burundi, gdzie aresztowano już tańzańskich przestępców polujących na albinosów.

Przychodzi mi na myśl przykład innego państwa, które borykało się z podobnym problemem. Na Jamajce albinizm był przez lata stygmatyzowany jako choroba, gorzej wykształceni ludzie często nie chcieli nawet siadać w autobusie koło dotkniętych nim osób, czasem wręcz je opluwali. Aż nastał Yellowman.
Pseudonim oczywiście stąd, że mimo afrykańskiego pochodzenia, urodził się z białą skórą. Wychowywał się w sierocincu, ale nie byle jakim, bo samym Alpha Boys School, który słynął z niesamowitej edukacji muzycznej (wśród wychowanków między innymi cały skład The Skatelites czy Desmond Dekker, bez którego nie byłoby Marleya). Dla Yellowmana nie było odwrotu: został wokalistą i na początku lat 80. zawojował listy przebojów, głównie piosenkami o tym, jaki jest seksowny i jak szaleją za nim dziewczyny. Efekt piarowy był olśniewający: od tamtej pory uprzedzenia wobec albinosów na Jamajce są marginalne.
YellowmanPłyta, która wystrzeliła Yellowmana w kosmos.

Salum Khalfani Bar’wani muzykiem nie jest, ale wybory wygrał solidną przewagą głosów i to mimo argumentów innych kandydatów, że “jest albinosem, więc nie potrafi myśleć”. Może to znak, że nastroje w Tanzanii się zmieniają. Zobaczymy przy następnej elekcji.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Zgodnie z konsytucją, prezydent Tanzanii może mianować do parlamentu 10 posłów “ekstra”. Po tej słynnej fali morderstw w 2008 roku Jakaya Kikwete (który właśnie rozpoczął drugą i ostatnią kadencję) desygnował w ten sposób Al-Shymaa Kway-Geer, która w ten sposób stała się pierwszą albinoską-posłem w historii kraju. Jednak Bar’wani jest pierwszym albinosem wybranym w wyborach powszechnych, dlatego wydaje mi się to dużo ważniejszym wydarzeniem.

PS2 Z afrykańskich muzyków-albinosów megagwiazdą jest też Salif Keita, który był nawet z koncertem w Warszawie w październiku. Jak ktoś nie zna, to polecam.