Archive

Posts Tagged ‘Wojna domowa’

Goryl ma gorzej niż uchodźca

Dokładnie za tydzień, 28 listopada, w Demokratycznej Republice Konga odbędą się wybory. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że przełomowe – bo dopiero drugie w ciągu czterech dekad niepodległości. Afrykański gigant, choć teoretycznie powinien być jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata, bardziej przypomina Somalię, choć wciąż nie można go określić jako państwo upadłe. Jeszcze nie skonało, ale już jest umierające. Najbardziej cierpią na tym kobiety, dzieci i… goryle.

GorylątkoMały goryl jest jak małe dziecko i hasło, że “zły dotyk boli całe życie”, jest w jego przypadku równie prawdziwe (Fot. Virunga National Park)

Demokratyczna Republika Konga powinna być synonimem słowa “dużo”. Duży jest sam kraj – 2 mln kilometrów kwadratowych to prawie cała Europa Zachodnia. Dużo jest jego mieszkańców (71 mln), a ci mają dużo grup etnicznych (ponad 200). Ale przede wszystkim, dużo jest tu minerałów: złota, miedzi, cyny, kobaltu, z Konga pochodzi co trzeci diament na szyjach i palcach bogaczy od Nowego Jorku po Tokio, a każdy z Was nosi kawałek tego kraju w kieszeni, albo torebce – 70 proc. światowych zasobów koltanu, niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych, spoczywa właśnie pod jego powierzchnią. Przez co, paradoksalnie, najwięcej jest problemów.

Korupcja jest plagą. Żeby założyć własny biznes w sąsiedniej Rwandzie (która w rankingach jest uznawana za najmniej skorumpowany kraj Afryki), potrzeba tylko 3 dni, w Demokratycznej Republice Konga – co najmniej 65, a i tak nie ma pewności, że sprawa zostanie pomyślnie załatwiona. Więc trzeba smarować i to grubo. Śmiertelność noworodków to 111 na 1000 urodzin (średnia światowa to zaledwie 41). ONZ w swoim dorocznym Raporcie o Rozwoju Społecznym, umieszcza Kongo na smutnym, ostatnim miejscu. A jeżeli ktoś z czytelników zastanawiał się kiedykolwiek, który kraj na świecie na najgorsze statystyki w kategorii bezpieczeństwa lotniczego, to już może zacząć się domyślać.

Najgorsza jest jednak niekończąca się przemoc.

W 1885 r., na konferencji berlińskiej, uznano Kongo za prywatną własność belgijskiego króla Leopolda II. Który okazał się być małym psychopatą. Za sprawą jego bestialskich rządów, zginęła połowa wszystkich mieszkańców tych terenów. W 1908 r., pod naciskiem oburzonej działaniami władcy dupka opinii międzynarodowej, Kongo zostało mu odebrane i stało się belgijską kolonią. Choć dola miejscowej ludności była wciąż ciężka, to na szczęście terror zelżał. Jednak, gdy w 1960 r. kraj stał się niepodległy, przemoc powróciła ze zdwojoną siłą. Najpierw wybuchła wojna domowa ze zbuntowaną Katangą, potem z Kasai Południowym, a w zamachu stanu, władzę przechwycił Mobutu Sese Seko: krzyżówka Pinocheta z Karlem Lagerfeldem.

MobutuMemo: jeżeli władzę w Twoim kraju przejmuje typ o takim guście, to następnego dnia proś o azyl w Szwecji (Fot. Reuters)

W 1996 r., Mobutu zrobił najgorszy błąd swojego życia: zaczął masakrować zamieszkujących wschodnie rubieże kraju Tutsich, żeby ich kuzyni z sąsiedniej Rwandy nie myśleli sobie, że jak wygrali jedną wojnę domową, to mogą za bardzo kozaczyć. Na co ci właśnie krewni postanowili odpowiedzieć, dając dyktatorowi fangę w nos. Już rok później rebelianci, wspierani przez właśnie Rwandę, ale też Ugandę, Burundi i Angolę, zdobywają stolicę, a Mobutu musi uciekać za granicę. Kongo było jednak od happy endu dalej niż bliżej.

Przywódca powstańców, Laurent-Désiré Kabila, dostaje od niedawnych sojuszników krótką piłkę: “Ziomek, pomogliśmy ci, to teraz wyskakuj z diamentów i złota”. Na co Laurent rzuca żołnierskie “Takiego!”, więc Rwanda, Uganda i Burundi nie bawią się dalej w dyplomacje, tylko najeżdżają Kongo. Angola, Namibia, Zimbabwe i Czad przybywają z pomocą, która szybko okazuje się być równie grabieżczym wypadem, co eskapada przeciwników. W ten sposób, Kongo staje się areną konfliktu, znanego powszechnie jako Afrykańska Wojna Światowa. Trudno oszacować, ile pochłonęła ofiar, ale szacuje się, że między 5,5 a 7 mln. I cały czas giną kolejni Kongijczycy.

Mimo, że wojska innych państw wycofały się już w 2002 r., to na wschodzie kraju wojna nigdy nie ustała. Partyzanci szaleją wciąż w Katandze, w Ituri i Kiwu. W tych dwóch ostatnich, postrach sieje również Armia Bożego Oporu, znana z wybitnego okrucieństwa i opierająca się na dzieciach-żołnierzach militarystyczna sekta. Straszliwy jest los kobiet – w maju Dział Zagraniczny podawał, że tylko w latach 2006-2007 na przestrzeni 12 miesięcy, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! A na pogardzanych Pigmejów najzwyczajniej w świecie urządza się polowania.

Teraz okazuje się też, że jest jeszcze jedna grupa ofiar kongijskiego konfliktu, która nie może mieć nawet pojęcia, że takowy kiedykolwiek się toczył – goryle.

Zabity gorylNa świecie jest już 7 mld ludzi, goryli górskich zostało nieco ponad 700 (Fot. Brent Stirton/Getty Images)

W zeszłym miesiącu, udało się pochwycić szajkę kłusowników, którzy próbowali sprzedać na czarnym rynku małe gorylątko za równowartość 40 tys. dolarów. To już czwarty taki przypadek od kwietnia, a instytucje zajmujące się ochroną tych ssaków przyznają, że niewykrytych spraw jest prawdopodobnie znacznie więcej.

– To tylko czubek góry lodowej – nie krył w rozmowie z prasą Emmanuel de Merode, dyrektor Parku Narodowego Wirunga, w którym żyje ok. 480 z mniej więcej 790 pozostających na wolności goryli górskich.

To wyjątkowy gatunek, największa z małp człekokształtnych – dorosłe samce ważą ponad 200 kg, a gdy się wyprostują, mierzą prawie 2 metry. Występują tylko w lasach deszczowych środkowej Afryki. Mimo potężnych rozmiarów, są mało agresywne. Za to silnie rodzinne: samce, będące przywódcami stada, na ogół nie wdają się w walkę o ochronę terytorium, tylko współtowarzyszy. Co, przy rosnącym popycie na małe gorylątka, okazuje się zgubą dla całego gatunku.

Goryle górskie nigdy nie porzucają swoich małych. Żeby więc porwać jedno, trzeba wcześniej wymordować całą jego rodzinę. Na ogół, na oczach maluchów, dla których jest to niewyobrażalny stres. Na tym nie koniec. Te z gorylątek, które udało się odratować z rąk kłusowników, były na ogół mocno poranione od krępujących je lin, chorowite i niedożywione. Resocjalizacja takiego zwierzęcia, to droga przez mękę.

Nie wiadomo ile dokładnie zwierząt pada łupem kłusowników, nieznani są też ich zleceniodawcy. Najczęściej wymienia się w tym kontekście bogaczy z Bliskiego Wschodu i Rosji, ale brak na to twardych dowodów, a bez nich – procederowi nie można skutecznie przeciwdziałać.

Pracownicy parku, jak również organizacje ekologiczne, przekonują, że handel da się zwalczać dopiero wtedy, kiedy ustaną krwawe konflikty w Kongu i w kraju zapanuje relatywny porządek. Jednak nadzieje, że stanie się tak dzięki wyborom w przyszłym tygodniu, są w zasadzie żadne.

Laurent-Désiré Kabila został zamordowany w styczniu 2001 r. Prezydentem został wówczas jego syn, Joseph. Wychowany w sąsiedniej Tanzanii, w rodzimym kraju nie cieszy się przesadną popularnością. Już dawno ogłosił pięciopunktowy plan naprawy państwa, ale jak do tej pory bardziej zainteresowany był umacnianiem swojej władzy, niż uporaniem się z problemami obywateli. Bici są krytyczni wobec niego dziennikarze, a działacze praw człowieka i organizacji zwalczających korupcję, są mordowani w tajemniczy sposób. Klika rządząca czuje się tak bezkarnie, że w zeszłym miesiącu Zoe Kabila, brat Josepha, kazał swoim ochroniarzom publicznie pobić dwóch policjantów kierujących ruchem na skrzyżowaniu, kiedy ci nie dali pierwszeństwa jego luksusowej terenówce.

W sierpniu 2006 r., w Demokratycznej Republice Konga odbyły się wybory prezydenckie, które – przy licznych głosach wskazujących na fałszerstwa – wygrał Kabila. Dział Zagraniczny był wtedy w Kigomie, mieście położonym nad Jeziorem Tanganika po stronie Tanzanii. Każdego dnia, przez granicę przeprawiały się tu grupy Kongijczyków, uciekających z kraju w obawie przed nasileniem konfliktu i szukające schronienia w okolicznych obozach uchodźców.

Goryle nie mają nawet takiej możliwości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Kiedy myśliwi polują na złą zwierzynę

W lipcu, kiedy wiadomości o suszy i klęsce głodu w Rogu Afryki zaczęły się przebijać do polskich mediów, reporter radiowej Trójki Łukasz Walewski pytał w swoim reportażu: czemu świat robi tak mało? Na co ja miałem okazję odpowiedzieć: robi tyle, ile może.

Po pierwsze, wciąż tkwimy w najgorszym kryzysie finansowym od międzywojnia. Rządy tną wydatki gdzie się da i to, że w ogóle przeznaczają jakieś miliony na pomoc humanitarną, to już sporo. Po drugie, Somalia (gdzie głód osiąga największe rozmiary) jest od dwóch dekad pogrążona w krwawej wojnie domowej, a tereny w najgorszym położeniu są kontrolowane przez wrogą zachodowi islamistyczną partyzantkę, która już od kilku lat nie wpuszcza żadnych organizacji pomocowych. Po trzecie, to nie jedyny kryzys, z którym musi sobie radzić społeczność międzynarodowa. Uchodźcy wewnętrzni w Kolumbii, wciąż gorący konflikt we wschodnim Kongu, części Ugandy, nierozwiązane problemy w Afganistanie, pomoc dla Haiti itd. I wreszcie, po czwarte, 2011 r. jak dotąd obficie dołożył się do puli. Arabska wiosna, w tym wojna w Libii i konflikt w Syrii, trzęsienie ziemi w Japonii, secesja Sudanu Południowego. Czy szeroko opisywana na Dziale Zagranicznym, a praktycznie niezauważona w polskich mediach, wojna domowa na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Gdzie w kwietniu walki niby się skończyły, ale zostały nierozwiązane problemy. Dodajmy, bardzo kosztowne problemy.

Podczas starć, z kraju uciekł prawie milion mieszkańców. Połowa z nich, do dziś nie wróciła do swoich domów. W samej tylko Liberii – która ma wystarczająco dużo własnych problemów i wybory prezydenckie w październiku – w obozach dla uchodźców tłoczy się aż 150 tys. osób.
W poświęconym im raporcie, Amnesty International informuje, że nie chcą wracać do opustoszałych wiosek, bo boją się tych, którzy jeszcze przed dekadą ich chronili. Myśliwych zrzeszonych w bractwach Dozo. [w zasadzie, w liczbie mnogiej powinno się mówić “Dozow”, ale nie mam jakiś super-pewnych informacji co do odmiany po polsku, więc zostańmy przy takiej wersji]

DozoZnajdź zachodnioafrykańskiego Bronisława Komorowskiego (Fot. Reuters)

Dozo są prawie zawsze muzułmanami i ich historia jest nierozerwalnie związana z tą religią. Pierwsze organizacje brały przykład z bractw sufickich i powstawały równolegle do nich. Dozo miał być Sunjata Keïta, który dał początek Imperium Mali, w swym najlepszym okresie rozciągającym się od Timbuktu po Ocean Atlantycki. Im bardziej powiększało się państwo, tym większe były wpływy Dozo (którzy przez wieki aktywnie uczestniczyli w lokalnej polityce, chociażby walcząc z francuskimi kolonistami). Dziś bractwa występują między innymi w Mali, Gwinei, Burkina Faso i właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Skąd taka popularność facetów poprzebieranych w pidżamy z wiktoriańskiej noweli? To chyba przede wszystkim zasługa fantastycznego pijaru. Zgodnie z lokalnymi wierzeniami, jeżeli dzikie zwierze zostanie zabite przez człowieka, to jego duch będzie się mścił po śmierci na jego społeczności. I tu do gry wchodzą Dozo, którzy znają rytuały, pozwalające udobruchać zjawę. Czi-czing! Poza tym, jak wszystkie zamknięte dla obcych bractwa z rozbudowanymi rytuałami, Dozo są przez sąsiadów uważani za posiadaczy tajemnej wiedzy i magicznych zdolności. Brzmi głupio? Zapytajcie lokalnego proboszcza, co wie o masonach.

Oczywiście, przywódcy poszczególnych grup mieli sporo innych zasług, mediowali w sporach, wspierali duchowo mieszkańców wsi. Ale to, że chłopcy znają się na magii, było numerem jeden. I wciągnęło ich wojnę domową.

Amulety DozoKup amulet, który chroni przed kulami, a drugi przeciw granatom dostaniesz gratis! (Fot. Ding Haitao/Xinhua)

Czemu doszło do wybuchu konfliktu, Dział Zagraniczny opisywał już szczegółowo w grudniu, ale przypomnijmy w skrócie.
Wybrzeże Kości Słoniowej jest z grubsza podzielone na chrześcijańskie południe i muzułmańską północ. Dopóki krajem rządził Félix Houphouët-Boigny, ojciec niepodległości, WKS było taką małą Jugosławią Afryki Zachodniej – trochę się gotowało pod przykrywką, ale kucharz miał wszystko pod kontrolą. Jednak po śmierci przywódcy, jego następcy wymyślili pojęcie “Ivoirité”, które dyskryminowało muzułmanów, będących w większości potomkami imigrantów z innych krajów. Po krótkim okresie rządów wojskowych, przeprowadzono wolne wybory. Ale – zgodnie z zasadą Ivoirité – wykluczono z nich faworyta, Alassane Ouattarę, muzułmanina z północy. Dla jego ziomków było to za dużo i w 2002 r. wybuchła wojna domowa.

Do tego czasu, Dozo byli już silnie uzbrojeni. Cała dekada lat 90., to na Wybrzeży Kości Słoniowej ogromny wzrost przestępczości. Państwo kompletnie nie dawało sobie z tą sytuacją rady. Myśliwi postanowili bronić swoich społeczności i po porostu zastąpili niestniejącą policję. Byli tak skuteczni, że ich sława szybko rozniosła się poza wioski na północy. Posyłano po nich z południa, jako ochroniarzy wynajmowały ich firmy i prywatni biznesmeni. Wkrótce, Dozo otwierali własne firmy nawet w Abidżanie.

Czemu byli tak skuteczni? Mieszkańcy kraju szybko znaleźli na to odpowiedź – bo ich magiczne amulety chroniły ich przed kulami wroga. Z czego w odpowiednim czasie, postanowili skorzystać rebelianci.

Powstańcy z północy początkowo prosili właśnie o talizmany, które miały ich uczynić kuloodpornymi. Ale sami Dozo bardzo szybko opowiedzieli się po stronie rebeliantów. Jako muzułmanie, czuli się dyskryminowani przez Ivoirité i spychani na margines życia publicznego. Dołączyli więc do Forces Nouvelles (tak nazwały się siły wspierające Ouattarę) i okazali się wyjątkowo bitni. Oraz okrutni.

UNOCI (Operacja ONZ na Wybrzeżu Kości Słoniowej) ogłosiło właśnie, że Dozo ochoczo uczestniczyli w zbrodniach na ludności cywilnej, popełnianych podczas decydującej ofensywy Forces Nouvelles. To właśnie oni mają w większości odpowiadać za masakrę w Duékoué, w którym zmasakrowano ponad 800 osób. Amnesty International dodaje, że myśliwi wciąż jeszcze terroryzują miejscową ludność i to właśnie z ich powodu uchodźcy boją się wracać do swoich wiosek. Są przekonani, że czekają ich kolejne pogromy.

Dozo i żołnierzePo dobrym pogromie, czas na imprezę (Fot. Le Pays)

Alassane Ouattara ma teraz ciężki orzech do zgryzienia. W kwietniu, po zwycięstwie wojskowym, deklarował: “Chcę być prezydentem i obrońcą wszystkich mieszkańców”. Ale to może być trudniejsze, niż mu się wydawało.
Dozo działali podczas konfliktu, jak bojówki wierne Laurentowi Gbagbo, ale podczas, gdy tych drugich ściga się (skutecznie) do dziś, myśliwi są dotychczas bezkarni. Ouattara nie może otwarcie wystąpić przeciwko rebeliantom, którzy wynieśli go do władzy, bo zawsze mogą go jej pozbawić.
Jednak, nawet jeśli wojskowi z północy postanowią nie chronić Dozo (którzy nigdy w pełni nie podporządkowali się ich rozkazom), to nie do końca wiadomo, kogo oskarżyć. Bractwa myśliwskie są pozbawione silnej struktury, to dość luźna siatka niezależnych od siebie grup. Nie wszyscy popełniali zbrodnie, być może nie była to nawet większość, ale jak oddzielić jednych od drugich? Czy wydadzą winnych spośród swoich?
No i wreszcie – jak zaleczyć już otwarte rany i umożliwić pojednanie dawnych ofiar z katami (bo bez tego nie da się zbudować pokoju)? Przykład Rwandy pokazuje, że jest to możliwe. Ale w tym celu, uchodźcy musieliby wrócić do domów. Na razie są zbyt przerażeni, żeby w ogóle brać to pod uwagę.

Alassane Ouattara rządzi krajem dopiero od pół roku. Jeżeli jednak chce przejść do historii, jako “prezydent i obrońca wszystkich mieszkańców”, to powinien szybko wziąć się za godzenie ich ze sobą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Woda cenniejsza od ropy

Abyei płonie. Dosłownie – drewniane domki i stoiska handlowe trawią pożary, których nie ma kto gasić. Mieszkańcy uciekli wiele dni wcześniej, UNHCR szacuje że tych wewnętrznych uchodźców jest już 100 tys. Wszystko dlatego, że w połowie maja, po wielu dniach strzelanin, Chartum rozgonił miejscowe władze i najechał miasto czołgami, rozpoczynając okupację. Sudan, w którym dopiero niedawno skończył się najdłuższy konflikt domowy w historii Afryki, stoi na krawędzi nowej wojny.

Pożar w AbyeiWedług UNMIS (Misji Narodów Zjednoczonych w Sudanie) ludzie na ciężarówce to nie uchodźcy, tylko szabrownicy korzystający z chaosu w Abyei (Fot. Stuart Price/UNMIS/AFP)

Abyei leży w samym środku Sudanu (no, może trochę na południowy-zachód od tego środka). Stolica regionu – Abyei Town, a jakże – to zbiorowisko rozrzuconych, lekko zakurzonych chat, których wygląd jest czytelnym sygnałem: “Nie ma tu nic do rabowania”. Mimo to, ten monotonny w wyglądzie obszar wielkości województwa opolskiego, od lat pozostaje kością niezgody pomiędzy muzułmańską północą, a chrześcijańsko-animistycznym południem.

Kiedy w 2004 r. negocjowano układ pokojowy, mający zakończyć najdłuższy konflikt domowy w Afryce (porozumienie podpisano rok później), do dokumentu dołączono specjalny protokół dotyczący tylko i wyłącznie Abyei. Ponieważ – z powodów historycznych – uzasadnione pretensje do tego regionu zgłaszały obie strony konfliktu, ustalono, że najuczciwiej będzie pozwolić mieszkańcom zadecydować o swoim losie. Gdy w styczniu tego roku, na południu odbywało się referendum w sprawie ogłoszenia niepodległości (“za” byli prawie wszyscy biorący w nim udział; nowy kraj pojawi się na mapie w lipcu), w Abyei miano równolegle przeprowadzić głosowanie, w którym ludność opowiedziałaby się, czy chce pozostać częścią Sudanu, czy też wejść w skład nowego państwa (nazwa wciąż nie została ustalona, prawdopodobnie będzie to “Sudan Południowy”).
Ale zamiast kampanii referendalnej i urn, mieszkańcy dostali starcia zbrojne, której trwają do dziś.

O co w ogóle chodzi? Dlaczego Sudan (Północny i Południowy) ryzykuje kolejną wojnę z powodu tego mało urodziwego skrawka ziemi? Powody są dwa: taki, który pojawia się w niemal każdej publikacji, chociaż wcale nie musi mieć tak wiele wspólnego z rzeczywistością, oraz taki, który ginie w natłoku informacji, a prawdopodobnie stanowi klucz do rozwiązania zagadki.

Ten pierwszy, to ropa.
Sudan ma jej spore zasoby, a Chartum przez tyle lat nie chciał się zgodzić na samodzielność południa, bo to właśnie tam znajdują się prawie wszystkie złoża. Jednak ostatecznie porozumienie okazało się możliwe, bo to gdzie ropa zalega pod ziemią to jedno, ale to jak ją stamtąd przetransportować to już zupełnie inna sprawa. Rurociągi przechodzą bowiem przez terytorium północy aż do Port Sudan, gdzie czarne złoto ładowane jest na tankowce i wysyłane w świat.
I tu pojawia się ciekawa informacja. Kilka miesięcy temu w mediach pojawiła się informacja, że Chińczycy (którzy, co prawda, zawsze wspierali Chartum, ale nie z powodu jakiegoś zauroczenia, tylko ropy właśnie) zaproponowali władzom południa, że wybudują im rurociąg do Mombasy. Chociaż wiadomość została zdementowana, a sam projekt zająłby co najmniej kilka lat, to na północy kilka osób musiało się nieźle spocić. I łapczywiej spoglądać na Abyei. Bo choć region jest malutki, to jeszcze w 2004 r., podczas negocjacji, to właśnie stąd pochodziło 25 proc. sudańskiej ropy – dzienne wydobycie sięgało ponad 76 tys. baryłek. W razie, gdyby południe miało się jednak uniezależnić, to Chartumowi powinno bardzo zależeć na utrzymaniu w rękach takiej kury znoszącej złote jajka.
I wszystko by się zgadzało, gdyby nie to, że od pewnego czasu te jajka może i są z wolnej hodowli, ale na pewno już nie złote. Dziś wydobycie jest niższe aż o 1/3, a wkład “bogatego w ropę” regionu Abyei spadł do zaledwie 5 proc.

I tu dochodzimy do drugiego powodu konfliktu. Do wody.
Jak w “Christian Science Monitor” pisze Rebecca Hamilton, Abyei jest zieloną oazą w morzu piasku. Tamtejsza rzeka Kiir, zwana też po arabsku Bahr el-Arab (“Morze Arabów”), nie przestaje płynąć nawet w porze suchej. Jest kluczowa dla przeżycia bydła, bez którego padłyby wędrowne grupy pasterskie. Mamy więc konflikt o kontrolę wody pomiędzy nomadami a osiadłymi rolnikami. Konflikt stylów życia, ale też konflikt etniczny.
Rolnicy to w przytłaczającej większości Dinka. Ich pobratymcy dowodzili partyzantką walczącą o niepodległość południa, a kilku Dinka z Abyei zajmowało nawet kluczowe pozycje w powstańczej armii.
Tymczasem nomadzi to mówiący po arabsku Misseriya. Ich szlaki rozciągają się od środkowego Sudanu po zachodni Czad, ale każde pół roku spędzają zawsze na żyznych pastwiskach południa. Bez wody z Barh el-Arab ich zwierzęta by padły, a wraz z nimi cała społeczność Misseriya. Władze w Chartumie często wspierały nomadów, starając się stworzyć z nich przeciwwagę dla Dinka. I wydaje się, że teraz wykorzystały ich sytuację i konflikt o wodę, żeby przycisnąć południe.

RzekaKirr/Bahr el-Arab to nie tylko gwarant przeżycia, to także miejsce do zabawy (Fot. Kate Geraghty/Fairfax Media)

Przed zaplanowanym w Abyei referendum, Dinka nie chcieli się zgodzić, żeby wędrowni Misseriya mieli prawo głosu. Dochodziło więc do starć zbrojnych, aż w końcu w jednym z ataków zginęło 22 żołnierzy z armii rządowej. Chartum wykorzystał sytuację, żeby wjechać na miejsce z ciężkim sprzętem. Południe nie może nic zrobić, bo o ile jest w stanie toczyć wyniszczającą wojnę partyzancką, to w otwartym polu nie ma z północną najmniejszych szans.
Wydaje się jednak, że ze strony Chartumu może to być blef. Władze zdają sobie sprawę, że społeczność międzynarodowa potępia ich agresję i prędzej czy później będą się musieli wycofać. Niektórzy analitycy spekulują więc, że atak był od początku do końca przemyślany jako rodzaj blefu, który ma po pierwsze uświadomić wszystkim lokalnym graczom, że chociaż południe za chwilę stanie się niepodległe, to jednak Chartum jest tym, kto tu rozdaje karty.

Problem w tym, że zamieszanie ma miejsce w najgorszym możliwym momencie. Południe jest właśnie w samym środku “okresu głodowego”, czyli czasu od marca do sierpnia, kiedy to zaczynają się zbiory. W tym czasie mieszkańcy tego regionu tradycyjnie zaciskają pasa i zmniejszają racje żywnościowe. Są do tego przyzwyczajeni, jednak 100 tys. osób w prowizorycznych obozach nie poradzi sobie tak łatwo jak u siebie w domu (a sytuacji nie polepsza fakt, że na południu jest już dodatkowe 300 tys. repatriantów z północy). Poza tym, musieli porzucić swoje pola, o które nikt w tej chwili nie dba. Nawet, gdyby konflikt skończył się w miarę szybko, będą musieli włożyć ogromną pracę w to, żeby następne zbiory były satysfakcjonujące.

No i zawsze istnieje możliwość, że coś pójdzie po prostu nie tak, a z mały pożar w małym Abyei okaże się iskrą, która na nowo rozpali cały Sudan.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Srebrenica pod palmami

Rok 2009, koniec maja. Położony na północy Sri Lanki Manik Farm, obóz uchodźców dla ponad 200 tys. osób, które uciekły przed wyniszczającą kraj od 26 lat wojną domową, jest wystrojony jak na dożynki. Na wietrze łopoczą flagi narodowe i sztandary ONZ-tu, na słupach i zaimprowizowanych tablicach wiszą kolorowe plakaty ze zdjęciem uśmiechniętego prezydenta kraju w towarzystwie nie mniej zadowolonego mężczyzny. “Witaj, Sekretarzu Generalny Ban Ki-moon, w naszej ojczyźnie!” głosi hasło pod fotografią. Koreańczyk odwiedza właśnie obozowisko, sześć dni po tym, jak władze ogłosiły, że ostatecznie rozgromiły Tamilskie Tygrysy, partyzancką armię, która przez lata zarządzała własnym quasi-państwem na północy wyspy.
– Jestem absolutnie pewien, że wojskowi nie popełnili żadnych zbrodni przeciw ludzkości – mówi tłumowi dziennikarzy towarzyszący Sekretarzowi Generalnemu Rohitha Bogllagama, Minister Spraw Zagranicznych Sri Lanki.
– Rząd robi co w jego mocy – mówi sam Ban Ki-moon.
Dwa lata później, w kwietniu 2011 r., zarządzane przez niego ONZ oskarży Sri Lankę o umyślne i potworne zbrodnie przeciw cywilom.

Uchodzcy na Sri LanceTamilscy uciekinierzy z terenów objętych walkami (Fot. Reuters)

Sri Lanka od dawna była podzielona na dwie części, zamieszkiwane przez dwa zupełnie różne ludy. Pierwsi, ponad 2 tys. lat temu, przybyli na wyspę Syngalezi, mówiący językiem syngaleskim i dziś w przeważającej większości będący buddystami. Trochę później w okolicę zawitali Tamilowie, porozumiewający się tamilskim wyznawcy hinduizmu. Obie grupy przez wieki żyły we względnym spokoju – pierwsza opanowała południe i centrum, a druga zdominowała północ.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX wieku, kiedy na arenę wkroczyła Wielka Brytania. Anglicy skolonizowali Sri Lankę, przemianowali ją na Cejlon i założyli plantacje herbaty, kauczuku, cynamonu i innych. Potrzebowali rąk do pracy i to wielu, o wiele więcej niż wyspa była w stanie zapewnić. Zaczęli więc masowo sprowadzać robotników z Indii i tak się złożyło, że byli nimi właśnie Tamilowie. Jak to często bywa, w ślad za nimi podążyli chrześcijańscy misjonarze, którzy zwietrzyli okazję do przeciągnięcia nowych wyznawców na swoją stronę. Ale nie tylko zawalili robotę, ale wręcz osiągnęli efekt przeciwny do zamierzonego. Tamilowie poczuli, że muszą bronić swojej religii, zaczęli się organizować i w efekcie poczuli, że są osobną grupą, z własnymi tradycjami i językiem. W dodatku grupą dość sporą.

Kłopoty zaczęły się wraz z niepodległością. Wcześniej obie społeczności miały równą reprezentację przy zarządzającymi wyspą Anglikami. Ale im koniec europejskich rządów stawał się bliższy, tym bardziej Tamilowie zaczynali się niepokoić. Stało się jasne, że w kraju będą normalne wybory, a to mogło oznaczać tylko jedno – stanowiący 2/3 populacji Syngalezi zdominują rząd, mieszkańcy północy staną się dyskryminowaną mniejszością.
Rzeczywistość okazała się zgodna z przewidywaniami. Krótko po odzyskaniu niepodległości w 1948 r., kontrolowane przez południowców władze uchwaliły Ustawę o Obywatelstwie Cejlonu, która odmawiała tego tytułu osobom pochodzącym z Indii, przez co większość Tamilów wybrałą powrót na kontynent. Jeszcze gorzej zostało odebrane prawo z 1956 r., które czyniło syngaleski jedynym oficjalnym językiem w kraju.
Proces dyskryminacji ruszył pełną parą. Import tamilskich książek i filmów z Indii został zabroniony. Na uniwersytetach stworzono miejsca gwarantowane dla Sygalezów, kosztem reszty studentów. Co kilka lat przez kraj przetaczały się brutalne pogromy, inspirowane przez władze w Kolombo.

Kiedy wreszcie, w 1983 r. w tak zwanym Czarnym Lipcu zmasakrowano prawie 3 tys. Tamilów, miarka się przebrała.
Ludność cywilna zaczęła szukać ochrony u Tamilskich Tygrysów, milicji stworzonej kilka lat wcześniej przez Velupillaia Prabhakarana. Wtedy była to jeszcze tylko złożona z narwanych nastolatków banda, która większość swojej energii trwoniła na rabunki, napady i okazjonalne morderstwa na policjantach, czy lokalnych syngaleskich politykach. Ale po Czarnym Lipcu, do Tygrysów zaczął płynąć strumień pieniędzy o Tamilów rozproszonych od Delhi po Londyn. Prabhakaran narzucił swoim podwładnym mordercze treningi w dżunglach, połączone z praniem mózgu. Dzięki temu, w krótkim czasie stworzył najpotężniejszą armię partyzancką świata. I zarazem najbardziej morderczą.

PrabhakaranPrabhakaran na zdjęciu klasowym (Fot. AFP)

– Poleciłem moim ludziom, aby mnie zabili, jeżeli zrezygnuję z walki o niepodległość – Prabhakaran rzucił prawie dekadę temu na jedynej w swoim życiu konferencji prasowej. Metody tej walki pokazały, że fanatyzm w jego wydaniu był nie tylko na pokaz.
Tygrysy szkoliły do walki już małoletnie dzieci, często wciągane do swych szeregów siłą. Wysadzali w powietrze budynki, bez mrugnięcia okiem mordowali cywilów, potrafili za jednym razem pozbawić życia ponad stu przypadkowych osób. W 1991 r. zgładzili w zamachu premiera Indii Rajiva Gandhiego, bo ten ośmielił się zmuszać dawnych podopiecznych do podpisania rozejmu. Dwa lata później ich bomba rozerwała prezydenta Sri Lanki, Ranasinghe Premadasa, w 1999 r. prawie powtórzyli ten wyczyn z Chandriką Kumaratungą, ówczesną panią prezydent. Ministra Spraw Zagranicznych, Lakshmana Kadirgamara, dopadli w jego własnym basenie. Do boju wysyłali płetwonurków detonujących bomby w portach, konstruowali własne miniaturowe łodzie podwodne. Ich znakiem rozpoznawczym były brygady zamachowców-samobójców, wśród których prym wiodły fanatyczne kobiety. Byli pierwszą armią od czasów cesarskiej Japonii, która stosowała kamikadze: kupione na kontynencie i przemycone w częściach na Sri Lankę małe samoloty sportowe wyładowywali materiałami wybuchowymi i wysyłali na terytorium wroga, gdzie piloci mieli się rozbić na wyznaczonych celach.
W pewnym momencie Prabhakaran miał pod bronią 30 tys. ludzi i kontrolował 1/3 kraju. Rządu w kraju były nawet gotowe negocjować z nim autonomię dla Tamilów. Do czasu, aż prezydentem kraju nie został Mahinda Rajapaksa.

Rajapaksa, z wykształcenia adwokat, a zajęcia wieloletni polityk, minister i premier, został głową państwa w listopadzie 2005 r. i pokazał, że wie, gdzie w dzisiejszym świecie leżą konfitury: zaprosił do kraju Chińczyków.
Pekin od jakiegoś czasu poszukiwał dla siebie bezpiecznej przystani na Oceanie Indyjskim, gdzie mogłyby zawijać jego okręty ochraniające tankowce z saudyjską ropą, towarem pierwszej potrzeby w rozwijającym się w szalonym tempie Państwie Środka. Sri Lanka wydała się idealnym kandydatem. Chińczycy szybko dostali zgodę na budowę ogromnej bazy morskiej na południu wyspy, a w zamian poratowali rząd Rajapaksa tanimi pożyczkami, bronią i – co najważniejsze – swoim wsparciem w Radzie Bezpieczeństwa.
Prezydent tylko na to czekał: mógł wreszcie zignorować krytyczny wobec siebie Zachód i zabrać się za realizację ułożonego wcześniej planu. Ministrem Obrony mianował własnego brata Gotabayę, a ten błyskawicznie wymienił część kadry oficerskiej, zaostrzył szkolenia dla żołnierzy, ustalił nową taktykę walki i w 2006 r. rzucił wszystko co miał na Tygrysy. Trzy lata później, niegdyś najpotężniejsza partyzancka armia na świecie, była w całkowitej rozsypce i desperacko broniła się na coraz ciaśniejszym terytorium.
W styczniu 2009 r., siły rządowe rozpoczęły ostateczny szturm. W maju Prabhakarana znaleziono z kulą w głowie, a niedobitki Tygrysów w panice uciekały z wyspy łodziami uchodźców. Wojna domowa, która zdążyła pochłonąć 100 tys. ofiar, była skończona.

Zolnierze z poludniaŻołnierze armii rządowej podczas kampanii przeciw Tamilskim Tygrysom (Fot. AP)

Dopiero dziś możemy się przekonać, jakim kosztem.
Opublikowany przez ONZ raport to wynik rocznej pracy ich ekspertów. Według nich, ostatnie kilka miesięcy kampanii było jedną wielką zbrodnią przeciw ludzkości. Tamilskie Tygrysy, tracąc kolejne odcinki frontu i wycofując się do coraz mniejszej enklawy, pociągali za sobą tysiące cywilów, w nadziei, że armia rządowa nie odważy się uderzyć w te żywe tarcze. Ale wojskowi nic sobie z tego nie robili. Ciężki ostrzał artyleryjski wymierzony w tereny zaludnione przez niewinnych ludzi stał się codziennością. Rozmyślnie bombardowano obszary, które wcześniej określono jako strefy zdemilitaryzowany, gdzie mieli się chronić cywile. Ostrzelano punkty wydawania żywności, jakie organizował Czerwony Krzyż. W północnym mieście Vanni, armia zaatakowała moździerzami miejscowy szpital. Kobiety gwałcono, a pojmanych mężczyzn, podejrzanych o przynależność do Tygrysów, najpierw torturowano, a później bez sądu rozstrzeliwano na miejscu – brytyjski Channel 4 wyemitował wstrząsające video z takiej egzekucji już trzy miesiące po zakończeniu kampanii.

– Nie, nie używamy ciężkiej artylerii – Kolombo zapewniało Hillary Clinton, w czasie gdy trwały najcięższe walki. Seretarz Stanu nie miała innego wyjścia, jak wierzyć na słowo.
Rząd Sri Lanki mógł robić, co mu się podoba, bo odpowiednio wcześniej zadbał o usunięcie świadków i każdego, kto mógłby mu przeszkadzać. Z kraju wyrzucono wszystkich zagranicznych obserwatorów, dziennikarzy i organizacje pozarządowe (jedyny wyjątek zrobiono dla Czerwonego Krzyża, który ma regułę całkowitej dyskrecji, jego pracownikom nie wolno zeznawać w sprawach, których byli świadkami). W styczniu 2009 r. brutalnie zamordowano redaktora naczelnego “The Sunday Leader”, najbardziej krytycznego wobec poczynań władz pisma na wyspie. W sumie ofiarą zabójców padło ponad sześćdziesięciu innych miejscowych działaczy, którzy próbowali nagłaśniać wydarzenia na północy.

– Nigdy nie bombardowaliśmy niewinnych cywilów, to nieprawdziwe zarzuty – twierdzi Lakshman Hulugalle, rzecznik rządu.
Sęk w tym, że nie tylko nie robi nic, żeby dowieść ich fałszu, ale wręcz utrudnia dochodzenie jak może. Autorom raportu odmawiano wjazdu na tereny, gdzie toczył się konflikt, nie dopuszczano ich do więźniów oskarżonych o przynależność do Tygrysów, wojsko nie zezwoliło na przesłuchanie swoich oficerów. Między innymi z tego powodu, nie mogą oni dokładnie oszacować ilu cywilów straciło życie podczas walk: ich wyliczenia wahają się pomiędzy 7 a 40 tys. osób.

Większość tych rewelacji została ujawniona już wcześniej niż sam raport. Teraz jego autorzy wzywają Ban Ki-moona (którego wizyta w Manik Farm została odebrana jako propagandowe zwycięstwo ekipy Rajapaksy), żeby zarządził międzynarodowe śledztwo w tej sprawie. Ale Sekretarz Generalny szybko rozwiał pokładane w nim nadzieje, oświadczając że podejmie takie kroki, tylko jeżeli na dochodzenie zgodzi się Kolombo. Rząd Sri Lanki, świadomy wsparcia Chin w Radzie Bezpieczeństwa, już odpowiedział: “Nie ma mowy”.

Tymczasem na koniec maja zapowiedziano na wyspie wielkie międzynarodowe seminarium “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Udział zapowiedziały delegacje z 30 państw, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
Dział Zagraniczny proponuje, żeby organizować takie spotkania cyklicznie. W przyszłym roku Birma, za dwa lata Libia (jeżeli Kaddafi się utrzyma), a potem się pomyśli.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Czekolada to nie ropa

Mijający tydzień był zły. I przy pierwszej informacji ręce opadają, więc w zasadzie na niej moglibyśmy to podsumowanie zakończyć. I tak w sumie robimy.

1. Gorzki smak czekolady

Przegląd tygodnia zaczynamy od sytuacji na Wybrzeżu Kości Słoniowej, której Dział Zagraniczny bacznie się przygląda od fatalnego listopada. A sytuacja jest zła.
Jeszcze w zeszłą niedzielę liczba uchodźców nieznacznie przekraczała pół miliona, a ofiar śmiertelnych konfliktu było nieco ponad 500. Teraz tych pierwszych jest już ponad milion i przybywa, a ilu jest zabitych, tego nie wie nikt.
Wszystko dlatego, że rebeliantom popierającym zwycięzcę ostatnich wyborów, Alassane Ouattarę, skończyła się cierpliwość (albo po prostu poczuli się na tyle mocni), że zaczęli ofensywę na całą skalę. Do Abidżanu dotarli już w czwartek i to właśnie tam toczyły się najcięższe walki. Ale konflikt pociągnął za sobą ogromną liczbę ofiar w całym kraju. W samym tylko Duékoué, położonym blisko zachodniej granicy, pracownicy ONZ naliczyli kilkaset ciał. Według wstępnych szacunków Caritasu, zamordowanych jest nawet tysiąc osób.
Koniec tego koszmaru być może jest bliski, bo od Laurenta Gbagbo, dotychczasowego prezydenta, odwracają się najbliżsi sojusznicy. W czwartek szef sztabu armii zbiegł do domu ambasadora RPA i tam poprosił o azyl polityczny. To było mocne uderzenie w morale wojskowych, którzy do tej pory pozostawali lojalni wobec Gbagbo. Opuściła go już część oddziałów i żandarmeria. Wciąż ma on jednak pod bronią oddziały najemników z Liberii. W chwili pisania tego tekstu, agencje donosiły, że trwają walki o pałac prezydencki, w którym zabunkrował się Gbagbo.

Tymczasem Francuzi rzucili do akcji 300 komandosów, którzy opanowali lotnisko w Abidżanie (dzięki czemu będą możliwe pomoc humanitarna z zewnątrz i ewakuacja obcokrajowców). Tym samym liczba ich żołnierzy na Wybrzeżu Kości Słoniowej sięgnęła 1400.

I w związku z tym, Dział Zagraniczny zastanawia się nad jedną rzeczą. Być może niektórzy z czytelników już słyszeli o tym, co w mediach szybko zaczęto nazywać “Doktryną Obamy”. W poniedziałek prezydent USA uzasadniał działania swojego kraju w Libii. Mówił między innymi:
– Niektóre narody mogą przymykać oko na zbrodnie w innych krajach. Stany Zjednoczone Ameryki są inne. I jako prezydent, odmawiam czekania na obrazy rzeźni i masowych grobów przed podjęciem takiej akcji [zbrojnej – przyp. DZ].
To koresponduje ze słynną “Responsibility to Protect”, którą na takich studiach jak stosunki międzynarodowe wałkuje się bez końca. Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 2005 roku, mówi (w skrócie), że “społeczność międzynarodowa ma obowiązek chronić ludność cywilną, kiedy rząd ich kraju nie jest w stanie tego zrobić, bądź sam jej zagraża”.

Czy Francuzi weszli na Wybrzeże Kości Słoniowej, żeby zapobiec masakrom (coś, na co się nie zdecydowali w 1994 r. w Rwandzie)? Nie, byli tam już od dawna, monitorując zawieszenie broni pomiędzy obiema stronami. Teraz zadbali tylko o to, żeby podstawowe połączenie z zagranicą – lotnisko – nie zostało zerwane.

Czy może zatem społeczność międzynarodowa, szczególnie Stany i Unia Europejska, tak aktywne w Libii, mają zamiar cokolwiek zrobić w tym drugim, mocno “przykrytym” przez inne wydarzenia konflikcie?

Czy czekolada (Wybrzeże Kości Słoniowej jest eksporterem 40 proc. światowych zasobów kakao, z którego robi się ten przysmak), w najlepszym wydaniu tak samo czarna jak ropa, jest równie ważna, jak ta ostatnia?

Nie. Nie jest. I nikt nie kiwnie palcem.

DuekoueW Duékoué doktryny i deklaracje o cywilach, ochronie, powinnościach społeczności międzynarodowej itp. nie obowiązują. Bo nie ma rafinerii. Jest tylko kakao (Fot. AP)

2. Co się wydarzyło, a o czym nie napiszemy

Powinienem jeszcze napisać o różnych śmiesznych i ciekawych wydarzeniach z tego tygodnia.

Np. o tym, że Celso Ovelar, biskup a zarazem burmistrz pewnego miasta w Paragwaju, przyznał się, że jest ojcem małego dziecka (co jest o tyle ciekawe, że prezydent kraju, a zarazem były biskup – musiał się zrzec kościelnych funkcji przed startem w wyborach – też okazał się być ojcem co najmniej jednego bobasa, a dwie inne kobiety zarzucają mu ojcostwo także swoich pociech; mogibyśmy się pośmiać z tego, jakie są związki tronu i ołtarza i zakrystii w tym latynoskim kraju).

Albo np. o tym, że w Tanzanii tłumy walą drzwiami i oknami do Babu (czyli “dziadka”) Ambilikile Mwasapile, który robi “lek na wszystko”. W związku z czym kolejka samochodów przed jego chatą ma w niektóre dni ponad 20 km długości. I zdążyło już umrzeć ponad 50 osób w niej czekających. W związku z czym lokalne władze musiały w okolicę jego wioski wysłać dodatkowe oddziały policji z karnistrami wody pitnej, oraz negocjować z dziadkiem, żeby przyjmował tylko w niektóre dni, bo stwarza za dużo problemów dla całej okolicy.

No i mógłbym tak jeszcze z 15 tematów pociągnąć. Ale mi się nie chce, bo jak zczytuję depesze, to tylko ręce opadają.
W Namibii jest stan wyjątkowy, bo powodzie pozbawiły dachu nad głową 10 tys. osób, zabiły stada bydła, zniszczyły niezebrane plony i rozmyły nieutwardzone drogi.
A w Birmie rozwiązała się wojskowa junta. To znaczy jej szef, Than Shwe, powiedział, że już nie jest szefem armii. Po czym mianował na prezydenta i ministrów w 58-osobowym rządzie, swoich byłych podwładnych i wciąż całkowicie mu podległych generałów. Wszystkich w stanie spoczynku, oczywiście. Dyktatury wojskowej nie ma.

To był bardzo zły tydzień.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Sandra robi botoks

Upływający tydzien spokojnie możemy zaklasyfikować jako mocno penitencjarny.

1. Świstak zaraz nie będzie miał w co zawijać

Wiadomość tygodnia, to oczywiście powrót wojny domowej na Wybrzeże Kości Słoniowej. Co prawda jeszcze nie oficjalnie, ale wszystko na to wskazuje.
Podłoże jest dokładnie wyjaśnione we wpisie z 12 grudnia, ale przypomnijmy szybko, że poprzedni konflikt wybuchł w 2002 r. i de facto podzielił kraj na dwie połowy: kontrolowaną przez rebeliantów północ i rządowe południe. W 2007 obie strony podpisały zawieszenie broni i wszystko miało pójść w niepamięć w listopadzie zeszłego roku, podczas wyborów prezydenckich. Z tym, że rządzący do tej pory Laurent Gbagbo obraził się na wyniki, powiedział, że nie uzna swojej przegranej i zamknął się w budynkach rządowych. Tymczasem uznawany przez resztę świata za nową głowę państwa Alassane Ouattara też nie wychodzi ze swojej siedziby, którą jest obstawiony przez błękitne hełmy luksusowy hotel. W kraju pat, czasem jakieś ruchawki na ulicach, są zabici i ranni.
Partyzanci z północy najwyraźniej nie wytrzymali już ciśnienia i w nocy z czwartku na piątek zajęli miasto Zouan-Hounien przy granicy z Liberią. Z której na pomoc Gbagbo ciągną ponoć wzywani przez niego najemnicy. Według statystyk UNHCR, z kraju ucieka już ok. 5 tys. osób dziennie. Nowa wojna wisi w powietrzu.
Tymczasem ceny kakao osiągnęły najwyższy poziom od 32 lat (przypomnijmy, że 1/3 nasion na świecie jest produkowana właśnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Unia Europejska nałożyła na nie embargo, licząc, że zmusi Gbagbo do oddania władzy). Innymi słowy: ruszajcie do sklepów po czekoladę, bo Dział Zagraniczny przewiduje smutną Wielkanoc.

2. Prison botoks

W grudniu Dział Zagraniczny zajmował się też tym, że kartele narkotykowe w Meksyku się feminizują, a najsłynniejszą kobietą-narco jest tam Sandra Ávila Beltrán. Znana jako Królowa Pacyfiku.
Królowa siedzi teraz w stołecznym więzieniu i czeka, jak potoczą się jej losy, a na rozprawach ewidentnie nie chce wypaść źle, bo dwa tygodnie temu przez media przetoczyła się wiadomość, że władze aresztu pozwoliły pewnemu doktorowi odwiedzić Sandrę za kratkami i strzelić jej kilka zastrzyków z botoksu. Co – jak łatwo się domyślić – nie należy do tej samej grupy praw więźnia, co np. prysznic.
Naczelnika zakładu oczywiście zwolniono, ale w ten piątek zdołał się poskarżyć, że nieniesłusznie, bo botoks był nie dla Królowej, tylko dla niego samego. Chciał chłopak dobrze wyglądać na spacerniaku. Sandra całą sprawę komentuje tak:

Sandra robi botoksJaki botoks? Fot. EFE

3. Tenis, mąka, sznaucery

Skoro już Meksyk, to odnotujmy, że w poprzedni weekend zaczął się w Acapulco Mexican Open. Miejscowi gangsterzy postanowili uczcić turniej tenisa, mordując 13 osób i podpalając pięć samochodów. Nie wiadomo, czy wcześniej robili sobie zastrzyki z botoksu.

Rzutem na taśmę, przelećmy sobie jeszcze jeden z ulubionych tematów Działu Zagranicznego: przestępczość w Ameryce Centralnej. W poprzednią niedzielę, w Gwatemali komuś nie spodobało się, że klub piłkarski Xinabajul (z miasta Huehuetenango) ma kiepskie wyniki, w związku z czym zastrzelił jego prezesa (w listopadzie to samo spotkało szefa klubu Malacateco). We wtorek, w stolicy kraju tłum zlinczował czterech mężczyzn podejrzanych o kradzież… mąki (w zeszłym roku kolektywna sprawiedliwość ulicy zakatowała w sumie 39 osób). A tego samego dnia, w sąsiednim Hondurasie, inni złodzieje zastrzelili ewangelickiego pastora, bo nie chciał im oddać… swoich dwóch sznaucerów. Dział Zagraniczny doszukał się tylko, ze oba skradzione psy to szczeniaki, nie wiadomo czy miniaturki, czy olbrzymy.

4. No tak, no, zabił, ale ma kartę “Wychodzisz z więzienia”

Informowaliśmy już w dwóch podsumowaniach tygodnia, o sytuacji Amerykanina w Pakistanie, który zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy, twierdząc że w samoobronie. Ten tydzien przyniósł już pewne informacje, że Raymond Davis co prawda członkiem CIA nie był, ale działał “na zlecenie” agencji. Czytaj: był płatnym mordercą. Stany mają jednak taką twardą zasadę, że nie porzucają swoich ludzi w potrzebie, w związku z czym dowodzą, że zabójca czy nie, to przed strzelaniną został wpisany na listę pracowników ambasady i immunitet ma. Więc, Pakistanie, przestań szlochać i wypuść Raymonda.
Dział Zagraniczny nie wgłębia się w sprawę jakoś szczególnie, ale pierwsze co przychodzi do głowy to: Waszyngtonie, bardzo git z twojej strony, że nie porzucasz ziomka w potrzebia, szkoda że równocześnie dajesz wszystkim prawdziwym pracownikom ambasady w Islamabadzie jasny sygnał “Chłopaki, czas bardzo szybko zmienić siedzibę firmy”.

5. Łaska pańska

Zajrzyjmy szybko do sąsiada. W Afganistanie na wolność wyszedł właśnie Sayed Mussa. Mężczyzna trafił do więzienia w maju zeszłego roku, po tym jak lokalna telewizja pokazała nagrania, na których widać modlących się Afgańczyków, którzy zmienili wiarę na chrześcijaństwo. Większość szybko się ukryła, ale Sayed wpadł.
W kraju teoretycznie panuje wolność wyznania, ale prozelityzm (czyli właśnie zmiana wiary, czytaj: przede wszystkim z islamu na jakąkolwiek inną) jest surowo zabroniony. Mussie groziła nawet kara śmierci. Po 9 miesiącach odsiadki i licznych międzynarodowych naciskach, mężczyzna został wypuszczony z aresztu, a prokuratura umorzyła dochodzenia. Formalnie z braku wystarczających dowodów, nieoficjalnie podobno pod warunkiem, że Sayed wróci do dawnego wyznania.
W więzieniu wciąż przebywa inny mężczyzna, zatrzymany pod tymi samymi zarzutami.

6. Kto butem wojuje, od buta ginie

Jeszcze kraje muzułmańskie. Czytelnicy Działu Zagranicznego być może kojarzą kim jest Muntazer al-Zaidi, ale jeżeli nie, to wyjaśniamy, że to ten były dziennikarz z Iraku, który wsławił się ciśnięciem buta w stronę ówczesnego prezydenta USA, George’a W. Bush. Przypomnijmy:

Al-Zaidi został wówczas na krótko aresztowany. W tym tygodniu powtórnie trafił do paki, za publiczne nawoływanie do rebelii w stylu egipskim. Na razie nie wiadomo jeszcze, ile czasu spędzi za kratkami.
W ramach ciekawostki, przypomnijmy tylko, co przez ostatnie lata działo się z facetem, który zapoczątkował prawdziwą falę rzucania butami w nielubianych polityków (ofiarami, oprócz Busha, padli też między innymi Wen Jiabao, Dominique Strauss-Kahn, Palaniappan Chidambaram, oraz Mahmud Ahmadineżad). Otóż w grudniu 2009, Al-Zaidi sam stał się celem takiego ataku: swoim obuwiem cisnął weń na konferencji prasowej inny dziennikarz, który oskarżył Muntazera o wybielanie dyktatury Saddama Husajna. Zaidi od jakiegoś czasu mieszkał w Bejrucie, gdzie pisywał felietony do miejscowej gazety. Emigracja mu się najwyraźniej znudziła, ale jak widać, powrót do domu w jego przypadku oznaczał powrót na więzienną pryczę.
Ciekawe, czy w bagdadzkim areszcie robią botoks?

7. Kevin Costner wraca do gry!

Wyspy Marshalla zalało. Konkretnie Majuro, stolicę, którą zamieszkuje ponad połowa z wszystkich 55 tys. mieszkańców archipelagu.
Wyspy Marshalla są znane z dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że drugie największe skupisko ich mieszkańców – wyspa Ebeye – jest powszechnie uważana za najgorszy slums na Pacyfiku. A druga to fakt, że najwyższe wzniesienie w kraju to niecałe 3 metry nad poziomem morza. A według oceanologów, poziom wód na świecie będzie się przez następne lata podnosił. W związku z czym rząd Wysp Marshalla ogłosił właśnie, że wybuduje wokół stolicy wielki mur, który powstrzyma zalania.
Dział Zagraniczny mówi: Waterworld!

KevinNiektórzy w młodości wierzyli w Jezusa, Dział Zagraniczny wierzył w Kevina Costnera

8. Czyli nie macie kasy?

I to podsumowanie tygodnia zakończmy radosnym, morskim właśnie akcentem. Na Sri Lankę wrócili właśnie rybacy, których kuter zaginął na Oceanie Indyskim na początku miesiąca. Marynarze wyjaśnili, że po prostu napadli ich piraci, którzy dokonali abordażu, zabijając dwóch rybaków i uprowadzili łódź do Somalii. I dopiero wtedy postanowili pogadać ze swoimi ofiarami. Według tych drugich, dialog wyglądał z grubsza tak:
– Jesteście z Iranu?
– Nie, ze Sri Lanki.
– A, czyli nie macie kasy? No to sorry, nasza pomyłka. Możecie wracać do domu.
Dział Zagraniczny nie posiada się z radości, że są jeszcze na świecie piraci, którzy wykazują empatię.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W ramach tygodniowego bonusa, video ze spotkania piłkarskich reprezentacji do lat 20 w meczu Ekwador-Chile. Komentarz po hiszpańsku, ale wystarczy się przyglądać:

Psy wojny

10 grudnia, po niebie nad Zatoką Adeńską sunie mały punkcik. To An-24, lekko przestarzały rosyjski samolot transportowy. Do celu zostało mu jeszcze sporo czasu, ale spocony kapitan już wie, że nie zdąży tam dolecieć: w baku brakuje paliwa. Decyzja może być tylko jedna, awaryjne lądowanie na najbliższym lotnisku. Maszyna robi lekki zwrot i po kilkudziesięciu minutach przysiada w Hargejsie, stolicy Somalilandu, nieuznawanego przez społeczność międzynarodową państwa, które w 1991 roku odłączyło się od Somalii. W tej samej chwili samolot otaczają umundurowani mężczyźni z karabinami maszynowymi. Ośmiu pasażerów trafia do aresztu.

LotniskoLotnisko w Hargejsie, podobnie jak Okęcie, nie podstawia swoim pasażerom rękawa (Fot. Teresa King/AP)

Cała sprawa jest bardzo tajemnicza, więcej tu białych plam i spekulacji niż twardych faktów.
Rząd Somalilandu twierdzi, że ładunek Antonowa miał trafić do Puntlandu (sąsiedniego regionu Somalii, który nigdy formalnie nie ogłosił separacji, ale który de facto rządzi się sam) i że tą przesyłką była broń. Byłoby to złamanie nałożonego w 1992 r. przez ONZ embarga na jej dostawy do Somalii. Ale jak dotąd Hargejsa nie pokazała żadnych przejętych arsenałów, a w papierach samolotu jako ładunek są wymienione tylko mundury, buty i inne równie mało zabójcze duperele.
Szybko okazało się, że wśród zatrzymanych jest dwójka dziennikarzy z RPA. Zostali natychmiast zwolnieni, nie do końca wiadomo dlaczego. Pozostali mieli być rzekomo Rosjanami, ale według agencji Itar-Tass tylko trzech jest tej narodowości. Skąd pochodzi pozostała trójka, nie wiadomo.
Tuż przed świętami gazeta “Cape Times” podała, że na rozmowy z więźniami poleciał Matt Bryden, szef ONZ-towskiej Grupy Obserwacyjnej do spraw Somalii. Ale sama komórka Narodów Zjednoczonych milczy na ten temat.
Jedyne, co tak wiadomo na pewno, to że An-24 był wynajęty przez Saracen Intarnational. I to jest dopiero interesujące.

O firmie można było po raz pierwszy usłyszeć w marcu, kiedy rząd z Mogadiszu pochwalił się, że Saracen szkoliło ich gwardię prezydencką. Niewiele później wyszło też na jaw, że organizacja trenuje armię Puntlandu, która zbroi się na potęgę. Dział Zagraniczny już podawał te informacje, ale przypomnijmy, że prowincja ma od zeszłego miesiąca między innymi sześć samolotów patrolowych. To ogromny atut w kraju, gdzie żadna inna siła zbrojna, nawet żołnierze Unii Afrykańskiej, nie dysponuje jednostkami powietrznymi.
Saracen International nie chce się dzielić żadnymi informacjami na swój temat. Strona internetowa (“W budowie”) podaje adres kontaktowy w angielskim Manchesterze, ale dziennikarzom Associated Press udało się ustalić, że są zarejestrowani w Ugandzie, a prawdziwą bazą jest Republika Południowej Afryki. Szefem całego przedsięwzięcia jest Bill Pelser, były żołnierz sił specjalnych RPA, później zatrudniony w niesławnej Executive Outcomes.
Jeżeli nazwa Wam nic nie mówi, to warto w skrócie przypomnieć czym było EO. Republika Południowej Afryki przez lata była zaangażowana w konflikty zbrojne poza swoimi granicami, przede wszystkim w Namibii i Angoli. Delikatnie mówiąc, zasady nie były dżentelmeńskie. Gdy apartheid zaczął się powoli chylić ku upadkowi, a walki wygasały, wielu żołnierzom – szczególnie mającym na sumieniu czyny nie przynoszące chwały – przed oczami stanęły zwolnienia ze służby. Właśnie wtedy część z nich założyła Executive Outcomes. Jej najemnicy pojawiali się potem praktycznie we wszystkich afrykańskich konfrontacjach lat 90. I byli diabelnie skuteczni, np. w Sierra Leone potrzebowali zaledwie miesiąca, żeby opanować Kono, region gdzie wydobywa się 2/3 diamentów z tego kraju. Zresztą, bogactwa naturalne były najczęstszą zapłatą dla wojowników: w zamian za pomoc militarną dostawali koncesje na ich wydobycie. Ropa w Angoli, kopalnie złota w Ugandzie, rozliczne interesy w Demokratycznej Republice Konga czy Etiopii. Executive Outcomes zbijało kasę wszędzie, gdzie się dało. Wreszcie, gdy ich działalność w ciemnych barwach zaczęła przedstawiać prasa, firma rozwiązała się, a jej byli pracownicy po cichu pozakładali nowe najemnicze spółki. W tym Saracen International.

Executive Outcomes“Program biwaku integracyjnego: 1. Wymuszanie koncesji. 2. Wspólne śpiewy. 3. Masakra rebeliantów. 4. Ognisko z kiełbaskami”

W całą sprawę jest zamieszanych jeszcze dwóch wybitnie interesujących ludzi. Pierre Prosper, urodzony w Stanach syn haitańskich emigrantów, który po latach zostanie jednym z czołowych amerykańskich dyplomatów i zasłuży się w ściganiu zbrodni przeciw ludzkości (między innymi z jego inicjatywy Międzynarodowy Trybunał Karny do Rwandy uznał za taką masowe gwałty, do jakich dochodziło w tym kraju). Oraz Michael Shanklin, będący kiedyś w absolutnej czołówce najlepszych agentów CIA, działający w strefach konfliktów od Somalii, przez Sudan, po Liberię (i którego życiorys Hollywood w przyszłości na pewno przerobi na film; jeżeli ktoś jest zainteresowany, to niech w archiwach “Washington Post” odszuka artykuł “Confessions of a Hero” z 29 kwietnia 2001 r.).
Obaj pośredniczą w kontaktach pomiędzy Saracen International, rządem Puntlandu i sponsorem całej imprezy. Kto płaci za samoloty, opancerzone terenówki z ciężkimi karabinami maszynowymi na pace, broń lekką, umundurowanie i szkolenie? Zgadliście: nie wiadomo. Prosper i Shanklin zdradzają tylko, że jest to “państwo muzułmańskie”, który woli pozostać anonimowym płatnikiem, a którego władze były dyplomata i szpieg namawiają do większej otwartości.

O co w tym wszystkim chodzi? Możemy tylko spekulować. Otóż Somaliland i Puntland, mimo że na swoich własnych terytoriach zaprowadziły względny spokój (szczególnie w porównaniu do reszty Somalii), między sobą wzajemnie są w stanie ciągłego konfliktu. Zatarg idzie o nieuregulowaną granicę pomiędzy oboma quasi-państwami, szczególnie regiony Sanaag i Sool. Stolicę tego drugiego, Las Anod, w 2007 r. zajęły wojska Somalilandu. Puntland od tamtej pory stara się miasto odbić, są ostre strzelaniny. Być może Somaliland podejrzewa, że nowe siły zbrojne Puntlandu wcale nie będą – zak zapowiadano – walczyć przeciw piratom (Somaliland oskarża zresztą Puntland, że daje im schronienie, podczas gdy Puntland zarzuca Somalilandowi, że robi to samo z ludźmi Al-Shabab, islamistycznej bojówki, która krawo walczy z rządem centralnym), lecz zostaną użyte do ataku na Sool. I głosnymi procesami o łamanie embarga stara się przeciwnika zdyskredytować.

Tak, czy inaczej, załoga samolotu została przez sąd w Hargejsie skazana na grzywny w wysokości 500 dolarów i rok więzienia. Po interwencji Rosji, trzech jej obywateli zostało zwolnionych. Pozostali na chwilę obecną wciąż siedzą, chociaż sędziowie okazują się równiachami i podobno powiedzieli im: “Jest taka opcja, że kasujemy wyroki. Rozumiecie? Kasujemy… Za kase znaczy. Ho ho”. Ho.

Warto się przyglądać tej sprawie, może kiedyś odegra ją na ekranie Leonardo di Caprio.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.