Archive

Posts Tagged ‘Wybory’

Bez prawka, bez mandatu

Arabska Wiosna przetoczyła się przez państwa regionu jak walec. W Tunezji i Egipcie wyniosła do władzy islamistów. W Libii obaliła dyktatora, teraz jej wschód ogłosił autonomię i to zapewne koniec tego państwa w formie, jaką znamy. W Syrii doprowadziła do krwawej wojny domowej. A w Jemenie zmiotła prezydenta i nikt nie wie, jaka przyszłość czeka ten kraj.

Gdzie by nie obrócić głowy, tam spowodowała prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi. Za wyjątkiem jednego miejsca, które całkiem otwarcie wrzało już od dawna i gdzie czegoś na kształt Arabskiej Wiosny spodziewano się od co najmniej kilku lat.

Dlaczego więc Algieria nie wybuchła?

KibiceNie, to nie protestujący – to kibice (Fot. EPA)

Po wyjątkowo krwawej wojnie z Francją o wyzwolenie, władzę w kraju przejęli autorytarni wojskowi, którzy przez prawie trzy następne dekady nie chcieli nawet myśleć o jej oddaniu. Ale w 1988 r., po masowych protestach obywateli, rząd postanowił nieco poluzować gorset. Zatwierdzona rok później w referendum nowa konstytucja wprowadzała system wielopartyjny, związki zawodowe, wolność wypowiedzi i zgromadzeń.

Eksperyment z demokracją nie przetrwał nawet trzech lat.

W 1990 r., wybory lokalne miażdżąco wygrał Islamski Front Ocalenia, powiązany z egipskim Bractwem Muzułmańskim. Rok później, zwyciężył też w walce o parlament. Na reakcję byłych przywódców nie trzeba było czekać. Armia zrobiła zamach stanu, wybory zostały unieważnione, partia islamistów zdelegalizowana, konstytucja zawieszona, a wraz z nią – wszystkie dopiero co zdobyte wolności.

Musiało zginąć 200 tys. osób, zanim Abdelaziz Bouteflika, nowy prezydent, zdołał zaprowadzić pokój.

Bouteflika, rządzący krajem od 1999 r., kontynuował tradycję wtrącania przeciwników politycznych do więzień i okaleczania niezależnego sądownictwa. Ale równocześnie ograniczył władzę tajnych służb, pogodził się z islamistami i poszerzył możliwości debaty publicznej – między innymi przywracając częściową wolność prasy. Społeczeństwo obywatelskie poczuło, że pętla na szyi się poluzowała i zaczęło coraz głośniej wyrażać swoje niezadowolenie.

W Algierii jak na dłoni widać było wszystkie elementy, które doprowadziły do wybuchu Arabskiej Wiosny. Coraz młodsze i lepiej wykształcone społeczeństwo. Wysokie bezrobocie. Rosnące koszty życia, szczególnie jedzenia. Wpływy emigracji zarobkowej na postawy tych, którzy zostali w domu, czyli wzrost niezadowolenia z autorytaryzmu. Prasa otwarcie krytykowała władze, obywatele coraz częściej strajkowali, albo zbierali się na demonstracjach. Dział Zagraniczny już w 2008 r. wysłuchiwał na wykładach Uniwersytetu w Granadzie, że wybuch jest tylko kwestią czasu.

A kiedy wreszcie godzina wybiła, Algieria okazała się niewypałem.

Arabska Wiosna w AlgieriiArabska Wiosna w Algierii chwilowo przysiadła (Fot. Sidali Djarboub/AP)

Początek był obiecujący. W styczniu, już po wydarzeniach w Tunezji, ale jeszcze przed Egiptem, Algierczycy wyszli na ulice stolicy protestować przeciw zbyt wysokim cenom jedzenia. W starciach z rządowymi siłami zginęło pięć osób, a osiemset zostało rannych. Pozostałe miasta zawrzały. Ale tylko na chwilę – władze szybko rozbroiły sytuację.

W lutym zniesiono stan wyjątkowy (ten sam, który wprowadzono jeszcze w 1992 r.). W kwietniu zapowiedziano reformę konstytucji i nowe prawo wyborcze. W maju ogłoszono subsydia na mąkę, mleko i cukier. Poza tym, z więzień wypuszczono część islamistów przetrzymywanych tam jeszcze od pamiętnych wyborów, pracownicy budżetówki dostali podwyżkę, a policja polecenie, żeby nie napastować ulicznych sprzedawców, ani… kierowców, którzy nie mają dokumentów.

Poza tym, Bouteflika zapowiedział stworzenie ogólnonarodowego forum, gdzie będą omawiane przyszłe reformy. Do jego zorganizowania wyznaczył dwóch Mohammedów – Touatiego i Ali Boughaziego. Pierwszy to przedstawiciel Berberów, a drugi jest związany z kierownictwem islamistów.

Podziałało. Im więcej mijało czasu, tym Algierczycy byli mniej skłonni do buntowania się. Tym bardziej, że państwowa telewizja pokazywała wydarzenia w sąsiedniej Libii jako terrorystyczną rewolucję i obcą interwencję porównywalną z Irakiem, albo Afganistanem. Rany z własnej wojny domowej jeszcze się nie zagoiły – Algieria wolałaby ich na nowo nie rozdrapywać.

Pytanie: co dalej?

W połowie maja powinny się odbyć wybory parlamentarne. W poprzednich – w 2007 r. – wzięło udział zaledwie 35 proc. uprawnionych, co szczególnie teraz łatwo odczytać jako żółtą kartkę dla rządzących. Władze robią więc wszystko, żeby tym razem było inaczej.

Zgodnie z nowym prawem wyborczym, partie niepowiązane z rządem mogą wreszcie urządzać kongresy i wiece wyborcze. Według przewidywań, w majowych wyborach powinno się zmagać aż 60 ugrupowań. Co nie cieszy jednak wszystkich. Front Sił Socjalistycznych (FFS), główna partia opozycyjna, która zbojkotowała zarówno głosowanie w 2007, jak i 2002 r., uważa że to celowe działanie władzy, która chce rozbić nieprzychylne sobie siły na drobne i słabe grupki.

Rząd robi co może, żeby nowe wybory okazały publiczną akceptacją dla reform, które podejmuje – a taki wizerunek gwarantowałaby wysoka frekwencja. Między innymi dlatego, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych od jakiegoś czasu rozsyła SMSy, w których nakłania do głosowania.

W Tunezji, Egipcie i Maroku, elekcje zorganizowane już po zeszłorocznych wydarzeniach, przyniosły zwycięstwo islamistom. Ich koledzy z Algierii liczą teraz na podobny wynik u siebie.

Pytanie więc: czy jeżeli faktycznie odniosą sukces, to wojskowi nie zafundują im powtórki sprzed 20 lat? I czy wówczas obecna wiosna w Algierii nie okaże się jeszcze gorętsza, niż zeszłoroczna u sąsiadów?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Jak ubrać słonia

Ile brezentu potrzeba na całkowite opatulenie kilkuset pomników słoni? Najwyraźniej dużo, bo służbom publicznym w indyjskim stanie Uttar Pradesh go zabrakło. A do zakrycia zostały jeszcze podobizny kobiety, która zleciła wykonanie posągów.

Wybory lokalne w Indiach, to nie kaszka z mlekiem.

Słonie w różuW Indiach, w tym sezonie słonie noszą róż (Fot. AFP)

Zasady są dość proste. Prawo mówi, że wszyscy kandydaci mają mieć równe szanse i żaden nie powinien być bardziej eksponowany niż inny. Oznacza to, że wizerunki polityków sprawujących kierownicze funkcje muszą zniknąć z publicznych placów, urzędów, środków komunikacji itd. Na ogół wystarczy zdjąć kalendarze z wizerunkami burmistrzów ze ścian, poodklejać plakaty, zamalować sławiące ich graffiti, więc sprawa wydaje się prosta.

No, chyba że jesteś urzędnikiem w Uttar Pradesh. Wtedy rzecz się komplikuje. Mayawati Kumari – premier tutejszego rządu stanowego – choć wywodzi się spośród najniższej i najuboższej klasy w Indiach, to lubi pożyć zgodnie z zasadą “na bogato”.

Dalici to niedotykalni, pariasi. W drabinie społecznej stoją najniżej z wszystkich. Mahatma Gandhi nazywał ich “ludźmi Boga” i próbował wywalczyć im więcej praw, ale udało mu się tylko częściowo. Choć w dużych miastach nie dyskryminuje się ich już tak otwarcie, to na wsi są wciąż szykanowani. Do dziś, ponad 90 proc. wszystkich analfabetów w Indiach, to właśnie dalici. Ale jest jedna rzecz, w której niedotykalni są prawdziwymi mocarzami – liczebność. Szacuje się, że jest ich aż 160 milionów, więc na wyborach to prawdziwa waga ciężka. Nic dziwnego, że Mayawati była wybierana na premiera ubogiego Uttar Pradesh aż czterokrotnie.

Behen-ji, “siostra” – tak nazywają ją zwolennicy. Według innych, to raczej “chciwa i skorumpowana paranoiczka”. Jest obecnie najbogatszym premierem stanowym w kraju, a jej majątek szacuje się na ponad 13 mln euro. Według indyjskich mediów, to aż o 67 proc. więcej, niż jeszcze kilka lat temu, a Mayawati nie potrafi przekonująco udowodnić, skąd ten zysk. Znana z ogromnego zamiłowania do diamentów, nie robi tajemnicy z tego, że lubi dostawać drogocenne prezenty, a na wiecach politycznych z upodobaniem odbiera od tłumów wielkie girlandy utkane z banknotów o wysokich nominałach – dla opozycji to wszystko dowody na jej chciwość i korupcję.

“Siostry” nie oszczędzały też depesze amerykańskich dyplomatów, ujawnione przez Wikileaks. Autorzy piszą w nich, że premier Uttar Pradesh popada w coraz większą paranoję, wszędzie węszy spiski na swoje życie, nigdzie nie rusza się bez obstawy większej niż ma niejedna głowa państwa, oraz że nie bierze do ust niczego, czego wcześniej nie spróbuje wyznaczony do tego człowiek. Amerykanie twierdzą, że lokalni dziennikarze są podsłuchiwani i boją się pisać krytyczne artykuły, a podwładni pani premier w obawie przed utratą pracy, przymykają oczy na jej najbardziej absurdalne zachcianki. Słynna jest anegdota, jak to posłała odrzutowiec po ulubioną markę sandałów, kiedy zaczęły jej się przecierać stare. Według tych samych dyplomatów, jej biura i luksusową rezydencję łączy prywatna droga, która jest błyskawicznie czyszczona, jak tylko przejedzie nią konwój pani polityk.

Girlandy z kasyDzięki za gotówkę chłopaki, będę miała na nowe sandały (Fot. AP)

Największe wrażenie robią jednak pomniki.

Przez ostatnie kilka lat, Mayawati kazała wznieść – często za publiczne pieniądze – 187 posągów słonia, symbolu jej partii. Wiele z nich sięga aż 5 metrów wysokości. Do tego, pani premier zleciła też stawianie pomników samej siebie: tych bardziej widocznych jest w sumie 12, z czego dwa wykuto w marmurze. W stolicy Uttar Pradesh zburzono nawet postawiony zaledwie kilka lat wcześniej stadion, żeby na jego miejscu wznieść podobizny zasłużonych działaczy partyjnych (oczywiście z Mayawati na czele).

Kiedy służby porządkowe wzięły się za wykonywanie zaleceń komisji wyborczej, okazało się, że zadanie jest tak ogromne, że już w poniedziałek zabrakło materiału na dalsze zakrywanie posągów. Z hurtowni błyskawicznie dostarczono dodatków 1500 metrów kwadratowych tkaniny, bo termin upływał w środę o 17:00 czasu miejscowego. Robotnicy uwijali się więc także w nocy. Krótko przed dedlajnem, Umesh Sinha ze stanowej komisji wyborczej, ogłosił, że zadanie zostało wykonane.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Goryl ma gorzej niż uchodźca

Dokładnie za tydzień, 28 listopada, w Demokratycznej Republice Konga odbędą się wybory. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że przełomowe – bo dopiero drugie w ciągu czterech dekad niepodległości. Afrykański gigant, choć teoretycznie powinien być jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata, bardziej przypomina Somalię, choć wciąż nie można go określić jako państwo upadłe. Jeszcze nie skonało, ale już jest umierające. Najbardziej cierpią na tym kobiety, dzieci i… goryle.

GorylątkoMały goryl jest jak małe dziecko i hasło, że “zły dotyk boli całe życie”, jest w jego przypadku równie prawdziwe (Fot. Virunga National Park)

Demokratyczna Republika Konga powinna być synonimem słowa “dużo”. Duży jest sam kraj – 2 mln kilometrów kwadratowych to prawie cała Europa Zachodnia. Dużo jest jego mieszkańców (71 mln), a ci mają dużo grup etnicznych (ponad 200). Ale przede wszystkim, dużo jest tu minerałów: złota, miedzi, cyny, kobaltu, z Konga pochodzi co trzeci diament na szyjach i palcach bogaczy od Nowego Jorku po Tokio, a każdy z Was nosi kawałek tego kraju w kieszeni, albo torebce – 70 proc. światowych zasobów koltanu, niezbędnego do produkcji telefonów komórkowych, spoczywa właśnie pod jego powierzchnią. Przez co, paradoksalnie, najwięcej jest problemów.

Korupcja jest plagą. Żeby założyć własny biznes w sąsiedniej Rwandzie (która w rankingach jest uznawana za najmniej skorumpowany kraj Afryki), potrzeba tylko 3 dni, w Demokratycznej Republice Konga – co najmniej 65, a i tak nie ma pewności, że sprawa zostanie pomyślnie załatwiona. Więc trzeba smarować i to grubo. Śmiertelność noworodków to 111 na 1000 urodzin (średnia światowa to zaledwie 41). ONZ w swoim dorocznym Raporcie o Rozwoju Społecznym, umieszcza Kongo na smutnym, ostatnim miejscu. A jeżeli ktoś z czytelników zastanawiał się kiedykolwiek, który kraj na świecie na najgorsze statystyki w kategorii bezpieczeństwa lotniczego, to już może zacząć się domyślać.

Najgorsza jest jednak niekończąca się przemoc.

W 1885 r., na konferencji berlińskiej, uznano Kongo za prywatną własność belgijskiego króla Leopolda II. Który okazał się być małym psychopatą. Za sprawą jego bestialskich rządów, zginęła połowa wszystkich mieszkańców tych terenów. W 1908 r., pod naciskiem oburzonej działaniami władcy dupka opinii międzynarodowej, Kongo zostało mu odebrane i stało się belgijską kolonią. Choć dola miejscowej ludności była wciąż ciężka, to na szczęście terror zelżał. Jednak, gdy w 1960 r. kraj stał się niepodległy, przemoc powróciła ze zdwojoną siłą. Najpierw wybuchła wojna domowa ze zbuntowaną Katangą, potem z Kasai Południowym, a w zamachu stanu, władzę przechwycił Mobutu Sese Seko: krzyżówka Pinocheta z Karlem Lagerfeldem.

MobutuMemo: jeżeli władzę w Twoim kraju przejmuje typ o takim guście, to następnego dnia proś o azyl w Szwecji (Fot. Reuters)

W 1996 r., Mobutu zrobił najgorszy błąd swojego życia: zaczął masakrować zamieszkujących wschodnie rubieże kraju Tutsich, żeby ich kuzyni z sąsiedniej Rwandy nie myśleli sobie, że jak wygrali jedną wojnę domową, to mogą za bardzo kozaczyć. Na co ci właśnie krewni postanowili odpowiedzieć, dając dyktatorowi fangę w nos. Już rok później rebelianci, wspierani przez właśnie Rwandę, ale też Ugandę, Burundi i Angolę, zdobywają stolicę, a Mobutu musi uciekać za granicę. Kongo było jednak od happy endu dalej niż bliżej.

Przywódca powstańców, Laurent-Désiré Kabila, dostaje od niedawnych sojuszników krótką piłkę: “Ziomek, pomogliśmy ci, to teraz wyskakuj z diamentów i złota”. Na co Laurent rzuca żołnierskie “Takiego!”, więc Rwanda, Uganda i Burundi nie bawią się dalej w dyplomacje, tylko najeżdżają Kongo. Angola, Namibia, Zimbabwe i Czad przybywają z pomocą, która szybko okazuje się być równie grabieżczym wypadem, co eskapada przeciwników. W ten sposób, Kongo staje się areną konfliktu, znanego powszechnie jako Afrykańska Wojna Światowa. Trudno oszacować, ile pochłonęła ofiar, ale szacuje się, że między 5,5 a 7 mln. I cały czas giną kolejni Kongijczycy.

Mimo, że wojska innych państw wycofały się już w 2002 r., to na wschodzie kraju wojna nigdy nie ustała. Partyzanci szaleją wciąż w Katandze, w Ituri i Kiwu. W tych dwóch ostatnich, postrach sieje również Armia Bożego Oporu, znana z wybitnego okrucieństwa i opierająca się na dzieciach-żołnierzach militarystyczna sekta. Straszliwy jest los kobiet – w maju Dział Zagraniczny podawał, że tylko w latach 2006-2007 na przestrzeni 12 miesięcy, zostało w tym kraju zgwałconych 400 tys. kobiet. Czyli średnio 48 na godzinę! A na pogardzanych Pigmejów najzwyczajniej w świecie urządza się polowania.

Teraz okazuje się też, że jest jeszcze jedna grupa ofiar kongijskiego konfliktu, która nie może mieć nawet pojęcia, że takowy kiedykolwiek się toczył – goryle.

Zabity gorylNa świecie jest już 7 mld ludzi, goryli górskich zostało nieco ponad 700 (Fot. Brent Stirton/Getty Images)

W zeszłym miesiącu, udało się pochwycić szajkę kłusowników, którzy próbowali sprzedać na czarnym rynku małe gorylątko za równowartość 40 tys. dolarów. To już czwarty taki przypadek od kwietnia, a instytucje zajmujące się ochroną tych ssaków przyznają, że niewykrytych spraw jest prawdopodobnie znacznie więcej.

– To tylko czubek góry lodowej – nie krył w rozmowie z prasą Emmanuel de Merode, dyrektor Parku Narodowego Wirunga, w którym żyje ok. 480 z mniej więcej 790 pozostających na wolności goryli górskich.

To wyjątkowy gatunek, największa z małp człekokształtnych – dorosłe samce ważą ponad 200 kg, a gdy się wyprostują, mierzą prawie 2 metry. Występują tylko w lasach deszczowych środkowej Afryki. Mimo potężnych rozmiarów, są mało agresywne. Za to silnie rodzinne: samce, będące przywódcami stada, na ogół nie wdają się w walkę o ochronę terytorium, tylko współtowarzyszy. Co, przy rosnącym popycie na małe gorylątka, okazuje się zgubą dla całego gatunku.

Goryle górskie nigdy nie porzucają swoich małych. Żeby więc porwać jedno, trzeba wcześniej wymordować całą jego rodzinę. Na ogół, na oczach maluchów, dla których jest to niewyobrażalny stres. Na tym nie koniec. Te z gorylątek, które udało się odratować z rąk kłusowników, były na ogół mocno poranione od krępujących je lin, chorowite i niedożywione. Resocjalizacja takiego zwierzęcia, to droga przez mękę.

Nie wiadomo ile dokładnie zwierząt pada łupem kłusowników, nieznani są też ich zleceniodawcy. Najczęściej wymienia się w tym kontekście bogaczy z Bliskiego Wschodu i Rosji, ale brak na to twardych dowodów, a bez nich – procederowi nie można skutecznie przeciwdziałać.

Pracownicy parku, jak również organizacje ekologiczne, przekonują, że handel da się zwalczać dopiero wtedy, kiedy ustaną krwawe konflikty w Kongu i w kraju zapanuje relatywny porządek. Jednak nadzieje, że stanie się tak dzięki wyborom w przyszłym tygodniu, są w zasadzie żadne.

Laurent-Désiré Kabila został zamordowany w styczniu 2001 r. Prezydentem został wówczas jego syn, Joseph. Wychowany w sąsiedniej Tanzanii, w rodzimym kraju nie cieszy się przesadną popularnością. Już dawno ogłosił pięciopunktowy plan naprawy państwa, ale jak do tej pory bardziej zainteresowany był umacnianiem swojej władzy, niż uporaniem się z problemami obywateli. Bici są krytyczni wobec niego dziennikarze, a działacze praw człowieka i organizacji zwalczających korupcję, są mordowani w tajemniczy sposób. Klika rządząca czuje się tak bezkarnie, że w zeszłym miesiącu Zoe Kabila, brat Josepha, kazał swoim ochroniarzom publicznie pobić dwóch policjantów kierujących ruchem na skrzyżowaniu, kiedy ci nie dali pierwszeństwa jego luksusowej terenówce.

W sierpniu 2006 r., w Demokratycznej Republice Konga odbyły się wybory prezydenckie, które – przy licznych głosach wskazujących na fałszerstwa – wygrał Kabila. Dział Zagraniczny był wtedy w Kigomie, mieście położonym nad Jeziorem Tanganika po stronie Tanzanii. Każdego dnia, przez granicę przeprawiały się tu grupy Kongijczyków, uciekających z kraju w obawie przed nasileniem konfliktu i szukające schronienia w okolicznych obozach uchodźców.

Goryle nie mają nawet takiej możliwości.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

O czym pamiętać, głosując w niedzielę

W niedzielę wybory. Kraj podzielony na dwa. Sporadyczna przemoc. Szef opozycji wyzywa przeciwników. Brzmi znajomo? Tak, w Kamerunie głosowanie to nie plaża.

Kamerun komisjaObwodowa Komisja Wyborcza na Bojowników Getta 3 w Łodzi (Fot. AFP)

W weekend o przychylność wyborców zmierzy się 23 kandydatów, ale zwycięzca jest już znany. To Paul Biya, który w czym, jak w czym, ale w rządzeniu to ma wprawę – na czele państwa stoi już od 1982 r. Na swojego następcę naznaczył go pierwszy przywódca Kamerunu, Ahmadou Ahidjo. Dość niespodziewanie, bo on sam był muzułmaninem z północy, a Biya to chrześcijanin z południa. I chyba szybko pożałował decyzji, bo już rok później musiał emigrować do Francji, skąd oskarżał byłego protegowanego o dyktatorskie zapędy i paranoję. Po czym zmontował mu nieudany zamach stanu, za co Biya skazał go zresztą zaocznie na karę śmierci, później zamienioną łaskawie na dożywocie. Ahidjo przeniósł się później do Senegalu, gdzie liczył na upadek rywala. Nie doczekał się, zmarł kilka lat później. Ale już pierwsze po zamachu stanu wybory powinny mu były dać do myślenia, że Biya nie ma zamiaru szybko rezygnować – dostał w nich nie mniej, ni więcej, tylko 99,98 proc. głosów.

Prezydent wygrywał potem wszystkie kolejne elekcje, choć już nie wszystkie z tak łukaszenkowatymi wynikami. W 1990 r. zezwolił bowiem nieostrożnie na legalną działalność opozycji i już dwa lata później musiał się zadowolić tylko 40 proc., a następny kandydat deptał mu po piętach, bo zgarnął ich aż 36. Mało tego, w powszechnej opinii Kameruńczyków i obserwatorów międzynarodowych, prawdziwe proporcje były odwrotne i Biya wygrał tylko dzięki fałszerstwom. Więc przy następnej okazji błędu już nie powtórzył i w 1997 r. powtórnie machnął sobie 92 proc., a w 2004 r., już chyba ze skromności – 70 proc.

No i na tym by się ta polityczna “Moda na Sukces” (żona prezydenta, Chantal, jest prawdopodobnie wzorem i ikoną dla wszystkich fryzjerów pracujących przy tej produkcji) skończyła, bo konstytucja z 1996 r. zezwalała tylko na dwie kadencje, ale… Uhm, zgadliście:
– Ograniczanie wyboru narodu jest niedemokratyczne – ogłosił w sylwestra 2008 Biya. Impreza musiała być przednia: kilka miesięcy później parlament nie tylko zniósł limit kadencji (no bo w końcu i tak miał ich tyle, że co mu szkodzi jeszcze kilka), a w razie gdyby jednak mu się znudziło, to w bonusie dorzucił immunitet karny na czas emerytury.

Biyowie i ich włosyPaul Biya i jego żona Chantal, której fryzura jest zarazem największą budowlą w kraju (Fot. AFP)

– To robactwo – powiedział o rywalach John Fru Ndi, ten sam, który w pamiętnych wyborach w 1992 r. omal nie pokonał prezydenta. Ale tym razem nie miał na myśli głowy państwa, tylko pozostałych opozycjonistów. Liczba kandydatów w tym roku jest rekordowa, a ponieważ wybory są tylko jednorundowe, to Fru Ndi twierdzi, że wszyscy inni działają tak naprawdę z polecenia prezydenta i mają osłabić szansę na zmianę, rozpraszając głosy niezadowolonych. A tych jest ostatnio coraz więcej.

W zamieszkach, jakie wybuchły po ostatniej zmianie konstytucji, zginęło ponad 40 osób. To świeża rana, którą pamięta zbyt wielu. W dodatku chwilę potem, do Kamerunu dotarł światowy kryzys. Oficjalnie bezrobocie wynosi 30 proc., ale to dane sprzed prawie dekady i opozycja przekonuje, że w rzeczywistości bez pracy jest znacznie więcej osób, a ciągle przybywa nowych. Coraz częściej słychać głosy niezadowolenia i zarzucanie prezydentowi, że otacza się kliką, która dorabia się kosztem państwowego budżetu. W marcu władze musiały ekspresowo blokować w kraju dostęp do Twittera, bo mieszkańcy stolicy zwoływali się za jego pomocą na marsze protestacyjne. International Crisis Group ostrzega, że napięcie w Kamerunie rośnie i sytuacja może w końcu wybuchnąć.

Najlepszym dowodem są wydarzenia z ostatniego czwartku. Pięciu umundurowanych mężczyzn zablokowało jeden z ważniejszych mostów w kraju, wywiesiło plakaty z hasłami typu “Biya Dyktator” i zaczęło strzelać. Na miejscu szybko pojawił się oddział żołnierzy, który po krótkotrwałej wymianie ognia pojmał przeciwników, ale strzelanina zdążyła trafić do mediów. Piątka ludzi to jeszcze nie zamach stanu, ale ich szokujące działania są dowodem na to, że Kamerun jest coraz bardziej niespokojny.

A do tego wszystkiego, w tle wciąż tli się konflikt pomiędzy dwoma częściami kraju: francuskojęzyczną i tę porozumiewającą się po angielsku. Ta ostatnia od 20 lat coraz głośniej domaga się wprowadzanie federacyjnego charakteru państwa. Biya nigdzie indziej nie jest tak niepopularny, jak właśnie tu. I jego pewne zwycięstwo właśnie tu będzie kontestowane najmocniej.

Także, drogi wyborco, wrzucając w niedzielę kartkę do urny, pamiętaj, że tego samego dnia robi to także ktoś wiele kilometrów na południe. I tam “zdolność koalicyjna” nie jest nawet w połowie taka, jak u nas.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Chantal Biya ma nawet stronę poświęconą tylko i wyłącznie swoim fryzurom: http://chantalbiyahair.tumblr.com/. Warto!

Kobra kąsa Chińczyków

– Aresztujemy każdego, kogo złapiemy z siekierą, maczetą, albo inną bronią – ogłosił w poniedziałek Francis Kabonde, szef policji w Zambii. Mundurowi wyciągnęli lekcję z poprzednich wyborów i przed wtorkowym głosowaniem postanowili dmuchać na zimne. Nie pomogło: już dzień później, na górniczej północy kraju doszło do zamieszek. Którymi bardziej od samych Zambijczyków, przejęli się zapewne Chińczycy.

Ponad 1000 miejsc do obsadzenia we władzach lokalnych. 150 etatów posła do zgarnięcia. I ten najważniejszy fotel – prezydencki. O który zmagała się dziesiątka kandydatów. Ale tak naprawdę, liczyło się tylko dwóch starców.

Zambia wyboryPolski wyborco, doceń, że nie masz takich kolejek do swojej komisji, gdzieś w żłobku na Bałutach (Fot. Geoffrey Machayi/AP)

Rupiah Banda, znany po prostu jako RB i Michael Sata, powszechnie nazywany King Cobra, przyszli na świat w tym samym, 1937 r. i obaj od dawna ocierali się o najwyższe stanowisko w kraju.

Banda przez lata służył w dyplomacji i wytrwale piął się po szczeblach partyjnej kariery. W 2006 r. został mianowany wiceprezydentem, a gdy dwa lata później urzędująca wówczas głowa państwa – Levy Mwanawasa – zmarła nagle na zawał, przejął stery i kilka miesięcy później zwyciężył w wyborach. Co ulica przyjęła zamieszkami, nie wierząc w oficjalny wynik. Banda pokonał zaledwie o włos (różnica niecałych 35 tys. głosów) ze swoim konkurentem, któremu wygraną wróżyły wcześniej wszystkie sondaże. Z King Cobrą.

Michael Sata przygotowywał się do nowej roli przez całe życie. Do szerszej świadomości przebił się po raz pierwszy w 1985 r., kiedy został burmistrzem Lusaki. Okazał się sprawnym administratorem, budował mosty, drogi, usprawniał komunikację. Z takimi osiągnięciami, bez problemu dostał się do parlamentu, gdzie powierzono mu funkcje rządowe. Szefował resortowi pracy, potem zdrowia, a w 1995 r. został ministrem bez teki i według większości analityków, trzecim najważniejszym człowiekiem w państwie, zaraz po prezydencie i wiceprezydencie. Ambitnie liczył, że w 2001 r. to właśnie on zostanie namaszczony jako kandydat partii rządzącej na prezydenta. Kiedy jednak zaszczyt spotkał nie jego, a Mwanawasę, Sata obraził się, zabrał zabawki i założył opozycyjne ugrupowanie. Z którym przegrał w 2006 r. i dwa lata później.

We wtorek udało mu się wreszcie pokonać złą passę. Dziś rano ogłoszono oficjalne wyniki i wiadomo już, że to Sata wprowadzi się teraz do Pałacu Prezydenckiego. Co musi pewnie strasznie martwić Chińczyków.

Chińczyk w kopalni w ZambiiWykop mi tu basen, ale żeby miał hydromasaż (Fot. Per-Anders Pettersson/Getty Images)

Na pierwszy rzut oka, zwycięstwo polityka niechętnego Pekinowi, jest dziś w Zambii kompletnie bez sensu. Ale świetnie pokazuje skomplikowane relacje azjatyckiego giganta z afrykańskim kontynentem.

Kiedy w 1964 r. Zambia uzyskiwała niepodległość od Wielkiej Brytanii (wtedy jeszcze jako Rodezja Północna), była jak na miejscowe warunki stosunkowo zamożna i miała szansę jeszcze bardziej się wzbogacić. Ale fatalne zarządzanie gospodarką, w połączeniu z korupcją, źle przeprowadzoną nacjonalizacją i spadającymi cenami miedzi (która jest głównym towarem eksportowym w kraju; w okresie międzywojennym był on wręcz jego największym producentem na świecie), sprowadziło dawną gwiazdę do roli pariasa. Długi rosły, a kasy nie było. Jeszcze dekadę temu, Zambia zaliczała się do najbiedniejszych państw na świecie. I wtedy pojawili się Chińczycy.

Rozwijające się w niesamowitym tempie Państwo Środka, porzebuje ogromnych ilości minerałów. Które najłatwiej zdobyć właśnie w Afryce, więc Chińczycy postanowili machnąć ręką na pośredników i zaangażować się bezpośrednio w ich wydobycie. Zambia jest tego idealnym przykładem. Pekin inwestuje tu ogromne sumy w górnictwo, wydobywana jest nie tylko miedź, ale też kobalt i nikiel. Wymiana handlowa skoczyła z niecałych 100 mln dolarów w 2000 r. do prawie 3 mld w roku ubiegłym. Ba! Lusaka ma od niedawna pierwszą na kontynencie filię Bank of China, która obsługuje na miejscu transakcje w juanach.

I wydawać by się mogło, że kraj tylko na tym korzysta. Od pięciu lat ma roczny wzrost 6 proc., a w tym prawdopodobnie przekroczy 7 proc. No więc, skoro jest tak świetnie, to czemu jest tak źle? I dlaczego w wyborach wygrywa kandydat, który zapowiada gruntowną przebudowę relacji z Chinami?

King CobraKing Cobra węży się nie boi, w trawie siedzi (Fot. Elias Mbao/Africa Review)

Sytuacja w Zambii przypomina trochę tę z Peru. Tam też wielu analityków nie mogło się nadziwić, jak to się stało, że chociaż krajowa gospodarka jest rozpędzona jak Usain Bolt, to większość wyborców pokazuje swój sprzeciw, wybierając populistę. A dzieje się tak, bo liczby na papierze, a rzeczywistość na miejscu, nie zawsze idą w parze.

Zambia rozwija się fantastycznie, ale jako gospodarka narodowa. Przeciętni obywatele jak na razie w ogóle z tego nie korzystają. Dwie trzecie z nich wciąż zarabia mniej niż 2 dolary na dzień. Wielu twierdzi wręcz, że Chińczycy ich “okradają”. Nie tylko załatwiają sobie tanie minerały (praca w kopalniach jest źle opłacana, a warunki opłakane), ale jeszcze zalewają kraj tanią elektroniką, tekstyliami, które wypierają lokalną produkcję, a nawet całkowicie zmonopolizowali miejscowy rynek drobiu.

Sata zyskał przydomek King Cobra, ze względu na swoją retorykę, w której “kąsa” przeciwników. I chociaż w obecnej kampanii nieco stonował swoją anty-chińską retorykę, to aż do jej rozpoczęcia przekonywał, że po dojściu do władzy, całkowicie zmieni zasady współpracy. Oraz, że tylko w nim nadzieja, bo Banda i jego rząd siedzą Pekinowi w kieszeni (faktycznie, partia rządząca ma problemy z wyjaśniem, skąd wzięła tak duże fundusze na kampanię).

Najwyraźniej jego rodacy uwierzyli w te słowa i postanowili pokazać Chińczykom żółtą kartkę. Na wybory zarejestrowało się niemal o milion osób więcej niż poprzednio (co daje w sumie 5,2 mln wyborców – rekord w historii kraju), głównie młodych i albo bezrobotnych, albo zasuwających za grosze w kopalniach. Sata wygrał przekonująco. Być może jego triumf będzie początkiem szerszej zmiany na kontynencie, gdzie coraz częściej słychać głosy, że Pekin za często robi tu co chce.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Andrzej Zaucha prezydentem

O Haiti można powiedzieć wiele złego. W zasadzie, jeżeli się zastanowić, to można powiedzieć praktycznie tylko złe rzeczy. Bieda, przemoc, korupcja, bezrobocie, analfabetyzm. To kraj, z którego mieszkańcy uciekają nawet na Kubę, która – powiedzmy sobie szczerze – nie jest powszechnym marzeniem emigranta.
Jeżeli jednak chcielibyśmy koniecznie rzucić jakiś komplement pod adresem tego kraju, to ten na pewno pasuje: Haiti knows how o party.

To będzie krótki post, nie ma się co rozwodzić. Chodzi o to, że prezydenckiej rodzinie idzie śpiewająco. Dosłownie.
Michel Martelly rządzi krajem od maja. Ale zanim rok wcześniej wygrał wybory, na ulicach Port-au-Prince znany był po prostu jako Sweet Micky. I każdy taksówkarz w mieście miał przynajmniej jedną jego kasetę w samochodzie.

Sweet MickyDział Zagraniczny głosowałby na tego kandydata

Sweet Micky przez lata był dla Haiti tym, czym dla Polski byłby Andrzej Zaucha, Piasek i Ryszard Rynkowski, gdyby dało ich się połączyć w jedno.
Zaczynał dwie dekady temu, rewolucjonizując kompas, narodowy styl muzyczny Haiti. Podobny do merengue (chociaż akordeon nie odgrywa tu nawet w połowie tak ważnej roli), jest jednak wolniejszy, a jego cechą szczególną jest charakterystyczny rytm bębnów. Od połowy XX w. wykonywały go dość liczne zespoły, aż w latach 80. syntezatory Casio poleciały w dół z ceną i rynek przeżył inflację. Każdy, kto był choć trochę muzykalny i miał parę groszy na keyboard, mógł skrzyknąć trzech ziomków i założyć kapelę. A dla właścicieli klubów, dwa razy mniejszy koszt za chłopaków, którzy zagrają to samo (choć może z nieco bardziej syntetycznym dźwiękiem), był jak dar z nieba. Wkrótce całą wyspę opanowała Nouvelle Génération, na czele której stał właśnie Sweet Micky.
Martelly zaczął mieszać tradycyjny kompas z disco, które w Stanach właśnie zastępowało funk, a potem dodawał elementy salsy, reggae, soca czy zouk. Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie teksty. Prześmiewcze, łączące kabaret z poważnymi obserwacjami socjologicznymi, podane w ostrym, czasem po prostu wulgarnym sosie. Micky potrafił komentować otaczającą go rzeczywistość jak nikt inny. A przede wszystkim, wiedział jak śpiewać o dziewczynach i do dziewczyn. Stąd “Sweet”. Po kraju szła fama, że na scenie robi show jak nikt inny, więc na koncerty waliły tłumy. Efekt? Każdy kolejny singiel stawał się natychmiastowym hitem. Najbardziej znanym poza granicami Haiti, jest chyba “Pa Manyen”:

Co ciekawe, Martelly nigdy nie stronił od władzy. Kumplował się z większością klasy politycznej, przybijał piątki z ludźmi, którzy w takim, czy innym momencie byli zamieszani w zamachy stanu, czy łamanie praw człowieka. Choć równocześnie wciąż potrafił ich ostro krytykować – był jednym z najgłośniejszych przeciwników Jean-Bertranda Aristide’a. Jednak decyzja o tym, żeby kandydować w zeszłorocznych wyborach, dla wielu była prawdziwym zaskoczeniem.
Sweet Micky doskonale wiedział co robi. Na wyspie znał go dosłownie każdy i to od 20 lat. Kojarzył się prawie wyłącznie dobrze, od dawna angażował się w liczne akcje humanitarne, a dzięki całej walizce hitów, nawet nie musiał robić kampanii wyborczej – wystarczy, że w radiu zagrali choć jedną jego piosenkę. Zresztą, wiece, które urządzał i tak bardziej przypominały koncerty, niż mitingi polityczne.
Efekt? Przeszedł do drugiej tury, a tam z łatwością pokonał popieranego przez ówczesny rząd kontrkandydata. Skończył się Sweet Micky. Karierę zaczął Michel Martelly.

Prezydent MartellyCo, jak co, ale mikrofon prezydentowi Haiti niestraszny (Fot. Jim Watson/AFP)

Warto to wszystko przypomnieć, bo na Haiti właśnie wraca Micky. Tyle, że nie Sweet, a Ti. Ti-Micky znaczy bowiem “Mały Micky”, a jego prawdziwe imię to Sandro Martelly. 18-letni syn prezydenta właśnie wydał swoją debiutancką płytę. Pierwszy singiel? Proszę bardzo:

Co ciekawe, to pierwszy solowy album Małego. Wcześniej nagrywał już z bratem, Olivierem (to ten od Big O Productions). Który – oczywiście – też rozwija swoją karierę muzyczną:

Parę lat robi swoje, bracia wyraźnie podrośli od ostatniego hitu:

No i tu niespodzianka. Kogo widzimy przez pierwsze minuty nagrania? Tajest – Wyclef Jean, live and kicking. Niedoszły przeciwnik Martelliego w wyborach.
Wyclef zrobił niesamowitą karierę w Stanach, najpierw z The Fugees, a potem solo. Ale nigdy nie zapomniał o Haiti, skąd wyjechał w wieku 9 lat. Do dziś nagrywa z lokalnymi artystami, wydaje składanki z ich muzyką i jest przewodniczącym Yéle Haiti fundację dobroczynną, wspierającą dzieciaki na wyspie. W zeszłym roku najwyraźniej uznał, że to nie wystarczy i postanowił zrealizować program własnego przeboju:

Jean kumpluje się z Martellim i nie wiadomo, jak by się to odbiło na ich przyjaźni, gdyby musieli rywalizować w wyborach. Na szczęście (?) do tego nie doszło, bo komisja wyborcza zabroniła Wyclefowi startu z powodów proceduralnych (choć, zdaniem wielu, to wybieg, bo urzędnicy wycinali wówczas wszystkich, którzy mogliby zagrozić kandydatowi rządu, Sweet Micky o mały włos też nie został skreślony).

Tak, czy inaczej, Haiti rządzi dziś gwiazda muzyki. Która ma w odwodzie dwie pociechy, będące na najlepszej drodze do zostania gwiazdami. Czy za sukcesem w szołbizie podąży kariera polityczna, śladami ojca? Dopiero zobaczymy, ale w razie, gdyby Haiti chciało odpocząć od rodziny Martellich, to zawsze może sobie wybrać innego śpiewającego prezydenta. Ich najlepszego ziomka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jakiś czas temu, wiele nagród zdobył film dokumentalny “Ghosts of Cité Soleil”. Cité Soleil, Miasto Słońca, to najgorszy slums na Haiti. Film opowiada o terroryzujących go gangach, a konkretnie dwóch jego przywódcach, braciach Billym i Haitan 2Pac’u. Obaj się kochają i nienawidzą, obaj są bezwzględni i okrutni, i obaj chcieliby się wyrwać z piekła, w którym przyszło im żyć. Pierwszy – zostając prezydentem. Drugi – nagrywając rap i uciekając do Stanów. Jest taka scena, gdzie dzwoni właśnie do Wyclefa, puszcza sobie na kasecie podkład i rapuje mu do słuchawki, a na koniec mówi: “Wyclef, musisz mi pomóc, bo ja tu zginę”.
Naprawdę warto obejrzeć:

Dynastia

Iloma krajami na świecie rządzą monarchie? Formalnie – niewielkim procentem. Ale wydaje się, że coraz liczniejsze grono przywódców w krajach demokratycznych z chęcią zmieniłoby swoje państwa w dziedzicznie rządzone folwarki.
W Ghanie o najwyższy urząd w państwie ubiegać się będzie Nana Rawlings, żona Jerry’ego Rawlingsa, który najpierw rządził krajem jako dyktator, a potem wybrany w demokratycznych wyborach prezydent. Na Dominikanie w wyścigu o fotel szefa kraju startuje Margarita Cedeno, obecna Pierwsza Dama, której mężowi reelekcji zabrania lokalna konstytucja. Dokładnie to samo robi Sandra Torres w Gwatemali, która specjalnie wzięła rozwód, żeby obejść przepisy zwalczające nepotyzm (właśnie toczy się walka prawna o to, czy ostatecznie zostanie zarejestrowana jako kandydatka). W Argentynie o reelekcję stara się Cristina Fernández, żona zmarłego w zeszłym roku byłego prezydenta Nestora Kirchnera, a jednym z jej przeciwników jest Ricardo Alfonsín, syn Raúla, głowy państwa w latach 1983-1989. W Singapurze, rządzący od powstania państwa Lee Kuan Yew zapewnił sukcesję swojemu pierworodnemu – Lee Hsien Loongowi.
Można by tak jeszcze wymieniać długo, ale poprzestańmy na najnowszym przykładzie: Tajlandii.

– Ona jest moim klonem – wypalił bez ogródek Thaksin Shinawatra w wywiadzie sprzed kilku miesięcy. On to najbardziej wpływowy i zarazem kontrowersyjny tajski polityk ostatnich lat. Ona to Yingluk Shinawatra, młodsza siostra tego byłego premiera. Która teraz ma przejąć jego dawną fuchę i umożliwić bratu powrót z wygnania.

ThaksinPierwszy człowiek na świecie, który sklonował sam siebie (Fot. Reuters)

Rodzina Shinawatra karierę ma we krwi. Pochodząca od chińskich imigrantów, szybko się znaturalizowała, wżeniła w lokalną arystokrację i zaczęła odnosić sukcesy w polityce i biznesie. W połowie XX w., niecałe sto lat po tym, jak ich przodkowie przybyli w te strony, stali się najbardziej wpływowym klanem w północnej prowincji Chiang Mai. Na tym jednak nie poprzestali i już w roku 1968, Lert Shinawatra bez większych problemów został posłem do parlamentu. Ale największą karierę miał zrobić dopiero jego syn – Thaksin.

Wykształcony w Stanach zaczynał od służby w policji, którą mimo wysokiej pozycji ostatecznie porzucił dla biznesu. Jak się okazało – słusznie, bo w interesach czuł się jak ryba w wodzie i szybko dorobił się małej fortuny. Na początku lat 90. został zaproszony do rządu, gdzie najpierw działał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a później w różnych rządach koalicyjnych piastował urząd wicepremiera. Aż doszedł do wniosku, że czas na prawdziwą władzę.

Thaksin wiedział, że w tym wyścigu do mety dowiezie go pierwszego jeden koń – populizm. I postawił na niego wszystko co miał. Słusznie: to masy najbiedniejszych wyniosły go do władzy w wyborach w 2001 r., a nowy premier wiedział jak dalej dbać o ich przychylność. Podniósł płace minimalne, ułatwił edukację dzieciom z ubogich rodzin, a dostęp do opieki medycznej stał się o niebo łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Na prowincji Thaksin został dosłownie pierwszym po Buddzie.
Strategia opłaciła się tak bardzo, że Shinawatra został pierwszym szefem rządu w historii, który przetrzymał na swoim stanowisku całą kadencję. W następnych wyborach w 2005 r. powtórzył sukces – przy niespotykanej nigdy wcześniej frekwencji jego partia zgarnęła 374 mandaty na 500 możliwych. Thaksin pewnie nawet wtedy nie podejrzewał, że jego koniec jest taki bliski.

Równie szybko, jak zdobył sobie miłość plebsu, szczególnie na buddyjskiej północy kraju, zraził do siebie elity, a także zamieszkujących południe muzułmanów. Thaksin miał nie okazywać należytego szacunku rodzinie królewskiej (w Tajlandii nawet za niewinną krytykę króla można trafić za kratki), nie chciał się godzić na najmniejsze nawet kompromisy z politycznymi przeciwnikami, nie znosił kiedy ktoś próbował z nim dyskutować, w relacjach z innymi politykami był wręcz legendarnie autorytarny. A co najgorsze, wcale nie porzucił interesów.
Fortuny dorobił się na telekomunikacji. Gdy został politykiem, udziały w gigancie tej branży, korporacji ShinCorp, przekazał innym członkom rodziny, ale dla wszystkich było oczywiste, że to tylko zabieg formalny, a prawdziwe zyski z tego biznesu ciągnie sam Thaksin. I nagle, podczas jego rządów, firma została sprzedana Singapurowi, na czym Shinawatrowie zarobili ponad 2 mld dolarów.
Krzyk podnieśli nacjonaliści, Thaksin został oskarżony o zdradę i korupcję i w 2006 r. wojsko szybko obaliło go w zamachu stanu. I historia przyśpieszyła.

Czerwone koszuleWidzew Łódź na wyjeździe (Fot. Damir Sagolj/Reuters)

Idol tłumów, wolał nie czekać na finał swojej sprawy sądowej i uciekł do Dubaju. Zamrożono mu część aktywów, ale i tak dysponował wystarczającą kasą, żeby na osuszenie łez kupić sobie Manchester City (który szybko sprzedał szejkom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich). Tymczasem w domu jego partia po raz kolejny odnosi zwycięstwo w wyborach. Z tym nie mogą się pogodzić jego przeciwnicy, którzy organizują ruch “żółtych koszul” (to tradycyjny kolor tajskiej monarchii). Ich masowe protesty paraliżują stolicę, a Trybunał Konstytucyjny pośpiesznie delegalizuje partię Thaksina. Nowy premier zostaje wyłoniony w wyniku zakulisowych negocjacji.
Wtedy sprawy postanawiają wziąć w swoje ręce wielbiciele Shinawatry z północy kraju. Błyskawicznie organizują się w ruch “czerwonych koszul” i ruszają na Bangkok. Od marca do maja 2010 r. miasto pogrąża się w komunikacyjnym chaosie, na ulicach dochodziło do starć, protestujący okupowali niektóre dzielnice, raz symbolicznie spryskali siedzibę rządu własną krwią. Akcja okazała się prorocza, bo ostatecznie to właśnie w ich krwi utopiła demonstracje armia – w ostatecznych starciach padło 90 ofiar śmiertelnych, rannych liczono w setkach.

Teraz, rok po tamtych wydarzeniach, Thaksin próbuje wrócić do władzy tylnymi drzwiami. Ponieważ sami wciąż obawia się powrotu do kraju, to na czele swojej nowej partii Pheu Thai (“Dla Tajów”) postawił jedyną osobą, której może w pełni zaufać: najmłodszą ze swojego rodzeństwa Yingluk. I, jak zwykle, trafił w dziesiątkę.

YinglukDział Zagraniczny woli klon od oryginału (Fot. Sukree Sukplang/Reuters)

Choć na początku mało kto traktował siostrę dawnego przywódcy poważnie, to w ciągu dwóch miesięcy udowodniła, że brak politycznego doświadczenia potrafi nadrabiać niespotykaną charyzmą. Piękna, niewyglądająca na swoje 44 lata Yingluk zjechała cały kraj, dziennie mając po kilka wystąpień. Bez najmniejszego wahania kierowała się w sam środek tłumów, ściskając ręce każdemu, kto je do niej wyciągnął. Na buddyjskiej północy odwiedzała świątynie, na muzułmańskim południu zakładała hidżab. Nawoływała kobiety do głosowania na nią w solidarności płci, błyskawicznie zdominowała tajski internet i facebook’a. Zawsze wiedziała jak ustawić się do kamery czy aparatu. Uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet na minutę.

Jej główni przeciwnicy – Partia Demokratyczna – wołali, że to wszystko sztuczki, gra pozorów i że Yingluck nie ma żadnego programu, który rozwiązałby finansowe i społeczne problemy Tajlandii. Ale na młodszej Shinawatra nie robiło to większego wrażenia.
– Podniesiemy pensje! – rzucała na wiecach i nikt nawet nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić co w zamian oferują Demokraci. Populizm wciąż jest w cenie.

Efekt? Jak zwykle – zwycięstwo. Oficjalne wyniki nie zostały jeszcze ogłoszone, ale zliczono już prawie wszystkie oddane głosy i wiadomo, że partia dawnego premiera zdobyła większość w parlamencie – 300 miejsc na 500 możliwych ma już pewne. Yingluk została pierwszą w historii Tajlandii kobietą, która zasiądzie w fotelu szefa rządu. Partia Demokratyczna pogodziła się z porażką i pogratulowała jej zwycięstwa.
Ale wciąż pozostaje kilka pytań.

Po pierwsze – czy Yingluk z zerowym doświadczeniem w polityce (choć otoczona wianuszkiem doświadczonych doradców) będzie naprawdę w stanie rządzić głęboko skonfliktowaną Tajlandią? Czy może jedynym jej celem było umożliwienie bratu powrotu do kraju? Czy stanie się jego marionetką, czy też może pokusi się o samodzielność?

Po drugie – jak na powrót Shinawatrów do władzy zareagują ich pozaparlamentarni przeciwnicy? Czy wzorem Partii Demokratycznej pogodzą się z przegraną w wyborach, czy na ulice znowu wylegną żółte koszule? A jeżeli tak, to czy w odpowiedzi ruszy na nich obóz czerwonych koszul? Innymi słowy – czy uda się zapobiec ponownemu rozlewowi krwi na ulicach?

I wreszcie, po trzecie – jak zachowa się armia? Krótko przed wyborami, jej szef generał Prayuth Chan-ocha wystąpił w telewizji z groteskowym przemówieniem, w którym przestrzegał wyborców przed “powtórzeniem wzorów z poprzednich głosowań” i nalegał by “oddali głos na dobrych ludzi”.
Wystąpienie wywołało wielki niesmak w kraju, a kilku innych wysokiej rangi wojskowych szybko zapewniło, że to nie żadne groźby, a armia nawet w razie wygranej Yingluck nie planuje zamachu stanu. Problem w tym, że dokładnie tak samo mówili w 2006 r. Tuż przed obaleniem Thaksina.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.