Archive

Posts Tagged ‘Zagrożone gatunki’

Wieloryb na Wigilię

Co to: ma płetwy i jadasz to w grudniu? Karp, oczywiście. No, chyba że jesteś Japończykiem. Wtedy to wieloryb. I w tym roku możesz go konsumować dzięki… pieniądzom na odbudowę zniszczeń po marcowym trzęsieniu ziemi, które wywołało tsunami i katastrofę w elektrowni jądrowej w Fukushimie. Smacznego!

Wielorybnictwo a la JaponiaHo! Ho! Ho! Wesołych świąt po japońsku! (Fot. Australian Customs Service)

Wielorybnictwo w Japonii to żadna nowość. Wyspiarze polują na te ogromne ssaki od kilkuset lat i jak do tej pory nic nie zdołało ich od tej real-life inscenizacji Moby Dicka odciągnąć. Wojna, nie wojna, konkurencja ze strony Aristotelisa “A, wytępię sobie wszystkie wieloryby w okolicach Peru” Onasisa, reality show o grupie rozhisteryzowanych hipisów – Japończycy wszystko traktowali zgodnie ze swoją odwieczną zasadą: “Jeżeli to nie Godzilla, to nie ma co przerywać herbaty”. Nawet kiedy Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa wprowadziła moratorium na jego komercyjne prowadzenie, Tokio wciąż wysyłało swoją flotę na połów, oficjalnie tłumacząc go celami naukowymi. A to, że po “badaniach” mięso trafiało na sprzedaż i do restauracji? Hej, chleb jest święty i nie wolno go wyrzucać, a w Japonii jest najwyraźniej ostro nasączony tranem.

Co ciekawe, jak pokazują badania Gallupa, przytłaczająca większość Japończyków nie jada wielorybiego mięsa wcale, albo robi to tylko przy wyjątkowych okazjach. W zasadzie jedyna grupa respondentów, która uznaje je za przysmak, to mężczyźni w wieku 40-59 lat, co komentatorzy tłumaczą sentymentem: tuż po wojnie było ono bowiem często podawane w szkolnych stołówkach i osobom starszym kojarzy się z dzieciństwem.

Skąd więc ten pęd do polowań na wieloryby (a przy okazji też delfiny)? Są dwie wersje.

Pierwsza mówi, że to zemsta za to, że to właśnie para złożona z wieloryba i delfina pilotowała bombowiec, z którego zrzucono bombę atomową na Hiroszimę (a Japończycy do dziś nie wiedzą, że w rzeczywistości za sterami siedzieli krowa i kurczak):

Według drugiej, to po prostu zwykły klientelizm. Jeżeli ktoś uważa, że polska scena polityczna jest zabetonowana, to w takim razie ta japońska jest prawdziwym bunkrem. Przeciwatomowym. U władzy pozostają wciąż ci sami ludzie, a nawet rodziny. Żeby jednak móc się utrzymać na powierzchni, muszą dbać o swoją bazę i tamtejsze struktury – gigantyczne inwestycje w infrastrukturę itp. to nic innego jak pompowanie pieniędzy w zaprzyjaźnione firmy i potencjalnych wyborców.

Nie inaczej jest z przemysłem wielorybnicznym, który już od wielu lat nie jest dochodowy i wciąż funkcjonuje tylko dzięki potężnym zastrzykom rządowych pieniędzy. Co roku w budżecie przeznacza się na ten cel ok. 6 mln dolarów, a od 1988 r. z wydano ich w sumie aż 150 mln. Politycy dobrze wiedzą, że dzięki temu mogą potem przy urnach liczyć na tysiące wdzięcznych głosów: wokół niewielkich kiedyś portów rybackich, przez lata powyrastały przetwórnie, stocznie i fabryki, a wraz z nimi duże miasta, takie jak chociażby Ayukawa, gdzie mieszka prawie 200 tys. osób. Dlatego też, finansowa pomoc dla tych ośrodków nie budzi w Kraju Kwitnącej Wiśni wielkiego oburzenia społecznego.

Ale ostatni zastrzyk pieniędzy już jak najbardziej.

Po marcowej katastrofie, rząd ustanowił fundusz na odbudowę zniszczeń, którego budżet to 500 mld jenów (równowartość mniej więcej 6,5 mld dolarów). Teraz okazało się, że 2,30 mld jenów (ok. 29 mln dolarów) z tej puli zostało przekazane właśnie przemysłowi wielorybniczemu. Rząd tłumaczył się co prawda, że jedna ze zburzonych miejscowości była właśnie tego typu portem rybackim, ale szybko okazało się, że nie ma to żadnego przełożenia na wspomnianą sumę. Gdy na początku grudnia, japońska flota wielorybnicza wyszła z portu w Shimonoseki w południowo-zachodniej części Honsiu, największej z wysp tworzących Japonię (trzęsienie ziemi, które wywołało niszczycielskie tsunami, znajdowało się na przeciwległym jej krańcu), w oczy najbardziej rzucała się szczególnie towarzysząca jej jednostka: “Shonan Maru 2”, były kuter przerobiony na pływającą twierdzę, wypełnioną uzbrojonymi po zęby ochroniarzami.

Wszystko dlatego, że w zeszłym roku hałaśliwe działania ekologów z organizacji Sea Shepherd pokrzyżowały wielorybnikom plany jak nigdy dotąd. Flota musiała zawrócić do portu miesiąc wcześniej niż zwykle (sezon trwa z reguł do kwietnia), a w jej ładowniach zalegała zaledwie piąta część tego, co chcieli złowić. Teraz “Shonan Maru 2” ma zadbać o to, by żadna motorówka, albo inna jednostka ekologów, nie mogła się nawet zbliżyć do miejsca połowów. I to właśnie na jego uzbrojenie poszło te 29 mln dolarów.

Takim groteskowym wykorzystaniem funduszy na odbudowę oburzeni są sami Japończycy. Wiele organizacji wysłało do premiera Yoshihiko Nody wspólny list otwarty, w którym protestują przeciwko marnotrawieniu funduszy publicznych.

Wielorybnicy żeglują więc w kierunku Antarktyki, a Dział Zagraniczny wciąż nie może wyjść ze zdumienia: 29 mln dolarów na uzbrojenie kutra? To co? Załadowali mu tam torpedy i wiosną będzie polował na Czerwony Październik?

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Dział Zagraniczny bierze urlop świąteczny. Następnym razem będziemy nieinteresować polskiego czytelnika dopiero w nowym roku. Dlatego wszystkim niezainteresowanym już teraz życzymy smacznego karpia (albo wieloryba, zależy gdzie jesteście).

Stefan wypada z biznesplanu

Wiecie jak wygląda wombat australijski (a konkretnie północny szorstkonosy wombat)? Nie? No to wygląda tak:

WombatDzień dobry, ile kosztuje karnet na zajęcia “Płaski tyłek”?

Jeżeli – tak jak Dział Zagraniczny -od pierwszego wejrzenia pokochaliście tego buldoga francuskiego świata torbaczy, to śpieszcie na drugą półkulę, bo już za chwilę będzie go można oglądać tylko na archiwalnych zdjęciach. A wszystko dlatego, że jest gatunkiem zagrożonym, a kilku panów, którzy chyba naczytali się w życiu za dużo komiksów, wyliczyło, że… nie opłaca się go ratować.

Najpierw o wombacie. Którego będziemy nazywać Stefan. Przepraszam z góry wszystkich Stefanów, ale on mi po prostu na takiego wygląda.
No więc, Stefan należy do torbaczy (fanfakt: torbę lęgową ma na plecach, bo dzięki temu podczas kopania nor, do środka nie wpada pył, który mógłby poddusić młode) i występuje tylko w Australii. Dzieli sę na trzy gatunki – wombata szerokogłowego, tasmańskiego i właśnie szorstkonosego. Jego kuzyni nie mają najgorzej, szerokogłowych jest dość sporo, tasmańskie zostały trochę przetrzebione na kontynencie, ale za to na swojej wyspie wożą się jak Abradab po Katowicach. Za to szorstkonosy ma ostro w plecy: Stefanów została niecała setka.

A wszystko przez swoje futro. Jest mocne, ale zarazem delikatne. No i jest go dużo, bo Stefany to małe grubasy – niektóre osobniki potrafią mieć nawet do metra długości i ważyć 40 kilo [tu dygresja: znalazłem kiedyś podczas porządków swoją starą kartę sportowca – się grało – w której stoi, że mając 12 lat ważyłem 36 kg; czy ktoś z czytelników ma dzieci i może napisać, czy to normalne? Niby urodziłem się na początku lat 80., ale w Łodzi, a nie Etiopii]. Dużo sierści. Którą można łatwo upolować – wombaty to nie długodystansowce – i korzystnie spylić.
Więc na Stefany zaczęto intensywnie polować. A że samice są z reguły większe, bo mają więcej sadła, to wyłapywano je tym chętniej. Dodajmy jeszcze, że wombaty szorstkonose mają miot (max po dwa małe) raz na mniej więcej trzy lata. Efekt? Jeszcze w połowie XIX w. były dość rozpowszechnione. Sto lat później populacja była tak przetrzebiona, że liczbę dorosłych osobników szacowano na nieco ponad dwa tuziny i obawiano się, czy w ogóle będzie możliwe odbudowanie gatunku.

Na szczęście władze przystąpiły do działania. Stefany objęto całkowitą ochroną i na północnym-wschodzie kraju wydzielono im 300 hektarów rezerwatu, którego część dodatkowo ogrodzono wzmocnioną siatką, żeby do środka nie przedostały się drapeżniki, np. dingo. W dodatku trzy lata temu otworzono kolejne takie sanktuarium.
Wydaje się, że te metody skutkują. Liczba wombatów szorstkonosych zwiększyła się bowiem do ok. stu osobników. I wszystko byłoby spoko, gdyby nie panowie z Uniwersytetu w Adelajdzie i ich kumple z Uniwersytetu Jamesa Cooka.

Wombat sie czeszeJeszcze nie rób! Tylko się uczeszę!

No więc chłopaki z tamtejszych wydziałów środowiska połączyli siły i opracowali Species Ability to Forestall Extinction, czyli… SAFE. Taa, wiem. Od razu nabieram szacunku do typów, którzy poświęcają długie godziny, żeby wybić się w mediach git akronimem. Ciekawe, czy jak wymyślali SAFE, to mieli w pokoju plakat z S.H.I.E.L.D., albo chociaż poradnik Marvela “Jak wypaść ekstra. W oczach szóstoklasisty”. Gdybym żywił do nich sympatię, to może bym jeszcze założył, że po prostu palą z bonga i codziennie oglądają Venture Bros. Ale niestety nie żywię. Czemu? Bo:

– Nie wszystkie gatunki zagrożone całkowitym wyginięciem są sobie równe – mówi Corey Bradshaw, szef projektu.
W skrócie chodzi o to, że naukowcy opracowali system matematyczny, który pozwala obliczyć jakie szanse przeżycia ma dany gatunek. I ile kosztuje jego uratowanie. Ich zdaniem, świata po prostu nie stać na inwestowanie kasy w te zwierzęta, które – jeżeli wierzyć rachunkom SAFE – i tak prędzej czy później znikną. Lepiej przeznaczyć zaoszczędzone środki na inne zagrożone gatunki, które mają większe szanse przetrwania. I tak, np. zamiast łożyć na nosorożca jawajskiego, lepiej przeznaczyć dzięgi na jego kolegę z Sumatry. Inne gatunki, z których ratowania powinniśmy zrezygnować to między innymi kakapo, adaks czy osioł somalijski.

Nie chciałbym jeździć po panu Bradshaw bezpodstawnie. Na zdjęciach w internecie wygląda na spoko typa, z którym można się stuknąć browarem, a przede wszystkim jest w swojej dziedzinie (na której ja się kompletnie nie znam) specjalistą, więc na pewno ma sporo racji.
Po prostu średnio mi współgra ta informacja z ostatnimi depeszami z Australii właśnie, z których wynika, że obecny boom na złoto i różne inne rzeczy, na których leży ten kontynent, jest tak wielki, kasa sypie się strumieniem większym niż najszersza rzeka w kraju (czy Australia ma w ogóle jakieś rzeki?). Jak donosi Reuters, w Karratha (na północnym-zachodzie) górnikom robota tak pali się w rękach, że nie chce im się nawet sprzątać chat, które tymczasowo wynajmują. Płacą więc backpackerom za ich sprzątanie. 25 dolarów australijskich (ok. 70 zeta) za godzinę! Dział Zagraniczny ma znajomych w Londynie, którzy za taką stawkę wyszorowaliby całe metro szczoteczkami do zębów.

Więc taka propozycja. Panowie z SAFE, przecież populacja Stefanów się zwiększa. Jeżeli Waszym zdaniem za wolno, to może by tak wystąpić do rządu, żeby bardziej sypnął groszem ze złota?
A jak nie, to Dział Zagraniczny z wielką radością adoptuje parę wombatów. Pod Łodzią mam duży trawnik. Krety harcują, znaczy się warunki pod nory są.
Może i świat na braku Stefanów przyoszczędzi kilka złotych, ale po prostu nie możemy sobie pozwolić na stratę tego:

StefanSiema, jestem Stefan i lubię, jak się mnie drapie po brzuchu

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ze świątecznego tygodnia

Miało być co niedziela, ale ta wypadła w święta, więc podsumowanie tygodnia znowu w poniedziałek.

1. Premier Laosu składa dymisję

Tak. Nie wiadomo, czy ma to coś wspólnego z tą wiadomością. Sam Bouasone Bouphavanh twierdzi, że nie i że odchodzi “z powodów rodzinnych”. Dział Zagraniczny liczył na to, że Laos osunie się w anarchię, a uprawa opium jeszcze wzrośnie. Niestety. Zgromadzenie Narodowe od razu wybrało nowego szefa rządu. No i po sylwestrowej imprezie dekady.

2. Najrzadszy kot świata sfotografowany

Jak wygląda gepard wie każde dziecko (chyba, że myli go z lampartem). Ale jak wygląda gepard saharyjski nie wie prawie nikt, a to dlatego, że jest ich na świecie tylko 250. Albo trochę mniej, trudno oszacować. W ogóle o gepardzie saharyjskim wiadomo tylko tyle, że potrawi przetrwać w ekstremalnie gorących temperaturach, bardzo mało pije i żeruje tylko po zmroku. Właśnie w jedną z takich nocy na masywie Termit w Nigrze aparatowi z samowyzwalaczem udało się sfotografować tajemniczego zwierza. Który wygląda tak:

Gepard SaharyjskiCholerni paparazzi (Fot. Maclennan/SCF)

3. Un olímpico llamado Fidel

O tym akurat było dość głośno. Rząd Kuby postanowił ufundować własną Wikipedię. Rzecz nazywa się EcuRed i jest fascynująca. Jest na przykład cały wpis poświęcony tylko i wyłącznie temu, jakim fantastycznym sportowcem jest Fidel. Dział Zagraniczny bardzo poleca wszystkim tym, którzy albo mówią po hiszpańsku, albo interesują się teorią światów równoległych.

4. Open’er Kaukaz stylee

Rząd Gruzji usilnie się stara, żeby drugim najpopularniejszym językiem w kraju uczynić angielski, zamiast okopanego na tym miejscu rosyjskiego. Nie za bardzo wychodzi, bo do Tbilisi jakoś nie zjeżdżają amerykańskie wycieczki zorganizowane i po prostu nie za bardzo jest z kim gadać. Ale władze wpadły na pomysł, jak to zmienić i zgłosiły się do MTV. I tak, w czerwcu przyszłego roku w nadmorskim Batumi ma się odbyć wielka impreza MTV Impact, transmitowana na cały świat.
Gdynio, drżyj.

5. Świstak zawija

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej wciąż ruchawka. Laurent Gbagbo obraził się już chyba na dobre i powiedział, że zabawek nie odda, mimo że traci przez to kolegów od Unii Afrykańskiej po ONZ. Poszukał więc sobie nowych i znalazł niedaleko: najemników z Liberii. Chłopcy tak się rozbujali razem z wiernymi byłemu/obecnemu prezydentowi wojskowymi, że oficjalna liczba zabitych w ulicznych starciach sięgnęła 173 ofiar, ale pewnie będzie większa, bo dalsze pół tysiąca osób uznaje się za zaginione.
W tym całym zamieszaniu jest jeden szczegół, który trochę umyka: WKS produkuje 40 proc. światowych zasobów kakao, z którego robi się czekoladę. Na razie ceny poszły tylko trochę w górę, bo rolnicy mają takie zbiory, jak wcześniej i w razie problemów w stolicy, będą je wywozić do sąsiadów. Ale niektórzy analitycy obawiają się, że gdyby przemoc wylała się na resztę kraju, to ucierpieć mogą bezpośrednio plantacje.
Groza! Dział Zagraniczny apeluje: Laurent! Opanuj się! Bierz przykład z premiera Laosu.

KakaoStąd się bierze Twoje Nestle (Fot. Luc Gnago/Reuters)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Magiczne statystyki pokazują, że wystarczyło w zeszłym tygodniu napisać “marihuana” i dołączyć zdjęcie faceta koło jej krzaków, żeby stronę odwiedziło kilkadziesiąt nowych osób wstukujących w wyszukiwarkę “ganja”, “zioło” albo “jaranie na Jamajce”. Trudno w tym nie dostrzec mega potencjału reklamowego, a zatem: pornografia, Doda, jak powiększyć penisa. Dział Zagraniczny serdecznie wita nowych czytelników!