Archive

Posts Tagged ‘Zamach stanu’

Teleranka nie było

– Niczego nie pragnę bardziej, niż Fidżi z prawdziwie demokratycznym rządem – ogłosił w sobotę Frank Bainimarama. I żeby pokazać, że jest poważnym zawodnikiem, od razu zniósł wprowadzony przed kilku laty stan wojenny.

Teraz Dział Zagraniczny zastanawia się tylko, czy przywódca junty wojskowej przejdzie do historii jako “Szczodry”, czy raczej “Niezdecydowany”, bo odwoływanie wprowadzonych osobiście stanów wyjątkowych to najwyraźniej jego hobby: robił to już dwukrotnie. Może przez następne kilka lat będzie miał jeszcze okazję nabrać w tej dziedzinie większej wprawy, bo “prawdziwie demokratycznego rządu”, ani tym bardziej demokracji, jakoś na horyzoncie Fidżi nie widać.

Frank BainimaramaNie no, chłopaki, tym razem na poważnie! (Fot. Torsten Blackwood/AFP)

Wszystko – jak zwykle – przez Anglików. Można by kiedyś napisać “Historię Oceanii” w wersji objętościowej Twittera: “Słońce, palmy, niezobowiązujący seks. Przyjeżdżają Anglicy. Choroby, masakry, misjonarze mówią, że trzeba zapinać kołnierzyk pod szyję”. W przypadku Fidżi, do stoczenia się kraju w otchłań wojskowej dyktatury doprowadziła bezpośrednio królowa Wiktoria.

Jest tak. W październiku 1874 r., Fidżi zostaje kolonią brytyjską. Seru Epenisa Cakobau, ówczesny władca, dostaje więc wiadomość od Wiktorii: “Sorry, że tak wyszło. Jak będziesz miał chwilę, to wpadnij z dzieciakami do Londynu, napijemy się herbaty”. Rok później, Cakobau ląduje w Europie z liczną świtą, a Anglicy witają ich z pompą: wszyscy synowie króla łapią kiłę. On zam zaraża się odrą i robi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy władca zakażony wirusem, na który nikt z mieszkańców jego odizolowanego od świata archipelagu nie wykształcił odporności – wraca do domu i urządza Matkę Wszystkich Imprez. Wkrótce, co trzeci z jego poddanych jest martwy.

No i Brytyjczycy mają problem. Bo przecież nie spłacali długów Cakobau wobec innych krajów Zachodu po to, żeby w zamian dostać niezły spot do plażowania. Chcą kosić hajsy na najbardziej chodliwym towarze tamtych czasów – trzcinie cukrowej. A do pracy na plantacjach potrzebują ludzi. Ściągają więc Hindusów: w ciągu trzech dekad, na wyspy trafia ich kilkadziesiąt tysięcy. Część osiedla się tu na stałe i zakłada własne biznesy. Przyrost naturalny w ich rodzinach jest znacznie wyższy niż u miejscowych. Sto lat później, kiedy Fidżi stanie się znów niepodległe, Hindusów będzie na archipelagu więcej niż rodzimych Fidżyjczyków. A w ich rękach będzie praktycznie cały handel i usługi, w tym turystyka, która stanie się głównym źródłem kasy dla budżetu.

Melanezyjczycy przystępują więc do kontrataku. Przez lata uniemożliwiają doprowadzenie prądu do swoich wsi, wiedząc, że po ciemku nie ma niczego do roboty poza jednym. Na wszelki wypadek niszczą też transporty środków antykoncepcyjnych, jakie wysyła im Światowa Organizacja Zdrowia. Chrześcijańscy misjonarze cieszą się wielką popularnością. Bóg, jak wiadomo, nienawidzi kondomów.

Fidżyjczycy dopinają swego – przez lata proporcje się odwracają. Ale nieznacznie: rdzenna ludność stanowi 51 proc. populacji, a Hindusi aż 45 (reszta to Chińczycy). Trudno więc udawać, że ich nie ma. Zwykła przyzwoitość podpowiadałaby wręcz, że powinni mieć coś do powiedzenia w rządzie.

Ale Melanezyjczycy znajdują na to rozwiązanie, które stanie się ich znakiem firmowym – zamach stanu.

Blokada wojskowaNa Fidżi to brak wojskowych blokad jest odstępstwem od normy, a nie na odwrót (Fot. William West/AFP)

Politykę teoretycznie zdominowała reprezentująca rdzennych mieszkańców Alliance Party, ale w rzeczywistości jej hegemonia była bardzo krucha. Opozycja po raz pierwszy wygrała wybory już w 1977 r., ale Hindusi nie utworzyli własnego gabinetu, w obawie, że reakcja Melanezyjczyków będzie gwałtowna. O tym, że mieli rację, przekonali się już dekadę później. W 1987 r. powstał rząd, w którym premierem był co prawda Fidżyjczyk, ale większością ministerstw mieli pokierować Hindusi. Gabinet nie przetrwał nawet miesiąca.

– Czy macie być od nas bogatsi, tylko dlatego, że jesteście inteligentniejsi? – pułkownik Sitiveni Rabuka przebił Lecha Wałęsę wąsami i sztuką retoryki. Kiedy w maju 1987 r. jego komandosi pod bronią wyprowadzali właśnie obalony rząd z parlamentu, na pytanie czy zamach stanu ma podłoże rasistowskie, nowy przywódca bez oporów wypalił, że tak. A w razie, gdyby komuś umknęło, że taki miał w ogóle miejsce, pół roku później zrobił następny. Elżbieta II dostała telegram “To za grypę”, została zdetronizowana, Fidżi stało się republiką, a konstytucję wyrzucono do kosza.

Rabuka sześć lat porządził jako wojskowy, a potem następne sześć jako premier, którym sam się mianował. W 1999 r. przeżył jednak rozczarowanie, bo w pierwszych od przejęcia władzy wolnych wyborach, rodacy nie okazali należytej wdzięczności i zagłosowali na opozycję. Jej przywódca, Mahendra Chaudhry, został pierwszym w historii archipelagu premierem hinduskiego pochodzenia.

Jak łatwo się domyślić, długo nie porządził.

Dokładnie rok po zaprzysiężeniu Chaudhry, 19 maja 2000 r., do parlamentu wpada uzbrojone komando, a co starsi posłowie muszą robić fejspalm i wypatrywać wąsów Rabuki. Jednak tym razem, pewnie dla urozmaicenia, zamach stanu to mała inicjatywa prywatna. Przewodzi jej biznesmen George Speight, który dopiero co zbankrutował, więc najwyraźniej dochodzi do wniosku, że odkuje się na stanowisku Ojca Narodu.

Na następne osiem tygodni, Fidżi staje się planem zdjęciowym czeskiego filmu – nikt nic nie wie. Speight ogłasza, że zdymisjonował premiera i prezydenta, a nowego szefa rządu powołuje właśnie nowa głowa państwa, którą z kolei wybrał osobiście on sam, Speight właśnie. Trzy tygodnie później, rzutem na taśmę zdąży jeszcze ogłosić amnestię dla siebie samego i kolegów, choć nie bardzo wiadomo, dlaczego dokument podpisuje właśnie on, chociaż oba wcześniej wspomniane stanowiska mają rzekomo piastować inne osoby. Tymczasem jego zalecenia olewają wszyscy politycy, których komando Speighta nie zdołało wziąć na zakładników podczas ataku na parlament, w tym prawowity (według konstytucji, o której Speight mówi, że jest nieważna) prezydent Kamisese Mara. Jednak dość szybko, Mara sam ogłasza, że premier “nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków”, w związku z czym on, prezydent, podejmuje decyzję o zawieszeniu działania parlamentu i skupia całą władzę tylko w swoich rękach. Na całe trzy dni, bo wówczas do akcji wkracza armia. 29 maja, Mara zostaje siłą zabrany na pokład zacumowanego u wybrzeży okrętu, gdzie składa rezygnację (do dziś trwają spory o to, czy dobrowolną, czy wymuszoną).

O szóstej wieczorem, w państwowym radiu, do narodu po raz pierwszy przemawia jego nowy przywódca – Frank Bainimarama. I od razu ogłasza to, co lubi najbardziej: stan wojenny.

RabukaSitiveni Rabuka, człowiek, który zrobił dwa zamachy stanu w ciągu pół roku i wąsy też zapuszczał za dwóch (Fot. LIFE)

Komu się jednak wydaje, że to ta właśnie historia znajduje rozwiązanie w miniony weekend, ten naprawdę o Fidżi nie wie nic.

Żołnierze Bainimaramy wdają się w strzelaniny z prywatnym komandem Speighta aż do lipca. Wówczas obie strony podpisują porozumienie, na mocy którego wojskowe władze ogłaszają, że rebelianci nie będą pociągnięci do odpowiedzialności za zamach stanu, a ci drudzy wypuszczają zakładników. Gdy tylko na wolności znajdzie się ostatni z nich, armia szybko zwija Speighta i prawie cztery setki jego podwładnych. Wszyscy trafiają za kratki, a Frank tłumaczy, że z poprzednimi zapewnianiami o nietykalności tylko ściemniał.

Co prawda, w listopadzie wybucha jeszcze bunt w stołecznych koszarach, ale Bainimarama tłumi go krwawo, a Rabuce – który miał rzekomo inspirować kolejne powstanie – grozi, że jeszcze jeden taki wyskok i zgoli mu wąsy, więc sytuacja się uspokaja na tyle, że już w 2001 r. Frank zrzeka się władzy, zostaje przywrócona konstytucja, odbywają się wolne wybory i na Fidżi wraca demokracja.

Na niecałe pięć lat, kiedy Bainimarama stwierdza, że lepiej jest być jednak szefem. I robi zamach stanu.

Mr. T facepalmNawet Mr T. robi fejspalm, kiedy słyszy w porannym serwisie, że na Fidżi był zamach stanu

W grudniu 2006 r., premier Laisenia Qarase – który dopiero co wygrał kolejne wybory – oraz większość jego ministrów, trafia do aresztu domowego. Oficjalnie dlatego, że przygotowali serię ustaw, które – zdaniem wojskowych – stanowiłyby zagrożenie dla porządku publicznego. Bainimarama szczególnie wściekle reaguje na pomysł utworzenia komisji pojednania i ogłoszenia amnestii dla niektórych z uczestników puczu z początku dekady. Kiedy jednak 6 grudnia Frank pojawia się w telewizji publicznej, zapewnia że już niedługo przywróci demokrację. Fidżi czeka na nią do dziś.

Pierwsze co zrobił Bainimarama, to wprowadził stan wojenny. Pół roku później go zniósł. A jeszcze rok później, wprowadził ponownie.

W styczniu 2007 r. przywrócił na stanowisko prezydenta zwolnionego wcześniej Josefa Iloilo, ale tylko po to, żeby ten mógł mianować Bainimaramę premierem. Kiedy dwa lata później sąd uznał tę nominację – jak i cały zamach stanu – za nielegalną, Iloilo z polecenia Bainimaramy beztrosko wywalił konstytucję do kosza (co na Fidżi jest już najwyraźniej tradycją), a sędziów najzwyczajniej pozwalniał. Rzutem na taśmę, wypowiedzenie dostał też szef Banku Centralnego.

Ograniczono wolność prasy i prawo do zgromadzeń. Zduszono związki zawodowe. Krytycy reżimu zostali albo wyrzuceni z kraju – jak znany historyk Brij Lal – albo trafili za kratki. Tylko w zeszłym tygodniu do aresztu wsadzono grupę działaczy, którzy przygotowywali protest przeciw otwarciu nowej kopalni w głębi największej z wysp archipelagu.

Bainimarama zapowiada, że tym razem Fidżi wychodzi na prostą. W lutym nad nową konstytucją ma nawet zacząć pracować “grupa ponad podziałami”. Wojskowy nie wspomina tylko, że podobne “fora porozumienia narodowego” zwoływał już w 2008 i 2009 r. Laisenia Qarase i Mahendra Chaudhry (którzy w międzyczasie stali się bliskimi sojusznikami) zaproszeń nie dostali. Podobnie jak inni krytycy reżimu. W obradach brali udział tylko poplecznicy Bainimaramy. I faktycznie, dogadywali się świetnie.

Frank zapowiada, że wybory odbędą się najpóźniej w 2014 r. Tego, ile razy zdążdy do tamtej pory ogłosić i odwołać stan wojenny, oraz jak szybko zamierza zorganizować następny zamach stanu, na razie nie zdradził.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Dynastia

Iloma krajami na świecie rządzą monarchie? Formalnie – niewielkim procentem. Ale wydaje się, że coraz liczniejsze grono przywódców w krajach demokratycznych z chęcią zmieniłoby swoje państwa w dziedzicznie rządzone folwarki.
W Ghanie o najwyższy urząd w państwie ubiegać się będzie Nana Rawlings, żona Jerry’ego Rawlingsa, który najpierw rządził krajem jako dyktator, a potem wybrany w demokratycznych wyborach prezydent. Na Dominikanie w wyścigu o fotel szefa kraju startuje Margarita Cedeno, obecna Pierwsza Dama, której mężowi reelekcji zabrania lokalna konstytucja. Dokładnie to samo robi Sandra Torres w Gwatemali, która specjalnie wzięła rozwód, żeby obejść przepisy zwalczające nepotyzm (właśnie toczy się walka prawna o to, czy ostatecznie zostanie zarejestrowana jako kandydatka). W Argentynie o reelekcję stara się Cristina Fernández, żona zmarłego w zeszłym roku byłego prezydenta Nestora Kirchnera, a jednym z jej przeciwników jest Ricardo Alfonsín, syn Raúla, głowy państwa w latach 1983-1989. W Singapurze, rządzący od powstania państwa Lee Kuan Yew zapewnił sukcesję swojemu pierworodnemu – Lee Hsien Loongowi.
Można by tak jeszcze wymieniać długo, ale poprzestańmy na najnowszym przykładzie: Tajlandii.

– Ona jest moim klonem – wypalił bez ogródek Thaksin Shinawatra w wywiadzie sprzed kilku miesięcy. On to najbardziej wpływowy i zarazem kontrowersyjny tajski polityk ostatnich lat. Ona to Yingluk Shinawatra, młodsza siostra tego byłego premiera. Która teraz ma przejąć jego dawną fuchę i umożliwić bratu powrót z wygnania.

ThaksinPierwszy człowiek na świecie, który sklonował sam siebie (Fot. Reuters)

Rodzina Shinawatra karierę ma we krwi. Pochodząca od chińskich imigrantów, szybko się znaturalizowała, wżeniła w lokalną arystokrację i zaczęła odnosić sukcesy w polityce i biznesie. W połowie XX w., niecałe sto lat po tym, jak ich przodkowie przybyli w te strony, stali się najbardziej wpływowym klanem w północnej prowincji Chiang Mai. Na tym jednak nie poprzestali i już w roku 1968, Lert Shinawatra bez większych problemów został posłem do parlamentu. Ale największą karierę miał zrobić dopiero jego syn – Thaksin.

Wykształcony w Stanach zaczynał od służby w policji, którą mimo wysokiej pozycji ostatecznie porzucił dla biznesu. Jak się okazało – słusznie, bo w interesach czuł się jak ryba w wodzie i szybko dorobił się małej fortuny. Na początku lat 90. został zaproszony do rządu, gdzie najpierw działał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a później w różnych rządach koalicyjnych piastował urząd wicepremiera. Aż doszedł do wniosku, że czas na prawdziwą władzę.

Thaksin wiedział, że w tym wyścigu do mety dowiezie go pierwszego jeden koń – populizm. I postawił na niego wszystko co miał. Słusznie: to masy najbiedniejszych wyniosły go do władzy w wyborach w 2001 r., a nowy premier wiedział jak dalej dbać o ich przychylność. Podniósł płace minimalne, ułatwił edukację dzieciom z ubogich rodzin, a dostęp do opieki medycznej stał się o niebo łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Na prowincji Thaksin został dosłownie pierwszym po Buddzie.
Strategia opłaciła się tak bardzo, że Shinawatra został pierwszym szefem rządu w historii, który przetrzymał na swoim stanowisku całą kadencję. W następnych wyborach w 2005 r. powtórzył sukces – przy niespotykanej nigdy wcześniej frekwencji jego partia zgarnęła 374 mandaty na 500 możliwych. Thaksin pewnie nawet wtedy nie podejrzewał, że jego koniec jest taki bliski.

Równie szybko, jak zdobył sobie miłość plebsu, szczególnie na buddyjskiej północy kraju, zraził do siebie elity, a także zamieszkujących południe muzułmanów. Thaksin miał nie okazywać należytego szacunku rodzinie królewskiej (w Tajlandii nawet za niewinną krytykę króla można trafić za kratki), nie chciał się godzić na najmniejsze nawet kompromisy z politycznymi przeciwnikami, nie znosił kiedy ktoś próbował z nim dyskutować, w relacjach z innymi politykami był wręcz legendarnie autorytarny. A co najgorsze, wcale nie porzucił interesów.
Fortuny dorobił się na telekomunikacji. Gdy został politykiem, udziały w gigancie tej branży, korporacji ShinCorp, przekazał innym członkom rodziny, ale dla wszystkich było oczywiste, że to tylko zabieg formalny, a prawdziwe zyski z tego biznesu ciągnie sam Thaksin. I nagle, podczas jego rządów, firma została sprzedana Singapurowi, na czym Shinawatrowie zarobili ponad 2 mld dolarów.
Krzyk podnieśli nacjonaliści, Thaksin został oskarżony o zdradę i korupcję i w 2006 r. wojsko szybko obaliło go w zamachu stanu. I historia przyśpieszyła.

Czerwone koszuleWidzew Łódź na wyjeździe (Fot. Damir Sagolj/Reuters)

Idol tłumów, wolał nie czekać na finał swojej sprawy sądowej i uciekł do Dubaju. Zamrożono mu część aktywów, ale i tak dysponował wystarczającą kasą, żeby na osuszenie łez kupić sobie Manchester City (który szybko sprzedał szejkom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich). Tymczasem w domu jego partia po raz kolejny odnosi zwycięstwo w wyborach. Z tym nie mogą się pogodzić jego przeciwnicy, którzy organizują ruch “żółtych koszul” (to tradycyjny kolor tajskiej monarchii). Ich masowe protesty paraliżują stolicę, a Trybunał Konstytucyjny pośpiesznie delegalizuje partię Thaksina. Nowy premier zostaje wyłoniony w wyniku zakulisowych negocjacji.
Wtedy sprawy postanawiają wziąć w swoje ręce wielbiciele Shinawatry z północy kraju. Błyskawicznie organizują się w ruch “czerwonych koszul” i ruszają na Bangkok. Od marca do maja 2010 r. miasto pogrąża się w komunikacyjnym chaosie, na ulicach dochodziło do starć, protestujący okupowali niektóre dzielnice, raz symbolicznie spryskali siedzibę rządu własną krwią. Akcja okazała się prorocza, bo ostatecznie to właśnie w ich krwi utopiła demonstracje armia – w ostatecznych starciach padło 90 ofiar śmiertelnych, rannych liczono w setkach.

Teraz, rok po tamtych wydarzeniach, Thaksin próbuje wrócić do władzy tylnymi drzwiami. Ponieważ sami wciąż obawia się powrotu do kraju, to na czele swojej nowej partii Pheu Thai (“Dla Tajów”) postawił jedyną osobą, której może w pełni zaufać: najmłodszą ze swojego rodzeństwa Yingluk. I, jak zwykle, trafił w dziesiątkę.

YinglukDział Zagraniczny woli klon od oryginału (Fot. Sukree Sukplang/Reuters)

Choć na początku mało kto traktował siostrę dawnego przywódcy poważnie, to w ciągu dwóch miesięcy udowodniła, że brak politycznego doświadczenia potrafi nadrabiać niespotykaną charyzmą. Piękna, niewyglądająca na swoje 44 lata Yingluk zjechała cały kraj, dziennie mając po kilka wystąpień. Bez najmniejszego wahania kierowała się w sam środek tłumów, ściskając ręce każdemu, kto je do niej wyciągnął. Na buddyjskiej północy odwiedzała świątynie, na muzułmańskim południu zakładała hidżab. Nawoływała kobiety do głosowania na nią w solidarności płci, błyskawicznie zdominowała tajski internet i facebook’a. Zawsze wiedziała jak ustawić się do kamery czy aparatu. Uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet na minutę.

Jej główni przeciwnicy – Partia Demokratyczna – wołali, że to wszystko sztuczki, gra pozorów i że Yingluck nie ma żadnego programu, który rozwiązałby finansowe i społeczne problemy Tajlandii. Ale na młodszej Shinawatra nie robiło to większego wrażenia.
– Podniesiemy pensje! – rzucała na wiecach i nikt nawet nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić co w zamian oferują Demokraci. Populizm wciąż jest w cenie.

Efekt? Jak zwykle – zwycięstwo. Oficjalne wyniki nie zostały jeszcze ogłoszone, ale zliczono już prawie wszystkie oddane głosy i wiadomo, że partia dawnego premiera zdobyła większość w parlamencie – 300 miejsc na 500 możliwych ma już pewne. Yingluk została pierwszą w historii Tajlandii kobietą, która zasiądzie w fotelu szefa rządu. Partia Demokratyczna pogodziła się z porażką i pogratulowała jej zwycięstwa.
Ale wciąż pozostaje kilka pytań.

Po pierwsze – czy Yingluk z zerowym doświadczeniem w polityce (choć otoczona wianuszkiem doświadczonych doradców) będzie naprawdę w stanie rządzić głęboko skonfliktowaną Tajlandią? Czy może jedynym jej celem było umożliwienie bratu powrotu do kraju? Czy stanie się jego marionetką, czy też może pokusi się o samodzielność?

Po drugie – jak na powrót Shinawatrów do władzy zareagują ich pozaparlamentarni przeciwnicy? Czy wzorem Partii Demokratycznej pogodzą się z przegraną w wyborach, czy na ulice znowu wylegną żółte koszule? A jeżeli tak, to czy w odpowiedzi ruszy na nich obóz czerwonych koszul? Innymi słowy – czy uda się zapobiec ponownemu rozlewowi krwi na ulicach?

I wreszcie, po trzecie – jak zachowa się armia? Krótko przed wyborami, jej szef generał Prayuth Chan-ocha wystąpił w telewizji z groteskowym przemówieniem, w którym przestrzegał wyborców przed “powtórzeniem wzorów z poprzednich głosowań” i nalegał by “oddali głos na dobrych ludzi”.
Wystąpienie wywołało wielki niesmak w kraju, a kilku innych wysokiej rangi wojskowych szybko zapewniło, że to nie żadne groźby, a armia nawet w razie wygranej Yingluck nie planuje zamachu stanu. Problem w tym, że dokładnie tak samo mówili w 2006 r. Tuż przed obaleniem Thaksina.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Cthulhu planuje najbliższe wakacje na Karaibach

Znowu dzień opóźnienia. Ale co mówić – wyścigi się zaczęły na Służewcu.

1. Początek sezonu

W Afryce już chyba na dobre rozpoczął się sezon zamachów stanu. Po nieudanych próbach w Demokratycznej Republice Konga i na Madagaskarze, przyszedł czas na Burkina Faso.
Ruchawka zaczęła się już w czwartek, kiedy na ulice Ouagadougou wyległy tłumy, jakich stolica nie widziała od lat. Tysiące ludzi protestowało przeciw rosnącym kosztom życia, bo konflikt w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej spowodował, że w kraju mocno podskoczyły ceny cukru, oleju do smażenia, mleka w proszku itd. Na cywilnym proteście pewnie by się skończyło, ale na nieszczęście dla głowy państwa, adrenalina przelała się do jego pałacu. I za broń chwycili żołnierze z jego straży przybocznej, którzy gwałtownie postanowili dać do zrozumienia, że nie podobają im się opóźnienia w wypłatach żołdu. Strzelanina rozpoczęła się tuż po zachodzie słońca, a bunt szybko rozprzestrzenił się na inne wojskowe baraki. Prezydent Blaise Compaore musiał salwować się ucieczką.
Jakby tego było mało, w sobotę – kiedy wojskowi już się uspokoili – stolicę spustoszyli lokalni kupcy. Z dymem poszła siedziba partii rządowej, zdemolowane zostały też budynki parlamentu, ministerstwa handlu i jeszcze kilka innych. Manifestanci wykrzykiwali, że żołnierze złupili ich kramy, ograbili ich z oszczędzności życia, że biją i gwałcą, a rząd nic sobie z tego nie robi (faktycznie, żeby nie sięgać daleko – w marcu grupa wojskowych też podniosła krótkotrwały bunt i z bronią w ręku odbiła z więzienia kolegów, odsiadujących tam kary za gwałty, a władze po prostu przymknęły oko na cały incydent).
Campaore do niedzieli odzyskał kontrolę, mianował nowych szefów armii i gwardii przybocznej, a w kraju zapanował spokój. Pytanie tylko na jak długo. Prezydent zdobył władzę w 1987 r. w zamachu stanu, ale przez ostatnie lata wyrósł na regionalnego rozjemcę. Aktywnie mediował pomiędzy zwaśnionymi stronami na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w zeszłym roku pomógł wynegocjować przekazanie władzy cywilom przez juntę wojskową w Gwinei, wcześniej załagodził też konflikt w Togo. Niewykluczone, że jeżeli sytuacja w Burkina Faso się nie poprawi, to niedługo sam będzie potrzebował pomocy jakiegoś kolegi z sąsiedztwa.

2. Jesteśmy twierdzą

A tymczasem, po drugiej stronie kontynentu temperatura też nie spada. W Swazilandzie (mimo zapewnień ministra, że do niczego nie dojdzie) tłumy wyszły na ulice w 38. rocznicę delegalizacji wszystkich partii politycznych. Policja odpowiedziała armatkami wodnymi, gazem łzawiącym, gumowymi kulami i starym dobrym obijaniem pałą po plecach. Aresztowano przywódców związków zawodowych, działaczy opozycji demokratycznej i relacjonujących wydarzenia dziennikarzy. A kilku polityków z sąsiedniej RPA, którzy głośno wyrazili swoje oburzenie wydarzeniami po drugiej stronie granicy, dostało bana na wjazd do Swazilandu. Co ulubieniec Działu Zagranicznego, minister Lutfo Dlamini, skomentował jak na siebie przystało: “Nic mi o tym nie wiadomo”.

Swoją drogą, oficjalna dewiza Swazilandu brzmi: “Jesteśmy twierdzą”. Ehe.

Swaziland protestujeTwierdza od środka (Fot. AP)

3. Szacunek za podjęcie walki

Marsze przeciw wysokim cenom odbyły się też w Ugandzie, mimo że – uwaga, suspens – władze ich zakazały. W skrócie było tak: Kizza Besigye (który w lutym przegrał wybory prezydenckie z rapującym Yowerim Musevenim) stanął sobie na czele tłumu i ruszył dumnie do przodu, tylko po to, żeby 10 minut później zostać zblokowanym przez policję i stać na środku wielkiego rowu pod palącym słońcem. Kiedy wreszcie po kilku godzinach, stróżom prawa wydawało się, że manifestanci są zmęczeni i kordon poluzowano, ci ruszyli w dalszą trasę. Więc kilometr dalej dostali gazem łzawiącym i gumowymi kulami. Jedna z nich uszkodziła dłoń Besigye, który natychmiast po wydarzeniach został hospitalizowany, a w tym czasie kilku jego kolegów, w tym nowo wybrany burmistrz Kampali, zostało na parę godzin wsadzonych z kratki.

W Polsce działają triady, tzn. porozumienia nabojek różnych zaprzyjaźnionych klubów z północy, centrum i południa. Na przykład zgoda Arki z Lechem i Cracovią, albo Lechii ze Śląskiem i Wisłą. Dział Zagraniczny zastanawia się, czy podobną zawiążą Campaore, Museveni i Mswati III.

4. Peja nosi brodę

Zupełnie inaczej radzi sobie inny ulubiony rząd Działu Zagranicznego. Władze Somalii (przynajmniej te oficjalnie uznawane na świecie, czyli de facto kontrolujące tylko stolicę) po tym, jak same sobie przedłużyły kadencję, postanowiły ogłuchnąć na krytykę. W Nairobi odbyło się spotkanie z inicjatywy ONZtu, którego uczestnicy powiedzieli rządowi w Mogadiszu: “Chłopaki, nie wygłupiajcie się”. Na co ci drudzy, olawszy wcześniej wysłanie jakiegokolwiek przedstawiciela do Kenii, odpowiedzieli w oficjalnym komunikacie: “To spotkanie nie realizuje potrzeb Somalijczyków”.

+20 za konsekwencję.

Tymczasem przeciwnicy rządu numer jeden, czyli islamistyczne bojówki Al-Shabab, też walnęli stylóweczkę. Walczący w ich oddziałach Omar Hammami, urodzony i wychowany w Stanach, miał rzekomo zginąć w marcu. Ale żyje. Co postanowił ogłosić światu w jedny właściwy religijnym fanatykom sposób. Nagrywając gorącego rapa. Fragment tego militarystycznego bałnsu:

“There’s nothing as sweet as the taste of a tank shell
But it could be compared to being where the mortar fell”.

Dla zainteresowanych, całość do odsłuchania tutaj.

Dział Zagraniczny widzi co najmniej kilka możliwych duetów na polskiej scenie.

5. Dział Zagraniczny chce być członkiem tej komisji

Jak już o muzyce mowa, to dwie dobre wiadomości z Jamajki.

Po pierwsze, będzie remake “The Harder They Come”. Legendarny film z 1972 r., w którym po raz pierwszy na szeroką skalę pojawiło się reggae, w roli głównej wystąpił Jimmy Cliff, a na ścieżce dzwiękowej znaleźli się między innymi Desmond Dekker czy Toots and the Maytals, powróci w odświeżonej formie za sprawą Trudie Styler (producentki między innymi “Snatch” czy “Lock Stock and Two Smoking Barrels”), oraz Justine Henzell, córki zmarłego w 2006 r. Perriego Henzella, scenarzysty i reżysera oryginału.
Dział Zagraniczny nie może się doczekać.

Druga dobra informacja, to że gabinet Bruce’a Goldinga zastanawia się nad wprowadzeniem w życie postulatów z raportu Narodowej Komisji do spraw Ganji. Serio, tak się nazywało to grono (złożone z socjologów, prawników, lekarzy i innych tęgich głów dobranych na miejscowych wyszych uczelniach) w 2001 r., kiedy ówczesny rząd zlecił mu badania nad ewentualną legalizacją marihuany. Komisja powiedziała “irie!”, ale władze jakoś się do propozycji nie zapaliły (tak, wiem, nic nie poradzę, takie mam poczucie humoru, bliscy już narzekają). Teraz jednak parlamentarzyści wydają się sprawie przychylniejsi.

Gdyby Jamajka pośpieszyła się z legalizacją, to Dział Zagraniczny podejrzewa, że premiera “The Harder They Come” będzie najwspanialszym seansem w historii kina.

6. A teraz, drogie dzieci, opowiem Wam bajkę

A pierwszym, który wyrwał się przed szereg i postanowił skorzystać na rozluźnieniu kagańca na Jamajce, został ajatollach Mohammad Saeedi. Podczas niedawnej transmisji w irańskiej telewizji, postanowił podzielić się z widzami anegdotką o narodzinach Aliego Chameneiego, kolegi po fachu i faktycznego przywódcy Iranu.
– Tuż przed opuszczeniem ciałą swej matki, ajatollach rzekł “Ya Ali!”, na co położna odpowiedziała “Niech Ali otoczy Cię swoją opieką” – rzucił do kamer Saeedi, a Dział Zagraniczny od razu wiedział, że następne wakacje na Karaibach spędzą razem.

7. Lepsza połowa

A w ogóle, o co chodzi z tymi żonami? Dział Zagraniczny śledzi walkę Sandry Colom o fotel prezydencki po swoim mężu, a w tym tygodniu takie same plany ogłosiły Pierwsza Dama Dominikany, pani Margarita Cedeño, oraz koleżanka po fachu z Ghany, pani Nana Konadu Agyeman-Rawlings (choć trzeba przyznać, że pan Rawlings, na imię Jerry, jest na emeryturze od 2001 r.; na drugiej emeryturze, bo władzę brał w zamachach stanu dwukrotnie).

To może pomysł dla Mswatiego III? Żeby uspokoić Swaziland, może oddać władzę swojej żonie. W końcu ma ich 18, więc szerokie pole do popisu.

8. Czemu interpretują

Skandal na Niue. Jak widać, Barbuda nie jest jedynym wyspiarskim państewkiem, które postanowiło skapitalizować na ślubie Kate i Williama. Kraj na Pacyfiku wypuścił serię znaczków pocztowych z młodą parą. Sęk w tym, że znaczki są podwójne. To znaczy, na tym po lewej jest Kate. A na tym po prawej William. A przez sam środek idzie perforacja.
– Ludzie uważają, ze znaczki sugerują, że para w przyszłości się rozejdzie. Nie wiem, czemu tak to interpretują – powiedział premier Toke Talagi.

Znaczek slubnyZnaczki można zamówić w Nowej Zelandii za 5.80 NZD (Fot. AP)

9. Koon end Frends

A na koniec: Atlantyk. A konkretnie, jego część na północ od wybrzeży Gujany i Surinamu.
Brazylijczycy odkryli tam bowiem… ogromne wiry wodne. Oba mają po 400 km średnicy. Generalnie nie chce mi się o tym pisać, możecie sobie o nich poczytać tu i tu. W skrócie można tylko podsumować, że naukowcy nie do końca wiedzą, skąd te wiry się wzięły.

A Dział Zagraniczny wie: Cthulhu! Coon and Friends strajk bek, unikajcie koncertów Bibera.

No. ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Władza niejedno ma oblicze

Podsumowanie tygodnia po raz kolejny z opóźnieniem. To staje się taką normą, że chyba Dział Zagraniczny powinien się zacząć tłumaczyć, jeżeli akurat wyrobi się na termin.

1. Bohater kreskówki trzyma się mocno

Zaczynamy oczywiście od Wybrzeża Kości Słoniowej, które przyciąga uwagę Działu Zagranicznego od listopada. A w kraju dzieją się cuda, bo mimo, że rebelianci popierający Alassane Ouattarę wkroczyli do Abidżanu już tydzień temu, to Laurent Gbagbo schował się w bunkrze i wciąż się nie poddaje.
Poważnie, zaczynam wierzyć, że były prezydent to nie żywa osoba, tylko postać z kreskówki. Świat odmawia uznania go za głowę pańswa, Gbagbo nawet nie zwraca na to uwagi. Wprowadzają sankcje na kakao, Gbagbo prycha z politowaniem. Ofensywa rebeliantów toczy się z północy jak walec, który rozjedzie wszystko co ma na drodze, Gbagbo tylko prasuje spodnie na impreze. Philippe Mangou – szef jego sztabu – ucieka i szuka schronienia w domu ambasadora RPA, Gbagbo ziewa ze znudzeniem (generał po kilku dniach wrócił skruszony). Wreszcie jego rezydencję ostrzeliwują nawet Francuzi z ONZ, Gbagbo martwi się tym, że mu tynki lecą na biurko.
Właśnie, wbrew temu, co pisałem tydzień temu, nawet żołnierze z misji stabilizacyjnej (sic!) włączyli się do imprezy, bo jeden z nich najwyraźniej przeczytał rezolucję, w której stało, że mają “bronić cywilów”. No to obronili: wysłali kilka helikopterów, które ostrzelały siedzibę Laurenta.
Ale Gbagbo nie tylko się nie ugina, ale jeszcze kontratakuje. Lojalni mu żołnierze (szacuje się, że ma jeszcze ok. tysiąca ludzi pod bronią) przetrzymali atak rebeliantów i przeszli do kontrofensywy, atakując nawet hotel, który przez miesiące był siedzibą Ouattary. Tymczasem obrokrajowcy są ewakuowani przez Francuzów, a reszta mieszkańców Abidżanu, która nie ma w kieszeni paszportu Unii Europejskiej, ucieka na własną rękę.
W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny był pewny, że to ostatnie dni walk na Wybrzeżu, ale jakoś o tym nie napisał. Okazuje się, że słusznie. Dlatego teraz też nie będziemy niczego prorokować, bo chociaż wygląda na końcówkę ruchawki, to jeszcze skończy się na tym, że pod koniec maja będziemy pisać: “Rebelianci nacierają. Gbagbo siedzi w bunkrze i świetnie się bawi”.

2. Manifestantów nie ma (bo siedzą w więzieniu)

Świetnie bawi się też najwyraźniej Mswati III, król Swazilandu, ostatniej afrykańskiej monarchii absolutnej. Co prawda miesiąc temu miał w kraju manifestacje niezadowolonych obywateli, a na Facebooku młodzież nawołuje do zebrania się we wtorek (czyli jutro) i obalenia go w stylu egipsko-tunezyjskim, ale rząd się tym nie przejmuje.
– Słyszmy więcej o powstaniu za granicą, niż w ojczyźnie – ogłosił Lutfo Dlamini, Minister Spraw Zagranicznych.
Szybko okazało się czemu: otóż od tygodnia policja wyciąga z domów resztki aktywistów, którzy pozostali w kraju (reszta opozycji jest na emigracji w RPA – w Swazilandzie partie polityczne są nielegalne od 1973 r.) i wrzuca ich do więzień, gdzie są bici. Najwyraźniej minister Dlamini nie nadstawia ucha pod celą.

Protesty w SwazilandzieTo zdaniem ministra nigdy nie miało miejsca (Fot. Mantoe Phakathi/IPS)

3. Syzyfowe prace

A skoro już o Facebooku i protestującej młodzieży, to przeciwko rządowi występują studenci w Chartumie. Od końca stycznia urządzają pikiety na uniwersytecie i marsze przez środek miasta, a raczej próby marszów, bo zanim przejdą pół kilometra, są bezlitośnie bici przez policję. Ostatnio próbowali w poniedziałek, dzięki czemu miejscowe służby porządkowe mogły sobie przećwiczyć wariant “Euro 2012”. Po tych kilku tygodniach patrzenia na zmagania studentów z policją, trudno nie zacytować klasyka: “Szacun za podjęcie walki”.

4. Wojsko troszczy się o konstytucję

Ale są też i dobre wiadomości z regionu i to mimo, że w doniesieniach przewija się “junta wojskowa”. Przy całkowitej olewce ze strony mediów, do Nigru wróciła w zeszłym tygodniu demokracja.
W lutym 2010 r. wojsko zrobiło zamach stanu, bo prezydent Mamadou Tandja chciał się pobawić w Laurenta Gbagbo i porządzić trzecią kadencję, chociaż konstytucja wyraźnie tego zabraniała. Kiedy armia przejęła stery, zapowiadając, że “za jakiś czas przeprowadzi nowe wybory”, wszyscy postawili na afrykańskim państwie kreskę, podejrzewając, że skończy się jak zawsze, czyli na wieloletnich rządach mundurowych. Tymczasem szef szefów, generał Salou Djibo wyciął wszystkim numer i naprawdę zorganizował głosowanie. W którym – coś bardziej nieprzewidywalnego niż wygrana Polski na mundialu – nie brał udziału.
Marcowe wybory ostatecznie wygrał wieloletni przywódca opozycji Mahamadou Issoufou, a w czwartek armia przekazała mu pełnię władzy.

W piątek (dzień wolny od pracy) impreza trwała w całym kraju. Dział Zagraniczny przyłączył się na odległość.

5. Dopóki śmierć nas nie rozłączy

Jeszcze tylko szybki update innej sprawy rozbijającej się o konstytucję i wybory prezydenckie: sąd w Gwatemali wstrzymał sprawę rozwodową małżeństwa Colomów.
Do sędziów rozpatrujących wniosek rozwodowy, wpłynęło kilka zawiadomień o możliwym popełnieniu przestępstwa (czyli złamaniu konstytucji właśnie). W związku z czym małżeństwo będzie trwać, dopóki nie zostaną one rozpatrzone. A znając gwatemalską rychliwość w sądach, do tego czasu może być już po wyborach. I drugiej Evicie.

UPDATE Z GODZINY PO NAPISANIU TEGO POSTA: Nie sprawdziłem najnowszych depesz. Okazuje się, że Sandra Colom właśnie dostała rozwód. Nie wiadomo jednak, czy Trybunał Konstytucyjny zezwoli jej na start w wyborach.

6. Chase those crazy baldheads out of town

Dobre wiadomości również z Jamajki. Kraj, który w Polsce kojarzy się głównie z plażami, drinkami i Bobem Marleyem (albo zespołem UB40 branym za Wailersów), w rzeczywistości był jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, zajmując zawsze miejsce na podium w statystykach morderstw na 100 tys. obywateli. A teraz to ostatnie wydaje się zmieniać.
Według rządowych statystyk, w pierwszym kwartale tego roku, liczba zabójstw spadła aż o 44 proc. (a w Kingston nawet o 60) w stosunku do roku poprzedniego. Władze twierdzą, że to dzięki setkom policjantów posłanych do walki z wszechmocnymi gangami, rządzącymi do tej pory slumsami (“inwazja” zaczęła się od obławy na Christophera Dudusa Coke’a – najbardziej dona na wyspie – w maju zeszłego roku; akcja była bardzo krwawa, zginęło w niej ponad 70 osób, wiele zostało rannych, Coke ostatecznie został pojmany i wysłany do USA, gdzie ma proces za przemyt narkotyków i zlecanie morderstw).
Jednak na dobrych wieściach kładzie się pewien cień. Podobne akcje organizuje od jakiegoś czasu Brazylia. Jednak tam, choć do faveli wchodzi najpierw BOPE (czyli elitarna jednostka, której zadaniem jest po prostu jak najszybciej wykończyć bandytów), to potem ich miejsce zajmują funkcjonariusze z Unidade de Polícia Pacificadora (w wolnym tłumaczeniu: Policyjny Oddział Pacyfikujący). Bardziej niż tradycyjnymi zadaniami, zajmują się oni odbudową zaufania mieszkańców do państwa i mają ku trmu solidne przygotowanie – przechodzą trening z psychologii, animacji społecznej itp. Tymczasem policjanci patrolujący teraz slumsy Kingston, to członkowie oddziałów szturmowych, nie mają żadnego przygotowania do sytuacji w jakiej się znaleźli. Przez co organizacje praw człowieka oskarżają ich o torturowanie podejrzanych i przeprowadzanie samosądów. Według ich statystyk, w 2010 r. ofiarą zbyt krewkich stróżów prawa, padło ponad 400 osób.

Mimo wszystko, Dział Zagraniczny ma nadzieję, że w slumsach Kingston za jakiś czas “One Love” nie będzie już tylko pustym hasłem.

Policja na JamajceCzy twój dzielnicowy też odwiedza cię z kolegami? (Fot. Reuters)

7. Otwieram lodówkę, a tam Kate

A na sam koniec, wiadomość z okolicy. Barbuda.
Jak wiadomo, książę Wiliam za chwilę się żeni. Dział Zagraniczny już go nienawidzi, bo której gazety nie otworzy, tam suknia Kate, porcelana z Kate, dziewczyny, które chcą być jak Kate, ulubione ciasteczka Kate, blablabla. Ale mieszkańcy Karaibów wiedzą, że nie ma to jak dobra reklama, a ślub stulecia (no bo przecież…) będzie darmową reklamą dla wszystkiego, co się z nim wiąże. A, że młoda para wciąż nie zdecydowała, gdzie wybiera się w podróż poślubną, to władze Barbudy postanowiły jedną z plaż nazwać… imieniem Księżnej Diany. Nie wiadomo, czy na pewno przekona to nowożeńców, ale prasa już podaje, że “rodzina Middleton jest w trakcie negocjacji z Lighthouse Bay Resort”. Więc nawet, jak nic z tego nie wyjdzie, to media exposure jest.
Kołobrzeg, Władysławowo, Ustka – do roboty! Dział Zagraniczny proponuje od razu całe wybrzeże ponazywać imionami rodziny królewskiej. Jest ich sporo, więc starczy dla wszystkich. A Trójmiasto w ogóle przemianujmy na “Kate uwielbia jeździć konno”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS A, byłbym zapomniał. Obraz Zhanga Xiaoganga poszedł w tym tygodniu pod młotek w Sotheby’s i wyciągnął 6 mln funtów, stając się najdroższym chińskim dziełem sztuki współczesnej. Czyli: inwestujcie w Azji!

PS2 Polak jednak nie będzie rządził Peru. Do drugiej tury przeszli Humala i Fujimori. Będzie ciekawa dogrywka.

Konstytucja? Jaka konstytucja?

Podsumowanie tygodnia znowu spóźnione o jeden dzień. Przepraszamy, zapraszamy.

1. No, tata obalił rząd, to teraz sobie wystartuję w wyborach

W zeszłym tygodniu pisaliśmy o tym, że Sandra Torres de Colom, żona prezydenta Gwatemali, chce po jesiennych wyborach zająć miejsce męża. Ale jest drobny szczegół: konstytucja latynoskiego kraju zabrania kandydowania “krewnym do czwartego pokolenia urzędującej głowy państwa”. W związku z czym Sandra przekonuje, że… przecież jest żoną, a nie krewną. Dział Zagraniczny chciał nawet sugerować rozwód, ale prezydent Álvaro Colom stanowczo odrzucił taką możliwość. “Stanowczo” oznacza “na kilka dni” – w tym tygodniu para ogłosiła, że jednak poświęci małżeństwo dla politycznej kariery Sandry.
– Rozwodzę się z mężem, ale biorę ślub z ludem! – ogłosiła (jeszcze) Pierwsza Dama, z trudem hamując łzy.

Dział Zagraniczny się wzrusza. Szczerze. Zwłaszcza, że Sandra jest już trzecią z rzędu panią Colom, a wcześniej brała już jeden rozwód z innym mężczyzną.

ColomowiePo prawej obecny prezydent, po lewej być może przyszły. Madonna już ćwiczy “Nie płacz po mnie, Gwatemalo” (Fot. Moises Castillo/AP)

Przeciwnicy polityczni (eks)małżeństwa Colomów oczywiście podnoszą alarm, że to niedopuszczalne kpiny z prawa. O tym, czy Sandra może ubiegać się o najwyższe stanowisko w państwie, ma ostatecznie rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny. Ten sam, który już w 1989 r. zabronił startu w wyborach innej Pierwszej Damie: Raquel Blandón (jej mąż, Vinicio Cerezo, był prezydentem w latach 1986-1991). No, ale Raquel wówczas rozwodu nie brała…

Co jeszcze ciekawsze, Sandra nie jest jedyną potencjalną kandydatką w tegorocznych wyborach, której start byłby sprzeczny z konstytucją. Do Pałacu Prezydenckiego chce się wprowadzić też Álvaro Arzú (który był już raz głową państwa, a ustawa zasadnicza Gwatemali zabrania reelekcji), Harold Caballeros (pastor ewangeliczny: prawo nie pozwala na start “kapłanom religijnym”), Zury Ríos, której ojciec rządził jakiś czas jako dyktator po zamachu stanu z 1982 r. (konstytucja odrzuca możliwość kandydowania krewnych osób odpowiedzialnych za przewroty) oraz Eduardo Suger (który urodził się w Szwajcarii, więc nie jest jasne, czy spełnia warunek bycia “Gwatemalczykiem z pochodzenia”).

Patrząc na to wszystko, informacja że Leonel Fernandez – prezydent Dominikany – chce w przyszyłym roku kandydować na trzecią kadencję, mimo że (tak, zgadliście) konstytucja tego zabrania, to mały pikuś.

Dział Zagraniczny przewiduje ciekawą polityczną telenowelę.

2. Samozatrudnienie

Można olewać prawo, żeby zdobyć władzę, a można je też olewać, żeby tej władzy nie stracić. Jak w Somalii.
W kraju, który od 1991 r. jest de facto czarną dziurą na mapie świata, trudno wyłonić rząd w normalny sposób. Dlatego obecny powstał w ramach porozumienia pomiędzy różnymi frakcjami w państwie (czy raczej jego części) i pod czujnym okiem Unii Afrykańskiej, ONZ i USA. Miał działać do sierpnia tego roku. Ale już wiadomo, że będzie istnieć dłużej.
– Potrzebujemy więcej czasu, żeby przywrócić bezpieczeństwo – powiedział w niedzielę Mohamed Mohamud Boon, somalijski Minister do spraw Konstytucji (sic!), ogłaszając, że wraz z kolegami postanowił sobie przedłużyć umowę o pracę jeszcze na rok.
Rząd mógł wziąć przykład z parlamentu (również nie pochodzącego z wyborów), który w lutym zagłosował, że przesuwa sobie koniec kadencji o trzy lata.

Dział Zagraniczny mówi: słusznie! W kraju targanym wojną domową warto dbać o już istniejące etaty. ZUS się sam nie opłaci.

A, no i są też doniesienia, że do Somalii wkroczyły pierwsze oddziały kenijskie, żeby pomóc rządowi z Mogadiszu w walce z islamistami kontrolującymi południe kraju. Nairobi na razie oficjalnie tej informacji nie potwierdza, ale gdyby okazała się prawdą (a wiele na to wskazuje), to byłby pierwszy w historii przypadek interwencji tego państwa w Somalii (w Mogadiszu walczą też żołnierze z Ugandy i Burundi, ale w ramach misji Unii Afrykańskiej).

3. Sezon na zamachy

W ogóle w Afryce jest obecnie bardzo gorąco. Albo tak przynajmniej wygląda. Dział Zagraniczny informował już o bardzo dziwnej próbie zamachu stanu (do dziś nie wiadomo, kto się zamachnął) w Demokratycznej Republice Konga i próbie zabicia przywódcy Madagaskaru.
Tymczasem w zeszłym tygodniu rząd w Senegalu również ogłosił, że pojmał “komando”, które miało rzekomo przygotowywać się do puczu. Szybko też ogłoszono, że rebelianci mają powiązania z opozycją. Która z kolei jeszcze szybciej oskarżyła służby prezydenta Wade o prowokację. I wydaje się, że miała rację: w czwartek aresztowani zostali zwolnieni z braku dowodów.

Szykuje się ciekawa wiosna na południe od Sahary.

4. Za kanapki czapa

Ostatnia w tym tygodniu wiadomość z Afryki będzie dotyczyć innego aresztowanego: Freda. Pawiana z RPA.
Jeżeli ktoś z czytelników miał okazję odwiedzić Kapsztad, a konkretnie Przylądek Dobrej Nadziei, to z pewnością zauważył grasujące małpy, które wymuszają na turystach jedzenie, a czasem po prostu je bezczelnie kradną. Jedna z nich – Fred właśnie – zyskała sobie szczególnie złą reputację. Pawian był coraz bardziej agresywny, demolował samochody, atakował turystów, kilkoro osób poważnie poturbował. Więc został pojmany i czeka go kara śmierci. Serio: chcą go uśpić. Za kanapki.

5. Sprawiedliwość inaczej

Nie wiadomo z kolei za co policja w Brazylii chciała zabić 14-letniego chłopca z Manaus. Na nagraniu, które ujawniły w tym tygodniu media i które wzburzyło cały kraj, widać, jak jeden z policjantów strzela nastolatkowi w klatkę piersiową z odległości dwóch metrów.
Jak się okazuje, sytuacja miała miejsce w sierpniu zeszłego roku, ale nagranie z kamery przemysłowej długo pozostawało nieznane, bo rodzina chłopca bała się zemsty ze strony policji. Wideo wyciekło teraz, bo zarówno nastolatek (który cudem przeżył), jak i wszyscy jego krewni zostali objęci programem ochrony świadków.

Dział Zagraniczny odwiedzał kiedyś swoją własną rodzinę w Brazylii, kiedy w Sao Paulo doszło do ogromnej strzelaniny pomiędzy dwoma ekipami. Po jednej stronie ulicy strzelała policja. A po drugiej ogniem odpowiadała… policja.
Stróże prawa 1 – Zdrowy rozsądek 0.

6. Senat pozwala

Tymczasem w piątek, Senat w Meksyku znowelizował prawo karne, dzięki czemu od tego tygodnia zdrada małżonka już nie jest przestępstwem. Na co sami Meksykanie reagują pytając: “A była?!”.

7. Żona nie dla emeryta

I tym sposobem zataczamy koło, bo skoro podsumowanie zaczęliśmy od małżeństw i kruczków prawnych, to tym samym skończymy.
Kambodża wprowadziła ograniczenia dla zagranicznych mężczyzn, którzy chcieliby się ożenić z miejscowymi dziewczynami. Konkretnie, to zabroniła tego panom, którzy są po pięćdziesiątce. A jakikolwiek młodszy obcokrajowiec musi się teraz w urzędzie wykazać dowodem, że zarabia przynajmniej 2,5 tys. dolarów miesięcznie (czyli kilkakrotnie więcej, niż wynosi średnia pensja w Kambodży). W przeciwnym wypadku, zgody na sakrament nie dostanie.
– To nie wygląda dobrze, kiedy widzi się młodą Kambodżankę ze starszym obcokrajowcem – wypalił bez ogródek rzecznik prasowy rządu.
Co ciekawe, zakaz nie obejmuje starych Kambodżan, którzy chcieliby się ożenić z młodą właścicielką obcego paszportu.

Premier kraju, Hun Sen, ma 60 lat. I jest brzydki. Ale to na marginesie.

Hun SenNie będzie obcokrajowiec kobiet nam łajdaczył! (Fot. EPA)

Generalnie starszy pan nie pierwszy raz pokazuje, że prawa kobiet średnio mu leżą na sercu. W 2007 r. wsławił się publiczną deklaracją, że jego adoptowana córka okazuje się być lesbijką, więc właśnie wykreśla ją z testamentu.

Drogie panie: emigracja. Dział Zagraniczny zaprasza.

No. Ale to polskiego czytelnika nie interesuje.

Antykaddafi

Podczas gdy oczy świata są zwrócone na krawe starcia w Libii, reszta krajów arabskich wciąż wrze. W jednym z nich, demonstranci rozbili w centrum stolicy miasteczko namiotowe na wzór egipskiego placu Tahrir i domagają się reform, a rządzący nimi dotąd jednoosobowo władca zaczyna te postulaty powoli spełniać. Maroko? Syria Bahrajn? Jemen? Nie, państwo z regionu, o którym pisze się zdecydowanie najrzadziej – Oman.

Królestwem wielkości Białorusi od 40 lat włada Kabus ibn-Said. Mało kto o nim słyszał, chociaż w świecie arabskim jest nie mniejszym ekscentrykiem niż Muammar Kaddafi, a pod kilkoma względami jest wręcz Antykaddafim. Mówisz “Kabus ibn-Said”, myślisz “Oman”. Mówisz “Oman”, myślisz “Kabuis ibn-Said”. Historia ostatniego półwiecza tego państwa, to po prostu biografia jego władcy. Chociaż gdy debiutował, wszystko wskazywało na to, że będzie zupełnie inaczej.

W przeszłości Oman był krajem bogatym i potężnym. Sułtanat miał wielkie posiadłości od Afryki po Azję, handlował z Chinami i Indiami, zanim Europa w ogóle zaczęła się nad tym zastanawiać, miał flotę wojenną, z którą liczyć musieli się wszyscy duzi gracze, a w dyplomacji był tak aktywny, że jako pierwszy muzułmański rząd na świecie wysłał stałego ambasadora do Stanów Zjednoczonych.
Jednak na początku XX wieku, większość mieszkańców musiała być szczerze przekonana, że opowieści o świetności ich państwa, to tylko bajki dla dzieci. Podbity najpierw przez Turcję, potem przez Persję, a w końcu uzależniony od Wielkiej Brytanii, Oman stał się formalnie protektoratem tej ostatniej. Pozbawiony swoich zamorskich terenów, zubożały i zarządzany w średniowiecznym stylu, rozpadł się de facto na dwie części: kontrolowane przez stolicę wybrzeże i pogrążony w wiecznych walkach plemiennych interior.
W całym kraju były tylko trzy szkoły podstawowe, 10 km utwierdzonej drogi, a bramy do Maskatu ryglowano codziennie wieczorem po wystrzale z armaty i gwardziści mieli prawo zastrzelić każdego, kto krążył po mieście po zmroku bez pochodni.
W dodatku rządzący wówczas sułtan Said ibn-Taimur był według wielu współczesnych najzwyczajniej w świecie szalony. Zabraniał poddanym posiadać telewizorów, radio nazywał wytworem diabła, w pewnym momencie zabronił nawet noszenia okularów. Niechętnie wpuszczał do Omanu jakichkolwiek obcokrajowców, a swoim poddanym nie pozwalał wyjeżdżać wcale (za jego czasów Oman nie miał ani jednego ambasadora, nawet u sąsiadów). Tym dziwniejsze, że do szkoły po drugiej stronie oceanu wysłał jedynego syna i następcę tronu: Kabusa.

SułtanSułtan Omanu vel Sean Connery Bliskiego Wschodu (Fot. Mohammed Mahjoub/AFP)

Młody książę chodził do podstawówki w Indiach, zaczął tam też liceum, ale bardzo szybko przeniósł się do Anglii, gdzie po zdaniu matury wstąpił do elitarnej Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst (wśród absolwentów są między innymi książęta William i Harry, oraz nasz ulubiony władca Tonga, George Tupou V). Po jej skończeniu odbył nawet służbę w brytyjskiej armii.
Potem zrobił sobie jeszcze wycieczkę dookoła świata i wrócił radośnie do domu, gdzie kochający tata… zamknął go na sześć lat w areszcie domowym.

Albo ojciec wiedział, co robi, albo synowy po prostu w pewnym momencie para poszła spod dekla, bo w lipcu 1970 r. poprosił kolegów z British Army o pomoc i po krótkiej ruchawce wkroczył do pałacu, rzucając od progu:
– Tato, obalam cię. Pakuj turbany.
Said ibn-Taimur udał się na wygnanie do… tak, Anglii (można w ciemno obstawiać, że miał niezły dystans do sprawy). Do śmierci mieszkał w Londynie, a jest pochowany w miejscowości Woking w Surrey. Ciekawostka: Dział Zagraniczny był tam w wieku 12 lat przez jakieś dwie albo i trzy godziny, chociaż nawet nie wiedział, że Oman istnieje (a nawet, gdyby wiedział, to pewnie myślałby, że jest gdzieś koło Surinamu, czyli w Laosie).

Dla Kabusa nastała era mówienia wszystkim co mają robić, a dla całej reszty – czas bogacenia się.
Nowy sułtan najpierw uzgodnił z europejskimi kolegami, że czas skończyć z protektoratem, potem wyprosił u nich jeszcze, żeby pomogli mu zdusić rebelię na południu kraju, a następnie ostatecznie zjednoczył wybrzeże i interior i na nowo nazwał państwo Omanem (do tej pory działające pod nazwą Sułtanat Maskatu i Omanu).
A potem poszło już z górki. Za kasę z wydobycia ropy (205 tys. baryłek dziennie) Kabus sfinansował autostrady, lotniska, szkoły i uniwersytety. Dzieci obowiązkowo uczą się informatyki i angielskiego już od pierwszej klasy. W kraju, gdzie jego ojciec zabraniał telewizorów, dziś każdy dom ma antenę satelitarną. Powstał parlament, choć jego rola (przynajmniej do teraz) była tylko doradcza, a prawo głosu dostały między innymi kobiety (kilka z nich było nawet ministrami).

Oman jest tak odmienny od swoich sąsiadów, jak jego władca od kolegów po fachu. Zaangażowany w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie, był pierwszym arabskim przywódcą po Sadacie, który rozpoczął rozmowy pokojowe z Izraelem. Jest melomanem i znanym miłośnikiem muzyki klasycznej. Łoży miliony na ponad stuosobową orkiestrę symfoniczną, do której muzycy są selekcjonowani już jako dzieci. Sam w wolnych chwilach komponuje i grywa na organach i lutni.
Ale najbardziej w regionie wyróżnia go to, że jest samotny, nie ma żony ani dzieci. W latach 70. wziął co prawda ślub z kuzynką, ale rozwód nastąpił tak szybko, że mało kto w ogóle o tym małżeństwie pamięta. W istocie, często powtarzana w kraju plotka głosi, że sułtan jest po prostu gejem. Nie da się tego jednak w żaden sposób potwierdzić, bo mieszkańcy Omanu boją się nawet na ten temat żartować, a zachodni analitycy, którzy poruszali ten temat, na dowód przytaczają opowieści anonimowych – a zatem mało wiarygodnych – znajomych.

Mimo wszystko, Oman nie jest rajem. Chociaż PKB per capita wynosi 18 tys. dolarów (7 razy więcej, niż np. w Egipcie), to wbrew pozorom nie każdy spija śmietankę. Najlepsze fuchy są zarezerwowane dla członków wpływowej elity, korupcja jest spora, a coraz liczniejszej młodzieży po studiach nie jest łatwo znaleźć nawet pracy poniżej ich kwalifikacji (brzmi znajomo), bo tę wykonują już za nią inni: w kraju, który ma niecałe 3 mln mieszkańców, prawie 800 tys. to imigrancji z Pakistanu, Bangladeszu i innych biednych krajów azjatyckich.
Nie ma też wolności prasy, niektórzy ministrowie są po prostu znienawidzeni, a młodsze pokolenia mają dość głosowania na posłów, którzy i tak są listkiem figowym przy władcy.

Miasteczko namiotoweProtest nie protest, trzeba mieszkańcom Omanu przyznać, że brody mają fest (Fot. Hasan Jamali/AP)

Dlatego pod koniec lutego, w Omanie wybuchły protesty podobne do tych z innych krajów arabskich. W Suharze (drugim największym mieście w kraju) i Maskacie zastrajkowali pracownicy rafinerii, żądając podwyżek. W stolicy na ulice wylegli studenci i absolwenci, domagając się stworzenia nowych miejsc pracy. A opozycja demokratyczna założyła miasteczko namiotowe pod hasłami reform politycznych, zwolnienia niepopularnych ministrów i poluzowania medialnych restrykcji.

Sułtan początkowo odpowiedział siłą (w starciach z policją zginęły ponoć dwie osoby), ale bardzo szybko zaczął spełniać postulaty protestujących. Zapowiedział podwyżkę płac o 40 proc. od przyszłego tygodnia, zapewnił znośną kuroniówkę i już dał parlamentowi inicjatywę ustawodawczą.

Na pewno nie bez wpływu na jego postępowanie pozostaje fakt, że nikt się nie domaga jego odejścia. Przeciwnie, tłumy na ulicach żądają zmian, ale równocześnie skandują hasła na jego cześć. Trudno o lepszy dowód na to, że lepiej jest kasę z ropy pompować w infrastrukturę niż sprzęt do rozpędzania demonstracji.

Na razie sułtan idzie na drobne ustępstwa, ale nie wiadomo, czy nie zdecyduje się na coś więcej. Jak wiemy – nie ma następcy, więc nie musi się martwić o zapewnienie dziecku ciepłego lądowania. Czy pokusi się o zmianę monarchii absolutnej na konstytucyjną? Albo na pełną demokrację? Chwilowo nic na to nie wskazuje, ale jak widać, z Kabusem ibn-Saidem nigdy nic nie wiadomo.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Osiem krzaków na własny użytek i grobowiec na sprzedaż

W tym tygodniu nie było żadnego artykułu na Dziale Zagranicznym, bo przytłoczyły mnie inne obowiązki, a od piątku rano już szczególnie. Pozdrawiamy Antka Słodkowskiego, który często tu zagląda, a w przerwach od czytania dzielnie zasuwa dla Reutersa w Tokio. Ogrom zniszczeń w Japonii jest przerażający, ale w polskich mediach macie już setki ekspertów od trzęsień ziemi, tsunami, sushi, kimon i tajników japońskiej duszy, więc w Dziale Zagranicznym darujemy sobie rozstrząsanie “jak my byśmy się w tej sytuacji zachowali, panie profesorze” i po prostu rzućmy okiem, co działo się na świecie w tym tygodniu.

1. Patrz, ale nie pytaj

Zaczynamy od przypomnienia informacji z zeszłego tygodnia, o nieudanym zamachu stanu w Demokratycznej Republice Konga. Władze kraju wciąż twardo trzymają się wersji, że był to atak terrorystyczny i na razie nie ma żadnych twardych dowodów za jedną, bądź drugą wersją.
Chwilowo pewne są tylko dwie informacje. Po pierwsze, ostateczna liczba ofiar śmiertelnych to 19 osób, z czego 8 to żołnierze wierni prezydentowi Kabili. I po drugie: władze jak do tej pory aresztowały 126 podejrzanych o związki z napastnikami. W poniedziałek ściągnięto wszystkich zagranicznych dziennikarzy do więzienia w Kinszasie, żeby mogli ich sobie obejrzeć. Zatrzymani nosili ślady brutalnego pobicia i głośno krzyczeli, że są niewinni. Prasie nie wolno było jednak zadawać żadnych pytań.
Zobaczymy, jak sytuacja rozwinie się do przyszłego tygodnia.

2. Dyktatorzy ćwierkają sami do siebie

W państwach autorytarnych mieliśmy tydzień Twittera.

Kamerun zablokował swoim obywatelom możliwość korzystania z serwisu za pośrednictwem sieci komórkowych. Wszystko dlatego, że od kilku tygodni opozycja w kraju próbuje urządzić wielkie manifestacje niezadowolenia w stylu egipskim.
Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego rząd uderza w Twittera właśnie teraz. Prawie wszyscy czołowi przeciwnicy prezydenta Paula Biyai zostali aresztowani trzy tygodnie temu (siedzi między innymi Louis Tobie Mbida, syn pierwszego premiera Kamerunu po uzyskaniu niepodległości), jedyna manifestacja, jaka się odbyła, została ostro stłumiona przez policję, a z samego serwisu internetowego korzystała tu dosłownie garstka osób. Opozycja do działania wzywała przez zwykłe SMSy. Ale tych – na razie – Kamerun jeszcze nie zablokował.

Prezydent KamerunuMiędzy małżeństwem Obamów Paul Biya, prezydent Kamerunu, a pierwsza od lewej jego małżonka Chantal, która we włosach ukrywa trzy tajne więzienia, zagłuszacz fal radiowych i lotniskowiec (fot. Lawrence Jackson/whitehouse.gov)

Tymczasem inny przywódca nie tylko Twittera się nie boi, ale wręcz odnosi na nim sukcesy. Fidel Castro założył sobie konto mniej więcej rok temu, a w tym tygodniu przekroczył magiczną liczbę 100 tys. czytelników, śledzących jego wpisy o tym, że NATO chce najechać Libię itd. Wielbiciele są zapewne z zagranicy, bo choć Fidel lubi sobie poćwierkać, to tej samej przyjemności odmawia swoim rodakom. Według rządowych statystyk, z internetu korzysta na Kubie zaledwie 3 proc. mieszkańców. Nie wolno go podłączać w domu, a w oficjalnych kafejkach i hotelach jest często cenzurowany. W dodatku z siecią można się połączyć tylko za pomocą modemu telefonicznego, a prędkość transmisji danych jest wolniejsza tylko w jednym miejscu na świecie – na francuskiej wyspie Mayotte koło Madagaskaru.
Władze od dawna zwalały winę na amerykańskie embargo. Zresztą słusznie, Biały Dom przez lata skutecznie blokował możliwość poprowadzenia światłowodów z Florydy na Kubę. Ale w lutym bracia Castro z pompą świętowali doprowadzenie takiego kabla z zaprzyjaźnionej Wenezueli i pretekst do wymówek się skończył. Według prognoz, prędkość połączenia ma skoczyć jakieś 3 tys. razy, ale mieszkańcy niewiele na tym skorzystają. Ministerstwo Informacji od razu zapowiedziało, że na nowej sytuacji skorzystają szkoły i instytucje rządowe. Dla osób prywatnych, stałe łącze wciąż pozostaje marzeniem.

3. Fortuna kołem się toczy

Jeżeli mowa o technologiach, to rzućmy okiem na Nową Zelandię, która właśnie ekscytuje się powrotem Kary Hurring na łono ojczyzny. W kwietniu 2009 r. kobieta pośpiesznie uciekła wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem do Chin (skąd pochodził mężczyzna) po tym, jak miejscowy bank przez pomyłkę przelał na jej konto równowartość 6 mln dolarów. Poszukiwana dobrowolnie wróciła na wyspy w tym tygodniu i odpowiada przed sądem z wolnej stopy. Jak się jednak okazuje, Hurring nie pchnęła do powrotu skrucha, tylko… brak kasy. Bo jej narzeczony większość łupu przegrał w kasynach w Makao. Po czym nawiał.
Dział Zagraniczny przeczuwa, że Kary sprzeda prawa do biografii/scenariusza i tak czy inaczej odbije się od dna. Mała rada: dziewczyno, gdy tak się stanie, to na wakacje jedź bez faceta.

4. Czemu ta dziewczyna chodzi ciągle na palcach?

Jeszcze przy okazji Chin, krótka informacja z Szanghaju: Mattel właśnie zamknął otwierany dwa lata temu z hukiem concept store z Barbie (sześć pięter różu i prawie tysiąc unikatowych lalek o nieludzkich proporcjach). Powód? Niewystarczająca ilość klientów – Chinczycy podobno nie bardzo znają tę markę.
Oczko w górę na liście krajów, gdzie Dział Zagraniczny chciałby się przeprowadzić.

5. Osiem krzaków dla każdego

A na tejże liście na podium wciąż mocno trzyma się Urugwaj, dlatego śledzimy doniesienia z tego małego latynoskiego państwa. Po zeszłotygodniowym raporcie ONZ, o coraz większej dostępności kokainy w Montevideo i okolicach, ostatnie dni przynoszą bardziej interesujące wieści. Do parlamentu właśnie trafił projekt ustawy, która ma całkowicie zliberalizować paragrafy dotyczące marihuany. Jeżeli tylko posłowie klepną nowe prawo, to każdy będzie mógł nosić sobie w kieszeni aż do 25 gramów, a w domu uprawiać cztery krzaki. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo plany staną się rzeczywistością, bo projekt zgłosili posłowie koalicji rządzącej, ale za jest też i opozycja.
– Tak, powinna być z góry ustalona liczba krzaków, jakie każdy może posiadać, a sądy musiałyby jedynie decydować, czy uprawa jest na użytek własny, czy w celu sprzedaży – podsumował sprawę Luis Lacalle Pou, przewodniczący Izby Deputowanych z opozycyjnej Partii Narodowej.
Podobne zasady obowiązują od jakiegoś czasu po drugiej stronie La Platy. W sierpniu 2009 r. argentyński Sąd Najwyższy stwierdził, że małe ilości marihuany na własny użytek są jak najbardziej dozwolone, a próby sądzenia za jej posiadanie są niekonstytucyjne.
Dział Zagraniczny był i sprawdził: faktycznie, policja nie zatrzymuje.

6. Templariusze: reanimacja

Skoro narkotyki, to nie możemy nie rzucić okiem na Meksyk. Dział Zagraniczny już pisał o jednym z tamtejszych karteli – groteskowej La Familia. Otóż w styczniu gangsterzy ogłosili, że kończą karierę. A w tym tygodniu przy drogach w zachodnim Michoacan zawisły bannery, w którym inna ekipa ślubuje podjąć ich dzieło. Zacytujmy sobie w całości: “Będziemy na usługi mieszkańców Michoacan, żeby rozwiązać jakąkolwiek sytuację, która stanowiłaby zagrożenie dla Michoacanos. Naszymi zobowiązaniami są: utrzymać porządek, unikać kradzieży, porwań, wymuszeń i chronić stań przed możliwymi interwencjami rywali. Podpisano: Templariusze”.
Git. Dział Zagraniczny czeka, kiedy Kartel z Sinaloa zmieni nazwę na “Krzyżacy”. Najbardziej poszukiwany człowiek w kraju – Joaquín von Jungingen Guzmán.

7. Międzynarodowy model biznesowy

Jest jeszcze jeden kraj, gdzie chętnych do zostania przestępcą nie brakuje. W Peru ktoś najwyraźniej czyta Dział Zagraniczny i wziął sobie do serca nasze doniesienia, że piractwo jest jednym z nielicznych biznesów, który w ostatnich latach nie tylko nie przejmuje się kryzysem, ale jeszcze się rozwija. W tamtejszym Callao grupka 20 bandytów dokonała abordażu na japoński kuter, kradnąc gotówkę, komórki i sprzęt radiowy. Co więcej, to już drugi atak tej samej (prawdopodobnie) ekipy w tym roku.
Johnny Depp? Może następna część w Peru? “Piraci z Pacyfiku i Zemsta Meksykanskiego Jaquesa de Molay”.

8. Lokal sprzedam, atrakcyjna lokalizacja, trochę wilgotno

I kolejny news, który zahacza o kinematografię. Większość Polaków pewnie kojarzy Evitę z kreacji Madonny i piosenki, która w 1996 r. atakowała na wszystkich frontach: od sklepów ze spodniami, przez PKSy, na budkach z zapiekankami skończywszy. Ale w Argentynie Eva Peron jest druga po Bogu (czyli Maradonie) i każdy, kto wpadnie do Buenos Aires musi obowiązkowo zaliczyć jej grobowiec na cmentarzy w Recolecie. No, ale jeżeli jest prawdziwym fanem, to od teraz może sobie też kupić miejscówkę obok.
Damian Sabelli ma kryptę po sąsiedzku i potrzebuje kasy. Więc wyprzedaje lokale wewnątrz. Co prawda w grobowcu leży już 14 jego przodków, ale Damian się nie przejmuje. – Wszystkich można usunąć już dzień po sprzedaży. Przestrzeń będzie natychmiast gotowa do zajęcia – ogłosił radośnie.
Miejsc jest w sumie 20. Cena to mniej więcej 220,5 tys. euro. Za tyle można sobie w Recolecie (jednej z bardziej prestiżowych dzielnic Buenos Aires) kupić trzy pokoje z kuchnią i tarasem.
Ale tak, Dział Zagraniczny rozumie, że to wszystko blednie przy wcześniejszej informacji, że można w Argentynie palić skręty. Co Damianowi bez wątpienia nie jest obce.

9. Lukbuk wiosna/lato

No i na sam koniec: idzie lato. W związku z czym warto się zainteresować firmą 46664. Taki był więzienny numer Nelsona Mandeli, który za czasów apartheidu spędził za kratami 27 lat. I tak też nazywa się jego fundacja charytatywna, która wspiera walkę z AIDS w RPA. Teraz organizacja zapowiedziała wypuszczenie na rynek kolekcji ubrań inspirowanych kolorowymi koszulami, w jakich gustuje były prezydent. Pieniądze ze sprzedaży mają zostać wykorzystane przez 46664 do finansowania swoich projektów.
Szukajcie w dobrych sklepach od sierpnia.

46664Szał na następnej edycji Łódź Fashion Week (fot. 46664.com)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.