Archive

Posts Tagged ‘Zamieszki’

Dziedzictwo

Nicolas Sarkozy przemawiał na otwarciu mostu. W tym samy czasie, 200 km dalej, z karabinów maszynowych ostrzeliwały się dwa wrogie gangi. Dziewięć osób zginęło na miejscu, dwie poważnie ranne trafiły do szpitala. W Gujanie Francuskiej to dzień jak co dzień. W istocie, gdyby Francja była miastem, to właśnie w tę jego część nie zapuszczaliby się bojaźliwi mieszkańcy. Która jego dzielnica biłaby pozostałe na głowę w statystykach przestępczości? Proste: Gwadelupa.

Gorąco na GwadelupieW karaibskim raju jest zawsze gorąco, ale niekoniecznie tak, jak to opisują foldery all inclusive (Fot. Chesnot/SIPA)

W ciągu dnia, centrum Pointe-à-Pitre – największego miasta w tym departamencie zamorskim Francji – zapełniają bladzi turyści z Europy i Stanów, którzy jednak po kilku godzinach zakupów w centrum szybko zmykają to swoich kurortów z prywatnymi plażami. Po zmroku, ich miejsce zajmują prostytutki, złodzieje i handlarze narkotyków. Chociaż port zamieszkuje zaledwie 30 tys. miejscowych, a całkowita populacja Gwadelupy to niewiele ponad 400 tys. osób, to gdyby przestępczość była dyscypliną sportową, karaibski “raj”mógłby spokojnie stawać w szaranki z Barceloną, Paryżem, czy Berlinem. Przeciwników ze swojej kategorii wagowej powalałby na deski już w pierwszej rundzie.

Do niedawna, bandyci ograniczali się do drobnicy. Włamania, przemyt, handel narkotykami, kradzieże “na wyrwę” (kierujący skuterem przejeżdża szybko koło przechodnia, a siedzący z tyłu pasażer chwyta jego plecak czy torbę). Ale od dłuższego czasu stają się coraz brutalniejsi. Liczba zabójstw jest już czterokrotnie wyższa niż we Francji europejskiej. Autorzy zleconego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i opublikowanego w lipcu specjalnego raportu piszą wprost, że “społeczeństwo Gwadelupy zostało zainfekowane przemocą”, i że na wyspach rozwijają się brutalne gangi pozbawionej skrupułów młodzieży. Jakby na potwierdzenie tych słów, na tydzień przed wigilią, znany policji w Basse Terre (formalnej stolicy departamentu) miejscowy ćpun i alkoholik zaatakował maczetą Victorina Lurela, przewodniczącego Rady Regionalnej.

Być może szef lokalnej komórki Partii Socjalistycznej stał się postronną ofiarą skandalu, jaki niewiele wcześniej wywołały słowa współpracującej z nim pani kryminolog: “To wstrząsające, że większość z tych przestępstw popełniają mieszkańcy afrykańskiego pochodzenia”. Opinia publiczna zagrzmiała, że to rasizm. Niesłusznie. Rasistowskie są dopiero powody, dla których to właśnie czarni, a nie biali obywatele Gwadelupy, sięgają po rozbój i kradzieże.

Protesty na GwadelupieFrancuskie Karaiby, czyli miejsce, gdzie zmieniły się nazwy, a wszystko inne zostało po staremu (Fot. Reuters)

Chociaż niewolnictwo zniesiono we Francji formalnie w 1818 r. (i to już po raz trzeci, bo wcześniej abolicję ogłaszano już w XIV i XVIII w., choć najwyraźniej bez przekonania), to na Karaibach była to raczej zmiana kosmetyczna, niż rzeczywista: za wyjątkiem Haiti, gdzie niewolnicy obalili swoich dawnych panów w krwawej rewolucji, wszystko pozostało po staremu, z tym, że wyzysk fizyczny został zamieniony na ekonomiczny. Tak zwani “békés”, czyli biali potomkowie europejskich kolonistów, zachowali pieniądze, ziemię i wszystkie biznesy na wyspach. Dzieci i wnuki Afrykanów zostały na lodzie, musieli się dostosować do zasad narzucanych im przez klasę rządzącą.

Békés są jak ziarnko grochu w fałdach pościeli (np. w sąsiedniej Martynice stanowią zaledwie 1 proc. populacji), ale mogą robić co chcą. To do nich należą wszystkie miejscowe supermarkety. Konkurujący z nimi drobni sklepikarze, w rzeczywistości napędzają zyski ich właścicielom, bo muszą się zaopatrywać w żywność u miejscowych gospodarstw, które również są własnością potomków kolonistów (na Gwadelupie należy do nich ponad 90 proc. przemysłu żywnościowego). Sprowadzanie produktów z Europy jest nieopłacalne, a import z bliższej Ameryki Łacińskiej jest obłożony zaporowymi cłami, których békés bronią jak reduty Ordona. Pieniądze z hoteli, barów i restauracji płyną szerokim strumieniem właśnie do ich kieszeni. Wszystkie stacje benzynowe, co do jednej, należą właśnie do békés. Dzięki temu monopolowi, mogą utrzymywać dwukrotnie wyższe ceny paliwa, niż na kontynencie. Na Martynice prawie wszystkie stanowiska w administracji publicznej są obsadzone przez białych.

Codzienność czarnych mieszkańców jest dramatycznie inna. Chociaż koszty życia na Gwadelupie są wyższe niż w kontynentalnej Francji, to średnia płaca jest znacznie niższa. Do wybuchu światowego kryzysu gospodarczego,karaibskie departamenty miały najwyższe bezrobocie w całej Unii Europejskiej. Na Gwadelupie, wśród młodzieży do 24. roku życia, wynosiło ono aż 55 proc.! Co dziesiąty mieszkaniec Antyli żyje poniżej granicy ubóstwa. 2/3 mieszkańców Pointe-a-Pitre gnieździ się w lokalach socjalnych.

We Francji nigdy nie było to tajemnicą, ale reszta świata dowiedziała się, że karaibskie departamenty nie są rajem, dopiero w styczniu 2009 r. Globalny kryzys gospodarczy zaczynał rozkręcać się na dobre, koszty utrzymania szły cały czas w górę, a płace ani drgnęły. Mieszkańcy Antyli w końcu stracili cierpliwość. Strajki ogarnęły najpierw Gwadelupę, a chwilę później Martynikę. Lokalne związki zawodowe utworzyły Kolektyw Przeciw Wyzyskowi, który zaczął się domagać podniesienia płacy minimalnej, a gdy spotkał się z odmową – ogłosił strajk generalny. Wysłane do rozpędzania tłumu oddziały policji obrzucono kamieniami, doszło do zamieszek, jeden z działaczy związkowych został zastrzelony na ulicy. Mieszkańcy zaczęli budować barykady, podpalać samochody, sklepy i restauracje. Zamknięto stacje benzynowe, banki, oraz szkoły. Protestujący na Gwadelupie zaczęli okupację portu i jedynego w departamencie lotniska.

Początkowo, głównie pod wpływem békés, Paryż twardo bronił statusu quo. Ale protesty wybuchły w trakcie sezonu turystycznego, hotelowi goście byli przerażeni, na odbite lotnisko transportowano ich pod obstawą, Francja zaliczyła blamaż w międzynarodowych mediach, a podobne demonstracje zapowiedziały także związki w Gujanie Francuskiej i na Reunionie. Nicolas Sarkozy nie miał już innego wyjścia, jak tylko zgodzić się na najważniejsze postulaty protestujących.

Bekes na MartyniceZa dziadka butów nie mieli: postęp jest (Fot. Christophe Calais/Paris Match)

Od tamtych wydarzeń minęły już prawie trzy lata, ale poprawy nie widać. Kryzys gospodarczy wcale się nie skończył, bezrobocie nie zmalało, a békés nie spuścili z tonu. Przestępcy są coraz brutalniejsi, a nawet nie ma im kto przeciwdziałać: w całym Pointe-à-Pitre jest tylko 21 policjantów. W dodatku, fatalnie wyposażonych. Sprowadzane z kontynentu radiowozy nie są przystosowane do karaibskiego klimatu – zdarzają się tygodnie, kiedy nie działa żaden wóz policyjny.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. W Baie-Mahault na służbie jest aż 40 policjantów, patrolujących miasto na zmianę dzień i noc. Przestępczość jest o wiele niższa niż w innych częściach departamentu. Ale wbrew pozorom nie ze względu na zwiększoną obecność mundurowych. Po prostu miejscowe władze (przewodniczącym rady miejskiej jest niezależny Ary Chalus, polityk nie związany ani z lewicą, ani z prawicą) inwestują w liczne programy społeczne. Tutejsza młodzież może za darmo uczestniczyć w kursach doszkalających i zajęciach sportowych, działa specjalny urząd pomagający im w znalezieniu zatrudnienia, a nawet organizowane są zajęcia mające przygotować kandydatów do egzaminów policyjnych (co wyjaśniałoby nadwyżkę w tej gałęzi budżetówki). Baie-Mahault może sobie na to wszystko pozwolić, bo po mistrzowsku wykorzystuje wszystkie możliwe dofinansowania z Unii Europejskiej.

W listopadzie, Rada Regionalna zaleciła podobne działania na całej Gwadelupie. Ale jak na razie, nikt się do nich nie pali. Békés łatwych zarobków nie odpuszczą. Przestępczość im niestraszna: chronią ich wysokie mury rezydencji. Te same, w których wcześniej zamykali niewolników.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Toalety i debaty

Najnowsze podsumowanie tygodnia zaczniemy od przyjrzenia się trzem poruszanym już wcześniej na tym blogu sprawom.

1. Uspokójcie się, przecież mianowałem się na tego ministra!

Po pierwsze, Burkina Faso. W połowie kwietnia Dział Zagraniczny informował, że na ulice stolicy Ouagadougou wyległy tłumy protestujących przeciw podwyżkom, a już dzień później swoje niezadowolenie z opóźnień w wypłacaniu żołdu postanowili pokazać żołnierze z prezydenckiej straży przybocznej. I trochę postrzelali w powietrze. Półtora miesiąca później i sytuacja jest daleka od spokojnej.
Do wojskowych ze stolicy przyłączyli się bowiem koledzy z garnizonów w innych miastach, a równolegle protesty zorganizowali cywile, między innymi studenci i nauczyciele. Rządzący już od 24 lat prezydent Blaise Compaoré próbował załagodzić sytuację, proponując podwyżki, dymisjonując rząd i mianując nowych ministrów, w tym… siebie – na Ministra Obrony.
Jednak to wszystko na nic, bo zbuntowani żołnierze nie chcieli iść na żaden kompromis. Najmocniej poczuli się ci skoszarowani w położonym ok. 350 km na zachód od stolicy Bobo-Dioulasso. Sytuacja w tym mieście przyśpieszyła w ciągu kilku ostatnich dni. Najpierw, w środę, wojskowi splądrowali tam sklepy i kramy na targu. Więc w czwartek kupcy, w proteście, że rząd nie jest w stanie zapewnić im spokoju, zdemolowali między innymi siedzibę burmistrza, urząd celny, oraz biura krajowego przedsiębiorstwa energetycznego. Wobec czego władze wprowadziły w Bobo-Dioulasso godzinę policyjną. Efekt? Zbuntowani żołnierze jeszcze raz zrabowali handlarzy, których i tak wyczyścili z towaru dwa dni wcześniej.
Blaise Compaoré najwyraźniej stracił cierpliwość, bo na miejsce wysłał wierne sobie elitarne jednostki, które wzięły koszary szturmem. Zginęło 6 zbuntowanych wojskowych i jedna przypadkowo postrzelona dziewczynka, ponad 30 osób zostało rannych. Na tym się jednak prawdopodobnie nie skończy, bo sytuacja w kraju jest napięta.
Dział Zagraniczny będzie się jej przyglądał.

2. Obcokrajowiec w Obcokrajowni Wewnętrznej

Po drugie, Mongolia. Konkretnie Mongolia Wewnętrzna, czyli region w północnych Chinach. W zeszłym tygodniu Dział Zagraniczny podawał, że tamtejsza mongolska mniejszość (w samej prowincji stanowią tylko 20 proc. ludności, w całym kraju to zaledwie promil), sprowokowana przez zabójstwo dwóch swoich pobratymców, wyszła na ulice lokalnej stolicy protestować przeciw dyskryminacji. W tym tygodniu protesty rozszerzyły się ponoć na inne miasta w okolicy, ale trudno to potwierdzić, bo władze szybko wprowadziły blokadę informacyjną. Dziennikarzom udało się tylko dotrzeć do informacji od osób na miejscu, że ponoć zgromadzenia są rozpędzane przez siły porządkowe, kampus uniwersytecki zamknięto i wprowadzono tymczasowy stan wyjątkowy.
Tymczasem Pekin raz twierdzi, że w Mongolii Wewnętrznej nic się nie dzieje i wiadomości o protestach to tylko plotki, a za chwilę przyznaje, że coś jednak jest na rzeczy.
– Problemy wywołują obcokrajowcy – stwierdziła rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale, jak zauważa BBC, nie powiedziała, o jakich dokładnie obcokrajowców chodzi.

Dział Zagraniczny zgaduje: o Mongołów?

MongołowieObcokrajowcy wywołują problemy w Xilinhot (Fot. Reuters)

3. W przerwie zapraszamy do bufetu na zimne przekąski

Po trzecie, Sri Lanka. Na początku maja, Dział Zagraniczny opisywał zarzuty, jakie pojawiają się wobec władz wyspy. W skrócie: że dwa lata wcześniej, rozprawiając się ostatecznie z Tamilskimi Tygrysami, wojsko siekało wszystkich równo, nie bacząc na cywilów i miały miejsce zbrodnie przeciw ludzkości. Na końcu znalazła się też informacja, że rząd (który oczywiście odrzuca wszystkie oskarżenia), na 30 maja zaplanował konferencję “Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”, w której udział zapowiedziały delegacje z 30 krajów, w tym Turcji, Izraela, Czadu czy Zimbabwe.
No więc, konferencja się odbyła. A dwa dni później, w siedzibie Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie przedstawiono dowody śledztwa, które potwierdza łamanie praw człowieka. Pokazano między innymi nagrany przez samych żołnierzy film, na którym mordują cywilów.

“Pokonać Terroryzm: Doświadczenie Sri Lanki”. Uczcie się, Czadzie i Zimbabwe.

4. Pan na tronie

O właśnie, Zimbabwe. Dział Zagraniczny musiał tę informację sprawdzić z 10 razy, przespać się, znowu sprawdzić, zbadać się alkomatem i sprawdzić jeszcze raz. Ale okazuje się, że władze tego kraju właśnie wysunęły się na dalekie prowadzenie w konkurencji “Represje 2.0 – Absurd i Groteska edition”. A było tak.
Jest 6 maja, Bulawayo, drugie co do wielkości miasto Zimbabwe. Trwają doroczne Międzynarodowe Targi Handlowe. Alois Mabhunu, ubrany po cywilnemu policjant z miejscowego wydziału zabójstw, poci się i przestępuje z nogi na nogę. Poci się i zaciska zęby, ale dłużej nie wytrzyma: musi iść za potrzebą. Rusza do najbliższej toalety, jak burza przepycha się przez kilku stojących przed nią mężczyzn i dopada muszli. Po kilku chwilach, szczęśliwy i odprężony, spuszcza wodę i chce wrócić do pracy. Zamiast tego, trafi do wojskowego aresztu. Bo kibel, a którego skorzystał, był zarezerwowany dla prezydenta Roberta Mugabego.

Noł szit, Mabhunu przesiedział trzy tygodnie w areszcie miejscowych baraków, aż w środę sąd skazał go na bonusowe 10 dni “normalnego” więzienia. Został też zdegradowany. Ale nie wyrzucony – znaj łaskę pana, Alojzy.

Prasa opozycyjna oburza się, że po pierwsze nie miał żadnego adwokata, a po drugie akt oskarżenia nie wskazuje, jakie artykuły kodeksu karnego złamał, korzystając z prezydenckiej toalety.

Dział Zagraniczny też należy do tych mężczyzn, którzy też nerwowo reagują, kiedy ich ziomki najpierw pochłaniają dwa kebaby z ostrym sosem, a potem – z gazetą w ręku – bezceremonialnie zmierzają w stronę toalety. Prezydent Zimbabwe właśnie pokazał, że da się temu przeciwdziałać. Robercie! Piąteczka za innowacyjność!

5. Meanwhile, in Korea…

– Od tej pory, rozpoczniemy praktyczne i ogólne odwetowe działania militarne, żeby za jednym zamachem zetrzeć [z powierzchni ziemi – tak domyśla się DZ] zdrajców! – piszą w oświadczeniu władze Korei Północnej. O jakich zdrajców chodzi? O Koreę Południową, jak zawsze. Ale powód do ostatniego wybuchu gniewu, jest tym razem bardzo konkretny: tarcze strzelnicze.
Pojawiły się bowiem zdjęcia, na których żołnierze armii Południa trenują celność, oddając salwy do zdjęć Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i Kim Dzong Una (który prawdopodobnie obejmie władzę po śmierci swojego ojca). W związku z czym Korea Północna zapowiada, że zmaże zniewagę siłą.

Zdjęcia Kimów na tarczachTrochę to niesprawiedliwe, że w najmłodszego tak łatwo trafić (Fot. Park Jung-Ho/AP)

Nikt nie wie, co by zrobiła, gdyby komandosi z Południa zamiast do zdjęć strzelać, używaliby ich jako papieru toaletowego. A, nie, poprawka: Robert Mugabe wie.

6. Doświadczonego w używaniu sznura, zatrudnię od zaraz

Zaprzyjaźniona z Działem Zagranicznym graficzka, znalazła wczoraj w gazecie ogłoszenie o treści: “Ochrona mężczyzn. Kobiety do lat 40 zatrudnię”. I jeszcze kilka podobnych kwiatków, czasem z rzetelnym: “Doświadczenie w branży nie jest wymagane”. Poeci krótkiej formy mogliby się teraz popisać w Indiach, gdzie właśnie poszukuje się kandydata na dość nietypowe stanowisko. Na kata.
Okazuje się, że na subkontynencie od 2004 r. nie wykonano żadnego wyroku śmierci. Aż tu nagle zdarzyły się (czy raczej – mają się zdarzyć) dwie egzekucje. Prośby o łaskę Devindera Pala Singh Bhullara (skazanego za planowanie ataków terrorystycznych) i Mahendry Nath Dasa (pospolitego mordercy) zostały odrzucone, więc obu rychło powinien spotkać smutny koniec. Ale sprawa się odwleka, bo… na etacie już dawno nie ma kata. Więc teraz władze gorączkowo jakiegoś szukają.

Egzekucja ma się odbyć przez powieszenie. Podobno kandydat musi się wykazać doświadczeniem w tej dziedzinie. Dział Zagraniczny usilnie się zastanawia: gdzie odbywa się staż w takiej profesji?! W Arabii Saudyjskiej? Chinach? USA?

7. Słowik na uwięzi

Tymczasem jedno z więzień w Kolumbii już niedługo będzie miało trochę muzycznej rozrywki. W Wenezueli został bowiem pojmany (i ma zostać wydany sąsiadowi) jeden z bardziej charakterystycznych członków lewackiej partyzantki FARC: Guillermo Enrique Torres Cueter vel Julian Conrado. Szerzej znany jako “Śpiewak”. Torres dorobił się tej ksywy, bo na plecach oprócz karabinu, nosił też gitarę. Z której korzystał przy każdej okazji. Przypisuje mu się autorstwo ponad stu piosenek sławiących kolegów z dżungli i ich walkę. W roku 2000, gdy doszło do krótkotrwałego rozejmu między rządem a partyzantką, to właśnie jego wytypowano, żeby zaśpiewał przed otwarciem pierwszej rundy negocjacji.

Tu na jednym z występów:

8. Konrad Wallenrod

No i na sam koniec, trochę rozrywki. Ten tydzień upłynął Działowi Zagranicznemu pod znakiem narkotyków – a to na promocji książki “Wojny Narkotykowe” w łódzkim klubie Krytyki Politycznej, a to w Programie III Polskiego Radia, objaśniając najnowszy raport Światowej Komisja ds. Polityki Narkotykowej. Więc trzymajmy się tego wątku i narkotykami zakończmy też niedzielę.

W sierpniu 2009 r., Trybunał Konstytucyjny Argentyny stwierdził, że pociąganie do odpowiedzialności karnej dorosłych osób palących marihuanę jest sprzeczne z tamtejszą ustawą zasadniczą. Co stwarza pewien problem, bo orzeczenie Trybunału nie oznacza wcale legalizacji marihuany, nie pozwala tylko, by za skręta w kieszeni ładować kogoś za kratki. Więc jakiegoś czasu w kraju trwa ożywiona debata, czy nie skończyć z tą farsą i po prostu nie zalegalizować trawy. I “ożywiona” była też wtorkowa wymiana zdań w programie dyskusyjnym kanału C5N. W rolach głównych Sebastián Basalo (redaktor naczelny magazynu “THC” i działacz kampanii na rzecz legalizacji) oraz Claudio Izaguirre (z Argentyńskiego Stowarzyszenia Przeciw Narkotykom). Łoczyt (jeżeli ktoś zna hiszpański, to niech ogląda całość, jeżeli nie, to może od razu przewinąć do mniej więcej drugiej minuty):

Señor Izaguirre, w imieniu wszystkich znajomych Argentyńczyków, którzy popierają legalizację miękkich narkotyków, Dział Zagraniczny składa ogromne podziękowania za fantastyczny PR! Oby tak dalej!

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Cthulhu planuje najbliższe wakacje na Karaibach

Znowu dzień opóźnienia. Ale co mówić – wyścigi się zaczęły na Służewcu.

1. Początek sezonu

W Afryce już chyba na dobre rozpoczął się sezon zamachów stanu. Po nieudanych próbach w Demokratycznej Republice Konga i na Madagaskarze, przyszedł czas na Burkina Faso.
Ruchawka zaczęła się już w czwartek, kiedy na ulice Ouagadougou wyległy tłumy, jakich stolica nie widziała od lat. Tysiące ludzi protestowało przeciw rosnącym kosztom życia, bo konflikt w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej spowodował, że w kraju mocno podskoczyły ceny cukru, oleju do smażenia, mleka w proszku itd. Na cywilnym proteście pewnie by się skończyło, ale na nieszczęście dla głowy państwa, adrenalina przelała się do jego pałacu. I za broń chwycili żołnierze z jego straży przybocznej, którzy gwałtownie postanowili dać do zrozumienia, że nie podobają im się opóźnienia w wypłatach żołdu. Strzelanina rozpoczęła się tuż po zachodzie słońca, a bunt szybko rozprzestrzenił się na inne wojskowe baraki. Prezydent Blaise Compaore musiał salwować się ucieczką.
Jakby tego było mało, w sobotę – kiedy wojskowi już się uspokoili – stolicę spustoszyli lokalni kupcy. Z dymem poszła siedziba partii rządowej, zdemolowane zostały też budynki parlamentu, ministerstwa handlu i jeszcze kilka innych. Manifestanci wykrzykiwali, że żołnierze złupili ich kramy, ograbili ich z oszczędzności życia, że biją i gwałcą, a rząd nic sobie z tego nie robi (faktycznie, żeby nie sięgać daleko – w marcu grupa wojskowych też podniosła krótkotrwały bunt i z bronią w ręku odbiła z więzienia kolegów, odsiadujących tam kary za gwałty, a władze po prostu przymknęły oko na cały incydent).
Campaore do niedzieli odzyskał kontrolę, mianował nowych szefów armii i gwardii przybocznej, a w kraju zapanował spokój. Pytanie tylko na jak długo. Prezydent zdobył władzę w 1987 r. w zamachu stanu, ale przez ostatnie lata wyrósł na regionalnego rozjemcę. Aktywnie mediował pomiędzy zwaśnionymi stronami na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w zeszłym roku pomógł wynegocjować przekazanie władzy cywilom przez juntę wojskową w Gwinei, wcześniej załagodził też konflikt w Togo. Niewykluczone, że jeżeli sytuacja w Burkina Faso się nie poprawi, to niedługo sam będzie potrzebował pomocy jakiegoś kolegi z sąsiedztwa.

2. Jesteśmy twierdzą

A tymczasem, po drugiej stronie kontynentu temperatura też nie spada. W Swazilandzie (mimo zapewnień ministra, że do niczego nie dojdzie) tłumy wyszły na ulice w 38. rocznicę delegalizacji wszystkich partii politycznych. Policja odpowiedziała armatkami wodnymi, gazem łzawiącym, gumowymi kulami i starym dobrym obijaniem pałą po plecach. Aresztowano przywódców związków zawodowych, działaczy opozycji demokratycznej i relacjonujących wydarzenia dziennikarzy. A kilku polityków z sąsiedniej RPA, którzy głośno wyrazili swoje oburzenie wydarzeniami po drugiej stronie granicy, dostało bana na wjazd do Swazilandu. Co ulubieniec Działu Zagranicznego, minister Lutfo Dlamini, skomentował jak na siebie przystało: “Nic mi o tym nie wiadomo”.

Swoją drogą, oficjalna dewiza Swazilandu brzmi: “Jesteśmy twierdzą”. Ehe.

Swaziland protestujeTwierdza od środka (Fot. AP)

3. Szacunek za podjęcie walki

Marsze przeciw wysokim cenom odbyły się też w Ugandzie, mimo że – uwaga, suspens – władze ich zakazały. W skrócie było tak: Kizza Besigye (który w lutym przegrał wybory prezydenckie z rapującym Yowerim Musevenim) stanął sobie na czele tłumu i ruszył dumnie do przodu, tylko po to, żeby 10 minut później zostać zblokowanym przez policję i stać na środku wielkiego rowu pod palącym słońcem. Kiedy wreszcie po kilku godzinach, stróżom prawa wydawało się, że manifestanci są zmęczeni i kordon poluzowano, ci ruszyli w dalszą trasę. Więc kilometr dalej dostali gazem łzawiącym i gumowymi kulami. Jedna z nich uszkodziła dłoń Besigye, który natychmiast po wydarzeniach został hospitalizowany, a w tym czasie kilku jego kolegów, w tym nowo wybrany burmistrz Kampali, zostało na parę godzin wsadzonych z kratki.

W Polsce działają triady, tzn. porozumienia nabojek różnych zaprzyjaźnionych klubów z północy, centrum i południa. Na przykład zgoda Arki z Lechem i Cracovią, albo Lechii ze Śląskiem i Wisłą. Dział Zagraniczny zastanawia się, czy podobną zawiążą Campaore, Museveni i Mswati III.

4. Peja nosi brodę

Zupełnie inaczej radzi sobie inny ulubiony rząd Działu Zagranicznego. Władze Somalii (przynajmniej te oficjalnie uznawane na świecie, czyli de facto kontrolujące tylko stolicę) po tym, jak same sobie przedłużyły kadencję, postanowiły ogłuchnąć na krytykę. W Nairobi odbyło się spotkanie z inicjatywy ONZtu, którego uczestnicy powiedzieli rządowi w Mogadiszu: “Chłopaki, nie wygłupiajcie się”. Na co ci drudzy, olawszy wcześniej wysłanie jakiegokolwiek przedstawiciela do Kenii, odpowiedzieli w oficjalnym komunikacie: “To spotkanie nie realizuje potrzeb Somalijczyków”.

+20 za konsekwencję.

Tymczasem przeciwnicy rządu numer jeden, czyli islamistyczne bojówki Al-Shabab, też walnęli stylóweczkę. Walczący w ich oddziałach Omar Hammami, urodzony i wychowany w Stanach, miał rzekomo zginąć w marcu. Ale żyje. Co postanowił ogłosić światu w jedny właściwy religijnym fanatykom sposób. Nagrywając gorącego rapa. Fragment tego militarystycznego bałnsu:

“There’s nothing as sweet as the taste of a tank shell
But it could be compared to being where the mortar fell”.

Dla zainteresowanych, całość do odsłuchania tutaj.

Dział Zagraniczny widzi co najmniej kilka możliwych duetów na polskiej scenie.

5. Dział Zagraniczny chce być członkiem tej komisji

Jak już o muzyce mowa, to dwie dobre wiadomości z Jamajki.

Po pierwsze, będzie remake “The Harder They Come”. Legendarny film z 1972 r., w którym po raz pierwszy na szeroką skalę pojawiło się reggae, w roli głównej wystąpił Jimmy Cliff, a na ścieżce dzwiękowej znaleźli się między innymi Desmond Dekker czy Toots and the Maytals, powróci w odświeżonej formie za sprawą Trudie Styler (producentki między innymi “Snatch” czy “Lock Stock and Two Smoking Barrels”), oraz Justine Henzell, córki zmarłego w 2006 r. Perriego Henzella, scenarzysty i reżysera oryginału.
Dział Zagraniczny nie może się doczekać.

Druga dobra informacja, to że gabinet Bruce’a Goldinga zastanawia się nad wprowadzeniem w życie postulatów z raportu Narodowej Komisji do spraw Ganji. Serio, tak się nazywało to grono (złożone z socjologów, prawników, lekarzy i innych tęgich głów dobranych na miejscowych wyszych uczelniach) w 2001 r., kiedy ówczesny rząd zlecił mu badania nad ewentualną legalizacją marihuany. Komisja powiedziała “irie!”, ale władze jakoś się do propozycji nie zapaliły (tak, wiem, nic nie poradzę, takie mam poczucie humoru, bliscy już narzekają). Teraz jednak parlamentarzyści wydają się sprawie przychylniejsi.

Gdyby Jamajka pośpieszyła się z legalizacją, to Dział Zagraniczny podejrzewa, że premiera “The Harder They Come” będzie najwspanialszym seansem w historii kina.

6. A teraz, drogie dzieci, opowiem Wam bajkę

A pierwszym, który wyrwał się przed szereg i postanowił skorzystać na rozluźnieniu kagańca na Jamajce, został ajatollach Mohammad Saeedi. Podczas niedawnej transmisji w irańskiej telewizji, postanowił podzielić się z widzami anegdotką o narodzinach Aliego Chameneiego, kolegi po fachu i faktycznego przywódcy Iranu.
– Tuż przed opuszczeniem ciałą swej matki, ajatollach rzekł “Ya Ali!”, na co położna odpowiedziała “Niech Ali otoczy Cię swoją opieką” – rzucił do kamer Saeedi, a Dział Zagraniczny od razu wiedział, że następne wakacje na Karaibach spędzą razem.

7. Lepsza połowa

A w ogóle, o co chodzi z tymi żonami? Dział Zagraniczny śledzi walkę Sandry Colom o fotel prezydencki po swoim mężu, a w tym tygodniu takie same plany ogłosiły Pierwsza Dama Dominikany, pani Margarita Cedeño, oraz koleżanka po fachu z Ghany, pani Nana Konadu Agyeman-Rawlings (choć trzeba przyznać, że pan Rawlings, na imię Jerry, jest na emeryturze od 2001 r.; na drugiej emeryturze, bo władzę brał w zamachach stanu dwukrotnie).

To może pomysł dla Mswatiego III? Żeby uspokoić Swaziland, może oddać władzę swojej żonie. W końcu ma ich 18, więc szerokie pole do popisu.

8. Czemu interpretują

Skandal na Niue. Jak widać, Barbuda nie jest jedynym wyspiarskim państewkiem, które postanowiło skapitalizować na ślubie Kate i Williama. Kraj na Pacyfiku wypuścił serię znaczków pocztowych z młodą parą. Sęk w tym, że znaczki są podwójne. To znaczy, na tym po lewej jest Kate. A na tym po prawej William. A przez sam środek idzie perforacja.
– Ludzie uważają, ze znaczki sugerują, że para w przyszłości się rozejdzie. Nie wiem, czemu tak to interpretują – powiedział premier Toke Talagi.

Znaczek slubnyZnaczki można zamówić w Nowej Zelandii za 5.80 NZD (Fot. AP)

9. Koon end Frends

A na koniec: Atlantyk. A konkretnie, jego część na północ od wybrzeży Gujany i Surinamu.
Brazylijczycy odkryli tam bowiem… ogromne wiry wodne. Oba mają po 400 km średnicy. Generalnie nie chce mi się o tym pisać, możecie sobie o nich poczytać tu i tu. W skrócie można tylko podsumować, że naukowcy nie do końca wiedzą, skąd te wiry się wzięły.

A Dział Zagraniczny wie: Cthulhu! Coon and Friends strajk bek, unikajcie koncertów Bibera.

No. ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Antykaddafi

Podczas gdy oczy świata są zwrócone na krawe starcia w Libii, reszta krajów arabskich wciąż wrze. W jednym z nich, demonstranci rozbili w centrum stolicy miasteczko namiotowe na wzór egipskiego placu Tahrir i domagają się reform, a rządzący nimi dotąd jednoosobowo władca zaczyna te postulaty powoli spełniać. Maroko? Syria Bahrajn? Jemen? Nie, państwo z regionu, o którym pisze się zdecydowanie najrzadziej – Oman.

Królestwem wielkości Białorusi od 40 lat włada Kabus ibn-Said. Mało kto o nim słyszał, chociaż w świecie arabskim jest nie mniejszym ekscentrykiem niż Muammar Kaddafi, a pod kilkoma względami jest wręcz Antykaddafim. Mówisz “Kabus ibn-Said”, myślisz “Oman”. Mówisz “Oman”, myślisz “Kabuis ibn-Said”. Historia ostatniego półwiecza tego państwa, to po prostu biografia jego władcy. Chociaż gdy debiutował, wszystko wskazywało na to, że będzie zupełnie inaczej.

W przeszłości Oman był krajem bogatym i potężnym. Sułtanat miał wielkie posiadłości od Afryki po Azję, handlował z Chinami i Indiami, zanim Europa w ogóle zaczęła się nad tym zastanawiać, miał flotę wojenną, z którą liczyć musieli się wszyscy duzi gracze, a w dyplomacji był tak aktywny, że jako pierwszy muzułmański rząd na świecie wysłał stałego ambasadora do Stanów Zjednoczonych.
Jednak na początku XX wieku, większość mieszkańców musiała być szczerze przekonana, że opowieści o świetności ich państwa, to tylko bajki dla dzieci. Podbity najpierw przez Turcję, potem przez Persję, a w końcu uzależniony od Wielkiej Brytanii, Oman stał się formalnie protektoratem tej ostatniej. Pozbawiony swoich zamorskich terenów, zubożały i zarządzany w średniowiecznym stylu, rozpadł się de facto na dwie części: kontrolowane przez stolicę wybrzeże i pogrążony w wiecznych walkach plemiennych interior.
W całym kraju były tylko trzy szkoły podstawowe, 10 km utwierdzonej drogi, a bramy do Maskatu ryglowano codziennie wieczorem po wystrzale z armaty i gwardziści mieli prawo zastrzelić każdego, kto krążył po mieście po zmroku bez pochodni.
W dodatku rządzący wówczas sułtan Said ibn-Taimur był według wielu współczesnych najzwyczajniej w świecie szalony. Zabraniał poddanym posiadać telewizorów, radio nazywał wytworem diabła, w pewnym momencie zabronił nawet noszenia okularów. Niechętnie wpuszczał do Omanu jakichkolwiek obcokrajowców, a swoim poddanym nie pozwalał wyjeżdżać wcale (za jego czasów Oman nie miał ani jednego ambasadora, nawet u sąsiadów). Tym dziwniejsze, że do szkoły po drugiej stronie oceanu wysłał jedynego syna i następcę tronu: Kabusa.

SułtanSułtan Omanu vel Sean Connery Bliskiego Wschodu (Fot. Mohammed Mahjoub/AFP)

Młody książę chodził do podstawówki w Indiach, zaczął tam też liceum, ale bardzo szybko przeniósł się do Anglii, gdzie po zdaniu matury wstąpił do elitarnej Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst (wśród absolwentów są między innymi książęta William i Harry, oraz nasz ulubiony władca Tonga, George Tupou V). Po jej skończeniu odbył nawet służbę w brytyjskiej armii.
Potem zrobił sobie jeszcze wycieczkę dookoła świata i wrócił radośnie do domu, gdzie kochający tata… zamknął go na sześć lat w areszcie domowym.

Albo ojciec wiedział, co robi, albo synowy po prostu w pewnym momencie para poszła spod dekla, bo w lipcu 1970 r. poprosił kolegów z British Army o pomoc i po krótkiej ruchawce wkroczył do pałacu, rzucając od progu:
– Tato, obalam cię. Pakuj turbany.
Said ibn-Taimur udał się na wygnanie do… tak, Anglii (można w ciemno obstawiać, że miał niezły dystans do sprawy). Do śmierci mieszkał w Londynie, a jest pochowany w miejscowości Woking w Surrey. Ciekawostka: Dział Zagraniczny był tam w wieku 12 lat przez jakieś dwie albo i trzy godziny, chociaż nawet nie wiedział, że Oman istnieje (a nawet, gdyby wiedział, to pewnie myślałby, że jest gdzieś koło Surinamu, czyli w Laosie).

Dla Kabusa nastała era mówienia wszystkim co mają robić, a dla całej reszty – czas bogacenia się.
Nowy sułtan najpierw uzgodnił z europejskimi kolegami, że czas skończyć z protektoratem, potem wyprosił u nich jeszcze, żeby pomogli mu zdusić rebelię na południu kraju, a następnie ostatecznie zjednoczył wybrzeże i interior i na nowo nazwał państwo Omanem (do tej pory działające pod nazwą Sułtanat Maskatu i Omanu).
A potem poszło już z górki. Za kasę z wydobycia ropy (205 tys. baryłek dziennie) Kabus sfinansował autostrady, lotniska, szkoły i uniwersytety. Dzieci obowiązkowo uczą się informatyki i angielskiego już od pierwszej klasy. W kraju, gdzie jego ojciec zabraniał telewizorów, dziś każdy dom ma antenę satelitarną. Powstał parlament, choć jego rola (przynajmniej do teraz) była tylko doradcza, a prawo głosu dostały między innymi kobiety (kilka z nich było nawet ministrami).

Oman jest tak odmienny od swoich sąsiadów, jak jego władca od kolegów po fachu. Zaangażowany w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie, był pierwszym arabskim przywódcą po Sadacie, który rozpoczął rozmowy pokojowe z Izraelem. Jest melomanem i znanym miłośnikiem muzyki klasycznej. Łoży miliony na ponad stuosobową orkiestrę symfoniczną, do której muzycy są selekcjonowani już jako dzieci. Sam w wolnych chwilach komponuje i grywa na organach i lutni.
Ale najbardziej w regionie wyróżnia go to, że jest samotny, nie ma żony ani dzieci. W latach 70. wziął co prawda ślub z kuzynką, ale rozwód nastąpił tak szybko, że mało kto w ogóle o tym małżeństwie pamięta. W istocie, często powtarzana w kraju plotka głosi, że sułtan jest po prostu gejem. Nie da się tego jednak w żaden sposób potwierdzić, bo mieszkańcy Omanu boją się nawet na ten temat żartować, a zachodni analitycy, którzy poruszali ten temat, na dowód przytaczają opowieści anonimowych – a zatem mało wiarygodnych – znajomych.

Mimo wszystko, Oman nie jest rajem. Chociaż PKB per capita wynosi 18 tys. dolarów (7 razy więcej, niż np. w Egipcie), to wbrew pozorom nie każdy spija śmietankę. Najlepsze fuchy są zarezerwowane dla członków wpływowej elity, korupcja jest spora, a coraz liczniejszej młodzieży po studiach nie jest łatwo znaleźć nawet pracy poniżej ich kwalifikacji (brzmi znajomo), bo tę wykonują już za nią inni: w kraju, który ma niecałe 3 mln mieszkańców, prawie 800 tys. to imigrancji z Pakistanu, Bangladeszu i innych biednych krajów azjatyckich.
Nie ma też wolności prasy, niektórzy ministrowie są po prostu znienawidzeni, a młodsze pokolenia mają dość głosowania na posłów, którzy i tak są listkiem figowym przy władcy.

Miasteczko namiotoweProtest nie protest, trzeba mieszkańcom Omanu przyznać, że brody mają fest (Fot. Hasan Jamali/AP)

Dlatego pod koniec lutego, w Omanie wybuchły protesty podobne do tych z innych krajów arabskich. W Suharze (drugim największym mieście w kraju) i Maskacie zastrajkowali pracownicy rafinerii, żądając podwyżek. W stolicy na ulice wylegli studenci i absolwenci, domagając się stworzenia nowych miejsc pracy. A opozycja demokratyczna założyła miasteczko namiotowe pod hasłami reform politycznych, zwolnienia niepopularnych ministrów i poluzowania medialnych restrykcji.

Sułtan początkowo odpowiedział siłą (w starciach z policją zginęły ponoć dwie osoby), ale bardzo szybko zaczął spełniać postulaty protestujących. Zapowiedział podwyżkę płac o 40 proc. od przyszłego tygodnia, zapewnił znośną kuroniówkę i już dał parlamentowi inicjatywę ustawodawczą.

Na pewno nie bez wpływu na jego postępowanie pozostaje fakt, że nikt się nie domaga jego odejścia. Przeciwnie, tłumy na ulicach żądają zmian, ale równocześnie skandują hasła na jego cześć. Trudno o lepszy dowód na to, że lepiej jest kasę z ropy pompować w infrastrukturę niż sprzęt do rozpędzania demonstracji.

Na razie sułtan idzie na drobne ustępstwa, ale nie wiadomo, czy nie zdecyduje się na coś więcej. Jak wiemy – nie ma następcy, więc nie musi się martwić o zapewnienie dziecku ciepłego lądowania. Czy pokusi się o zmianę monarchii absolutnej na konstytucyjną? Albo na pełną demokrację? Chwilowo nic na to nie wskazuje, ale jak widać, z Kabusem ibn-Saidem nigdy nic nie wiadomo.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

A na Kristmas dostaniesz gaz łzawiący. Prosto w oko

Nie było ostatnio innych wpisów poza podsumowaniami tygodnia (i jest też jednodniowa obsuwa), bo choroba, praca, to i tamto. Ale dzieje się sporo interesujących rzeczy, które całkowicie przykryły Libia z Japonią, więc w najbliższym czasie postaramy się tu kilka tematów ruszyć.
A tymczasem, zobaczmy co przyniósł tydzień.

1. Skorpion burmistrzem

Informacją numer jeden w świecie Działu Zagranicznego, jest oczywiście powrót Rene Higuity.
Jeżeli jesteś chłopcem, którego dzieciństwo przypadło na połowę lat 90., kiedy Szczęsny bronił nie w Arsenalu, tylko Widzewie, a czarnoskóry Cole w reprezentacji Anglii miał na imię Andy a nie Ashley, to nazwisko Higuita potrafisz napisać szybciej niż własne. A cała reszta może zrozumie po obejrzeniu tego:

Higuita to jeden z najlepszych bramkarzy w historii, a już na pewno najbardziej nieprzewidywalny. Oprócz niestandartowej obrony (słynny “scoprion kick” mogliśmy oglądać także w innych jego meczach), Rene uwielbiał wychodzić daleko poza pole karne, przejmować piłkę i wbiegać z nią na połowę przeciwnika (na Mundialu w 1990 r. cała reprezentacja Kolumbii zapłaciła za to srogą cenę – w meczu z Kamerunem napastnik tej drużyny, Roger Milla, zastopował galopującego Higuitę i bez problemu strzelił do pustej bramki; latynoska ekipa odpadła wtedy z rozgrywek, za co ojczyźnie chciano winowajcę zlinczować). Podczas całej swojej kariery, Rene zdobył w sumie 30 goli, z czego 8 dla reprezentacji (podkreślmy to jeszcze raz dla tych, którzy nie uważali: to bramkarz!).
Sportowiec szybko zyskał sobie przydomek El Loco, czyli Wariat. Nie tylko z powodu dokonań na boisku. W ostatnich latach brał między innymi udział w reality show i został przyłapany na wciąganiu kokainy, ale najgłośniejszy skandal wybuchł w 1993 r., kiedy Higuita był u szczytu popularności. Pablo Escobar (tak, nawet El Patrón załapał się do tej historii) porwał akurat córkę innego barona kolumbijskiego narkobiznesu, Carlosa Moliny. Bramkarz reprezentacji zaangażował się wtedy w jej uwolnienie, a konkretnie po prostu dostarczył kasę od jednego dla drugiego i przy okazji skasował równowartość 64 tys. dolarów prowizji. Za co trafił później do więzienia, bo w Kolumbii czerpanie korzyści materialnych z kidnapingu (lokalnej plagi lat 90.) jest przestępstwem.
– Jestem tylko piłkarzem, nie znam się na prawie karnym! – tłumaczył się wtedy El Loco i ogłosił strajk głodowy. Wypuszczono go po siedmiu miesiącach, ale na Mundial w USA w 1994 r. już nie pojechał.
Higuita w zeszłym roku, w wieku 43 lat, ostatecznie zawiesił rękawice na kołku i zakończył karierę bramkarza. Ale widać na emeryturze mu się nudziło, bo postanowił wrócić do życia publicznego. Tym razem jako polityk. W wywiadzie dla kolumbijskiego dziennika “El Tiempo” zapowiedział, że wystartuje w nadchodzących wyborach na burmistrza w swoim rodzinnym Guarne.
– Potrzeba 4,5 tys. głosów, żeby dostać to stanowisko. Ja zbiorę ich 10 tysięcy! – ogłosił radośnie.

Rene, Dział Zagraniczny już na Ciebie symbolicznie zagłosował. I apeluje: nie poprzestawaj na wyborach lokalnych, startuj na prezydenta! A na vice weź sobie Carlosa Valderramę:

ValderramaCarlos Valderrama wyrządził Działowi Zagranicznemu wielką krzywdę, kiedy w młodości zainspirował go do noszenia przez lata takiej samej fryzury

2. Żona to nie krewna

Jak już jesteśmy przy dziwnych kandydatach i wyborach w Ameryce Łacińskiej, to w Gwatemali wrześniowy start na prezydenta ogłosiła Sandra Torres de Colom. Jest tylko jeden problem: Sandra jest żoną pana Colom. Który jest obecnym gospodarzem w Pałacu Prezydenckim. A lokalna konstytuacja zabrania udziału w wyborach “wszystkim krewnym do czwartego stopnia” urzędującej głowy państwa.
Sandra odrzuca zarzuty krytyków, tłumacząc, że przecież nie jest z mężem spokrewniona.

Dział Zagraniczny miałby na to proste rozwiązanie, ale pan Colom już powiedział, że z panią Colom żadnego rozwodu brać nie będzie. Przewidujemy ciekawą jesień w kraju Majów.

3. Sprawiedliwość jest ślepa (ale potrafi liczyć)

A teraz dalsza część dwóch historii, do których często powracamy w Dziale Zagranicznym.

Po pierwsze, Mark Davies, amerykański płatny zabójca na usługach CIA, który w styczniu w biały dzień zastrzelił dwóch mężczyzn na ulicy w Pakistanie, został wypuszczony z więzienia.
W miejscowym prawie karnym istnieje zapis, że sąd może umorzyć sprawę w o morderstwo na wniosek rodziny ofiary. Na ogół dzieje się tak, gdy winowajca, bądź jego krewni, przekażą jej odpowiednie odszkodowanie. Tak miało stać się i tym razem, a najbliżsi zabitych mężczyzn, którzy jeszcze niedawno odgrażali się, że nie spoczną, dopóki Davies nie odpowie za swoje czyny, odpuścili amerykańskiemu cynglowi za mniej więcej 2 mln dolarów.
Davis z więzienia wyszedł, błyskawicznie zwinęli go pracownicy ambasady USA i nie wiadomo, gdzie obecnie przebywa. Ale co ciekawe, nie wiadomo też, gdzie są rodziny ofiar. Pieniądze odebrali podczas pielgrzymki do Mekki i od tamtej pory przepadli jak kamień w wodę.

Kasyna w Makau?

4. A ty wciąż nie oddałeś władzy? No dobra, to już sobie siedź w tym pałacu…

Druga sprawa, o której wspominaliśmy już w zeszłym tygodniu, to przywództwo na Madagaskarze.
Dwa lata temu, gdy prezenter radiowy André Rajoelina robił zamach stanu, potępiała go cała społeczność międzynarodowa. W tym tygodniu, ta sama ekipa (a konkretnie mediująca w konflikcie Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej) najzwyczajniej w świecie uznała go prawowitą głową państwa. O, przepraszam, uznała, że prawowicie sprawuje władzę do czasu zorganizowania następnych wyborów i wszystko to dzieje się w ramach “mapy drogowej”, czyli wspólnego planu, który ma zakończyć kryzys.
Zobaczmy, jak jeszcze działa mapa drogowa. Rajoelina miał np. powołać premiera. No to powołał. Generała Camille Vitala, który poparł jego pucz dwa lata temu i de facto sprawował tę funkcję od tamtego czasu. Na wyspę mieli też wrócić obalony prezydent Marc Ravalomanana i jeszcze kilku innych polityków przebywających na wygnaniu. Ale nie wrócą, bo Rajoelina się na to nie zgodził.

Nowe wybory miałyby się odbyć jakoś pod koniec tego roku. A czy się odbędą, to zobaczymy. Jedno jest pewne: jeśli jesteś mieszkańcem kraju bez ropy, to Dział Zagraniczny doradza mały pucz. Nikogo za granicą to nie ruszy, a ty masz przynajmniej kilka miesięcy dobrej zabawy. I złote krany w łazience, jeżeli jesteś równiachą.

5. Impreza będzie, ale tylko na specjalne zaproszenia

To był też tydzień gwałtownych protestów. I nie, nie chodzi o te w krajach arabskich. Tylko w Swazilandzie i Australii.

W tym państwie, kilkanaście tysięcy osób głośno domagało się dymisji rządu w stolicy Mbabane. Pielęgniarki, nauczyciele, urzędnicy i uczniowie krzyczeli “Nie obcinajcie pensji, obetnijcie rząd!” oraz “Precz z uroczystościami”.
Wszystko z tego powodu, że Swaziland dostał ostro po kieszeni z powodu kryzysu gospodarczego i rząd zapowiedział cięcia w budżetówce oraz mniejsze nakłady na edukację. Równocześnie wydaje miliony na obchody 25-lecia objęcia tronu przez króla Mswatiego III (rocznica wypada 24 kweietnia).
Swaziland to ostatnia monarchia absolutna w Afryce. Partie polityczne są zakazane, rząd tylko administruje, a prawdziwą władzę ma w rękach właśnie monarcha. Mswati III jest w tej roli wyjątkowo beznadziejny. Podczas gdy prawie połowa z jego 1,5 mln poddanych nie ma pracy, a reszta zarabia grosze, on sam lekką ręką wydaje miliony na zachcianki własne i swoich 14 żon, np. kupując sobie luksusowy odrzutowiec (Swaziland nie ma lotniska, które mogłoby obsłużyć taką maszynę, król musi korzystać z uprzejmości RPA). Nie znosi sprzeciwu. Kompletnie olewa walkę z HIV (według różnych statystyk, zarażonych wirusem jest aż 25 proc. mieszkańców). Ogólnie jest fatalnym władcą.
Protestujący zażądali dymisji rządu. Mswati III powiedział po prostu “Meeeh…” i poszedł instalować złote krany.

W Swazilandzie na szczęście obyło się bez przemocy, czego nie można powiedzieć o Australii. W czwartek doszło tam do bitwy między policją, a uciekinierami z pogrążonych w wojnie krajach.
Australia ma bardzo ostrą politykę antyimigracyjną. Z grubsza działa tak: jeżeli jesteś gościem z np. Europy Wschodniej, to możesz sobie żyć i pracować na czarno w kraju kangurów ile chcesz, najważniejsze, żebyś był biały. Ale jeżeli – nie daj boże! – jesteś czarny/brązowy/żółty/wolisz ryż z warzywami od Marmite z tostem wyprodukowanym w fabryce, to masz nieźle w plecy. Większość takich imigrantów to uchodźcy z krajów ogarniętych konfliktami zbrojnymi (Sri Lanka, Irak, Afganistan itd.), którzy w Australii proszą o azyl. Dawna brytyjska kolonia karna przechwytuje ich jeszcze na morzu (samolotem przecież uciekać nie będą, a jedyny facet, który potrafi chodzić pieszo po wodzie, pewnie też by został zatrzymany za semicki wygląd) i odstawia do odizolowanych obozów. Rząd najchętniej w ogóle trzymałby wszystkich tych upierdliwych uchodźców w jakimś innym państwie (negocjacje z Timorem Wschodnim były w tej sprawie bardzo zaawansowane), ale że się nie da, to i tak robi co może: wysyła ich na Christmas Island. Która jest bardziej w Indonezji niż Australii.

Kristmas człowiekuPisz do Św. Mikołaja, jest szybszy niż australijski urząd imigracyjny

Imigranci są tam stłoczeni w prymitywnych warunkach, na decyzję urzędnika czekają długimi miesiącami, nawet i dwa lata. Odmawia im się kontaktu ze światem zewnętrznym, brakuje tłumaczy, nie dopuszcza się do nich mediów i przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Więc frustracja rośnie i rośnie, aż w końcu wybuchnie. W tym tygodniu doszło na wyspie do zamieszek, rząd wysłał więc na miejsce policję, która uspokoiła sytuację w typowy dla siebie sposób. Gazem łzawiącym i gumowymi kulami.
– Jak można oczekiwać, że urzędnicy zaakceptują prośby o azyl, skoro dzieją się takie rzeczy? – powiedział w telewizji oburzony Minister Spraw Zagranicznych Kevin Rudd.

No właśnie? Jak można? Po raz kolejny brudasy pokazują, że nie ma ich co dopuszczać do cywilizacji. I jeszcze wstyd przed Indonezją, no.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ju łont anader rap?

W Polsce ferie, a tymczasem na świecie tydzień w szkolnictwie dość gorący.

1. Najlepszy kandydat, to jedyny kandydat

Mubarak na emeryturze, Ben Ali w szpitalu, grunt pali się pod nogami przywódcom Libii, Omanu, Jemenu, Bahrajnu itd. Zeszłotygodniowe rozruchy w Chartumie też można z grubsza zaliczyć do wydrzeń ze “świata arabskiego”, ale wygląda na to, że wiatry społecznych niepokojów zaczynają też wiać na południe od Sahary. A zaczyna się od niepozornego Dżibuti.
Wciśnięta między Etiopię, Erytreę i Somalię malutka republika niby wybory ma, ale od uzyskania niepodległości w 1977 r. (wcześniej była kolonią francuską) rządzi nią jedna rodzina, która nie bardzo chce się dzielić władzą. Prezydentów było do tej pory dwóch. Pierwszy, Hassan Gouled Aptidon, sprawował urząd tak długo, aż po prostu zrobił się na to za stary i w 1999 r. – w wieku 84 lat – oddał fotel swojemu siostrzeńcowi, Ismaïlowi Omar Guellehowi.
W pierwszych wyborach, jeszcze w tym samym roku, Ismaïl gładko pokonał jedynego kontrkandydata i zgarnął 74 proc. głosów. Ale już przy drugiej elekcji (2005), doszedł do wniosku, że nie ma się co stresować i po prostu nikomu innemu startować nie pozwolił, dzięki czemu może się dziś pochwalić trudnym do zdobycia nawet na Białorusi wynikiem 100 proc. Dział Zagraniczny podejrzewa, że wyborcami byli prawdopodobnie on sam, oraz wujek z ciocią.
Konstytucja przewiduje jednak tylko dwie kadencje. Ale Guelleh, jak wiemy, szczegółami się nie przejmuje i w zeszłym roku ustawę zasadniczą zmienił, dzięki czemu miał wziąć udział w zapowiedzianych na kwiecień wyborach. Pech (jego) chciał, że kraje arabskie eksplodowały i Dżibuti dostało rykoszetem. W stolicy na ulice wyległy tysiące osób, domagając się jego odejścia.
Dział Zagraniczny przewiduje, że o przyszłości kraju zadecyduje postawa Amerykanów. Dżibuti ma dla USA strategicznie kluczowe znaczenie, w Camp Lemonier (dawna francuska baza wojskowa) stacjonuje tam ponad 2 tys. żołnierzy ze Stanów, a sam Guelleh uchodzi za jednego z najważniejszych sojuszników Waszyngtonu w regionie. Jak się sprawy potoczą, zobaczymy pewnie w ciągu najbliższych kilku/kilkunastu dni.

2. Pan od mebli i pani od miliardów

Starsza pani jest najbogatszą kobietą w kraju. Niedługo przed śmiercią, w jej życiu pojawia się przystojny młodzieniec. Para zakochuje się w sobie wbrew sztywnym konwenansom, a gdy ona umiera, zapisuje mu bajeczną fortunę w testamencie. Który później okaże się fałszywy.
Dobry melodramat nie jest zły, zwłaszcza jeżeli jest prawdziwy. Ona nazywała się Nina Wang i była największym rekinem (rekinicą?) finansowym Hong Kongu. On ma w dowodzie Tony Chan i z zawodu zamienia miejscami biurka, fotele i szafki, czyli zajmuje się feng shui (a wcześniej również rozlewaniem wódki w barach i kilkoma innymi rzeczami). Nina zmarła w 2007 r. i wówczas Tony pochwalił się przed światem jej ostatnią wolą, w której przekazywała mu warty jakieś 12 miliardów dolarów majątek. Reszta rodzina szybko oskarżyła go o oszustwo i pokazała inny testament. Który Tony jeszcze szybciej nazwał fałszywym.
W skrócie: w zeszłym roku Chan został aresztowany, ale bardzo szybko wypuszczony za kaucją. W tym tygodniu sąd orzekł, że to jednak on podrobił ostatnią wolę starszej pani. Teraz Tony ma jeszcze szansę na ostatnią apelację w Sądzie Najwyższym, ale media w Hong Kongu są pewne, że i tam przegra.
Piękny scenariusz. Bardzo oryginalny.

Nina i TonyZdjęcie dorównuje historii

3. Podstawówka, gimnazjum i liceum

Sporo się dzieje u nauczycieli na świecie.

We wtorek, na przykład, wywołali oni zamieszki w meksykańskim Oaxaca. Miasto odwiedzał akurat prezydent Felipe Calderón i panie od biologii, oraz panowie od WF-u uznali, że to dobry moment, żeby zaprotestować przeciw nowemu prawu, które ich zdaniem faworyzuje szkoły prywatne kosztem publicznych. A swoje argumenty zaprezentowali podpalając rządowy samochód i dając po głowie stanowemu Sekretarzowi do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. W bitwie z policją w ruch poszły kamienie, a w pewnym momencie ktoś zaczął strzelać, choć na razie nie jest pewne czy ze strony tłumu, czy mundurowych. W każdym razie, bilans to jakieś 20 rannych osób.

Posuwamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara i trafiamy na Dominikanę.
Tam nauczyciele też postanowili domagać się podwyżek, oraz żeby rząd zaczął wreszcie (zgodnie z wymogami prawa) przeznaczać 4 proc. budżetu na edukację i wrócił do zwyczaju dopłacania uczniom z biednych rodzin do obiadów. Ale zamiast rzucania kamieniami, ciało pedagogiczne na wyspie wpadło na zdrowszy pomysł i ogłosiło wielki marsz. Kilka tysięcy pracowników szkolnych w poniedziałek ruszyło z północnego zachodu kraju i po przejściu w sumie 200 kilometrów, w piątek rano wkroczyli do Santo Domingo. Rannych? Zero.

I na koniec, stan szkolnictwa w Gujanie.
Tropikalne państwo ma (niespodzianka) problem ze swoimi nauczycielami, którzy uważają, że zarabiają (kolejny nagły zwrot akcji) za mało. Ale zamiast maszerować czy atakować policję, po prostu emigrują. I to w takich ilościach, że po prostu brakuje ludzi do pracy w szkołach (mimo, że co roku uprawnienia do nauczania dostaje około 500 osób). Rząd ogłosił, że szuka uzupełnień zagranicą.
Młody fizyku, jeżeli masz dość zimy w Zespole Szkól Ponadgimnazjalnych nr 4 w Piotrkowie Trybunalskim, a mówisz po angielsku…

4. Do czego prowadzi słuchanie słabych płyt

I jeszcze ciekawa wiadomość z Gujany właśnie.
Może nie wszyscy czytelnicy kojarzą sektę Świątynia Ludu, więc Dział Zagraniczny szybko przypomni. Lata 60. były w Stanach Zjednoczonych odlotowe i trudno, żeby było inaczej przy takiej ilości marihuany i LSD. Ludzie robili wtedy niewytłumaczalne rzeczy, na przykład chodzili na koncerty Donovana. No i dawali się naciągać na różne pseudoreligie, na czym postanowił zbić kapitał niejaki Jim Jones, który założył właśnie Świątynię Ludu.
Sekta w pewnym momencie skupiała kilkanaście tysięcy ludzi, a jej przywódca siciągał z nich całkiem niezłe uposażenie. Kiedy policja zaczęła mu deptać po piętach w USA, kupił sobie kawałek dżungli w Gujanie i przeniósł się tam z najwierniejszymi wyznawcami. Swoją małą utopię nazwali – a jakże – Jonestown. Żeby skrócić opowieść, w 1978 roku Jones i jego ludzie zastrzelili odwiedzających ich dziennikarzy i kongresmena, po czym zmusili ponad 900 osób do wypicia trucizny, a na końcu zabili samych siebie. Było to jedno z największych masowych samobójstw w historii.
W centrum Jonestown stał zabytkowy kościół, wzniesiony jeszcze w połowie XIX wieku przez Portugalczyków. Drewniana budowla spłonęła sześć lat temu, a w czwartek rząd ogłosił, że ją odbuduje. Tyle, że nowa świątynia będzie betonowa.
Co to wszystko ma wspólnego z Jonesem? W sumie nic, ale każdy pretekst do opowiedzenia ciekawej historii jest dobry, prawda?

5. Ju łont anader rap?

Zaczeliśmy od wyborów w Afryce (poniekąd), to na nich skończymy. Głosowanie miało dziś miejsce w Ugandzie i według wstępnych wyników, wygrał je Yoweri Museveni. Rządzący od 25 lat były partyzancki przywódca zgarnął ok. 68 proc. głosów, na pełne wyniki musimy poczekać jeszcze kilka dni.
Sytuacja w Ugandzie jest bardzo ciekawa, ale zostawimy sobie ją na kiedy indziej. Skorzystajmy tylko z okazji, żeby przypomnieć internetowy hit z czasów kampanii wyborczej:

Sam Museveni był remixem (blendem? mashupem?) oburzony, ale nie zmienia to fakty, że piosenka szturmem zdobyła miejscowe dyskoteki. Dział Zagraniczny czeka na raperów w nadchodzących wyborach nad Wisłą.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Argentyńskie telenowele i Rastamysz

W tym tygodniu sporo wydarzeń miało coś wspólnego z opisywanymi już wcześniej w Dziale Zagranicznym historiami. Poświęćmy im trochę uwagi.

1. Twoja czekolada jest z przemytu

Dział Zagraniczny uwielbia czekoladę, więc zacznijmy od Wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie od listopada zmieniło się niewiele. Gbagbo wciąż jest nieuznawany przez nikogo, ale nie chce się pogodzić z faktami. Ouattara jest dla reszty świata legalnym prezydentem, ale wciąż nie wychodzi z chronionego przez Błękitne Hełmy hotelu. Na ulicach ścierają się zwolennicy jednego i drugiego, jest już prawie 300 ofiar śmiertelnych, a ponad 80 tys. osób to uchodźcy wewnętrzni. No i oczywiście kakao osiąga ogromne ceny na rynku, bo świat wpadł na pomysł, że Laurenta zmusi do rezygnacji embargo na eksport tego owocu. Efekt? Szmugiel na ogromną skalę.
Tymczasem we wtorek, w siedzibie Ministerstwa Skarbu wybuchł gwałtowny pożar. Zanim strażacy opanowali sytuację, ogień zdążył strawić większość dokumentów i baz danych z państwowymi przychodzami i rozchodami. Dobry ruch, jeżeli chce się na uchodźctwie żyć z klasą.

2. Wielkanoc wciąż niespokojna

Na początku grudnia Dział Zagraniczny informował o zamieszkach na Wyspie Wielkanocnej, gdzie część mieszkańców chce ograniczenia liczby turystów odwiedzających co roku ich ojczyznę, a niektórzy dodatkowo żądają od Chile niepodległości.
Taktyka okupacji wciąż trwa i po tym, jak usunięto ich z lotniska i budynków rządowych, grupa protestujących zajęła jeden z luksusowych hoteli. Po wielu tygodniach negocjacji, siłom porządkowym skończyła się cierpliwość, więc policja przeprowadziła szturm na ośrodek i po prostu wyniosła aktywistów.
Ale wbrew pozorom, zbuntowani mieszkańcy odnieśli małe zwycięstwo. Podczas rozprawy sędzia Nora Bahamondes zawiesiła zarzuty o zajęcie cudzej własności, uzasadniając, że najpierw należy ustalić czy ziemia rzeczywiście należy do dewelopera, czy też faktycznie do miejscowej rodziny (która twierdzi, że ich przodkowie zostali jej pozbawieni podstępem).
Sprawę rozpatrzy Sąd Najwyższy.

3. Wybuch w mateczniku

Również w grudniu, nasz korespondent w La Paz opisywał sytuację na ulicach Boliwii po tym, jak rząd ogłosił, że przestanie dopłacać do benzyny, przez co z dnia na dzień jej cena skoczyła o blisko 80 proc. Chociaż władze bardzo szybko wycofały się z tego pomysłu, było to o tyle ciekawe, że to pierwszy przypadek, kiedy przeciw Evo Moralesowi wystąpili nie przedstawiciele opozycji z bogatego wschodu kraju, tylko jego najwierniejsi zwolennicy – biedota z Altiplano. Wtedy prezydent sprawnie rozbroił sytuację: podwyżki ogłoszono, kiedy był z wizytą w Wenezueli, a kiedy stało się jasne, że ulica tego nie zaakceptuje, wrócił i natychmiast je anulował.
Jednak w tym tygodniu musiał stanąć twarzą w twarz z problemami. Podczas przemówienia w rodzinnym Oruro, miejscowi górnicy najbierw głośno go wybuczeli, a chwilę później zaczęli demonstrację w typowy dla siebie sposób: odpalili dynamit. Morales pośpiesznie opuścił miasto. Tymczasem do protestów doszło też w La Paz, Cochabambie i Santa Cruz. Na szczęście dla rządu, fatalna pogoda szybko rozgoniła manifestantów.
Niezadowolenie bierze się z tego, że ceny transportu (a w Boliwii jest on całkowicie prywatny, więc władze niewiele mogą na tym polu zdziałać) wciąż rosną, a w zaopatrzeniu pojawiają się braki (zaczyna np. brakować cukru). I chociaż wynika to w dużej mierze z sytuacji globalnej (żywność drożeje na całym świecie), to dla Moralesa jest to na pewno poważny sygnał, że z reguł miłość ludu jest odwrotnie proporcjonalna do ceny mięsa.

Boliwia protestBoliwijska forma demokracji bezpośredniej (Fot. Juan Karita/AP)

4. Tragedii ciąg dalszy

Dział Zagraniczny podawał dwa tygodnie temu informację o pechowym skrzyżowaniu w Lahore, gdzie pewien Amerykanin najpierw zastrzelił dwóch mężczyzn, a chwilę później jego rodak – pracownik konsulatu – w tym samym miejscu przejechał jeszcze jednego.
Okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawała. Strzelec nazywa się Raymond Davies i od samego początku twierdzi, że działał w samoobronie. Tymczasem świadkowie zeznają, że to on pierwszy zaatakował mężczyzn i zastrzelił ich z zimną krwią. Amerykański konsulat przekonuje, że Davies jest ich pracownikiem i chroni go immunitet, tymczasem jego zatrudnienia nie potwierdzają żadne oficjalne dokumenty. Stany chcą załagodzić sytuację, oferując rodzinie ofiar wysokie odszkodowania, jednak wydaje się, że nic z tego nie będzie: sprawa stała się zbyt głośna, ulicami przetaczają się wściekłe demonstracje żądające kary śmierci dla sprawcy. W dodatku od poniedziałku sprawa ma jeszcze tragiczniejsze oblicze: żona jednego z zastrzelonych powiedziała, że nie wierzy w sprawiedliwość i popełniła samobójstwo.

5. Argentyńska telenowela

Skoro jesteśmy przy tragicznych losach żon, to spójrzmy na chwilę na Argentynę. W ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery kobiety zostały tam zamordowane w ten sam bestialski sposób – ich partnerzy oblali je wódką i podpalili. A żeby było bardziej groteskowo, to wszyscy sprawcy tłumaczą się tak samo: “No, oblała się sama, pijąc z butelki, a potem próbowała zapalić papierosa”. Fantastyczna wyobraźnia, Dział Zagraniczny wróży panom wielką przyszłość w pisaniu scenariuszy do telenowel.

A, no i przy okazji. Czytelnicy Działu Zagranicznego oczywiście kojarzą Cristinę Fernández de Kirchner, prezydent Argentyny i żonę Néstora Kirchner, który w październiku zmarł na zawał. Mąż był głową państwa przed Cristiną, planowali się wymieniać urzędem co kadencja i z tego oraz innych powodów (np. prawniczego wykształcenia obojga i pochodzenia z mało ważnego stanu) nazywano ich często latynoskimi Clintonami.
No więc właśnie się okazało, że Néstor miał z Billem więcej wspólnego, niż się wszystkim wydawało: z sekretarką przez lata łączyło go zdecydowanie więcej niż urzędowa papeteria. Elizabeth Miriam Quiroga zostałą kochanką Kirchnera jeszcze w latach 90., kiedy był gubernatorem prowincji Santa Cruz, a kiedy został prezydentem, porzuciła wszystko i podążyła za nim do Buenos Aires, gdzie dał jej pracę w swojej administracji, żeby mogli być blisko siebie.
Ale Néstor zmarł i Cristina rywalkę zwolniła. Co ta ostatnia przyjęła z klasą, o wszyskim opowiadając w gazetach.

Natalio Oreiro: nowe wyzwanie.

6. Halo? Tu Ziemia

Skoro już o przywódcach mowa, to podczas piątkowych modłów w Teheranie, ajatollach Chamanei, faktyczny szef Iranu, rzucił:
– Ten wybuch, który widzimy u narodu egipskiego to właściwa odpowiedź na wielką zdradę, którą zdradziecki dyktator popełnił wobec swojego ludu!
Ali? Serio? Wychodzisz czasem z domu?

7. Grzegorz Lato i Rastamysz

And last but not least, w zeszłą niedzielę obchodziliśmy 66. rocznicę urodzin Boba Marleya. W związku z czym Olivia Grange, Minister Młodzieży, Sportu i Kultury na wyspie, zapewniła że osobiście poprowadzi starania o uznanie piosenkarza za bohatera narodowego. Tak, dokładnie, nie ma tu pomyłki: Tuff Gong może i symbolem jest, ale tylko w powszechnej świadomości, a oficjalnie nie. To ostatnie ma miejsce dopiero, kiedy rząd przyzna mu Order Bohatera Narodowego, którym do tej pory uhonorowano dopiero siedem osób. Wymieńmy je sobie: Queen Nanny, Samuel Sharpe, Marcus Garvey, Paul Bogle, George William Gordon, Alexander Bustamante i Norman Manley.
Czy komuś te nazwiska coś mówią? Działowi Zagranicznemu akurat tak, ale z pełną świadomością że jest w mniejszości. Karaibka wyspa ma chyba tę samą przypadłość co Polska: nad Wisłą wszyskim się wydaje, że świat kojarzy nas z Papieża (ale tego prawdziwego), ewentualnie Lecha Wałęsy, a potem człowiek trafia do Tanzanii albo Argentyny i wszyscy pytają tylko, czy Grzegorz Lato jeszcze żyje.
Jamajko, ogarnij się.

A już na kawę po deserze też karaibka popkultura. BBC na swoim kanale dziecięcym CBeebies nadaje bajkę, której głównym bohaterem jest… Rastamysz. Gryzoń uczy dzieci szacunku i miłości do bliźniego, czasem złapie jakiegoś przestępcę, a na codzień jeździ na desce i gra w kapeli reggae. Sami zobaczcie:

Oczywiście mnóstwo widzów wysłało do stacji listy protestacyjne, że utwierdza krzywdzący stereotyp mieszkańca Karaibów (choć serial jest oparty na bardzo popularnych właśnie na Jamajce ilustrowanych książeczkach dla dzieci).
Ciekawe jak zareagują na plany jednego z synów Marleya. Ziggy ogłosił właśnie, że w kwietniu wyda 48-stronicowy komiks z przygodami sperbohatera z innej planety. Imię herosa? MarijuanaMan.

MarijuanamanTwój czas minął, Clarku Kencie

Nie wiadomo, czy kosmita będzie tak silny jak Superman. Ale bankowo mniej spięty.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.