Archive

Archive for December, 2010

Gasolinazo

Najświeższe wiadomości o sytuacji na ulicach Boliwii przysyła pragnący zachować anonimowość korespondent Działu Zagranicznego w La Paz.

Otóż rząd Boliwii w ciągu jednego dnia podwyższył ceny benzyny. Podwyższył szokująco. Cena litra zwykłej benzyny skoczyła o 73 proc., za premium trzeba zapłacić 57 proc. więcej, a diesel chodzi od poniedziałku po cenie o 83 proc. wyższej niż w niedzielę.

Oczywiście w kraju zabuzowało. Największy związek zawodowy transportowców ogłosił natychmiastowy strajk powszechny. Nasz korespondent opisuje to tak:

“Szoferzy nie jeżdżą (a pamiętać należy, że w boliwijskich miastach transport pasażerów leży całkowicie w rękach prywatnych). Część ludzi nie poszła do pracy. Ulice są puste, nieliczni kierowcy minibusów, którzy zdecydowali się złamać strajk i wyjechać na ulice, za kursy kasują 25-50% więcej niż zwykle. Ci, którzy spędzali Święta z rodzinami w innych miastach, nie wiedzą jak, kiedy i za ile wrócą do domów.

Nikt nic nie wie, wszyscy boją się, że podwyżka cen paliwa spowoduje podniesienie cen żywności. Podobno plotka, że coś wisi w powietrzu, poszła już wczoraj wieczorem, co spowodowało, że w supermarketach ludzie zaczęli wykupywać produkty żywnościowe takie jak ryż czy olej.

A gdzie jest prezydent? Evo Morales poleciał do Wenezueli, by osobiście przekazać pomoc w postaci ryżu ofiarom tamtejszych klęsk żywiołowych. Nie jest to pierwszy raz, gdy atmosfera w kraju jest gorąca, a prezydent przygląda się wydarzeniom z bezpiecznej odległości.”

La PazLa Paz przesiada się z tego co po bokach, na to co pośrodku (Fot. Korespondent/Dział Zagraniczny)

Skąd podwyżka? Otóż rząd Boliwii do tej pory dopłacał do benzyny. Jej ceny były zamrożone od sześciu lat, a roczne subwencje wynosiły ok. 380 mln dolarów. Kto na tym korzystał? Głównie przemytnicy z przygranicznych miejscowości. U dużych sąsiadów, jak Brazylia, Chile czy Argentyna, paliwo kosztowało o wiele drożej niż w andyjskim państwie. Szmugiel kwitł w najlepsze, jego roczną wartość szacuje się na ok. 150 milionów dolarów.

W zasadzie podwyżka jest logiczna, tak biednego państwa jak Boliwia po prostu nie stać na wyrzucanie pieniędzy w błoto. Dobrze, że rząd to widzi i nie trzyma się uparcie tego, co wcześniej przeforsował. Szkoda tylko, że nie potrafi tego jasno powiedzieć.
Wiceprezydent Álvaro García Linera (który zarządza krajem pod nieobecność Evo Moralesa) tłumaczy się bowiem tak:
“Nie możemy już dłużej subsydiować ani przemytników, ani bogaczy, którzy mają pięć czy sześć samochodów. Chcemy za to użyć pieniędzy z dopłat do paliwa na korzyść najbardziej potrzebujących”.

Spoko. Dział Zagraniczny rozumie intencje. Ale podejrzewa, że wielu z tych najbardziej potrzebujących wczorajsze podwyżki najmocniej walną po kieszeni.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Categories: Uncategorized Tags: , ,

Ze świątecznego tygodnia

Miało być co niedziela, ale ta wypadła w święta, więc podsumowanie tygodnia znowu w poniedziałek.

1. Premier Laosu składa dymisję

Tak. Nie wiadomo, czy ma to coś wspólnego z tą wiadomością. Sam Bouasone Bouphavanh twierdzi, że nie i że odchodzi “z powodów rodzinnych”. Dział Zagraniczny liczył na to, że Laos osunie się w anarchię, a uprawa opium jeszcze wzrośnie. Niestety. Zgromadzenie Narodowe od razu wybrało nowego szefa rządu. No i po sylwestrowej imprezie dekady.

2. Najrzadszy kot świata sfotografowany

Jak wygląda gepard wie każde dziecko (chyba, że myli go z lampartem). Ale jak wygląda gepard saharyjski nie wie prawie nikt, a to dlatego, że jest ich na świecie tylko 250. Albo trochę mniej, trudno oszacować. W ogóle o gepardzie saharyjskim wiadomo tylko tyle, że potrawi przetrwać w ekstremalnie gorących temperaturach, bardzo mało pije i żeruje tylko po zmroku. Właśnie w jedną z takich nocy na masywie Termit w Nigrze aparatowi z samowyzwalaczem udało się sfotografować tajemniczego zwierza. Który wygląda tak:

Gepard SaharyjskiCholerni paparazzi (Fot. Maclennan/SCF)

3. Un olímpico llamado Fidel

O tym akurat było dość głośno. Rząd Kuby postanowił ufundować własną Wikipedię. Rzecz nazywa się EcuRed i jest fascynująca. Jest na przykład cały wpis poświęcony tylko i wyłącznie temu, jakim fantastycznym sportowcem jest Fidel. Dział Zagraniczny bardzo poleca wszystkim tym, którzy albo mówią po hiszpańsku, albo interesują się teorią światów równoległych.

4. Open’er Kaukaz stylee

Rząd Gruzji usilnie się stara, żeby drugim najpopularniejszym językiem w kraju uczynić angielski, zamiast okopanego na tym miejscu rosyjskiego. Nie za bardzo wychodzi, bo do Tbilisi jakoś nie zjeżdżają amerykańskie wycieczki zorganizowane i po prostu nie za bardzo jest z kim gadać. Ale władze wpadły na pomysł, jak to zmienić i zgłosiły się do MTV. I tak, w czerwcu przyszłego roku w nadmorskim Batumi ma się odbyć wielka impreza MTV Impact, transmitowana na cały świat.
Gdynio, drżyj.

5. Świstak zawija

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej wciąż ruchawka. Laurent Gbagbo obraził się już chyba na dobre i powiedział, że zabawek nie odda, mimo że traci przez to kolegów od Unii Afrykańskiej po ONZ. Poszukał więc sobie nowych i znalazł niedaleko: najemników z Liberii. Chłopcy tak się rozbujali razem z wiernymi byłemu/obecnemu prezydentowi wojskowymi, że oficjalna liczba zabitych w ulicznych starciach sięgnęła 173 ofiar, ale pewnie będzie większa, bo dalsze pół tysiąca osób uznaje się za zaginione.
W tym całym zamieszaniu jest jeden szczegół, który trochę umyka: WKS produkuje 40 proc. światowych zasobów kakao, z którego robi się czekoladę. Na razie ceny poszły tylko trochę w górę, bo rolnicy mają takie zbiory, jak wcześniej i w razie problemów w stolicy, będą je wywozić do sąsiadów. Ale niektórzy analitycy obawiają się, że gdyby przemoc wylała się na resztę kraju, to ucierpieć mogą bezpośrednio plantacje.
Groza! Dział Zagraniczny apeluje: Laurent! Opanuj się! Bierz przykład z premiera Laosu.

KakaoStąd się bierze Twoje Nestle (Fot. Luc Gnago/Reuters)

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Magiczne statystyki pokazują, że wystarczyło w zeszłym tygodniu napisać “marihuana” i dołączyć zdjęcie faceta koło jej krzaków, żeby stronę odwiedziło kilkadziesiąt nowych osób wstukujących w wyszukiwarkę “ganja”, “zioło” albo “jaranie na Jamajce”. Trudno w tym nie dostrzec mega potencjału reklamowego, a zatem: pornografia, Doda, jak powiększyć penisa. Dział Zagraniczny serdecznie wita nowych czytelników!

Tarzans or Man Fridays

Mauritius pozywa Wielką Brytanię, za to, że chce stworzyć na Oceanie Indyjskim morski rezerwat przyrody. Ktoś znowu stawia własny interes ponad dobrem wspólnym? Oczywiście! Tylko, że w tej historii czarnymi charakterami są pseudo ekolodzy.

Jest takich siedem malutkich atoli, zagubionych na środku wspomnianego oceanu, jakieś 500 km na południe od Malediwów i 1000 km na północny-wschód od Mauritiusa. Porośnięte palmami rajskie wysepki o oblanych turkusowymi wodami białych plażach nazywa się Czagos. Przez tysiące lat były bezludne, czasem trafiali tam rybacy z innych archipelagów, ale uznawali, że nowy ląd jest zbyt daleko od czegokolwiek, żeby go kolonizować. Najwyraźniej nie znali europejskiej filozofii, że zagarniać należy wszystko jak leci, a do czego się przyda, to zadecydujemy potem. Czagos miało się stać najlepszym przykładem.
Portugalczycy byli pierwszymi białymi, którzy trafili w te strony, ale łapę na plażach położyli pod koniec XVIII w. dopiero Francuzi. I wzięli się ostro do roboty. Wykarczowali busz, założyli plantacje kokosów i sprowadzili setki niewolników z Madagaskaru i Mozambiku. Wymieszały się geny i języki i w przyszłości, po zniesieniu niewolnictwa, życie pod tropikalnym słońcem pewnie byłoby całkiem luźne. Ale, niestety dla mieszkańców, okazało się, że Napoleon jest tym mężczyzną, który nieźle zaczyna, ale fatalnie kończy.
Po klęsce cesarza Francuzów, Czagos dostało się Wielkiej Brytanii. Anglicy znieśli pracę przymusową i to było ostatnie, co dobrego zrobili dla miejsowych. Półtora wieku później, postanowili dla równowagi kopnąć ich w dupę. I to mocno.

CzagosJak masz niefart urodzić się w złym raju, to będzie tylko rajem utraconym (Fot. USAF)

Są lata 60. XX wieku. Środek Zimnej Wojny, USA zakładają bazy wojskowe na całym świecie. Szukają czegoś na Oceanie Indyjskim i wtedy zgłaszają się Anglicy, mówiąc:
– Eee… Mamy takie Czagos, nie?
Archipelag okazuje się idealny. Na tyle daleko od czegokolwiek, żeby wrogowie nie za bardzo mieli jak podglądać, co tam się dzieje, na tyle blisko, żeby bombowce mogły dolecieć nad Zatokę Perską. Wielka Brytania też stratna nie będzie, bo innych posiadłości w tej okolicy ma sporo, a Amerykanie obiecali jeszcze dorzucić się do jej atomowych łodzi podwodnych. Ogólnie jest git i umowa zostaje przyklepana, na koniec zostaje jeszcze tylko jeden mały szczegół: trzeba wyrzucić tych czarnych brudasów, którzy kręcą się po plażach.

Londyn działą zgodnie ze swoimi najlepszymi tradycjami. W 1965 r. delegacja jedzie w odwiedziny do premiera Mauritiusa (który wciąż pozostaje brytyjską kolonią, ale mającą już szeroką autonomię, a za trzy lata uzyskującą pełną niepodległość), formalnie zarządzającego Czagos. Na stole lądują 3 mln funtów, a polityk dostaje jeszcze w bonusie tytuł szlachecki. Czagos znowu w pełni należy do typów od krykieta i złej kuchni.

Na atolach błyskawicznie ląduje desant angielskich komandosów, a dwa tysiące mieszkańców słyszy, że mają zbierać graty. Kilku dostaje po głowie, kilku innych popełnia samobójstwa. Zanim się obejrzą, będą już w całości przesiedleni właśnie na Mauritius, a na największej z ich wysp – San Diego – Amerykanie zbudują swoją bazę. Czagos formalnie przestaje istnieć, od tej pory ma się nazywać Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego (BIOT).

Mija kilkadziesiąt lat, Związek Radziecki pada, historię wygrywają Dobro, Sprawiedliwość i Coca Cola. Tymczasem Czagotańczyków jest już prawie 7 tys. i nie przestają marzyć o powrocie do domu. Ale na to nie chcą się zgodzić ani Anglicy, ani wciąż wynajmujący od nich pisek z palmami Amerykanie.
Kilku wygnańców w Londynie nie poddaje się, pozywa Wielkią Brytanię i… wygrywa! W 2000 r. brytyjski Sąd Najwyższy uznaje, że nieprawdą były argumenty rządu, jakoby wyspiarze byli na Czagos przed eksmisją tylko “tymczasowo”. I że ich wyrzucenie było nielegalne.

Radość jest ogromna, ale krótka, bo praworządna administracja z Downing Street odpowiada:
– Nie, no git. Ale my tego nie uznamy.
I sięga po kodeksy z czasów kodeksy z czasów kolonialnych. Jest tam taki zapis, wciąż obowiązujący, że jeżeli wyrok sądu działa na szkodę terytorów zamorskich Wielkiej Brytanii (a przecież Czagos to formalnie BIOT), to rząd nie musi się do niego stosować. I tak też zrobił: Londyn pokazał wysiedleńcom gest Kozakiewicza i na deser dołożył jeszcze jeden dekret, który zabrania im powrotu. Kochamy Cię, ojczyzno Wielkiej Karty Swobód!

Tak czy inaczej, sprawa jest właśnie rozpatrywana w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, gdzie odwołali się Czagotańczycy. A wczoraj kolejny pozew przeciw Wielkie Brytanii ogłosił Mauritius. Stało się to po ujawnieniu przez Wikileaks depeszy z maja 2009 r., w której mowa o zakulisowych rokowaniach Waszyngtonu z Londynem. Ten drugi miałby zamienić cały obszar Czagos w morski rezerwat przyrody, bo – jak mówi, cytowany przez amerykańskich kolegów, urzędnik brytyjskiego Biura Spraw Zagranicznych Colin Roberts – “taki park przyrody położyłby kres żądaniom byłych mieszkańców archipelagu”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Brytyjscy dyplomaci mają talent do pozostawiania pisemnych śladów swojej pogardy dla innych i jak, przez lata nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zacytujmy sobie kilka depesz:

1. Telegram z Foreign Office do brytyjskiego reprezentanta w ONZ (listopad 1965 r.):

“We recognise that we are in a difficult position as regards references to people at present on the detached islands. We know that a few were born in Diego Garcia and perhaps some of the other islands, and so were their parents before them. We cannot therefore assert that there are no permanent inhabitants, however much this would have been to our advantage. In these circumstances, we think it would be best to avoid all references to permanent inhabitants.”

2. W tym samym roku Minister Kolonii (było coś takiego) Anthony Greenwood pisze:

“It is important to present the United Nations with a fait accompli.”

3. A tu najlepsza wymiana poczty z 1966 r. Najpierw Podsekretarz Stanu Sir Paul Gore-Booth pisze w liście do kolegi dyplomaty Denisa Greenhilla:

“We must surely be very tough about this. The object of the exercise is to get some rocks which will remain ours… There will be no indigenous population except seagulls…”

A ten mu odpisuje:

“Unfortunately along with the birds go some few Tarzans or Man Fridays whose origins are obscure and who are hopefully being wished on to Mauritius.”

4. A na deser fragment ujawnionej właśnie przez Wikileaks depeszy:

“HMG would like to establish a “marine park” or “reserve” providing comprehensive environmental protection to the reefs and waters of the British Indian Ocean Territory (BIOT), a senior Foreign and Commonwealth Office (FCO) official informed Polcouns on May 12. The official insisted that the establishment of a marine park — the world’s largest — would in no way impinge on USG use of the BIOT, including Diego Garcia, for military purposes. He agreed that the UK and U.S. should carefully negotiate the details of the marine reserve to assure that U.S. interests were safeguarded and the strategic value of BIOT was upheld. He said that the BIOT’s former inhabitants would find it difficult, if not impossible, to pursue their claim for resettlement on the islands if the entire Chagos Archipelago were a marine reserve.”

Nie od dziś wiadomo, że w Wielkiej Brytanii wysoko cenią sobie tradycję. Dział zagraniczny jest pod wrażeniem, że z taką gorliwością ją podtrzymują.

Dzielnica willowa

W Hiszpanii jest takie hasło: “No tendrás casa en la puta vida”, które w wolnym tłumaczeniu znaczy “Nie będzie Cię stać na mieszkanie w tym kurewskim życiu”. I jest w tym dużo prawdy, większość moich znajomych Hiszpanów wynajmuje coś na mieście i wie, że nie będą na swoim, dopóki nie przejmą domów po zmarłych rodzicach.
Jest jeszcze jeden taki kraj, gdzie też mówi się po hiszpańsku i ludzi też nie stać na własny kąt, ale gdzie biorą oni sprawy w swoje ręce. I gdzie, co za niespodzianka, dostają za to po głowie.

Argentyna ma z grubsza tyle samo mieszkańców co Polska, ale pod względem powierzchni jest 8 największym państwem świata (dla porównania: my jesteśmy na 69. pozycji). Mimo to, aż 3,5 miliona ludzi nie może sobie pozwolić na własny dom. Skąd taka sytuacja?

DziewczynkaSzczęście podwójne: rower i dom, do którego można wrócić (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Paradoksalnie z dobrobytu, jakim cieszy się Argentyna. Pomimo, że od wielu lat poziom życia zniżkuje, mimo że w 2001 roku kraj dosłownie zbankrutował i nie oglądając się na to, że zdaniem większości analityków obecny rząd zwyczajnie kłamie (siema, Grecjo) i zaniża oficjalne dane dotyczące inflacji i ubóstwa. Wbrew temu wszystkiemu, dla o wiele uboższych mieszkańców Paragwaju, Boliwii czy Peru, Argentyna jest idealnym celem imigracji. Owszem, Brazylia jest bogatsza, ale oni na ogół nie mówią po portugalsku. Tak, Chile też ma więcej kasy, ale tam społeczeństwo dzieli się z grubsza na bogatych i biednych, którzy sami potrzebują roboty. Tymczasem Buenos Aires utrzymuje jego legendarna klasa średnia. Tu jest praca dla gosposi domowych. Dla niewykwalifikowanych robotników. Dla ulicznych sprzedawców. Owszem, wielkiej kasy nie zbijesz, ale lepsze to niż klepanie biedy w paragwajskim Chaco.

No więc imigranci z krajów sąsiednich ciągną na południe, a wraz z nimi do miast napływają argentyńscy biedacy ze wsi. Nie mają gdzie mieszkać, więc budują ville. Villa miseria to w miejscowym hiszpańskim slums. To samo, co favela w Brazylii. Wystarczy kilka kilometrów kwadratowych wolnej przestrzenii i można zakładać osiedle. Blacha falista, karton, kuchenka gazowa. Nie ma już miejsca po bokach, więc villa rośnie w górę, mieszkanie po mieszkaniu, cegła po cegle. Żadnego tynku. Żadnej kanalizacji. Prąd kradziony. Z czasem ludzie się bardziej zadomowią, oszczędzą trochę pieniędzy i warunki się poprawią. Ale nie ich reputacja.

Tu dochodzimy do sedna problemu. Argentyńskiego rasizmu. Miejsowi uwielbiają się przechwalać, że są najbielszym narodem w Ameryce Południowej. I choć tak naprawdę procentowo więcej białych mieszka w siostrzanym Urugwaju, to mają sporo racji. Buenos Aires wygląda jak Madryt. A w niektórych dzielnicach jak Madryt zasiedlony przez Polaków i Ukraińców.
Ville to inna bajka. Wchodzisz i od razu widzisz indiańskie rysy. Niektórzy ludzie rozmawiają w guarani, a nie po hiszpańsku. Inni noszą koszulki peruwiańskich klubów piłkarskich. Na stołach nie wino z Mendozy, tylko Singani z La Paz. Inny świat.

VillaVilla 31 widziana z przecinającej ją autostrady (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Najbardziej znanym stołecznym slumsem jest Villa 31. Na 15 hektarach między 30 a 40 tys. mieszkańców, nikt nie wie dokładnie. Równo rok temu przepracowałem tam dwa długie miesiące, a na co dzień mieszkałem w bohemiarskim Palermo. Dzięki temu mogłem na żywo przekonać się jaki jest stereotyp, a jaka rzeczywistość.
Przeciętny Argentyńczyk będzie opowiadał o każdej villi opowiadał jak najgorsze historie, chociaż na ogół sam nigdy w żadnej nie był. Dużo będzie w nich prawdy. Tak, są narkotyki. Tak, jest dużo przemocy. Gwałty i małoletnie ciąże. Napady. Sam miałem wybitnie stresującą konfrontację z pistoletem.
ALE! Poza murem różnych tragedii są zwykli ludzie, dokładnie tacy sami jak w innych dzielnicach. Są sklepikarze, którzy tępią złodziejstwo. Są ojcowie codziennie tyrający na budowach i matki sprzątające domy innych ludzi, żeby ich dzieci nie szły do szkoły głodne. Są chłopcy, którzy chcą być lekarzami i dziewczynki, które chcą zapowiadać pogodę w telewizji. Chrzciny w kościele i dyskoteki w barze. Czy ktoś mi powie, że to się tak bardzo różni od Wałbrzycha?
To jednak nie przekonuje statystycznego mieszkańca stolicy. Dla niego “tamci” to czarnuchy, bandyci, nieroby, dziwki, ćpuny i co jeszcze. Nawet moi młodzi koledzy, jak najdalsi od rasizmu swoich rodziców czy dziadków, powstrzymują się od komentarzy, ale do gości ze slumsów podchodzą z ostrą rezerwą.

Piszę tu dzisiaj o tym aż tyle, bo w końcu doszło na tym tle do tragedii. Dwa tygodnie temu, władze zlikwidowały takie nielegalne osiedle w jednej z najbiedniejszych dzielnic Buenos Aires: Villa Soldati. Ponad tysiąc osób, wszyscy z Boliwii i Paragwaju, poszło na bruk. Ale nie mieli zamiaru daleko się ruszać: rozbili obóz na pobliskim boisku. Na co spienili się pozostali mieszkańcy, wzięli pały i kamienie i ruszyli do akcji. Sceny, jakie można było oglądać w argentyńskich mediach, były z grubsza takie:

Bilans: cztery ofiary śmiertelne starć. Wszystkie ze wspomnianego miasteczka namiotowego.
Sprawa była tak głośna, że władze zakończyły ją ekspresowo. Kilka dni po starciach, squotersi wynieśli się sami w zamian za obietnice znalezienia im tymczasowego schronienia.

To jednak nie rozwiązuje identycznych problemów w innych częściach miasta. Według danych Miejskiej Komisji Mieszkalnictwa, Buenos Aires ma ponad 100 tys. budynków, które są zdatne do zasiedlenia, a obecnie stoją puste i czekają na lokatorów. Mimo to, w 16 stołecznych villach gnieździ się obecnie ok. 170 tys. osób, a kolejne 12 tys. w zupełnie prymitywnych obozowiskach.
Na zarzuty, że miasto wyrzuca całe rodziny na ulicę, nie zapewniając im nic w zamian, burmistrz Mauricio Macri (który w kampanii opowiadał bajki o mieszkaniach socjalnych) odpowiada, że nie ma na to kasy.

W przyszłym tygodniu sylwester. Buenos Aires ma jeden z najwspanialszych pokazów ogni sztucznych na świecie. Dział Zagraniczny nieśmiało proponuje, że może chociaż raz – szczególnie w dobie globalnego kryzysu – można by olać zielono-czerwone bum bum na niebie i przeznaczyć tę kasę na budownictwo. Ale w to nie wierzę nawet ja.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Typa, który strzela na powyższym filmiku oczywiście złapano. Policji próbował wcisnąć, że tak naprawdę to była zabawka. Dajesz, Bogdan!

PS2 Jeżeli ktoś chce zobaczyć, jak Villa 31 wygląda in motion, to:

Kolejny tydzień za nami

1. Koniec marzeń i chińskie koszmary w Lubumbashi

Dział Zagraniczny czekał na sensację, ale niestety było tak, jak obstawiali bukmacherzy: w finale Klubowych Mistrzostw Świata (w piłkę, oczywiście) Inter Mediolan rozbił 3:0 Tout Puissant Mazembe.

Założony przez Benedyktynów w 1939 roku zespół z Lubumbashi (Demokratyczna Republika Konga) zdążył wcześniej narobić kibicom sporo nadziei. Najpierw drugi raz z rzędu obronił tytuł w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. To dało im prawo do ponownego startu w Klubowych Mistrzostw Świata, na których zaledwie rok wcześniej doznali sromotnych upokorzeń, więc nikt się po nich za wiele nie spodziewał. Ale niespodziewanie dla wszystkich Kruki – jak fani nazywają drużynę – najpierw w ćwierćfinale pokonały meksykańską Pachucę 1:0, a w półfinale rozjechały brazylijski Internacional 2:0 i stały się pierwszą w historii afrykańską ekipą, która doszła do finału zawodów.

No i piękna historia skończyła się właśnie zawodem dla kibiców z Lubumbashi, którzy szybko znaleźli winnego: sędziego z Japonii. Z tym, że w mieście Japończyków nie ma, jest za to mnóstwo Chińczyków, więc fani uznali, że wszystko jedno i ruszyli plądrować sklepy i bary Azjatów. Ostatnie doniesienia są takie, że policja strzela.

Futbol: uniwersalna wspólnota uczuć!

 

2. Jamajczycy w ogóle się nie odzywają

Wikileaks ujawnia kolejne amerykańskie depesze. Tym razem o tym, pracownicy kubańskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych skarżą się kolegom (?) ze Stanów, że mimo ich wielu próśb, Jamajka kompletnie olewa sobie walkę z przemytem narkotyków. Kuba skarży, że na dwustronnych spotkaniach przedstawiciele południowego sąsiada “tylko siedzą i w ogóle się nie odzywają”. Dział Zagraniczny domyśla się dlaczego.

Wikileaks pewnie też, dowiadujemy się od nich bowiem, że Jamajka jest największym na Karaibach źródłem  marihuany przemycanej do USA. Dzięki Ci, Julianie Assange, bez Ciebie świat nawet by nie podejrzewał.

JamajkaMoże na Kubie negocjowali z tym panem? (Fot. JamaicaMax)

3. Makowiec na święta

Zostajemy przy narkotykach. ONZ ogłosiło, że w porównaniu z rokiem ubiegłym, uprawa makówek, z których uzyskuje się opium, wzrosła w Indochinach o 22 proc. Największy wzrost notuje Laos, gdzie 2010 przyniósł o 58 proc. więcej upraw.

Święta za pasem, turyści znowu zaleją Tajlandię i Wietnam, raczej olewając Laos. Dział Zagraniczny zawsze uważał, że mniej popularne państwa są bardziej interesujące. Cieszy, że ONZ jest tego samego zdania.

 

4. Ferst kys

Władze miejskie Tokio przegłosowały uchwałę, nakłądającą kary finansowe na wydawców mang, którzy nie przyhamują z niecenzuralnymi treściami, głównie scenami gwałtów na nieletnich. Wydawcy protestują. Wschodnia Ojima zapewne też. Dział Zagraniczny po prostu dzieli się filmikiem:

5. Choinką w partyzanta

Elitarne jednostki kolumbijskich komandosów, przy wsparciu helikopterów Black Hawk (te, co spadają w Somalii), wdarły się wgłąb kontrolowanego przez partyzantów z FARC regionu Macarena i przeprowadziły błyskotliwą akcję udekorowania 25-metrowej choinki. Serio. Rząd tak bardzo wierzy, że lampki i hasła “Zdemobilizujcie się, na Gwiazdkę wszystko jest możliwe” mogą skutecznie osłabić wroga, że ciągu kilku dni wojsko ubierze jeszcze 9 innych drzew w opanowanych przez marksistów okolicach.

Dział Zagraniczny wierzy za to, że ktoś odpowiedzialny za tę decyzję pewnie niedawno wizytował Laos.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Uchodźcy na dachu świata

Co robi człowiek po dostaniu się do nieba? Jeżeli to niebo jest na wysokości jakiś 7000 metrów n.p.m., a jego pradziadek urodził się po złej stronie granicy, to pewnie siedzi w obozie.

Nepal i Bhutan nie są nawet sąsiadami – są rozdzielone wąskim skrawkiem Indii – ale łączy je stutysięczna rzesza ludzi, do której żaden z krajów nie chce się przyznać.

Logiczniej zacząć od Nepalu. Jego mieszkańcy zawierają małżeństwa bardzo wcześnie i cenią sobie liczne potomstwo. W rezultacie kraj ma przyrost populacyjny około 2 proc. rocznie i co kilkadziesiąt lat podwaja mu się liczba obywateli. Wystarczy spojrzeć na liczby: w 1950 roku mieszkało ich tam 9 milionów, dziś jest ich aż 29. W kraju, który ma tylko 145 tyś. kilometrów kwadratowych powierzchni, z czego część stanowią niezamieszkiwalne Himalaje (między innymi Mount Everest) jest dla nich najzwyczajniej w świecie za ciasno. Trzeba emigrować.

UchodźcyPanoroma jednego z obozów, w których mieszkają niechciani Nepalczycy (Fot. John Lehmann/One In Six)

Tymczasem znacznie mniejszy Bhutan ma też mniej ludzi. Za to jeszcze do niedawna sporą potrzebę rąk do pracy. Pierwsi imigrancji z Nepalu zaczęli napływać do pobliskiego królestwa jeszcze pod koniec XIX w. Władze osiedlały ich w południowych regionach, które porastała gęsta dżungla. Przybysze karczowali zarośla, przygotowywali glebę i zakładali gospodarstwa rolne, które z czasem miały stać się spichlerzem dla reszty kraju.
Ale prawdziwa fala Nepalczyków zawitała w te strony dopiero w latach 60. Bhutan z rozmachem zabrał się za swoją infrastrukturę, między innymi w dwa lata zbudowano 200 km autostrady [Czy polskie Ministerstwo Infrastruktury o tym wie?] do Indii. Pracę dostawał każdy, kto się zgłosił, a ochotnicy pochodzili głownie z drugiej strony granicy i po zakończeniu roboty nie mieli ochoty tam wracać. I wszystko byłoby spoko, gdyby ktoś w stolicy nie wpadł na pomysł pierwszego w historii spisu powszechnego w 1988 roku.

Dla władz wyniki były wstrzącające. Okazało się, że Nepalczycy stanowią 1/3 populacji, a na południu są po prostu większością. Różniło ich pochodzenie etniczne. Religia (Bhutan jest absolutnie zdominowany przez buddyzm, Nepalczycy w większości wyznają hinduizm). Język, bo prawie nikt nie mówił w oficjalnie obowiązującym dzongkha. Nawet styl ubierania się był diametralnie różny
Nadszedł czas przymusowej “bhutanizacji”. Najpierw rząd wziął za wspomnianą garderobę: wszystkim obywatelom kazano przymosowo chodzić w tradycyjnym stroju północnych regionów, co w subtropikalnym klimacie południa nie było najlepszym wyborem. Później w miejscowych szkołach zakazano używania jakiegokolwiek innego języka poza dzongkha. Aż w końcu większość Nepalczyków w Bhutanie uznano po prostu za nielegalnych imigrantów. Gdy część z nich w gniewie wywołała zamieszki i puściła z dymem kilka sklepów, władze nie wahały się ani chwili: w 1990 roku wyrzuciły z kraju ponad 100 tys. ludzi.

Uchodźcy ruszyli do Nepalu, ale dawna ojczyzna się na nich wypięła, odmówiła przyznania obywatelstwa i wszyscy trafili do obozów prowadzonych przez UNHCR. Po kilkunastu latach bezsensownego czekania, aż może w końcu jedno albo drugie himalajskie państwo się nad nimi zlituje, część poprosiła społeczność międzynarodową o pomoc. Bezpaństwowców zgodziły się przyjąć kraje Zachodu, głównie Stany Zjednoczone. Według danych ONZ, w tym tygodniu poleciał tam uchodźca numer 40 000. Reszta wciąż wierzy, że Bhutan w końcu przyjmie ich z powrotem.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Oczywiście ani obozy uchodźców nie są na wysokości 7000 metrów, ani nikt tak wysoko nie mieszka i nie mieszkał, a już na pewno nie Nepalczycy w Bhutanie. Sceneria dzisiejszego odcinka, jak zresztą wynika z tekstu, jest subtropikalna i dość ciepła. Ale niebo, Himalaje itp. lepiej brzmią.

PS2 Strona internetowa filmu dokumentalnego o przeprowadzce uchodźców z jednego ze wspomnianych obozów do Kanady.

Paragraf na słowa

Jest taki kraj, gdzie za śpiewanie piosenek można trafić za kratki. Kuba? Białoruś? Korea Północna? Nie, słoneczna ojczyzna Bossa Novy: Brazylia.

Wiele osób pewnie żyje w przeświadczeniu, że mieszkańcy Rio de Janeiro budzą się przy “Mas Que Nada”, a spać kładą się kiedy wybrzmi Bebel Gilberto. Pewnie tak: w świecie, gdzie Radio Zet gra Chopina. W rzeczywistości okolice Chrystusa z Corcovado pulsują cięzkim basem i motorycznymi rytmami. W favelach rządzi funk carioca.

Wbrew nazwie, styl ma bardzo niewiele wspólnego z prawdziwym funkiem. W rzeczywistości wywodzi w prostej linii od Miami bassu, który eksplodował w Stanach w latach 80, a który DJ-e z Rio zaczęli szybko przerabiać na swoją modłę, w której rozkochała się młodzież ze slumsów. Od tamtej pory szybkie tempo i teksty o seksie zapełniają parkiety na wzgórzach. I denerwują ludzi z bogatszych dzielnic.

CorcovadoMniej metrów niż w Świebodzinie, za to soundtrack lepszy (Fot. O Globo)

Krytycy najczęściej oskarżają funk carioca o mizoginię, sprowadzenie kobiet do roli obiektów seksualnych i w ogóle wulgarność. Co jednak nie przeszkadza dziewczynom nie tylko zapełniać imprezy, ale i samemu nagrywać hity.
To, że komuś nie podoba się ocieranie krocza o tyłek może śmieszyć, ale są i poważne zarzuty. Część piosenek, określanych jako styl proibidão, “zabroniony”, jest bardzo brutalna w treści. Wokaliści ze szczegółami opisują morderstwa, strzelaniny i handel narkotykami. Część z nich, to po prostu czysta gloryfikacja konkretnych gangów, teksty są ewidentnie pisane na ich zamówiene.
Muzycy bronią się, że ludzie spoza slumsów nie rozumieją roli, jaką spełniają ich utwory.
– Funk to nasze CNN – mówi jego największa gwiazda, DJ Marlboro – Mieszkańcy faveli opowiadają w nim o tym co myślą, używając swojego własnego slangu.
Świetnym przykładem jest “Rap das Armas”, którego można posłuchać między innymi w znanym filmie “Elitarni”. Zaczyna się od wychwalania pięknych stron życia w Rio, żeby po chwili zagłebić się w opisy przemocy i korupcji, które nękają jego najuboższych mieszkańców.

Ale nie muzyka spotyka się z największym potępieniem, tylko imprezy, na których jest grana. Od nich bierze się zresztą nazwa, pod którą gatunek jest znany poza Brazylią: baile funk. Policja głosi, że są organizowane przez dilerów, żeby mogli na nich opchnąć większą ilość prochów. Ale zamiast wziąć się za zwalczanie narkotyków, stróże prawa wolą po prostu rozbijać dyskoteki.
– To zbieraniny szumowin – naczelny komendant Marcus Jardim nie pozostawia wątpliwości, co myśli o imprezowiczach – Nie mogę im zabronić tanczyć, ale mogę im to utrudnić.
Na zarzuty, że grają dla bandytów, zwięźle odpowiedział jeden z najbardziej znanych wokalistów, Ticão:
– Sami spróbujcie pomieszkać w faveli i powiedzieć tym typom, że dla nich nie zaśpiewacie.

Jednak ani Ticão, ani czterech innych jego kolegów, przez jakiś czas nie zaśpiewa dla nikogo. W środę zostali aresztowani pod zarzutem, że w swoich piosenkach “promują przemoc i wciągają młodzież w handel narkotykami”. Jeżeli sąd przychyli się do opinii, że słowa to przestępstwo, posiedzą za nie od 3 do 10 lat.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jeden z zatrzymanych, MC Galo, wystąpił wcześniej w filmie dokumentalnym “Favela on Blast”, który można było obejrzeć między innymi na ubiegłorocznej edycji Warszwskiego Festiwalu Filmowego. Kto nie zna, temu Dział Zagraniczny poleca. Trailer: