Archive

Archive for July, 2011

Najdroższe Big Maki świata kupują Téveza

W niedzielę zakończyła się Copa América. Piłkarskie Mistrzostwa Ameryki Południowej zawsze dostarczają prawdziwych emocji – nigdzie indziej futbol nie jest tak religijnie czczony, jak na tym kontynencie. Ale tegoroczna edycja, okazała wyjątkowo pełna niespodzianek. Jeżeli ktoś obstawiał zakłady, opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu i wyczuciu latynoskiej piłki, to musiał nieźle utopić pieniądze.

Nie ma tu sensu rozwodzić się nad całym turniejem, czy Urugwaj wygrał zasłużenie, czy nie, albo jak Wenezueli, gdzie piłka przegrywa z baseballem, udało się dojść aż do półfinału. Za to warto się przyjrzeć kompletnej kompromitacji dwóch czołowych potęg futbolowych świata (o kontynencie nie mówiąc): Argentyny i Brazylii.

Żadna z tych dwóch reprezentacji nie wyszła poza ćwierćfinały. Jedyny taki przypadek w historii Copy miał miejsce w 1939 r. i to dlatego, że… obie ekipy na tamten turniej po prostu nie pojechały. Albicelestes i Canarinhos zawiedli już w swoich pierwszych meczach grupowych, remisując z przeciwnikami, których powinni rozjechać jak walec, a kompletnie zbłaźnili się w ostatnich spotkaniach: ci pierwsi, bo nie potrafili wygrać, mimo, że praktycznie całą połowę grali z przewagą jednego gracza, a ci drudzy, bo w karnych nie strzelili nawet jednej bramki.

Blamaż obu ekip jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się, co dzieje się na piłkarskim podwórku dwóch krajów, które eksportują największe na świecie ilości piłkarzy do bogatych klubów Europy. A dzieją się rzeczy zupełnie przeciwstawne.

Argentyński futbol przeżywa najgorszy kryzys w swojej historii. O tym, dlaczego, możecie przeczytać w moim tekście, który dziś na swoich stronach publikuje tygodnik “Polityka”.

Polityka o argentyńskim futbolu

W tym samym czasie, kluby brazylijskie zaczynają niespodziewanie konkurować na rynku z europejskimi. Już nie sprzedają graczy na stary kontynent, teraz ich odkupują. Za rekordowe sumy.

Tuż po tym, jak Carlos Tévez nie strzelił karnego, który decydował o argentyńskim być albo nie być na Copa América, klub Corinthians z Sao Paulo ogłosił, że jest gotowy odkupić napastnika od angielskiego Manchester City za 40 milionów. FUNTÓW! Takie sumy na piłkarzy wydaje tylko znany z rozrzutności Real Madryt.
Tévez nie byłby pierwszą wielką gwiazdą, którą brazylijska liga wyciągnęła z Europy. O ile o transferach Ronaldo i Ronaldinho można by powiedzieć, że był to powrót przebrzmiałych gwiazd (w przypadku tego drugiego, może jednak trochę mniej), to decyzja o zmianie kontynentu przez Fabiano czy Denilsona o czymś świadczy.

To zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się w Argentynie. Tamtejsze kluby, zagranicznych graczy sprowadzają z takich miejsc, jak Kolumbia czy Paragwaj, a rodzime gwiazdy jak najszybciej wyprzedają za ocean. Efekt? W biało-błękitnej koszulce reprezentacji na tegorocznej Copie biegał tylko jeden zawodnik, który na co dzień występuje nad La Platą. Dla porównania: w kadrze Brazylii, znalazło się miejsca dla siedmiu piłkarzy z rodzimej ligi.

Skąd taka różnica? Kasa, misiu. No i korupcyjny burdel w związku piłkarskim, który w pierwszym kraju wciąż ma się doskonale, a w drugim został zwalczony dekadę temu.

Argentyna i BrazyliaArgentyno, weź przykład z sąsiada i posprzątaj na podwórku

“Ekonomia, głupcze” – hasło Billa Clintona w futbolowym świecie okazuje się jak najbardziej prawdziwe.
Brazylia to dziś jedno z najszybciej rozwijających się państw świata, potęga regionalna, a już niedługo – zdaniem wielu analityków – i światowa. Wzrost gospodarczy jest imponujący: w zeszłym roku 7,5 proc. Sao Paulo jest dziesiątym najdroższym miastem na świecie, Rio de Janeiro usadowiło się dwa miejsca dalej. To drugie ma dzielnicę Leblon, gdzie metr kwadratowy kosztuje więcej niż w apartamentach na nowojorskiej Piątej Alei (z widokiem na Central Park). Nigdzie indziej nie ma tak drogich Big Maców! W samym tylko Sao Paulo mieszka 21 miliarderów (dolarowych). To więcej niż w Los Angeles.
Brazylijski cud ekonomiczny ma naturę szkatułową. To znaczy, że wewnątrz dużego wzrostu, dzieje się też mały. Innymi słowy – w przeciwieństwie do sytuacji w innych ubogich państwach, które nagle zaczynają się gwałtownie bogacić, w Brazylii nie puchną portfele tylko tych najbogatszych. Dzięki programom wyrównywania szans, w ciągu kilkunastu lat bieda w tym kraju zmniejszyła się jak nigdzie indziej. Połowa najuboższych zarabia dziś 68 proc. więcej niż przed dekadą, a sama bieda skurczyła się aż o 2/3. Przez nieco ponad dziesięć lat, klasie średniej przybyło ponad 30 mln osób!

Innymi słowy: od kilku lat Brazylijczycy mają coraz więcej kasy. A na coś trzeba ją wydać. Więc wydają – na piłkę.

Sam tylko klub Flamengo z Rio de Janeiro, ma 35 milionów kibiców. 35 milionów! To prawie cała Polska. Botafogo, zdecydowanie mniej popularny rywal z tego samego miasta, to i tak prawie 5 mln zadeklarowanych fanów. Można wymieniać dalej. Ci wszyscy ludzie są gotowi kupować nie tylko bilety na wszystkie mecze, ale też koszulki, szaliki, oficjalne fanziny i całą okolicznościową produkcję, jaka towarzyszy futbolowym emocjom. Coraz częściej decydują się też na zakładanie kablówki z płatnymi kanałami sportowymi, które transmitują spotkania ich drużyn. Więc za możliwość ich pokazywania, stacje telewizyjne odpalają klubom coraz większe miliony.

MaracanaW Rio mecz ligowy wygląda lepiej niż sylwester pod Pałacem Kultury (Fot. Travelpod)

Tyle, jeśli chodzi o pieniądze. A co z chorym systemem?

Jeszcze dekadę temu, brazylijska liga była siedliskiem korupcji, nepotyzmu i wszystkiego najgorszego, co da się wymyślić. System rozgrywek był tak skomplikowany i tak często zmieniany, że mało co można było z niego zrozumieć, poza jednym oczywistym wnioskiem – że zarabiają na tym ludzie związani z Ricardo Teixeirą.
Teixeira stanął na czele Brazylijskiego Związku Piłki Nożnej w 1989 r. i od tamtej pory nie przestał być oskarżany o łapówkarstwo. Miał czerpać dochody z niekorzystnych dla reprezentacji kontraktów ze sponsorami, oszukiwać na podatkach i przyjmować łapówki za sprzedaż praw do retransmisji kolejnych mundiali. Prezes był jednak nietykalny. Być może dlatego, że nie szczędził grosza na kampanie polityczne wpływowych kolegów, a w końcu sam postarał się o mandat w parlamencie (i immunitet).
Zasady gry zmieniły się, kiedy do władzy doszedł Lula. Samego Teixeiry nie mógł co prawda ruszyć (ma zostać na stanowisku do zakończenia Mistrzostw Świata w 2014, które organizuje Brazylia), ale wziął się za całą jego mafijną sitwę.
Reformy sprawiły, że wszystkie duże kluby zaczęły być traktowane jak zwykłe przedsiębiorstwa. Jawne musiały być wybory do ich władz, jawne rachunki. Za korupcję zaczęły grozić surowe kary. Najbardziej skompromitowanych działaczy wyrzucono na pysk, reszcie kazano się zmienić, albo podzielić los kolegów.
Podziałało. Rozgrywki zaczęły być przejrzyste, a kluby rosły w siłę, zamiast kręcić się wokół własnego ogona.

teixeiraKorupcja? Mógłby Pan to przeliterować? (Fot. AP)

Czy to znaczy, że Brazylia – w przeciwieństwie do Argentyny – uzdrowiła swoją piłkę jak za dotknięciem magicznej różdżki? Nie do końca.

Kluby zarabiają coraz większe pieniądze, ale zanim zaczną robić z nich pożytek, muszą spłacić wierzycieli. Drużyny toną w gigantycznych długach sprzed lat, które dopiero zaczynają regulować. Na zakup piłkarzy takich jak Tévez, czy Ronaldinho, po prostu ich nie stać. Ich pensje w rzeczywistości wypłacają prywatni wspólnicy, na ogół wielkie firmy, które w zamian oczekują udziału w zyskach, jakie przynoszą ich inwestycje (kasa ze sprzedaży koszulek, część honorariów z reklam itd).

W lidze wciąż pełno skandali, najpoważniejszy w ostatnich latach, to na pewno przypadek Bruno de Souzy, kapitana Flamengo, który zamordował swoją kochankę (a wcześniej porwał i zmusił do aborcji).

W dodatku, cały brazylijski wzrost gospodarczy może się zawalić jak domek z kart. Latynoskiego giganta często porównuje się do Chin, ale o ile komunistyczne mocarstwo napędza tania produkcja i eksport, o tyle siłą napędową Brazylii jest ogromna konsumpcja. Stąd coraz wyższe ceny, stopy procentowe na poziomie 12 proc., czy potężny real – w ciągu kilku ostatnich lat, umocnił się w stosunku do dolara aż ośmiokrotnie. Gospodarka się po prostu przegrzewa. Rząd robi wszystko, żeby trochę wyhamować, ale jak na razie, niewiele się dzieje.

Prognozy są mieszane. Bańka musi w końcu pęknąć, co do tego zgadzają się wszyscy. Ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Większość ekonomistów przewiduje, że nie w ciągu najbliższych kilku lat, bo kraj będzie gospodarzem mundialu w 2014 r. i Igrzysk Olimpijskich w 2016 (oraz Pucharu Konfederacji w 2013 i następnej Copa América w 2015, choć te dwie imprezy nie będą miały aż takiego przełożenia na sytuację ekonomiczną), co z pewnością podtrzyma dobrą formę. Pytanie: co potem? Brazylijczycy raczej nie oszczędzają, większość nowej klasy średniej ma na głowie po kilka kredytów, za które kupują mało wartościowe dobra (telewizory, komputery, zestawy kina domowego itd.). Jeżeli przez najbliższe kilka lat, rząd nie zajmie się poważnym rozwiązywaniem tego problemu, to największy kraj kontynentu czekają bardzo, bardzo poważne kłopoty.

A wówczas Corinthians lekką ręką kolejnych 40 baniek nie wywali.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Andrzej Zaucha prezydentem

O Haiti można powiedzieć wiele złego. W zasadzie, jeżeli się zastanowić, to można powiedzieć praktycznie tylko złe rzeczy. Bieda, przemoc, korupcja, bezrobocie, analfabetyzm. To kraj, z którego mieszkańcy uciekają nawet na Kubę, która – powiedzmy sobie szczerze – nie jest powszechnym marzeniem emigranta.
Jeżeli jednak chcielibyśmy koniecznie rzucić jakiś komplement pod adresem tego kraju, to ten na pewno pasuje: Haiti knows how o party.

To będzie krótki post, nie ma się co rozwodzić. Chodzi o to, że prezydenckiej rodzinie idzie śpiewająco. Dosłownie.
Michel Martelly rządzi krajem od maja. Ale zanim rok wcześniej wygrał wybory, na ulicach Port-au-Prince znany był po prostu jako Sweet Micky. I każdy taksówkarz w mieście miał przynajmniej jedną jego kasetę w samochodzie.

Sweet MickyDział Zagraniczny głosowałby na tego kandydata

Sweet Micky przez lata był dla Haiti tym, czym dla Polski byłby Andrzej Zaucha, Piasek i Ryszard Rynkowski, gdyby dało ich się połączyć w jedno.
Zaczynał dwie dekady temu, rewolucjonizując kompas, narodowy styl muzyczny Haiti. Podobny do merengue (chociaż akordeon nie odgrywa tu nawet w połowie tak ważnej roli), jest jednak wolniejszy, a jego cechą szczególną jest charakterystyczny rytm bębnów. Od połowy XX w. wykonywały go dość liczne zespoły, aż w latach 80. syntezatory Casio poleciały w dół z ceną i rynek przeżył inflację. Każdy, kto był choć trochę muzykalny i miał parę groszy na keyboard, mógł skrzyknąć trzech ziomków i założyć kapelę. A dla właścicieli klubów, dwa razy mniejszy koszt za chłopaków, którzy zagrają to samo (choć może z nieco bardziej syntetycznym dźwiękiem), był jak dar z nieba. Wkrótce całą wyspę opanowała Nouvelle Génération, na czele której stał właśnie Sweet Micky.
Martelly zaczął mieszać tradycyjny kompas z disco, które w Stanach właśnie zastępowało funk, a potem dodawał elementy salsy, reggae, soca czy zouk. Nie byłoby jednak sukcesu, gdyby nie teksty. Prześmiewcze, łączące kabaret z poważnymi obserwacjami socjologicznymi, podane w ostrym, czasem po prostu wulgarnym sosie. Micky potrafił komentować otaczającą go rzeczywistość jak nikt inny. A przede wszystkim, wiedział jak śpiewać o dziewczynach i do dziewczyn. Stąd “Sweet”. Po kraju szła fama, że na scenie robi show jak nikt inny, więc na koncerty waliły tłumy. Efekt? Każdy kolejny singiel stawał się natychmiastowym hitem. Najbardziej znanym poza granicami Haiti, jest chyba “Pa Manyen”:

Co ciekawe, Martelly nigdy nie stronił od władzy. Kumplował się z większością klasy politycznej, przybijał piątki z ludźmi, którzy w takim, czy innym momencie byli zamieszani w zamachy stanu, czy łamanie praw człowieka. Choć równocześnie wciąż potrafił ich ostro krytykować – był jednym z najgłośniejszych przeciwników Jean-Bertranda Aristide’a. Jednak decyzja o tym, żeby kandydować w zeszłorocznych wyborach, dla wielu była prawdziwym zaskoczeniem.
Sweet Micky doskonale wiedział co robi. Na wyspie znał go dosłownie każdy i to od 20 lat. Kojarzył się prawie wyłącznie dobrze, od dawna angażował się w liczne akcje humanitarne, a dzięki całej walizce hitów, nawet nie musiał robić kampanii wyborczej – wystarczy, że w radiu zagrali choć jedną jego piosenkę. Zresztą, wiece, które urządzał i tak bardziej przypominały koncerty, niż mitingi polityczne.
Efekt? Przeszedł do drugiej tury, a tam z łatwością pokonał popieranego przez ówczesny rząd kontrkandydata. Skończył się Sweet Micky. Karierę zaczął Michel Martelly.

Prezydent MartellyCo, jak co, ale mikrofon prezydentowi Haiti niestraszny (Fot. Jim Watson/AFP)

Warto to wszystko przypomnieć, bo na Haiti właśnie wraca Micky. Tyle, że nie Sweet, a Ti. Ti-Micky znaczy bowiem “Mały Micky”, a jego prawdziwe imię to Sandro Martelly. 18-letni syn prezydenta właśnie wydał swoją debiutancką płytę. Pierwszy singiel? Proszę bardzo:

Co ciekawe, to pierwszy solowy album Małego. Wcześniej nagrywał już z bratem, Olivierem (to ten od Big O Productions). Który – oczywiście – też rozwija swoją karierę muzyczną:

Parę lat robi swoje, bracia wyraźnie podrośli od ostatniego hitu:

No i tu niespodzianka. Kogo widzimy przez pierwsze minuty nagrania? Tajest – Wyclef Jean, live and kicking. Niedoszły przeciwnik Martelliego w wyborach.
Wyclef zrobił niesamowitą karierę w Stanach, najpierw z The Fugees, a potem solo. Ale nigdy nie zapomniał o Haiti, skąd wyjechał w wieku 9 lat. Do dziś nagrywa z lokalnymi artystami, wydaje składanki z ich muzyką i jest przewodniczącym Yéle Haiti fundację dobroczynną, wspierającą dzieciaki na wyspie. W zeszłym roku najwyraźniej uznał, że to nie wystarczy i postanowił zrealizować program własnego przeboju:

Jean kumpluje się z Martellim i nie wiadomo, jak by się to odbiło na ich przyjaźni, gdyby musieli rywalizować w wyborach. Na szczęście (?) do tego nie doszło, bo komisja wyborcza zabroniła Wyclefowi startu z powodów proceduralnych (choć, zdaniem wielu, to wybieg, bo urzędnicy wycinali wówczas wszystkich, którzy mogliby zagrozić kandydatowi rządu, Sweet Micky o mały włos też nie został skreślony).

Tak, czy inaczej, Haiti rządzi dziś gwiazda muzyki. Która ma w odwodzie dwie pociechy, będące na najlepszej drodze do zostania gwiazdami. Czy za sukcesem w szołbizie podąży kariera polityczna, śladami ojca? Dopiero zobaczymy, ale w razie, gdyby Haiti chciało odpocząć od rodziny Martellich, to zawsze może sobie wybrać innego śpiewającego prezydenta. Ich najlepszego ziomka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jakiś czas temu, wiele nagród zdobył film dokumentalny “Ghosts of Cité Soleil”. Cité Soleil, Miasto Słońca, to najgorszy slums na Haiti. Film opowiada o terroryzujących go gangach, a konkretnie dwóch jego przywódcach, braciach Billym i Haitan 2Pac’u. Obaj się kochają i nienawidzą, obaj są bezwzględni i okrutni, i obaj chcieliby się wyrwać z piekła, w którym przyszło im żyć. Pierwszy – zostając prezydentem. Drugi – nagrywając rap i uciekając do Stanów. Jest taka scena, gdzie dzwoni właśnie do Wyclefa, puszcza sobie na kasecie podkład i rapuje mu do słuchawki, a na koniec mówi: “Wyclef, musisz mi pomóc, bo ja tu zginę”.
Naprawdę warto obejrzeć:

Super Street Fighter IV na liście UNESCO

Jak powinien wyglądać prawdziwy macho? Proste: mocno naoliwiony tors i obcisłe skórzane portki. To nie najnowsza moda nowojorskiej bohemy, tylko tradycja ojczyzny wąsa – Turcji. Rodacy Orhana Pamuka od kilkuset lat smarują się dokładniej niż swego czasu Arnold na zawody kulturystyczne, a potem przez kilka godzin próbują sobie wcisnąć rękę w spodnie. Brzmi fajnie? Od teraz też godnie, bo UNESCO klepnęło Turkom piąteczkę i wpisało zwyczaj na listę światowego dziedzictwa ludzkości.

Smarowanie oliwąŚwiatowe dziedzictwo krótko przed startem (Fot. Umit Bektas/Reuters)

Pole Walecznych to kawał łąki – 4 tys. metrów kwadratowych – ale na pierwszy rzut oka trudno się domyślić, że raz w roku zamienia się w mekkę wielkich jak dąb facetów, którzy chcą się oblać oliwą i poturlać po trawie. A jednak. Każdego czerwca, położone na zachodzie kraju Edirne, na trzy dni staje się areną najstarszego uregulowanego sportu walki na świecie. Zapasów w oleju właśnie.

Jest tak. Najpierw wszyscy gromko śpiewają hymn, którego wersy zawierają perełki w rodzaju “czuję, że zaraz umrę z podniecenia” i “splamioną potem trawę czuć oliwą”, a potem na łąkę wytacza się półtora tysiąca byków, i czterdziestu facetów z bębnami, które nie umilkną nawet na chwilę. Co, jak co, ale Turcy wiedzą, co to impreza.

Zasady są proste. Żadnego uderzania. Żadnego kopania. Żadnego gryzienia. W ogóle, wszystko co mogłoby spowodować trwałe obrażenia jest zakazane. To zapasy – masz przeciwnika zdominować i poddać. No i tu zaczynają się schody. Bo zgodnie z tradycją, zawodnicy smarują się przed walkami oliwą. Kolega rzuci się na extra virgin i masz problem. Jak tu założyć nelsona, kiedy facet ci się wyślizguje? Jak wyciągnąć dźwignię na staw łokciowy? Jak wykonać suples, skoro nawet nie możesz go złapać? No więc, okazuje się, że możesz – za portki.
Kispet, bo tak się nazywają te skórzane gacie, może i wygląda spoko na koncercie w Bolkowie, ale w Edirne to największy wróg zapaśnika. Przeciwnik będzie za wszelką cenę starał się użyć ubrania do wywrócenia cię i przytrzymania na ziemi. Najlepsza strategia? Załadować rękę głęboko za pas. Jak to wygląda? Popatrzmy:

Powiedzmy sobie szczerze. Te zapasy, to najlepsze, co wyszło z Turcji, zaraz po Tureckim Star Treku:

Tymczasem, w rzeczywistości…
Pojedynek można też wygrać, rozrywając przeciwnikowi spodnie. Co podobno czasami nawet się zdarza i Dział Zagraniczny może tylko zgadywać, że jest nagradzane uszami byka. Ale na ogół trzeba walczyć do poddania drugiego zawodnika, co (w przeciwieństwie do senegalskich zapasów), nie trwa trzy sekundy. Jeszcze w czasach, kiedy turecki sweter był na polskich prywatkach inwestycją równie pewną co wąs Abdullaha Öcalana, walki mogły toczyć się i po kilka godzin, a kiedy nie było pewnego zwycięzcy, przekładano je na następny dzień. Tak podobno było z pierwszym legendarnym pojedynkiem, jaki mieli toczyć między sobą dwaj bracia, służący razem w armii sułtana. Bój miał być tak zacięty, że trwał cały dzień i całą noc, aż przed kolejnym wieczorem obaj zmarli z wycieńczenia. Noł mor! Nowoczesność wdarła się nawet do sportu tak pradawnego, że mimo oczywistych przesłanek, nikomu w muzułmańskim kraju nie przychodzi do głowy jego delegalizacja. Teraz walka trwa pół godziny, a jeżeli to nie starczy na wyłonienie niekwestionowanego zwycięzcy, jest dodatkowy kwadrans, kiedy można wygrać na punkty.

ZapasyDział Zagraniczny widzi tu dogrywkę Paragwaju z Brazylią (Fot. Reuters)

Żarty, żartami, ale wielu zawodników to prawdziwi twardziele z osiągnięciami w dziedzinach bez pierwszego tłoczenia. Mehmet Yesilyesil oprócz dwukrotnego mistrzostwa w Edirne, stawał także na podium Mistrzostw Europy w zapasach klasycznych. Podobno czerwcowy festiwal regularnie zaszczycają swoją obecnością członkowie kadry narodowej.

Nad Bosforem tradycja jest tak popularna, że Turcy zabrali ją ze sobą za granicę. Zawody odbywają się w Niemczech czy Holandii. Co nie dziwi. Ale dyscyplina zdobyła też pewną popularność w… Japonii. Co, zastanowieniu, dziwi chyba nawet mniej. Być może dlatego w “Super Street Fighter IV” można pograć Hakanem, którego styl bazowy to właśnie zapasy w oliwie. Dział Zagraniczny musiał to sprawdzić, bo nie ukrywajmy: czy jest ktokolwiek na świecie (poza Japonią), kto kiedykolwiek grał w “Super Street Fightera IV”? Po co w ogóle tracić czas na jakiegokolwiek Street Fighter, który był po dwójce? No, może jeszcze “Super Street Fighter II”. Ale już “Super Street Fighter II Turbo” i wszystko, co nastąpiło potem, to jak filmy Wajdy po 1989.
No, ale jednak. Hakan w całej swojej krasie:

HakanHakan już wie, że bez oliwy nie ma stylóweczki

Kiedy w 1997 r. wyszedł “Tekken 3”, najfajniejszą postacią okazał się Eddy Gordo i za jego sprawą nagle miliony pryszczatych nastolatków na wschód od Berlina dowiedziały się o istnieniu capoeiry (chyba, że ktoś wcześniej widział “Only the strong”, film tak słaby, że na jego emisję nie zdecydował się chyba nawet Polsat w czasach, kiedy po “Na celowniku” od razu dawali “Tequila i Bonetti”).
Czy Hakan powtórzy ten sukces i łąki warmińsko-mazurskiego zaroją się od oliwnych zapaśników? Dawaj na ring.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W 1995 r. Stephen Dupont zdobył drugą nagrodę (w kategorii fotoreportaż-sport) na World Press Photo, właśnie za zdjęcia tureckich zapasów. Bardzo polecam obejrzenie archiwalnej galerii.

Mlekiem i miodem

Róg Afryki pustoszy najgorsza susza od 60 lat. Deszcz widziano w tych stronach ostatni raz jakieś 20 miesięcy temu, a synoptycy przekonują, że przed wrześniem nie spadnie ani jedna kropla wody. Głód dotyka już ponad 12 mln ludzi, niedożywionych jest aż połowa wszystkich pięciolatków. W samej tylko Somalii, co miesiąc 15 tys. osób ucieka ze wsi przed pewną śmiercią. Jeszcze przed kryzysem, duża część pasterzy wyprzedawała większość swoich zwierząt, bo nie byli w stanie utrzymać dużych stad – dziś są za małe, żeby można było z nich żyć.
Jest jednak takie miejsce, gdzie podobne doświadczenia sprzed kilku lat dały mieszkańcom sporo do myślenia. I mocno zmieniły ich styl życia.

Somalia suszaONZ ma na dniach ogłosić pierwszą od 1992 r. klęskę głodową w regionie (Fot. Roberto Schmidt/AFP)

Cztery lata temu, wielu mieszkańców dystryktu Kajiado, jakieś 100 km na południe od kenijskiej stolicy Nairobi, myślało, że świat się kończy.
– Miałem ponad dwieście krów – wspomina Ezekiel ole Kiai – Ale wszystkie padły podczas tamtej suszy.
Brak deszczu dał się wtedy we znaki całej Kenii, ale dla zamieszkujących ją Masajów był wręcz katastrofalny: z głodu padło 70 proc. ich krów. A Masaj bez krowy, to już nie Masaj.
Półkoczownicze plemię to wręcz archetyp pasterskiej społeczności. Jego członkowie wierzą, że to bóg dał im bydło i mają obowiązek się nim opiekować (pierwotna wersja mówiła wręcz, że są jedynymi, którzy mają do tego prawo, co usprawiedliwiało krwawe wyprawy łupieżcze na sąsiadów). Podstawą ich diety jest mleko, ale zużywają go na swoje potrzeby stosunkowo niewiele, więc tuczą się na nim cielaki, z których wyrastają potem wielkich rozmiarów krowy. Często upuszcza im się trochę krwi, która – zmieszana z mlekiem – jest świetnym źródłem protein, ale same zwierzęta zabija się na mięso stosunkowo rzadko. W hodowli a la Masaj idzie o ilość – im większe masz stado, tym sam jesteś większy we własnym stadzie.

Dlatego wydarzenia sprzed kilku lat były takie dramatyczne.
– Bez zwierząt, ludzkie ego jest zdruzgotane – wyznaje szczerze inny poszkodowany w tamtym czasie, Larinkoi ole Kone. Z jego 70 krów, pamiętną suszę przeżyły tylko 3. Mężczyzna dramatycznie poszukiwał sposobu, w jaki mógłby wyżywić swoje dwie małżonki i dziesiątkę dzieci. I znalazł: pasieki.
Lokalna organizacja pozarządowa rozwijała akurat program pszczelarski. Warunki są – większość kwiatów, które kupujemy w Europie, pochodzi właśnie z Kenii. Wcześniej próbowano już Masajów przekonywać do urozmaicenia zajęć, ale dumni pasterze gardzili wszystkimi propozycjami. Jednak, kiedy głód zajrzał im w oczy, szybko zmienili zdanie.

Masajowie i miódTeraz Kajiado płynie nie tylko mlekiem, ale i miodem (Fot. Peterson Githaiga/Daily Nation)

Zaczęło się skromnie. Pierwsza grupka chętnych dostała kilka uli i podstawowe przeszkolenie. Na początku nie mieli nawet żadnych strojów ochronnych, więc chodzili zbierać miód tuż przed wschodem słońca, kiedy pszczoły są rzekomo bardziej otępiałe. Co i tak nie uchroniło ich przed setkami użądleń. Nie mieli tej przewagi, co ich konkurencja – mangusty.
– Pierdzą – podsumowują krótko Masajowie.
Mangusty mają mistrzowską taktykę. Po prostu puszczają gazy dookoła ula, a gdy pszczoły zostaną przepłoszone, dobierają się do miodu. Problem złodziei rozwiązały dopiero specjalne zatrzaski, których zwierzęta nie potrafią otworzyć.

Pomysł chwycił. Okazało się, że zbierany co trzy miesiące miód doskonale sprzedaje się w stolicy. Dziś pszczelarstwem zajmuje się ponad 600 Masajów w całym regionie. Zarobki zupełnie przerosły ich oczekiwania, więc nie oszczędzają, tylko wydają wszystko na to, co ich zdaniem najważniejsze – edukację dzieci i… krowy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Skok bez spadochronu

Sebastián Piñera, prezydent Chile, lubi sobie polatać. Stać go: jako jeden z najbogatszych ludzi w kraju, do objęcia urzędu miał 30 proc. akcji LAN, jednej z największych linii lotniczych na kontynencie (po ślubowaniu sprzedał). Ale na tym Sebastianowi wcale nie dość – gdy mu się nudzi, siada za sterami prywatnego helikoptera i leci w nieznane. Zaledwie w styczniu wywołał spory skandal, awaryjnie lądując swoją maszyną na środku ruchliwej autostrady, jakieś 200 km na południe od stolicy.
– Zabrakło mi paliwa – tłumaczył się rozbrajająco.
Najwyraźniej ostatnio doszło mu jeszcze jedno hobby: skoki ze spadochronem. Piñera poszybował w dół 9 miesięcy temu i wciąż spada. Z każdym tygodniem jest coraz niżej, ale wciąż jeszcze nie otworzył plecaka. Nie wiadomo nawet, czy w ogóle ma jakikolwiek spadochron.

Pinera i gornicyCzłowiek który pikuje w dół jak kamikadze, pierwszy z prawej (Fot. Reuters)

Chodzi oczywiście o sondaże. Gdy w styczniu 2010 r. Piñera wygrywał wybory jako pierwszy prawicowy kandydat od obalenia dyktatury Pinocheta, jego przewaga była minimalna (51 proc. głosów) i większość analityków była zgodna, że sukces zawdzięczał w zasadzie tylko temu, że jego rodacy byli już najzwyczajniej w świecie zmęczeni rządzącą od 20 lat lewicą. Nikt nawet w żartach nie wróżył, że mógłby zdobyć poparcie choćby zbliżone do tego, jakim cieszyła się odchodząca z urzędu Michelle Bachelet, najpopularniejszy polityk w historii kraju. Ale wtedy Chile niespodziewanie nawiedziły dwie katastrofy, które wystrzeliły nową głowę państwa w powietrze.
Najpierw, w lutym, kraj zdewastowało największe trzęsienie ziemi od pół wieku. Piñera, wtedy jeszcze jako prezydent elekt (ślubowanie miał dopiero w następnym miesiącu), zareagował błyskawicznie. Obleciał swoim helikopterem wszystkie najbardziej dotknięte przez kataklizm rejony, aktywnie włączył się do akcji ratunkowej, obiecał szeroki plan pomocy ofiarom i nie zapominał, żeby w każdym momencie mieć przy sobie choć jednego fotografa. Prawdziwy przywódca i to w momencie, kiedy naród najbardziej go potrzebuje. A w kilka miesięcy później, pod ziemią utknęło słynnych 33 górników, o których trąbiono dzień w dzień nawet w Polsce. Gdy na powierzchnię wyciągano ostatniego z nich, Piñera już czekał, żeby uścisnąć go w błysku fleszy. Jego notowania w sondażach dosłownie eksplodowały. Gdyby wtedy mogli, Chilijczycy wybraliby go papieżem i miss świata jednocześnie.

Fast forward o jeden okres ciążowy do przodu i sondaże przenoszą nas w zupełnie inną rzeczywistość. Badanie instytutu Adimark pokazuje, że prezydenta popiera tylko 31 proc. respondentów. 60 proc. ocenia go źle. Zdaniem wyborców, jedyna dziedzina, w której rząd sobie radzi, to polityka zagraniczna.

Sondaze

Skąd taka drastyczna zmiana? Bo od akcji ratunkowej górników, rząd zalicza wpadkę za wpadką.
Podczas kampanii wyborczej, Piñera obiecywał, że jako jeden jako prezydent utworzy milion nowych miejsc pracy. Chociaż osiągnął niecałą połowę, to i tak ogłosił sukces. Wielu Chilijczyków czuje się po prostu nabitych w butelkę.
W styczniu, położonym najdalej na południe Regionem XII wstrząsały ogromne protesty przeciw podwyżce cen gazu, który w tak zimnym klimacie jest dla mieszkańców jednym z dóbr podstawowych. W Araukanii wciąż toczy się brutalny konflikt pomiędzy rządem a indianami Mapuche, co jakiś czas niepokoje wybuchają również na Wyspie Wielkanocnej.
Plany budowy tam na dwóch rzekach w Patagonii (co prawdopodobnie wiązałoby się z dużym zanieczyszczeniem tych dziewiczych terenów) wzbudziły taki gniew większości Chilijczyków, że wart 3 mld dolarów projekt trzeba było ostatecznie zamrozić.
Tegoroczne demonstracje uczniów i studentów, domagających się lepszego zarządzania edukacją, sparaliżowały stolicę. Piñera zareagował jak zwykle – składając obietnice i nie mówiąc niczego konkretnego.
W dodatku lwia część jego rodaków nie może mu darować, że w proteście przeciwko jego zakulisowym machinacjom w lokalnym związku piłki nożnej, do dymisji podał się Marcelo Bielsa, człowiek który dosłownie w pojedynkę odbudował piłkarską reprezentację i doprowadził ją na Mundial w RPA. W latynoskim kraju to naprawdę nie jest sprawa drugorzędna.

Piñera wykładał się na każdym kroku i już wydawać by się mogło, że niżej w sondażach spaść nie może. A jednak. Jest szansa. Bo po raz pierwszy od 20 lat, strajk ogłosili właśnie górnicy zatrudnieni w państwowym molochu Codelco. Praca stanęła na 24 godziny w kilkunastu kopalniach w całym kraju. Związkowcy nie zgadzają się na reformy, które ich zdaniem, doprowadzą do masowych zwolnień.

Czy polityk, który największe poparcie w życiu zdobył dzięki górnikom, teraz z ich powodu sięgnie dna? Zobaczymy. Na razie, spadochron wciąż się nie otworzył.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Pompeje Patagonii

Wulkanolog przybywa na wieś o nazwie Góra Dantego, nazwanej tak od długo uśpionego wulkanu, która niedawno została obwołana drugim najbardziej pożądanym miejscem do życia w Ameryce i odkrywa, że Góra Dantego może się obudzić w każdej chwili.

To zamieszczony na stronie IMDB skrócony opis (w tłumaczeniu własnym) fabuły filmu katastroficznego o tytule – zaskoczenie! – “Góra Dantego” (choć “peak” to po angielsku raczej “szczyt”, ale co to dla lingwistów odpowiedzialnych za “Wirujący seks”). Wulkanologiem jest Pierce Brosnan i to w zasadzie jedyne, co dobrego można powiedzieć o tej produkcji (może jeszcze, że za kamerą stał Andrzej Bartkowiak). Niestety, dzieło nakręcono jeszcze w 1997 r., więc większość z czytających te słowa zdążyła już pewnie być nim skatowana co najmniej trzy-cztery razy: czy to przez Polsat, czy też kierowców w autokarach do Holandii. Dział Zagraniczny może część scen cytować z pamięci. Dramat, po prostu.
W każdym razie, w trakcie filmu, absolutnie przepiękne miasteczko położone w górach nad krystalicznie czystym jeziorem, otoczone gęstymi lasami, w których jedno gorące źródło goni drugie, zostaje całkowicie zniszczone. W ostatniej scenie tego arcydzieła, kamera przelatuje nad jego ruinami, a na końcu pokazuje wulkan, który całkowicie się już wypalił i została z niego żałosna kupka gruzu. I to jest właśnie ten moment, kiedy Dział Zagraniczny myśli sobie: “Łooo… Ekstra miejsce na wakacje!”. Czy ktoś jeszcze też tak ma? Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to by było zrobić sobie kilkudniową wycieczkę do opuszczonego po katastrofie miasta?

No więc, Dział Zagraniczny tak właśnie zrobił. I efekt możecie obejrzeć na stronie internetowej tygodnika “Polityka”:

Polityka

Chciałbym coś do tego dodać. Raz, że fotoreportaż wyszedł mi średnio. Dwa, że same zdjęcia nie oddadzą klimatu Chaitén.
Mam tylko drobny problem z formą. Jestem z zasady przeciwnikiem pisania tekstów prasowych w pierwszej osobie. Materiały informacyjne w ogóle powinny być jej pozbawione (dlatego większość wpisów na Dziale Zagranicznym ma formę bezosobową), ale moim zdaniem wypada też fatalnie w reportażu, bo zbyt łatwo przeradza się to w opowieść pod tytułem “Ja i moje przygody wśród dzikusów”.
W tym przypadku, trudno mi jednak takiej formy uniknąć. Raz, że to faktycznie była pewnego rodzaju przygoda. Dwa, że to miejsce absolutnie warto odwiedzić (na co liczą też zapewne ci z mieszkańców, którzy tam po katastrofie wrócili), więc warto wiedzieć na co się przygotować.

Także bach. Klasyczny wpis blogowy, podróżniczo-przygodowy. Enjoy.

ChaitenFot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

O Chaitén usłyszałem po raz pierwszy na studiach w Hiszpanii. 2 maja 2008 r. wulkan najpierw wydał głęboki pomruk, a potem eksplodował. Dla chilijskich mediów była to wiadomość dnia, bo miasteczko miało od wielu lat fantastyczną renomę turystyczną. Położone w absolutnie bajkowej okolicy, z dala od większych miast, będące bramą do Patagonii, miało wszystko, czego można by zapragnąć na kilkunastodniowym urlopie. Chcesz popływać w zatoce z delfinami? Chaitén. Chcesz połowić ryby w górskich strumieniach? Chaitén. Chcesz pojeździć konno po dziewiczych lasach? Chaitén. A może kąpiel w gorącym źródle? Chaitén. Jesteś miłośnikiem rzadkich gatunków ptaków? Chaitén!
Tak więc w Polsce trwa sobie weekend majowy, w Granadzie, gdzie studiowałem wtedy politologię, tym bardziej, a w Chaitén ewakuacja. Najpierw wywieziono wszystkich turystów i część mieszkańców. Ale większość z tych drugich upierała się, że to nic poważnego, bo przecież wulkan i tak co jakiś czas coś tam z siebie wypluwa, a ostatnie poważne bum miało miejsce jakieś 10 tys. lat temu. No i zostali. Trzeba było ich wywozić w tempie ekspresowym już trzy dni później, kiedy Chaitén gruchnął z całą swoją mocą.
Zdjęcia i nagrania z katastrofy błyskawicznie obiegły latynoskie media, a chwilę później można było je oglądać w Hiszpanii. Nic dziwnego – było co podziwiać. Eksplozji towarzyszyły gigantyczne wyładowania atmosferyczne, błyskawice przecinały niebo na tle monstrualnej chmury pyłu, która wyglądała, jakby chciała się przebić aż na księżyc. Zamiast podbijać kosmos, sparaliżowała Argentynę. Silne wiatry porwały całą tę masę pyłu, pognały ją ponad Andami i w ciągu kilku godzin cała Patagonia od gór po Atlantyk stała się szara. Ponoć przybrudziło się Buenos Aires.
Tymczasem dni mijały, a Chaitén nie przestawał wypluwać z siebie wnętrzności. Miejscowa rzeka, która do tej pory oplatała miasteczko, została zatamowana przez warstwy pyłu i wybiła nowe koryto przez samo śródmieście. Zniszczenia były porażające. Do głowy przychodziło tylko: Piercie Brosnanie! Gdzie jesteś?!

W końcu, po kilku tygodniach, wulkan nieco się uspokoił. Ale sejsmolodzy nie mieli wątpliwości – uaktywnił się na dobre, wciąż jest niebezpieczny i taka sama eksplozja może się powtórzyć dosłownie w każdej chwili.
Mieszkańców przewieziono na miejsce wojskowymi transporterami tylko na jeden dzień, żeby zabrali najcenniejsze pozostałości (pod warunkiem, że zdołali się dokopać do zasypanych domów). Rząd zadecydował: odbudowa miasteczka w tym miejscu jest zbyt niebezpieczna. To strefa zero, nikomu nie wolno tam wracać.
Chaitén miało stać się patagońskimi Pompejami.

Chaiten 2Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rok później, wiedziałem już, że spędzę kilka miesięcy w Chile. Ale aż tak daleko na południe się nie wybierałem, poza tym wiedziałem, że jest to “strefa zero” i nikt nie ma tam prawa przebywać. I nagle, zupełnym przypadkiem, trafiłem na artykuł, w którym miejscowa prasa opisywała, że zarządzenia sobie, a życie sobie.
Część rodzin nie pogodziła się z tym, że ich miasto zostało skazane na zapomnienie i postanowiła wrócić. Rząd wciąż upierał się, że wybuduje im nową aglomerację w tej okolicy, ale uparli się i postawili na swoim. Nieco ponad rok od katastrofy, kilkadziesiąt osób zaczęło mozolną odbudowę Chaitén.

Wtedy wiedziałem już, że muszę tam jechać. Nie byłem tylko pewien, jak się tam dostanę. Z wszystkich informacji, jakie udało mi się zdobyć, wynikało, że jedyne połączenie drogowe jest tylko z Argentyną, a poza tym i tak je odcięli. Do miasta można więc dotrzeć tak jak wcześniej, to jest promem, ale on teraz wozi tylko zaopatrzenie “zbuntowanym” mieszkańcom, a poza tym na przystani czekają żołnierze i wszystkich ciekawskich od razu zawracają na pokład.
Trudno. Być i nie spróbować, to gotowy przepis na wyrzuty po alkoholu. Szczęśliwie tak się złożyło, że po kilku miesiącach mieszkania w Temuco (jeżeli ktoś czytał “Dzienniki motocyklowe” Che Guevary, albo widział film – to tam, gdzie psuje im się po raz pierwszy motor) poznałem mężczyznę, którego była żona pochodziła właśnie z Chaitén. I choć wyprowadziła się stamtąd jeszcze całe lata przed katastrofą, to przecież wciąż miała na miejscu rodzinę i mogłaby pomóc mi w dostaniu się na miejsce. Wyposażony w numer telefonu do jej szwagra, któregoś dnia załadowałem plecak, wsiadłem w autobus i ruszyłem do Puerto Montt.

Chaiten 3Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Miasto założyli niemieccy kolonizatorzy, których władze niepodległego już Chile z chęcią ściągały z Europy, żeby zasiedlili odległe części kraju. I niemieckość w Puerto Montt na pewno czuć. Część najstarszych budynków architektonicznie nawiązuje do dawnej ojczyzny założycieli tego miejsca. Sporo tu – jak na Chile – blondynów. W kawiarniach podają kuchen, który dosłownie krzyczy: “Pobiliśmy Francuzów w 1870!”. Jest czysto, jak w Bawarii.
A piszę o tych wszystkim, bo miałem dużo czasu, żeby się rozejrzeć – szwagier mnie wystawił. Nie wiem, czy dostałem po prostu zły numer, czy stosunki na linii mój “informator” – jego była żona, okazały się przeszkodą nie do przeskoczenia, w każdym razie telefon faceta, który miał mnie przeszmuglować na miejsce, albo nie działał w ogóle, albo nikt nie odbierał.
Mówi się trudno, po nieudanych próbach kontaktu, po prostu poszedłem do portu, znalazłem przystań, z której odpływa prom i ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, odkryłem, że bilet do Chaitén można kupić od tak, w kasie. To jest, oczywiście, jeżeli nie ma komplikacji.

– Nie wypływamy. Jest sztorm, morze jest wzburzone, w taką pogodę żaden statek nie wyjdzie z portu – wyjaśniła mi sympatyczna pani za kasą.
– A jest jakaś prognoza, kiedy się uspokoi?
– Nieprędko. Niech pan wróci jutro.

Okazało się, że sztorm nie był zwykłym sztormem. To był sztorm na sterydach. Übersztorm! Moje następne trzy dni wyglądały z grubsza tak:

– Wypływacie dzisiaj?
– Nie. Buja.
– A jutro się uspokoi?
– Nie wygląda na to.

Na dodatek poszła mi podeszwa w jednym z butów, kasy miałem niewiele i musiałem oszczędzać na nieprzewidziane wydatki, a że Übersztorm przyniósł ze sobą prawdziwy potop z nieba, to miałem cały czas mokrą stopę. Także ranki, popołudnia i wieczory spędzałem, topiąc frustrację w piwie. Żeby było taniej, to nie barowym, tylko kupionym w sklepie i wypitym w porcie. Później miałem się dowiedzieć, że od czasu załamania na rynku łososia, Puerto Montt jest “nożowniczą stolicą Chile”. Mnie jakoś nikt nie zaczepiał. Może podczas sztormu nie robią?

Aż wreszcie, któregoś ranka, obudziłem się w pokoju skąpanym w słońcu. Żadnej chmury na niebie! Sztorm ustąpił, pani na przystani wzięła kasę, dała bilet i powiedziała, żeby wrócić wieczorem. Wypłynęliśmy około północy, w ścianach kabiny były dziury (jak się później okazało, promy są dwa, drugi niemal luksusowy, oba należą do tej samej firmy i bilet kosztuje dokładnie tyle samo, ale na który trafisz, to loteria), do mojego buta wciąż wlewała się woda, facet obok chrapał, jakby ich było dwóch, a wąsy miał, jakby zapuszczał na trzech. Ale o wschodzie jeden z marynarzy oznajmił: “Chaitén!”.

Chaiten 4Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Betonowa przystań jest nieco oddalona od samego miasteczka (do którego i tak nie da się dopłynąć, bo do mini-zatoczki naleciało tyle wulkanicznego pyłu, że można teraz po niej przejść suchą stopą) i jeszcze zanim dobiliśmy, dojrzałem na niej wojskową terenówkę i dwóch mundurowych. Pamiętając, że w co drugim artykule powtarzało się “Zawracają z przystani, nie wpuszczają do miasta, odsyłają tym samym promem”, postawiłem wszystko ja jedną kartę. Z powodu sztormu, nikt i nic nie dopłynęło do Chaitén od wielu dni. Teraz do zejścia z łodzi szykował się niemal tłum. Naciągnąłem czapkę z daszkiem na oczy, na to kaptur, aparat wcisnąłem pod bluzę, skuliłem się w sobie i wcisnąłem w sam środek wychodzących. Próbując się zasłonić innymi, minąłem żołnierzy i kilkanaście metrów dalej odwróciłem się na sekundę, żeby na czuja strzelić dwa zdjęcia, a potem pośpiesznie zacząłem maszerować w stronę miasta. Plan był taki, że może zdążę dotrzeć do jakiegoś opuszczonego domu, zanim nadjedzie patrol, ukryję się w środku, poczekam, aż się uspokoi i poszukam miejscowych. Ale daleko dojść nie zdążyłem.

Brum, brum, słyszę że za plecami zbliża się samochód. “Trudno, myślę, trzeba grać”. Kaptur naciągnięty, idę jak po swoje, najwyżej będę kłamał.

– Gdzie idziesz? – z wnętrza vana, który się ze zmną zrównał dobiegł chrapliwy głos, nad jakim trzeba pracować latami.
– Do miasta.
– A masz gdzie spać?
– Nie bardzo.
– To wsiadaj.

I tak poznałem Doñe Ane.

Chaiten 5Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Doñi Any jest głośno. Nie dużo, nie pełno, nie cokolwiek. Jest głośno, bo i ona jest głośna. Nawet, gdy milczy. Doña Ana to taka osoba, o której wiesz, że zaraz wejdzie do pokoju, chociaż ona jeszcze nie nacisnęła klamki. Doña Ana ma taki typ charyzmy, że gdybyśmy żyli w średniowieczu, to w pojedynkę zdołałaby złupić Budapeszt. I jeszcze by do tego coś zaśpiewała.
Jedyne, czego Doña Ana ma więcej, niż charyzmy, to gest. U niej nigdy nie będziesz chodził głodny, nie będziesz płacił za pokój, nie będziesz się nudził. Doñ Ana Cię ubierze, nakarmi, oprowadzi, pośpiewa. Serio. One man army.

No więc Doña Ana zaprosiła mnie do samochodu, w którym już siedziały Fran i Marilyn, dwie młode dziewczyny z Puerto Montt. Fran jako dziecko wychowywała się w Chaitén, bo jej ojciec miał tu pensjonat. Interes szedł na tyle nieźle, że w końcu postawił najlepszy w mieście hotel. A miesiąc później, wybuchł wulkan… Fran przyjechała ocenić straty, zaprosiła swoją przyjaciółkę, a za sprawą Doñi Any, do ekipy dołączyłem ja. Oczyszczonymi przez poprzednie miesiące drogami dojechaliśmy pod wspomniany przybytek, zlokalizowaliśmy stosunkowo najmniej zdewastowany pokój, zrzuciliśmy graty i poszliśmy na miasto.

Chaiten 6Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Chaitén to gotowa scenografia horroru. Serio, jeżeli macie w planach nakręcić jakiś motion picture o postapokaliptycznym świecie zamieszkanym przez zombi – plan zdjęciowy czeka.
Trudno powiedzieć, co robiło najmocniejsze wrażenie. Czy całe części miasta dosłownie zamarłe w momencie wybuchu? Potykanie się o coś, co okazywało się być sufitem czyjegoś domu? Centrum, w którym nowe koryto rzeki wyrwało z fundamentów wszystkie budynki? Zatoka, całkowicie zasypana, z zagrzebanymi gdzieniegdzie wcześniej uniesionymi domami ze śródmieścia?
Chyba najbardziej porusza to, że można dosłownie dotknąć czyjegoś życia. Ludzie uciekali w panice, a później nie mieli czasu zabierać tego, co wydawało im się zbędne. Więc w wielu domach można znaleźć jakieś zapiski, listy miłosne, pamiętniki. Juana kocha Pabla, ale jest w rozpaczy, bo on woli Conchite. W szkolnej bibliotece zalega mnóstwo naprawdę fantastycznych książek, oraz zapiski kto co ostatnio wypożyczył. W jednej kuchni znalazłem na stole kartkę: “Kup chleb”.
Podczas ewakuacji mało kto myślał o zwierzętach. Efekt? Bandy zdziczałych psów, które wałęsają się po okolicy. Niby nie powinny atakować ludzi, bo wśród nich wyrosły, ale kiedy któregoś wieczora wracałem z zupełnie zakopanej części miasta, słońce niedawno zaszło, dookoła tylko szarość pyłu, a w oddali nagle rozlega się wycie, potem następne, a potem już cała ich grupa, to serce podchodzi do gardła.

Chaiten 7Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Ale najbardziej zaskoczyło mnie, jak szybko to miasto podnosiło się z gruzów. Gdy tam przyjechałem, mieszkała w nim niecała setka osób, a wspólnymi siłami zdążyli oczyścić nie tylko własne domy, ale odkopali też główne ulice, placyki, nadbrzeże. Wydostali spoda pyłu nawet autobus, który stał się jednym z symboli katastrofy, gdy fotograf przybyły z wojskowym transportem uwiecznił go w dramatycznym położeniu. A ja, niecały rok później nim jechałem:

Chaiten 8Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Więcej pozytywnych rozczarowań?
W mieście szalały nie tylko bezpańskie psy, ale też zdziczałe konie. Kilka razy przede mną przebieżyło niewielkie stado wierzchowców, a jednego ranka spotkałem całą ich grupę pasącą się nad brzegiem dawnej zatoki. Nie jestem facetem, który się wzrusza na widok konia. Ale było spoko.
Działały turystyczne atrakcje. Chcecie się dostać do wodospadów? Proszę bardzo, Doña Ana zawiezie. Pokąpać się w gorących źródłach pod gołym niebem? Jedziemy! Tańce na dyskotece? Czemu nie?
Doña Ana (no bo kto inny?) ma dyskotekę “Mega”. I bardzo głośno puszcza w niej kumbię. Bardzo głośno. Bardzo. Co sobota odkurza butelki z alkoholem, włącza generator na ropę, daje reflektorem po kafelkach i zaprasza wszystkich, którzy akurat są w mieście. Z żołnierzami na czele – nikt nawet nie pytał mnie co tam robię (mało tego, wozili mnie po okolicy, bo przecież nie mają nic innego do roboty).

Chaiten 9Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny

Rząd przekonuje, że miejsce nie nadaje się do powórnego zamieszkania. Porponuje w zamian lokalizację nieopodal. I pyta, co to za różnica, że przeniosą się kilkanaście kilometrów.
– Dokładnie, co to za różnica? Skoro to tak niedaleko, to czemu w ogóle chcą nas wyrzucać? – pytała też Doña Ana – Tu urodzili się moi rodzice. Ja się tu urodziłam. I moje dzieci. Tu pochowałam syna. I sama chcę tu umrzeć – mówiła mi twardo.

Chaitén zawsze żyło tylko i wyłącznie z turystów. I od tych turystów zależy, czy przetrwa dalej. Odwiedzali je już wtedy, kiedy byłem tam i ja. W miasteczku nocowała grupa kilku obieżyświatów z Izraela, przy gorących źródłach spotkaliśmy parę polsko-francuską, a do dyskoteki trafił jakiś Japończyk, który nawet nie mówił po hiszpańsku, ale łamanym angielskim wyjaśnił, że nawet nie wiedział, ze tu był jakiś wybuch…

W Chaitén spędziłem kilka fantastycznych dni i wiem, że gdybym mieszkał w Chile, to próbowałbym urwać sobie co roku chociaż tydzień wakacji na odwiedzenie tego miejsca. I bardzo polecam je wszystkim innym. Po pierwsze, to fantastyczna alternatywa dla miejscówek przepełnionych turystami. Po drugie, to od odwiedzin obcych zależy los tych kilkudziesięciu osób, które postanowiły odbudować tam swoje życie. Więc przemyślcie to.

Chaitén czeka.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Dynastia

Iloma krajami na świecie rządzą monarchie? Formalnie – niewielkim procentem. Ale wydaje się, że coraz liczniejsze grono przywódców w krajach demokratycznych z chęcią zmieniłoby swoje państwa w dziedzicznie rządzone folwarki.
W Ghanie o najwyższy urząd w państwie ubiegać się będzie Nana Rawlings, żona Jerry’ego Rawlingsa, który najpierw rządził krajem jako dyktator, a potem wybrany w demokratycznych wyborach prezydent. Na Dominikanie w wyścigu o fotel szefa kraju startuje Margarita Cedeno, obecna Pierwsza Dama, której mężowi reelekcji zabrania lokalna konstytucja. Dokładnie to samo robi Sandra Torres w Gwatemali, która specjalnie wzięła rozwód, żeby obejść przepisy zwalczające nepotyzm (właśnie toczy się walka prawna o to, czy ostatecznie zostanie zarejestrowana jako kandydatka). W Argentynie o reelekcję stara się Cristina Fernández, żona zmarłego w zeszłym roku byłego prezydenta Nestora Kirchnera, a jednym z jej przeciwników jest Ricardo Alfonsín, syn Raúla, głowy państwa w latach 1983-1989. W Singapurze, rządzący od powstania państwa Lee Kuan Yew zapewnił sukcesję swojemu pierworodnemu – Lee Hsien Loongowi.
Można by tak jeszcze wymieniać długo, ale poprzestańmy na najnowszym przykładzie: Tajlandii.

– Ona jest moim klonem – wypalił bez ogródek Thaksin Shinawatra w wywiadzie sprzed kilku miesięcy. On to najbardziej wpływowy i zarazem kontrowersyjny tajski polityk ostatnich lat. Ona to Yingluk Shinawatra, młodsza siostra tego byłego premiera. Która teraz ma przejąć jego dawną fuchę i umożliwić bratu powrót z wygnania.

ThaksinPierwszy człowiek na świecie, który sklonował sam siebie (Fot. Reuters)

Rodzina Shinawatra karierę ma we krwi. Pochodząca od chińskich imigrantów, szybko się znaturalizowała, wżeniła w lokalną arystokrację i zaczęła odnosić sukcesy w polityce i biznesie. W połowie XX w., niecałe sto lat po tym, jak ich przodkowie przybyli w te strony, stali się najbardziej wpływowym klanem w północnej prowincji Chiang Mai. Na tym jednak nie poprzestali i już w roku 1968, Lert Shinawatra bez większych problemów został posłem do parlamentu. Ale największą karierę miał zrobić dopiero jego syn – Thaksin.

Wykształcony w Stanach zaczynał od służby w policji, którą mimo wysokiej pozycji ostatecznie porzucił dla biznesu. Jak się okazało – słusznie, bo w interesach czuł się jak ryba w wodzie i szybko dorobił się małej fortuny. Na początku lat 90. został zaproszony do rządu, gdzie najpierw działał w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a później w różnych rządach koalicyjnych piastował urząd wicepremiera. Aż doszedł do wniosku, że czas na prawdziwą władzę.

Thaksin wiedział, że w tym wyścigu do mety dowiezie go pierwszego jeden koń – populizm. I postawił na niego wszystko co miał. Słusznie: to masy najbiedniejszych wyniosły go do władzy w wyborach w 2001 r., a nowy premier wiedział jak dalej dbać o ich przychylność. Podniósł płace minimalne, ułatwił edukację dzieciom z ubogich rodzin, a dostęp do opieki medycznej stał się o niebo łatwiejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Na prowincji Thaksin został dosłownie pierwszym po Buddzie.
Strategia opłaciła się tak bardzo, że Shinawatra został pierwszym szefem rządu w historii, który przetrzymał na swoim stanowisku całą kadencję. W następnych wyborach w 2005 r. powtórzył sukces – przy niespotykanej nigdy wcześniej frekwencji jego partia zgarnęła 374 mandaty na 500 możliwych. Thaksin pewnie nawet wtedy nie podejrzewał, że jego koniec jest taki bliski.

Równie szybko, jak zdobył sobie miłość plebsu, szczególnie na buddyjskiej północy kraju, zraził do siebie elity, a także zamieszkujących południe muzułmanów. Thaksin miał nie okazywać należytego szacunku rodzinie królewskiej (w Tajlandii nawet za niewinną krytykę króla można trafić za kratki), nie chciał się godzić na najmniejsze nawet kompromisy z politycznymi przeciwnikami, nie znosił kiedy ktoś próbował z nim dyskutować, w relacjach z innymi politykami był wręcz legendarnie autorytarny. A co najgorsze, wcale nie porzucił interesów.
Fortuny dorobił się na telekomunikacji. Gdy został politykiem, udziały w gigancie tej branży, korporacji ShinCorp, przekazał innym członkom rodziny, ale dla wszystkich było oczywiste, że to tylko zabieg formalny, a prawdziwe zyski z tego biznesu ciągnie sam Thaksin. I nagle, podczas jego rządów, firma została sprzedana Singapurowi, na czym Shinawatrowie zarobili ponad 2 mld dolarów.
Krzyk podnieśli nacjonaliści, Thaksin został oskarżony o zdradę i korupcję i w 2006 r. wojsko szybko obaliło go w zamachu stanu. I historia przyśpieszyła.

Czerwone koszuleWidzew Łódź na wyjeździe (Fot. Damir Sagolj/Reuters)

Idol tłumów, wolał nie czekać na finał swojej sprawy sądowej i uciekł do Dubaju. Zamrożono mu część aktywów, ale i tak dysponował wystarczającą kasą, żeby na osuszenie łez kupić sobie Manchester City (który szybko sprzedał szejkom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich). Tymczasem w domu jego partia po raz kolejny odnosi zwycięstwo w wyborach. Z tym nie mogą się pogodzić jego przeciwnicy, którzy organizują ruch “żółtych koszul” (to tradycyjny kolor tajskiej monarchii). Ich masowe protesty paraliżują stolicę, a Trybunał Konstytucyjny pośpiesznie delegalizuje partię Thaksina. Nowy premier zostaje wyłoniony w wyniku zakulisowych negocjacji.
Wtedy sprawy postanawiają wziąć w swoje ręce wielbiciele Shinawatry z północy kraju. Błyskawicznie organizują się w ruch “czerwonych koszul” i ruszają na Bangkok. Od marca do maja 2010 r. miasto pogrąża się w komunikacyjnym chaosie, na ulicach dochodziło do starć, protestujący okupowali niektóre dzielnice, raz symbolicznie spryskali siedzibę rządu własną krwią. Akcja okazała się prorocza, bo ostatecznie to właśnie w ich krwi utopiła demonstracje armia – w ostatecznych starciach padło 90 ofiar śmiertelnych, rannych liczono w setkach.

Teraz, rok po tamtych wydarzeniach, Thaksin próbuje wrócić do władzy tylnymi drzwiami. Ponieważ sami wciąż obawia się powrotu do kraju, to na czele swojej nowej partii Pheu Thai (“Dla Tajów”) postawił jedyną osobą, której może w pełni zaufać: najmłodszą ze swojego rodzeństwa Yingluk. I, jak zwykle, trafił w dziesiątkę.

YinglukDział Zagraniczny woli klon od oryginału (Fot. Sukree Sukplang/Reuters)

Choć na początku mało kto traktował siostrę dawnego przywódcy poważnie, to w ciągu dwóch miesięcy udowodniła, że brak politycznego doświadczenia potrafi nadrabiać niespotykaną charyzmą. Piękna, niewyglądająca na swoje 44 lata Yingluk zjechała cały kraj, dziennie mając po kilka wystąpień. Bez najmniejszego wahania kierowała się w sam środek tłumów, ściskając ręce każdemu, kto je do niej wyciągnął. Na buddyjskiej północy odwiedzała świątynie, na muzułmańskim południu zakładała hidżab. Nawoływała kobiety do głosowania na nią w solidarności płci, błyskawicznie zdominowała tajski internet i facebook’a. Zawsze wiedziała jak ustawić się do kamery czy aparatu. Uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet na minutę.

Jej główni przeciwnicy – Partia Demokratyczna – wołali, że to wszystko sztuczki, gra pozorów i że Yingluck nie ma żadnego programu, który rozwiązałby finansowe i społeczne problemy Tajlandii. Ale na młodszej Shinawatra nie robiło to większego wrażenia.
– Podniesiemy pensje! – rzucała na wiecach i nikt nawet nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić co w zamian oferują Demokraci. Populizm wciąż jest w cenie.

Efekt? Jak zwykle – zwycięstwo. Oficjalne wyniki nie zostały jeszcze ogłoszone, ale zliczono już prawie wszystkie oddane głosy i wiadomo, że partia dawnego premiera zdobyła większość w parlamencie – 300 miejsc na 500 możliwych ma już pewne. Yingluk została pierwszą w historii Tajlandii kobietą, która zasiądzie w fotelu szefa rządu. Partia Demokratyczna pogodziła się z porażką i pogratulowała jej zwycięstwa.
Ale wciąż pozostaje kilka pytań.

Po pierwsze – czy Yingluk z zerowym doświadczeniem w polityce (choć otoczona wianuszkiem doświadczonych doradców) będzie naprawdę w stanie rządzić głęboko skonfliktowaną Tajlandią? Czy może jedynym jej celem było umożliwienie bratu powrotu do kraju? Czy stanie się jego marionetką, czy też może pokusi się o samodzielność?

Po drugie – jak na powrót Shinawatrów do władzy zareagują ich pozaparlamentarni przeciwnicy? Czy wzorem Partii Demokratycznej pogodzą się z przegraną w wyborach, czy na ulice znowu wylegną żółte koszule? A jeżeli tak, to czy w odpowiedzi ruszy na nich obóz czerwonych koszul? Innymi słowy – czy uda się zapobiec ponownemu rozlewowi krwi na ulicach?

I wreszcie, po trzecie – jak zachowa się armia? Krótko przed wyborami, jej szef generał Prayuth Chan-ocha wystąpił w telewizji z groteskowym przemówieniem, w którym przestrzegał wyborców przed “powtórzeniem wzorów z poprzednich głosowań” i nalegał by “oddali głos na dobrych ludzi”.
Wystąpienie wywołało wielki niesmak w kraju, a kilku innych wysokiej rangi wojskowych szybko zapewniło, że to nie żadne groźby, a armia nawet w razie wygranej Yingluck nie planuje zamachu stanu. Problem w tym, że dokładnie tak samo mówili w 2006 r. Tuż przed obaleniem Thaksina.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.