Archive

Posts Tagged ‘Sport’

Działaczu, rzuć palenie

Jak się nazywa najwyższa liga w polskiej piłce nożnej? Nie, nie Ekstraklasa, tylko Bitwa pod Cecorą, oczywiście. Tak, jak Primera división to w rzeczywistości Trafalgar, a Ligue 1 to nic innego, jak Waterloo. Przynajmniej w świecie, gdzie za nazywanie rozgrywek odpowiadaliby Argentyńczycy.

W piątek, nad La Platą ruszają rozgrywki tamtejszej ligi, która od tego roku będzie się oficjalnie nazywać Crucero General Belgrano Primera División. A Crucero General Belgrano, to nic innego, jak krążownik “Generał Belgrano” – okręt zatopiony w groteskowej wojnie z Wielką Brytanią, której 30. rocznicę Buenos Aires będzie z pompą obchodzić w kwietniu.

Stadion w ArgentynieDzieci, pamiętajcie: wiwatujemy na cześć klęski (Fot. Maciej Okraszewski/Dział Zagraniczny)

Jak Dział Zagraniczny informował już wielokrotnie, futbol w Argentynie przeżywa najgorszy kryzys od kilkudziesięciu lat. Ale zarazem, o czym również szeroko informowano na tych łamach, od 2009 r. palenie marihuany nie jest tam karalne. Co pozwala wysnuć wnioski, że atmosfera na zebraniach tamtejszego Związku Piłki Nożnej musi być prawdziwie zabawowa. A efekty to potwierdzają.

Działacze popalać zaczęli zapewne już wiele lat temu, bo wpadli wówczas na pomysł, że nad La Platą nie mogą obowiązywać normalne zasady, zgodnie z którymi do niższych lig spadają najsłabsze drużyny zakończonego sezonu. Nie, w Argentynie działa system, w którym zlicza się trzy kolejne lata rozgrywek i dopiero wtedy spuszcza w dół pechowców. Że co? Że to nieuczciwe, bo dzięki temu najbogatsze kluby po słabych dwóch sezonach mogą sobie na trzeci podkupić najlepszych graczy? E. Podaj bonga.

System nie sprawdził się jednak rok temu, a konkretnie sprawę zawaliła najbardziej utytułowana ekipa w kraju River Plate, która położyła trzy kolejne sezony i po raz pierwszy w swojej 110-letniej historii spadła do II ligi. Wtedy w centrali zapewne też poważnie przykurzyli, bo w grudniu Związek ogłosił, że tak w ogóle, to po co rozróżnienie na ligę taką, czy siaką: oni proponują zniesienie dotychczasowych i utworzenie jednego wielkiego turnieju, w którym mogłyby się ze sobą zmierzyć czołowe drużyny z obu pierwszych dywizji. Czytaj: “River spadł. Ale jednak nie”. W internecie rozpętała się jednak taka kampania gniewu, że polska wojna o ACTA to przy niej pikuś, więc władze szybko wycofały się z tego pomysłu.

Nic to! Zioło najwyraźniej wciąż krążyło, to w styczniu Związek zorganizował Superclásico, czyli derby między River a odwiecznym rywalem Boca Juniors. Dodajmy – derby o nic, bo obie ekipy są wciąż w różnych ligach, żaden to puchar, żadne eliminacje. “Przyjacielskie derby”, jak powiedział rzecznik prasowy Związku. Stawka mniej więcej taka, jak w meczu TVNu z reprezentacją Sejmu. Ale kasa za bilety jest, z reklam też spłynęło co trzeba: można palić dalej.

Efekt? Ostatnie posiedzenie władz argentyńskiej piłki wyglądało zapewne tak:
Działacz 1: A może by tak już nie trzymać pozorów i nazwać I ligę po jakiejś klęsce?
Działacz 2: Świetny pomysł. Skocz po kebaba.

BelgranoPierwsza ligo, czas zaadaptować tonący “Belgrano” na logo (Fot. AP)

Nad wojną o Falklandy/Malwiny nie ma się co zbytnio rozwodzić. Jest rok 1982, a w Argentynie pogłębia się kryzys gospodarczy. Więc rządząca nią junta wojskowa wpada na doskonały pomysł, jak odwrócić uwagę opinii publicznej: wypowiedzieć Wielkiej Brytanii wojnę o kilka bezużytecznych skał, które zamieszkuje więcej owiec niż ludzi. Konflikt potrwa 10 tygodni i pochłonie 649 latynoskich żołnierzy. Z czego aż 323 zginie na zatopionym krążowniku “Generał Belgrano”.

No i to cała historia. Mało kogo obchodzi, że “Generał Belgrano” nazywał się wcześniej “USS Phoenix”, a Amerykanie wyeksploatowali go do cna podczas II Wojny Światowej i w 1951 r. sprzedali Argentyńczykom, uznając że do niczego się już więcej nie nadaje, więc zatopiłaby go nawet Margaret Thatcher prowadząca w pojedynkę U-boota.

Tu chodzi o symbol. Kto chociaż raz był na jakimkolwiek meczu w Argentynie, ten wie, że na każdym stadionie wielkie graffiti będzie mu przypominać, że Anglicy ukradli wyspy. Jeden z tych, na których w zeszłym roku rozgrywano Copa América, nazwano wprost “Malvinas Argentinas”. Kibice River i Boca mogą się nienawidzić, ale za przypomnienie, że to sami mieszkańcy Falklandów chcą pozostać Brytyjczykami, zgodnie naplują ci w twarz.

Jak informuje miejscowa prasa, władze postanowiły więc iść za ciosem. Chciałyby ochrzcić pierwszoligowy puchar jako “Gaucho Rivero”, od nazwiska argentyńskiego chłopa, który półtora wieku temu miał wszczynać na Falklandach/Malwinach rebelię przeciwko Brytyjczykom. To, że podobno poszło nie o patriotyczne uniesienia, tylko niezapłaconą dniówkę, jest już najwyraźniej nieistotne.

Dział Zagraniczny ma więc jeszcze kilka pomysłów. Dlaczego by tak nie pozmieniać także innych nazw? Buenos Aires przemianować na “Esto no es Londres”. A z Patagonią w ogóle się nie cackać i trzasnąć po angielsku “Fuck you Thatcher”. Brzmi, jak brzmi, ale jak widać – w Argentynie nic nie jest niemożliwe.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Piłkarscy działacze w Argentynie najwyraźniej palą nie tylko marihuanę. W październiku, wicedyrektor departamentu prasowego River zdenerwował się, że jakiś facet sprzedał mu dom z wysoką wilgotnością. Więc go zadźgał. Ciekawe, którą trybunę po nim nazwą?

Advertisements

Pięć minut z Liverpoolem

Chiny od lat przejmują Amerykę Łacińską kawałek po kawałku. Połowę argentyńskiej pampy zajmują dziś uprawy soi, która w całości trafia później do Państwa Środka. W zamian za dużą pożyczkę, Ekwador będzie im przez następne osiem lat sprzedawał po preferencyjnych cenach ponad połowę wydobywanej u siebie ropy. Na Kostaryce, Pekin kupił obligacje skarbowe za 300 mln dolarów. Do chińskich portów płynie 20 proc. peruwiańskiego eksportu. A ostatnio, Chiny zajęły miejsce Stanów Zjednoczonych jako największy partner handlowy Brazylii, stopniowo zalewając portugalskojęzycznego giganta swoimi tanimi wyrobami: nawet flagi narodowe sprzedawane na ulicznych stoiskach mają obecnie w rogu małą metkę “Made in China”.

Teraz jednak, Pekin zamachnął się na to, co u Latynosów najświętsze – piłkę nożną.

Kaka ucieka przed ChińczykamiKaká jeszcze ucieka przed Chińczykami, ale jak się rozkręcą, to może już niedługo będzie im podawał (Fot. Victor Fraile/Getty)

Corinthians to nie tylko klub sportowy. To małe państwo z prężną gospodarką: drużyna z São Paulo ma kilkadziesiąt milionów kibiców w samej Brazylii, jest warta pół miliarda dolarów, a rocznie zarabia ich ponad 130 mln. Idzie jej tak dobrze, że w zeszłym roku zaszokowała świat, ogłaszając, że jest gotowa zapłacić za Carlosa Téveza 40 mln funtów – takimi sumami szastał do tej pory w zasadzie tylko znany z rozrzutności Real Madryt.

Między innymi dlatego, na poniedziałkowej konferencji prasowej dziennikarze spoglądali po sobie z niedowierzaniem: skoro brazylijskiego giganta stać na wielkie gwiazdy, to czemu ogłasza właśnie kupno średnio uzdolnionego Chińczyka?

Chen Zhizhao ma 23 lata, profesjonalną karierę zaczął w 2007 r. i jak do tej pory trafił do siatki 18 razy. Jest dobrym zawodnikiem, ale akurat w Brazylii bardziej utalentowanych rówieśników jest na pęczki. Z czego w Corinthians doskonale zdają sobie sprawę.

– To nie jest gracz, który będzie rywalizował o miejsce z najlepszymi w klubie – przyznaje w rozmowie z “O Globo” Flávio Pires, który sprowadził zawodnika z Azji. I chwilę później zdradza całą tajemnicę transferu: – Musimi mieć do niego cierpliwość. Jeżeli to [czyli osiągi Zhizhao w drużynie – przyp. DZ] wypali, to nazwa klubu trafi do kraju, który zamieszkuje ponad miliard osób.

No i wszystko jasne. Przez lata, koszykówka była jednym z najpopularniejszych sportów w Chinach, ale to nie znaczy, że mieszkańcy Państwa Środka fascynowali się jakoś szczególnie amerykańską NBA. Wszystko zmieniło się w 2002 r., kiedy Yao Ming został pierwszym w historii zagranicznym zawodnikiem wybranym z numerem 1. w amerykańskim drafcie. Azjaci oszaleli ze szczęścia. Mecze z udziałem Yao co tydzień ściągały przed telewizory 30 mln Chińczyków. W 2007 r., spotkanie, w którym zmierzył się z grającym w przeciwnej drużynie rodakiem Yi Jianlianem, oglądało ich już 100 mln. Chiny szybko stały się drugim największym rynkiem dla NBA poza Stanami Zjednoczonymi, połowa zysków wypracowywanych poza USA pochodzi właśnie stąd, a według danych Goldman Sachs, spółka NBA China jest warta aż 2,3 mld dolarów.

Brazylijczycy najwyraźniej wyciągnęli z tego cenną lekcję. O tym, jak dobrze dzieje się w brazylijskim futbolu – a już w porównaniu do sąsiedniej Argentyny, to wręcz piłkarski raj – Dział Zagraniczny informował już przy okazji zeszłorocznej Copa América. Czasy, kiedy reprezentacja błyszczała, ale kluby na wyścigi sprzedawały swoich najlepszych zawodników do Europy, już minęły. Dziś, to tamtejsze drużyny ściągają z powrotem zawodników ze Starego Kontynentu: zarówno emerytów jak Ronaldo i Ronaldinho, ale też takie marki jak Fabiano, Denilson, czy wspomniany już Tévez (transfer tego ostatniego nie doszedł w końcu do skutku, ale z zupełnie innych powodów, niż brak kasy). Teraz stwierdzili najwyraźniej, że czas rozwinąć skrzydła i sięgnąć po większy rynek zbytu.

Ale jeżeli Latynosom wydaje się, że Chiny to ziemia niczyja, która tylko czeka na wzięcie, to może ich spotkać przykra niespodzianka. Azjaci już od dawna pracują bowiem nad tym, żeby ich kibice mieli dość emocji na własnym boisku.

Conca BrilliantSkoro Eto’o zarabia hajsy w Dagestanie, to ja mogę w Kantonie (Fot. AFP)

Powiedzieć, że Chińczykom idzie w piłkę słabo, to jak stwierdzić, że Jamajka była bobsjelową potęgą. Za życia Mao Zedonga, całkowicie olali Fifę i w ogóle nie grali w żadnych rozgrywkach międzynarodowych. Po jego śmierci, wrócili do rywalizacji, ale ugrali raczej niewiele: na Mundial zakwalifikowali się jak dotąd tylko w 2002 r., gdzie fazie grupowej przerżnęli wszystkie mecze, tracąc łącznie 9 goli i nie strzelając żadnego. Nawet, jeżeli niektórzy z ich zawodników zapowiadają się dobrze i jak Dong Fangzhuo ocierają się o sam Manchester United, to potem szybko okazuje się, że są za słabi nawet na Legię Warszawa i ostatecznie kończą w lidze armeńskiej.

Mówiąc wprost: futbol to nie ping-pong, Chińczycy są w nim beznadziejni. Braki w rodzimej lidze uzupełniają więc zagranicznymi nazwiskami. I to nie byle jakimi.

Przepisy mówią, że każda drużyna w chińskiej lidze może mieć w swoim składzie najwyżej czterech obcokrajowców, z czego jeden musi obowiązkowo być Azjatą. Skoro więc klubu nie mogą iść w ilość, to najwyraźniej postanowiły uderzyć w jakość. Brazylijczyk Obina, który był kiedyś jednym z czołowych zawodników Flamengo, już od roku gra dla Shandong Luneng Taishan. W lipcu, Argentyńczyk Darío Conca, w 2009 r. i 2010 r. wybierany na najlepszego piłkarza ligi brazylijskiej, został kupiony przez Guangzhou Evergrande: jego roczna pensja to 10,4 mln dolarów, co stawia go na piątym miejscu najlepiej opłacanych graczy na świecie. W grudniu, klub Shanghai Shenhua podpisał kontrakt z legendarnym francuskim napastnikiem Nicolasem Anelką, a Zhu Jun kontrowersyjny właściciel drużyny (w 2007 r. wymusił na jej trenerze, żeby wystawił go w towarzyskim meczu z Liverpoolem – kondycji starczyło mu zaledwie na pięć minut gry), ogłosił że następny na jego liście jest Didier Drogba. Tymczasem, nowym trenerem jego ekipy został właśnie Jean Tigana, były szkoleniowiec między innymi Olympique’u Lyon, AS Monaco i Fulham.

Anelka i Chińczycy na ReunioniePrzyjacielski mecz Francja-Chiny sprzed dwóch lat. Europejczycy przegrali 0:1, dzięki czemu Azjaci mogli sobie kupić pamiątki na Reunionie, a Anelka szukać emerytury w Szanghaju (Fot. Charles Platiau/Reuters)

Chińczycy w futbolowych zakupach dopiero raczkują. Ale finansowo sięgają od razu wysoko. Stać ich, co doskonale widać po relacjach z Ameryką Łacińską. W 2010 r. wymiana handlowa z tym kontynentem sięgnęła 183 miliardów dolarów. Od 2005 r. – czyli od czasu, gdy Pekin po raz pierwszy zaczął poważnie traktować latynoskie rynki – instytucje publiczne Państwa Środka zainwestowały tu 75 mld dolarów: to więcej niż łączne wydatki Banku Światowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju z tego samego okresu, a trzeba jeszcze doliczyć dodatkowe 60 mld dolarów, które w Ameryce Łacińskiej wydały prywatne chińskie przedsiębiorstwa.

Corinthians, może się wydawać, że kupując Zhizhao i jemu podobnych, otwierają sobie nowy, nieograniczenie wielki rynek zbytu. Ale jeżeli Chińczycy rozsmakują się w futbolu bardziej niż dotychczas, to będą miały dość pieniędzy, żeby przetoczyć się po konkurencji jak walec. A wtedy, niewykluczone, że to kibice z São Paulo będą musieli śledzić transmisje z Szanghaju, a nie na odwrót.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Galopem do pieniędzy

Adolfo Cambiaso, dla rodziny i przyjaciół “Dolfi”, jest bogiem. Argentyńczyk talentem dorównuje Leo Messiemu i tylko do niego można go porównywać. Z tym, że zawodnik Barcelony jest czczony w barach i dzielnicach robotniczych, a jego kibice najchętniej sięgają po zimnego Quilmesa, tymczasem miłośnicy Dolfiego wolą Dom Pérignon, kawior, a na mecze dowozi ich szofer. Bo Cambiaso to największa gwiazda sportu dla bogaczy – polo.

Dolfi do ekstraklasy dobił już jako nastolatek, wygrywając praktycznie wszystko, co było do wygrania. W wieku 16 lat miał handicap +6, który na ogół dostają tylko dorośli profesjonaliści. Już trzy lata później przyznano mu – jako najmłodszemu zawodnikowi w historii tego sportu – handicap +10, który jak do tej pory zdobyło tylko dziewięciu innych ludzi, z czego połowa zdążyła umrzeć nim Gomułka oddał władzę. Adolfo jest od lat uznawany za najlepszego gracza na świecie, ma bajeczny majątek, żonę-modelkę, z którą szczęśliwie doczekał się trójki dzieci, kumpluje się z brytyjską rodziną królewską, a w swojej prywatnej stajni ma konie tej klasy, że goszczą w rubrykach towarzyskich częściej, niż miejscowi celebryci.

Do tych ostatnich (koni, nie celebrytów), Dolfi jest najwyraźniej wyjątkowo przywiązany, bo postanowił zrobić coś, co ściąga na niego gniew kolegów z boiska, dziennikarzy i kibiców – wyciągnął z kieszeni grubszy bilon i najlepsze wierzchowce kazał sobie najzwyczajniej w świecie sklonować.

María VázquezDolfi po lewej, w centrum jego żona, María Vázquez. Zdaniem Działu Zagranicznego, zawodnik zrobiłby o wiele lepiej klonując partnerkę zamiast koni (Fot. Reuters)

W polo, konie są nie mniejszymi gwiazdami niż ich jeźdźcy – nierzadko to właśnie ich klasa decyduje o wyniku spotkania. Do tego sportu potrzebne są zwierzęta eksplozywne, potrafiące gwałtownie przyśpieszyć i się zatrzymać, wytrzymałe, zwinne i łatwo zwrotne. Żeby osiągnąć te cechy, hodowcy od ponad stu lat krzyżowali ze sobą różne rasy, a jeszcze przed II Wojną Światową okazało się, że najlepsze efekty osiągnęli właśnie Argentyńczycy, mieszając konie pełnej krwi angielskiej ze swoją rodzimą rasą criollo.

Wierzchowce znad La Platy idealnie sprawdzają się na boisku, a gracze z całego świata (zawodowcy i bogaci amatorzy) właśnie tu szukają czegoś dla siebie. Sęk w tym, że kupując młodego kuca, robią zakupy trochę w ciemno. Najchętniej płaciliby więc za potomstwo czempionów sprawdzonych w grze, ale tu pojawia się prawdziwy problem – praktycznie wszystkie najlepsze konie są zawczasu kastrowane, żeby łatwiej poddawały się komendom zawodników. Więc z rozmnażania mistrzów były przez lata nici.

Aż ze swoją ofertą pojawili się genetycy.

Pierwszego konia udało się sklonować w Stanach w 2003 r. Już trzy lata później, naukowcy z dużym sukcesem (i za grube pieniądze) zaczęli kopiować zwierzęta zdobywające medale olimpijskie w skokach przez przeszkody. Nie przeszkodziły im nawet silne protesty ze strony prasy i kibiców (szczególnie w Wielkiej Brytanii), więc kiedy okazało się, że można na tym zarobić, światek polo powiedział sobie: “Eee, dodatkowymi milionami nie pogardzę”.

W październiku zeszłego roku argentyńska firma Bio Sidus ogłosiła, że udało jej się sklonować pierwszego konia w Ameryce Południowej. Zaledwie miesiąc później, na aukcji w Buenos Aires została sprzedana kopia zwierzęcia należącego do Adolfa Cambiaso. Dolfi zadbał o swoje interesy już dawno, bo w 2006 r., gdy z powodu odniesionych podczas gry kontuzji został uśpiony jego najlepszy wierzchowiec – Aiken Cura. Argentyńczyk podpisał umowę z amerykańską firmą Crestview Genetics, która pobrała materiał genetyczny zwierzęcia. Sprzedany na zeszłorocznej aukcji klon był kopią innego konia, ale i tak osiągnął cenę 800 tys. dolarów. Zadowoleni z wyników, partnerzy działali dalej: latem, w Teksasie, na świat przyszedł pierwszy genetyczny duplikat uśpionego przed laty czempiona, a następne trzy mają się pojawić na dniach. Obie strony najwyraźniej liczą też na większą współpracę, bo Crestview Genetics otworzyło niedawno filię w Argentynie.

Tymczasem okazuje się, że ingerencja naukowców w polo może przynieść zupełnie odwrotne skutki do zamierzonych – poziomu rozgrywek nie poprawi, a równocześnie zabije ducha tego szlachetnego sportu.

Nandubay BicentenarioKonik mniejszy, to pierwszy klon tego zwierzęcia w Ameryce Południowej, konik większy to jego przybrana mama, a państwo dookoła, to ekipa, która – jeżeli obecne trendy się utrzymają – będzie wkrótce bardzo, bardzo bogata (Fot. Clarín)

Specjaliści zgadzają się co do tego, że geny, choć ważne, to u konia przeznaczonego do gry w polo, wcale nie decydują o sukcesie. Od rodowodu ważniejszy okazuje się bowiem trening, warunki w jakich zwierzę dorasta, a nawet dieta. Klon nawet najwspanialszego wierzchowca, jeżeli trafi w nieodpowiednie ręce, okaże się zupełnym niewypałem. Ba! Nawet u tych samych hodowców może wcale nie powtórzyć osiągnięć “oryginału”.

Genetyka nie gwarantuje więc coraz lepszych wyników, ale właścicielom czempionów wcale nie musi o to chodzić. Górę nad grą biorą pieniądze. “Prawdziwy wierzchowiec” po kilkuletnim wykorzystaniu w zawodach, jest tak silnie kontuzjowany, że musi przejść na wczesną emeryturę, na której – ze względu na kastrację – staje się całkowicie bezużyteczny. Tymczasem kopia, nawet jeżeli nie uda się jej sprzedać za kilkaset tysięcy, to wciąż będzie mogła być wykorzystana w celach rozpłodowych. Rynkowy koszt klonowania konia, to ok. 150 tys. dolarów. Rozpłodowiec z pożądanym materiałem genetycznym, może to odrobić w niecałe trzy lata. A później to już czysty zysk.

Z tym, że – zdaniem wielu – klonowanie wynaturza istotę tego sportu, a szczególnie jego wyjątkowy etos. Jakość graczy, oraz ich handicap, określa się nie tylko na podstawie tego, jak bardzo są skuteczni (liczba zdobytych punktów nie jest tu najważniejsza, liczy się ogólna sprawność, przydatność podczas rozgrywki, jakość sztuki jeździeckiej itd.), ale również, czy postępują zgodnie z etyką, jak przystało na zawodników nobliwego, brytyjskiego sportu. Argentyna nie jest tu żadnym wyjątkiem – większość klubów piłkarskich wciąż nosi angielskie nazwy na pamiątkę swoich założycieli ze Zjednoczonego Królestwa, a anglojęzyczna diaspora jest do dziś tak duża, że w Buenos Aires wychodzą dwa dzienniki w tym języku.

Dlatego dla wielu kibiców, postępowanie Dolfiego jest co najmniej niesmaczne. Przez całą swoją karierę, Cambiaso cechował się najlepszą opinią i był wzorem dla innych graczy. Dziś, brytyjscy hodowcy – którzy w większości są gorącymi przeciwnikami klonowania – obawiają się, że jego przykład zachęci innych do podobnych praktyk. Skoro Dolfi tak robi, to co w tym złego?

O tym, jak pionierskie okazy sprawdzają się na boisku, będziemy się mogli przekonać dopiero w połowie dekady. Najstarsze klony mają dziś zaledwie po dwa lata, a do gry nie dopuszcza się ich z reguły, nim nie skończą pięciu, sześciu. Do tego czasu prawdopodobnie skopiowanych zostanie znacznie więcej zwierząt. Może więc dojść do sytuacji, że pod koniec wieku, na boiskach do polo będzie można podziwiać klony tych samych wierzchowców. Zabraknie tylko “sportsmanship” – w podręcznikach do biznesu nie ma takiego słowa.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Messi wygrałby ze złamaną nogą

Wczorajszy dzień przejdzie do historii futbolu. Czy dlatego, że Valencia rozgromiła Genk 7 do 0? A może chodzi o fantastyczny pojedynek Barcy z AC Milanem? Albo chociaż, że Borussia co prawda przegrała z Arsenalem, ale przy jej jedynym golu asystował Lewandowski, a na otarcie polskich łez – w bramce Anglików stał Szczęsny? Nic z tych rzeczy. Dzień jest historyczny, bo pierwszy raz w dziejach, mecz wygrało Samoa Amerykańskie – najgorsza reprezentacja świata.

Amerykańskie Samoa graUmiejętności może na dole tabeli, ale stylóweczka na podium (Fot. Football Federation of American Samoa)

Jest kilka powodów, żeby Samoa Amerykańskie uznać za interesujące. Na przykład, że to de facto protektorat USA (stąd “Amerykańskie”, żeby odróżnić od “prawdziwego” Samoa) i że w związku z tym – to najbardziej na południe wysunięte terytorium Stanów. Albo, że astronauci z kilku różnych misji Apollo, wracając na ziemię w kapsułach, tak celowali, żeby zawsze spaść do oceanu właśnie w okolicach tych wysp. Albo chociaż, że z powodu dominacji USA, popularny jest tu football amerykański, a wielu miejscowych chłopaków próbuje się dostać na kontynent i grać dla tamtejszych drużyn, z niezłym skutkiem: archipelag stał się dla NFL tym, czym Dominikana dla baseballu.

Ale to wszystko nic, przy Epickim Fakcie Numer Jeden: Samoa Amerykańskie jest najgorszą reprezentacją piłkarską na świecie.

W rankingu FIFA zajmują smutne, 204. miejsce. Co prawda, ex aequo z Andorą, Montserratem, San Marino i Samoa (tym prawdziwym), ale wszystkie pozostałe drużyny wygrywały w swojej karierze chociaż raz, nawet jeżeli było to tylko towarzyskie spotkanie z Lichtensteinem, jak w przypadku San Marino. Tymczasem Samoa Amerykańskie, od kiedy miejscowy związek piłki nożnej został przyjęty do FIFA w 1994 r., przegrało absolutnie wszystkie spotkania, jakie przyszło im rozegrać. I chociaż ich liczba nie jest imponująca – zaledwie 30 meczy w 17 lat – to już statystyki jak najbardziej. Reprezentanci archipelagu strzelili bowiem łącznie 12 bramek. A dali sobie napstrykać… 229. Mało tego. Samoa Amerykańskie dumnie dzierży tytuł najwyższej porażki w historii rozgrywek międzynarodowych – w 2001 r. przegrało z Australią 31:0.

Jest taki bardzo znany dowcip. Argentyna ma grać mecz przeciw Polsce. Ale gdy latynosi przyjeżdżają na stadion, w szatni okazuje się, że jest tylko jedna koszulka ich reprezentacji. Każą więc grać Messiemu, a całą reszta idzie pić do baru. W przerwie sprawdzają wynik w telewizji, a tam: “Polska:Argentyna 0:1 (34` Messi)”. No i git, piją dalej. Ale godzinę później znowu włączają wyniki, a tam już: “1:1 (83` Lewandowski)”. No więc wpadają do szatni i pytają, co się stało. A na to Messi: “W drugiej połowie dostałem czerwoną kartkę”.

Gdyby Messi grał przeciw reprezentacji Samoa Amerykańskiego, to mógłby w pierwszej minucie równocześnie dostać kartkę i złamać nogę, a i tak wygrałby przewagą trzech goli.

Tak więc, wczorajszy mecz, to prawdziwy szok. Samoa Amerykańskie… wygrało!

Amerykańskie Samoa swietujeDział Zagraniczny przeczuwa, że mecz z Tonga, będzie dla Samoa Amerykańskiego tym, czym dla Polski Wembley – 40 lat wspominania przy każdym kolejnym spotkaniu (Fot. James Montague/The New York Times)

Chłopcy grali przeciw reprezentacji Tonga i pokonali ją 2:1. Jak na dotychczasowe osiągnięcia, można śmiało zaryzykować, że to prawdziwy pogrom.

Sukces odnieśli najprawdopodobniej za sprawą nowego trenera. Thomas Rongen jest Holendrem, w młodości grał dla Ajaxu, a później szybko zajął się prowadzeniem takich drużyn jak D.C. United, z którymi w 1999 r. zdobył puchar Major League Soccer, albo reprezentacji USA do lat 20. Po meczu, Europejczyk stwierdził, że tajemnica tkwi w motywacji, bo zawodnicy byli tak przygnębieni dotychczasowymi porażkami, że do każdego następnego spotkania wychodzili jak na rzeź. Zresztą, trudno się dziwić: w bramca wciąż stoi Nicky Salapu, ten sam, który wpuścił te 31 goli w meczu z Australią. Na jego miejscu, Dział Zagraniczny leczyłby się latami z traumy, a sam widok toczącej się piłki wywoływałby w nim panikę.

W ogóle, im głębiej poszperać, tym reprezentacja Samoa Amerykańskiego okazuje się bardziej fascynująca. Od czterech spotkań, filarem obrony jest bowiem Johnny Saelua. Który należy do Fa’afafine – tradycyjnej na Samoa “trzeciej płci”. To mężczyźni, którzy czują się jednak kobietami i tak są też od dziecka wychowywani przez swoich rodziców. Choć twierdzenie, że są traktowani jak kobiety, jest też trochę nie na miejscu, bowiem w tradycji polinezyjskiej nie ma rozróżnienia takiego, jak chociażby w kręgu europejskim. Fa’afafine mają przypisane inne role społeczne niż kobiety i mężczyźni, są więc traktowani właśnie jako ta “trzecia płeć”. Nie decyduje też ona o ich preferencjach seksualnych – Fa’afafine mogą odbywać stosunki zarówno między sobą, jak i z mężczyznami, i kobietami. Niektórzy nawet się żenią i zakładają rodziny.

Trudno więc dokładnie przełożyć na język polski status społeczny Johnniego Saeluy, ale chyba najbliższe sensu byłoby słowo “transgenderowy”. No więc, Dział Zagraniczny pyta się: czy w jeszcze jakiejkolwiek innej reprezentacji piłkarskiej na świecie znajdziemy kogoś takiego?

No właśnie. Samoa Amerykańskie: jesteś w futbolowym świecie takim ewenementem, że Dział Zagraniczny zrobi wszystko, żeby zdobyć koszulkę twojej reprezentacji.

A tymczasem, dla wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć skróty historycznego meczu, le wideło:

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Ideały się sprzedały

Wyrok zapadł przed prawie dwoma tygodniami, wynik procesu był jasny już kilka miesięcy temu, a od wybuchu całej afery zdążył minąć ponad rok, ale wrzawa nie cichnie. Nic dziwnego: aferę można porównać do sytuacji, gdyby Messi sprzedał mecz reprezentacji. Tylko, że zamiast Argentyny mamy Pakistan, a zamiast piłki nożnej, drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata – krykiet.

Pakistan-IndieIndie-Pakistan w krykiecie mają nawet podobne kolory jak Argentyna-Brazylia w piłce (Fot. Prakash Singh/AFP)

Historia wygląda w skrócie tak. W sierpniu zeszłego roku, reprezentacja Pakistanu na gościnnym wyjeździe w Anglii rozgrywała najtrudniejszy wariant krykietowych rozgrywek, tak zwany test, który z reguły trwa kilka dni. Do Mazhara Majeeda, menadżera kilku z azjatyckich graczy, zgłosili się wówczas tajemniczy Anglicy, proponując aż 150 tys. funtów, gdyby udało mu się nakłonić niektórych zawodników do umyślnego zepsucia kilku rzutów. Pomysł wydawał się genialny – kiksy popełnione we wcześniej ustalonych momentach, pozwoliłyby zarobić krocie na zakładach bukmacherskich, ale nie miałyby żadnego wpływu na końcowy wynik spotkania, więc nikt nie miałby powodów, żeby nabrać jakichkolwiek podejrzeń. Agent pieniądze przyjął, a do zmowy wciągnął trzech graczy. Gdy zawodnicy zagrali zgodnie z planem, Anglicy ujawnili, że w rzeczywistości są dziennikarzami brukowca “News of the World”, który ze szczegółami opisał całą prowokację.

Pakistan przyjął wiadomości o skandalu zgodnie z tradycją: na ulice ruszyły wściekłe demonstracje, a zdjęcia skorumpowanych krykiecistów w ciągu ostatniego roku publicznie palono tyle razy, że spokojnie mogłyby już zastąpić amerykańskie flagi. Trudno się jednak Pakistańczykom dziwić. W tym kraju krykiet to nie tylko sport, ale wręcz religia, druga zaraz po islamie (a czasem można nawet odnieść wrażenie, że pierwsza). Imran Khan, legendarny reprezentant w tej dyscyplinie, wspomina w swojej autobiografii “Pakistan. A personal history”, jak na przełomie lat 80. i 90. politycy dosłownie na kolanach błagali go, żeby wstąpił do ich partii, wierząc, że to natychmiast odmieni ich wizerunek i przywróci popularność u wyborców (Khan konsekwentnie odmawiał). W dodatku, tę pasję Pakistanu podziela sąsiad i odwieczny rywal, Indie, a czy jest coś lepszego niż pokonać przeciwnika w ubóstwianej przez niego grze?

No więc zdjęcia płoną w Pakistanie, ale dyskusja toczy się w mediach i na forach internetowych całego świata (a przynajmniej jego krykietowej części). I bardzo wiele mówi nie tylko o samej grze, ale także jak bardzo zmieniła się przez ostatnie kilkadziesiąt lat nasza mentalność.

Plakaty płonąPrzynajmniej wozów transmisyjnych nikt nie podpalał (Fot. Khalid Tanveer/AP)

– Oni za mało zarabiają – rzucił niedawno jeden z ekspertów podczas dyskusji w studiu BBC – Łatwo zrozumieć, że ktoś taki skusi się na łapówkę w wysokości 10 tys. funtów, podczas gdy milioner by nią wzgardził.

To argument, który w tej dyskusji powraca jak bumerang: zawodnicy krykieta są słabo opłacani. Choć powinni opływać w luksusy. Ubrani w nieskazitelnie białe stroje faceci uzbrojeni w wiosła, w rzeczywistości uprawiają drugi najpopularniejszy sport drużynowy świata (po piłce nożnej), a liczbę ich kibiców szacuje się czasem na prawie 2 miliardy (z czego wielu z nich to prawdziwi fanatycy). Międzynarodowa Rada Krykieta skupia 105 krajów członkowskich, a Puchar Świata należy do najbardziej dochodowych imprez telewizyjnych, obok Mundialu czy Igrzysk Olimpijskich. Ba! Board of Control for Cricket in India, czyli taki indyjski krykietowy PZPN, jest najbogatszą organizacją sportową na świecie, a Indian Premier League ma na swoich meczach średnią frekwencję 57 tys. kibiców.

A mimo to, krykieciści rzadko zarabiają na poziomie porównywalnym z piłkarzami czy koszykarzami. Najgorzej mają właśnie Pakistańczycy, którzy choć często należą do światowej czołówki (jeden ze skazanych za udział w zeszłorocznej ustawce to Mohammad Asif, wówczas uznawany za drugiego najlepszego miotacza na świecie), to przez rodzimą federację są słabo opłacani, a do najbardziej lukratywnej ligi na świecie – właśnie Indian Premier League – mają zakaz wstępu, ze względu na wrogie stosunki pomiędzy oboma państwami.

No i wszystko pięknie, do momentu, kiedy sprawdzimy o jakich sumach mowa. Jednym ze skazanych (i tym, na którego w ojczyźnie lecą największe gromy) jest ówczesny kapitan reprezentacji, Salman Butt. Który, jak się okazuje, rocznie zarabiał około 200 tys. funtów. To suma, za którą Dział Zagraniczny kupiłby sobie w Polsce jakiegoś konia arabskiego i karmił go przez cały sezon truskawkami i kokainą. W Pakistanie to mała fortuna. Siostra Butta udzieliła BBC wywiadu, w którym opowiadała, jak bardzo cała rodzina (szczególnie żona zawodnika, która niedawno urodziła dziecko) jest całą aferą wstrząśnięta. I mówiła to w pięknym ogrodzie na tyłach wielkiego domu. Co jak co, ale Buttom źle się raczej nie powodziło. Tym, którzy mogą sobie pozarabiać w IPL, też można pozazdrościć. Mahendra Singh Dhoni, kapitan reprezentacji Indii i najlepiej zarabiający krykiecista świata, w zeszłym roku skasował 10 pełnych banieczek. Funtów, oczywiście.

MahendraNa pierwszym planie kapitan reprezentacji, a na drugim to, co może sobie kupić za roczną wypłatę (Fot. AP)

Skąd więc, przy – powiedzmy sobie szczerze – dość godziwych zarobkach, ten pęd do ustawiania meczy wśród krykiecistów (w ciągu ostatniej dekady za sprzedawanie się, zawieszani byli między innymi Maurice Odumbe z Kenii, czy Marlon Samuels z Indii Zachodnich, a Steve Waugh, były reprezentant Australii, który dziś bada korupcję w swoim sporcie, twierdzi, że tylko w zeszłym roku zgłosiło się do niego 56 graczy, których w tym, czy innym momencie kariery próbowano przekupić)? Ano stąd, że pieniądze, to stosunkowo nowa rzecz w tym świecie.

“Dżentelmeńskie” sporty rodem z Wielkiej Brytanii bardzo długo broniły się przed profesjonalizacją. W rugby, Puchar Świata jest organizowany dopiero od 1987 r. W krykiecie pieniądze pojawiły się dopiero za sprawą działającej w latach 1977-1979 organizacji World Series Cricket, którą australijski biznesmen Kerry Packer założył w zemście za to, że nie sprzedano mu praw do transmisji telewizyjnych testów. A tak niesamowicie bogata Indian Premier League działa zaledwie od 2008 r.

Wielu ekspertów, komentując wyrok w sprawie reprezentantów Pakistanu, podkreśla właśnie, że ten nagły przypływ pieniędzy całkowicie zmienił oblicze krykieta. Dawniej chodziło albo o piękną grę, albo o ideały. Dla (opisywanej już przez Dział Zagraniczny) reprezentacji Indii Zachodnich, która w latach 1980-1995 nie przegrała ani jednego spotkania (co czyni ją najlepszą ekipą w historii sportów drużynowych), był to sposób na walkę z rasizmem. Przez bojkot reprezentacji RPA, chciano wymusić na tym kraju zniesienie apartheidu. Miłośnicy krykieta, choć z jednej strony wychwalają Indian Premier League pod niebiosa, to z drugiej narzekają po cichu, że od jej powstania, w dżentelmeńskiej grze przestały się liczyć jakiekolwiek zasady, a na pierwszym miejscu jest już tylko kasa. I to brudna – zarzuty o korupcję powracają tu jak bumerang. Ale po krótkim oburzeniu, są zamiatane pod dywan: kibice chcą oglądać dobre mecze w świetnej oprawie, a zawodnicy chcą zarabiać jak najwięcej – kto zostaje poza IPL, musi się zadowolić ochłapami. Tak, jak Pakistańczycy.

Cała czwórka, winna ustawiania testu sprzed roku, została skazana na kary od pół roku do prawie trzech lat więzienia i wysokie grzywny. Międzynarodowa Rada Krykieta zawiesiła ich też na pięć lat, choć mało kto wierzy, że po tym czasie wrócą jeszcze do gry. Komentatorzy zastanawiają się jednak, czy ich sprawa okaże się otrzeźwieniem, czy wręcz przeciwnie – nakręci jeszcze większą spiralę zarobków i chciwości, która wpędzi dawną dżentelmeńską grę w taki sam kryzys, w jaki reszta świata wpadła przez zachłanność i brak pohamowania bankowców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Z loterii na mistrzostwa

– To niesprawiedliwe traktowanie, jak niewolnictwo, holocaust, apartheid – zagrzmiał na swoim Twitterze Elioty Fuimaono-Sapolu.
Mocne słowa. Szczególnie, kiedy czytelnik orientuje się, że wściekłość wywołały tylko cztery dni wolnego dla Fuimaono-Sapolu i kolegów, zamiast pełnego tygodnia. No, ale jeżeli później kilkunastu stukilowych facetów będzie ci przez 80 minut próbowało urwać głowę, to może jednak dodatkowy wypoczynek się należy.

W Nowej Zelandii trwa Puchar Świata w rugby. I emocje są wagi ciężkiej.

HakaA czy Ty przywitałeś już dziś gości zgodnie z tradycją? (Fot. AFP)

Chociaż impreza ma wyjątkowo krótką historię (to dopiero siódma edycja, pierwszy turniej rozegrano w 1987 r.), to dumnie stoi na podium: więcej widzów ściągają przed telewizory tylko Mundial i Igrzyska Olimpijskie. Tłumy walą też na trybuny – na poprzedniej edycji Pucharu we Francji, każdy mecz gromadził na stadionach ponad 40 tys. kibiców.
Nic dziwnego. To prawdziwie międzynarodowy sport, jego zapalonych fanatyków można znaleźć wszędzie, od Argentyny, przez Kanadę, Gruzję, Japonię itd. W poprzednich eliminacjach zmagało się aż 91 drużyn. I piękno tej gry jest takie, że liczyć trzeba się nawet z reprezentacjami małych państw. Jak Samoa.

Ten malutki wyspiarski kraj Polinezji zamieszkuje niecałe 200 tys. osób. Jego stolica jest nieco mniejsza od Sieradza. Ale jeżeli jest taka dyscyplina, w której mogą zmagać się ze światowymi potęgami, to właśnie rugby.
Ich reprezentacja bez trudu kwalifikowała się na każdy Puchar Świata od 1991 r., w którym doszli do ćwierćfinałów (powtórzyli ten wyczyn jeszcze w kolejnych dwóch edycjach). W 2003 r., chociaż nie wyszli z fazy grupowej, omal nie wygrali ze zwycięzcami całego turnieju, Anglią (prowadzili nawet przez większość meczu, ale Brytyjczycy w końcu się spięli).

Teraz też mają skład, z którym trzeba się liczyć. W rankingu International Rugby Board zajmują 12. miejsce, ale jeszcze przed chwilą byli dwa oczka wyżej i pewnie tam wrócą (wyprzedziła ich Kanada i Włochy, z którymi w do tej pory Samoa z łatwością wygrywało). Ich kapitan, Seilala Mapusua to jeden z najlepszych rugbistów grających w ostatnich latach w Anglii – w sezonie 2008/2009 r. został nawet wybrany na Gracza Roku w kategorii, w której głosują sami zawodnicy. A każdy, w kogo kierunku biegnie skrzydłowy Alesana Tuilagi, musi czuć się, jakby zaraz miał walnąć w niego rozpędzony pociąg (co ciekawe, w jego rodzinie jajowata piłka musi najwyraźniej spełniać jakąś rolę zastępczą wobec matki, bo w rugby zawodowo gra też sześciu braci Alesany, a tym Manu – który gra w reprezentacji Anglii). No i jest też kolejny gracz ze światowej czołówki: center Eliota Fuimaono-Sapolu.

EliotaDenerwowanie Elioty jest tylko o jeden szczebel wyżej od ciągania lwa za ogon (Fot. Getty Images)

– IRB, przestań wykorzystywać nasz naród – ciągnął w następnych wpisach na Twitterze – Jedyne o co prosimy to #równość i #sprawiedliwość.

Fuimaono-Sapolu narobił tyle szumu w internecie, po przegranej swojej ekipy z reprezentacją Walii 17-10. I chociaż to on krzyczał najgłośniej, to wkurzeni są wszyscy gracze i kibice z Samoa. Bo podczas gdy oni musieli stanąć do boju już po 4 dniach, Walijczycy mogli się od ostatniego meczu wylegiwać ponad tydzień. A to naprawdę poważna różnica.

Zawodnicy rugby to potężne, stukilowe chłopy. Ale wbrew pierwszemu wrażeniu, jakie mogą sprawiać, są jak najdalsi od sztywnych, niesprawnych kloców. Najlepsi gracze to prawdziwi atleci. W ciągu 80 minut meczu przebiegają średnio 8-10 km, z tego część sprintem, skaczą, robią zwody, siłują się z innymi bykami. Muszą być świetni technicznie i precyzyjni. No i odporni na urazy. To sport tak kontaktowy, jak tylko możliwe. Nie dalej jak w lipcu, dobitnym przykładem stała się tragedia: 21-letni Halley Appleby, zawodnik Uniwersytetu w Brisbane, został tak poturbowany w ciągu gry, że stracił przytomność i zmarł już po przewiezieniu do szpitala.

Nic więc dziwnego, że Samoańczycy, z Fuimaono-Sapolu na czele, uskarżają się, że rywale mieli więcej czasu na dojście do siebie. Tym bardziej, że Walia to silna ekipa (a w grupie D jest jeszcze RPA, obrońcy tytułu).
– Spróbujcie się wczuć w naszych rodaków, którzy zapłacili za nasz udział, nawet biedne dzieci, które oddawały swoje pieniądze na obiad – dorzucał jeszcze Eliota w innym wpisie. Słusznie: reprezentacja jest tak biedna, że musiała urządzić specjalną loterię, żeby pokryć koszty podróży.

Niesprawiedliwość widać wyraźnie, kiedy popatrzy się na kalendarz terminów. Faza grupowa trwa od 9 września do 2 października. I podczas gdy Samoa musi wszystkie swoje mecze rozegrać w dwa tygodnie, reprezentacje takich krajów jak Australia czy Anglia, będą miały aż o siedem dni wolnego więcej. Wszystko z powodu transmisji telewizyjnych.
Impreza kosztowała organizatorów trochę ponad 7 mln dolarów. Żeby się zwróciła (i to z dużą nadwyżką), chcą pocisnąć reklamodawców w najlepszych czasach antenowych i to w tych krajach, gdzie rugby ma największą oglądalność. A w tym Londyn ma nad Apią (stolicą Samoa) miażdżącą przewagę. Żeby dobrze się wstrzelić w tamtejszy czas antenowy, trzeba w Nowej Zelandii brać pod uwagę nie tylko różnicę godzin, ale wręcz dni.

Ekonomia jest dla malutkich bezlitosna.

Oburzenie wywołała jednak nie sama wściekłość Fuimaono-Sapolu, tylko porównanie sytuacji do holocaustu i apartheidu. Porównanie, powiedzmy sobie wprost, dość idiotyczne. Co zresztą szybko zrozumiał sam Eliota.
– Weźcie, oczywiście rugby jest nieporównywalne z tym, co zrobił Hitler! – zreflektował się krótko po wybuchu afery – Zapomnijcie o analogiach. Przepraszam. Ale kwestia niesprawiedliwości zostaje – zakończył.

Federacja uznała, że to wystarczy. Fuimaono-Sapolu dostał upomnienie, ale nie zostanie zawieszony.

Tymczasem miliony kibiców na świecie czeka na dalsze emocje. W tym przywódcy wszystkich krajów regionu, którzy zjechali do Nowej Zelandii na odbywający się równocześnie szczyt Forum Wysp Pacyfiku. Najwyraźniej mniej istotne od rugby, bo całkowicie olane przez polityków, którzy zamiast kisić się w dusznych salach, woleli dołączyć do rodaków na trybunach.

Finał 23 października.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS W Auckland miałą się odbyć motocyklowa parada topless, pod zgrabnym hasłem “Boobs on Bikes”. Ale ze względu na “familijny charakter Pucharu Świata”, została odwołana. Shame on you, New Zealand!

Podpalacze w białych koszulach

“Zarazki Danniego” mogłyby sugerować liczbę mnogą. I może coś w tym jest, bo chociaż mają jedno ciało, to zamieszkuje je dwóch ludzi.
Jeden to właśnie Zarazki. Dzień zaczyna od żebrania o parę groszy, palenia cracku, a gdy haj odejdzie – dalszego żebrania na ćpanie. Mamrocze pod nosem, trudno zrozumieć co mówi. A chyba nawet nie warto próbować.
– Platyna może przenikać przez wodór. Żaden inny metal tego nie potrafi. A białe metale tak – rzuca, żeby po chwili płynnie przejść do tego, że lubi mango.
Zarazki nie ma domu. Czasem śpi w zaprzyjaźnionym warsztacie, czasem na ulicy, a czasem w krzakach koło Hiltona. Zarazki lubi spać koło Hiltona, bo może popatrzeć na zawodników, którzy przyjeżdżają rozegrać mecz na stadionie Sabina Park. Tym samym, gdzie kiedyś grywał Zarazki, zanim został Zarazkami.
Wtedy nazywał się jeszcze Richard Austin i to jego podziwiały tłumy na trybunach. Bo Austin miał niewiarygodne szczęście być członkiem najlepszej ekipy w historii wszystkich sportów drużynowych. Tej:

Niektóre media przypomniały ostatnio historię Zarazków z dwóch powodów. Po pierwsze, na kilku festiwalach nagrody zebrał “Fire in Babylon”, dokument, który wszedł na ekrany dokładnie 35 lat po tym, jak reprezentacja Indii Zachodnich w krykieta ruszyła w podbój, który miał z jej graczy uczynić bohaterów narodowych. A po drugie, bo w zeszłym tygodniu za swoje zachowanie przepraszał człowiek, który z części tych bohaterów (w tym siebie) zrobił znienawidzonych pariasów.

FirePanowie właśnie podłożyli ogień pod Babilon (Fot. Fire in Babylon)

Choć w Polsce trudno na stronach sportowych znaleźć doniesienia z krykietowych rozgrywek, to na świecie jest to jedna z najpopularniejszych gier drużynowych. Dawne brytyjskie kolonie wręcz szaleją na jej punkcie. Gdy w kwietniu tego roku finał Pucharu Świata rozgrywano w Indiach, ludzie tratowali się w kolejkach po bilety. Koniki zbijały fortunę na spekulacji wejściówkami. Tę pasję podzielają Pakistan, Sri Lanka czy RPA. No i oczywiście – Indie Zachodnie.
Osobom słabo ogarniającym ten region często się wydaje, że anglojęzyczne narody Karaibów to jednolit monolit. Nic bardziej mylnego. Na wyspach różne są style muzyczne, tradycje kulinarne, religie. Inaczej brzmią akcenty na Jamajce, inaczej na Trynidadzie, a jeszcze inaczej na Bahamach. Jest tylko jedna rzecz, która łączy tę mozaikę – właśnie krykiet.
Zamieszkujący Karaiby koloniści dość często wystawiali wspólną reprezentację w meczach z odwiedzającymi ich ziomkami z Anglii. Z czasem zaczęli do drużyny dołączać też potomków dawnych afrykańskich niewolników i ubogich imigrantów z Indii. Wreszcie, w 1926 r. ustalono statut i flagę (ze względu na międzynarodowy charakter ekipy, nie można było przyjąć żadnych barw narodowych, zaprojektowano więc herb w postaci symbolicznej wysepki z palmą i wicketem – krykietową “bramką”), po czym zgłoszono akces do ICC, czyli krykietowej FIFy. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że drużyna Indii Zachodnich okazała się być beznadziejna.
Przez następnych kilkadziesiąt lat nazywano ich “Calypso Boys”. Bo tak jak imprezy z muzyką calypso, tak mecze z udziałem Karaibów służyły tylko do pośmiania się i dobrej zabawy. Przebłyski geniuszu na murawie przeplatały się z długimi, długimi okresami najzywklejszego partactwa. Wszystkim wydawało się, że taka wola boża i sytuacja nigdy się nie zmieni. Aż przyszły gorące lata 70. i pokolenie nowych graczy, którzy zaczęli traktować krykieta jak coś więcej, niż tylko grę.

– Wszyscy urodziliśmy się w koloniach, a dorastaliśmy w już niepodległych krajach – opowiadał potem Colin Croft, jeden z członków legendarnego składu – I chcieliśmy pokazać dawnym panom, że możemy z nimi rywalizować na równych zasadach.
A to wcale nie było takie oczywiste. Lata 70. były gorące. Karaiby już były niepodległe, Afryka jeszcze się wyzwalała, ale rasizm trwał w najlepsze. W RPA rządził apartheid, w Wielkiej Brytanii ściągano do pracy mieszkańców dawnych kolonii, ale na ścianach pisano “Anglia dla białych”, we władzach wszystkich instytucji zasiadali biali konserwatywni starcy, którzy mentalnie zostali w dwudziestoleciu międzywojennym.
Kiedy karaibska reprezentacja złożona z młodych, niedoświadczonych graczy w 1975 r. pojechała grać z mistrzowską Australią na ich własnym terenie, spoktała się z dokładnie takim samym przyjęciem. Kibice ich wyśmiewali i obrażali, wyzywali od czarnuchów i brudasów, a nikomu z władz federacji nie przyszło nawet do głowy, żeby zareagować. W dodatku Australijczycy mieli tajną broń – Jeffa Thomsona i Dennisa Lillee, dwóch najszybszych bowlerów (czyli rzucaczy) tamtych lat. Żaden z nich nie miał najmeniejszych skrupułów, obaj celowali w głowy zawodników przeciwnej drużyny.
– Kiedy twarda piłka leci w twoim kierunku z prędkością ponad 140 km/h, to myślisz o tym, jak się schować, a nie jak odbić – wspominał Gordon Greenidge, inny reprezentat Karaibów.
Australijczycy dosłownie zniszczyli Indie Zachodnie. I nawet się wtedy nie spodziewali, że stworzyli potwora.

VivOd meczu z Australią, to nie Viv Richards bał się piłki, to piłka bała się Richardsa

Upokorzeni Calypso Boys postanowili, że teraz chodzi o coś więcej, niż tylko grę. Teraz trzeba się odegrać na prześladowcach.
Legendarny kapitan Clive Lloyd zjeździł wszystkie wyspy, wyszkując młode talenty. W reprezentacji znalazło się kilku nadzwyczajnych miotaczy, w tym Colin Croft i legendarny Michael Holding, których później nazywano “Jeźdźcami Apokalipsy”. Joel Garner miał ponad dwa metry wzrostu i siłę tura. A ton nadawał Viv Richards, lider drużyny, który ostentacyjnie przez całą karierę grywał bez żadnych ochraniaczy. Drużyna była gotowa, teraz trzeba było to jeszcze tylko udowodnić reszcie świata.
Prologiem był mecz z odwiedzającymi Jamajkę Indiami w 1976 roku. Miotacze z Karaibów tak zdewastowali gości z Azji, że ci w proteście przeciw brutalnej grze oddali walkower. Jeszcze w tym samym roku pogardzani dotąd Calypso Boys stanęli oko w oko z najpoważniejszym przeciwnikiem: Anglią.
– Anglicy woleliby stracić pancernik, niż przegrać w krykieta – śmiał się po latach Viv Richards.
To prawda, prasa podgrzewała atmosferę jak mogła, a kapitan brytyjskiej reprezentacji rzucił do kamer, że “Oni mają tendencję do czołgania się, więc mam ich zamiar przeczołgać”. Już wkrótce to on miał się czołgać.
Wściekli krykieciści z dawnych kolonii nie mieli najmniejszej litości dla swoich przeciwników. Nie tylko wygrali 2:0, ale zrobili to w takim stylu, że dosłownie pohańbili Anglików. Trybuny opanowane przez karaibskich imigrantów dosłownie eksplodowały.
Z domu wyjeżdzali wyśmiewani Calypso Boys. Wracali bohaterowie popkultury.

CliveKapitan drużyny, Clive Lloyd, z Pucharem Świata wygranym w 1979 r.

Indie Zachodnie przeżywały wtedy kulturalny renesans. Świat opanowała muzyka reggae, na ekrany kin wchodziły lokalne filmy, z “The Harder They Come” na czel [Dział Zagraniczny informował niedawno, że powstaje właśnie jego remake], kultura rastafarai szerzyła się we wszystkich czarnych społecznościach poza Afryką.
Krykieciści upokarzający dawnych kolonistów w ich własnej grze i na ich własnym terenie okazali się strzałem w dziesiątkę. Uosabiali ducha tamtych czasów i wyrażali zbiorowe marzenia swoich rodaków. Richards wspominał, jak przed jednym z meczów na Sabina Park, w szatni odwiedził ich Bob Marley, mówiąc, że grają nie o zwycięstwo, tylko o godność. Wywarli tak silny wpływ na ówczesne pokolenia, że są bohaterami nawet dla tych obecnych. Roots Manuva, jeden z najzdolniejszych brytyjskich muzyków, który wciąż przywołuje swoje karaibskie korzenie, nieprzypadkowo jeden ze swoich teledysków nakręcił w krykietowej scenerii:

Tamta reprezentacja okazała się być absolutnie fenomenalna. W krótkotrwałym World Series Cricket (które zrewolucjonizowało grę i dało początek formatowi, w jakim obecnie rozgrywany jest Puchar Świata) dominowali bez dwóch zdań. W 1979 r. wrócili do Australii i zrewanżowali się dawnym wrogom, pokonując ich 2:0. Byli pierwszą ekipą w historii, która wygrała z Pakistanem (gdzie krykiet jest niemal równy islamowi) na ich własnym terenie. W 1984 r. zadali Anglii historyczną klęskę, wgniatając ich w ziemię 5:0.
Clive Lloyd odszedł na emeryturę w 1985 r. Dowodzenie przejął po nim naturalny następca – Viv Richards. Z nimi jako kapitanami, reprezentacja Indii Zachodnich nie przegrała ani jednego meczu od lutego 1980 r. do lutego 1995 r. Ani jednego meczu przez 15 lat! W historii sportów drużynowych nie ma żadnej innej reprezentacji, która zdominowałaby swoją dyscyplinę na tak długi okres.

Karaibscy krykieciści z tamtych lat zaczynali jako zawodnicy. Skończyli jako legendy.

ZarazkiPierwszy z lewej – Zarazki, tuż przed popadnięciem w niesławę

Skąd więc w tym wszystkim smutna historia Zarazków? Bo – jak to w życiu bywa – niektóre legendy zniszczyło to, co zawsze: pieniądze.
Gdy reprezentacja Indii Zachodnich zaczynała się wybijać na arenie międzynarodowej, w RPA apartheid był ważniejszy nawet od sportowej rywalizacji. Afrykańskie władze odrzuciły możliwość rozgrywania meczów z reprezentacją Anglii, bo w składzie tej drugiej był czarnoskóry zawodnik. W odpowiedzi, ICC wyrzuciła rasistowski kraj ze swojego grona i zabroniła mu brać udział w międzynarodowych rozgrywach.
RPA postanowiła więc radzić sobie sama. Za ciężkie pieniądze przekupywała więc zagranicznych graczy, by formowali niezelażne “reprezentacje” i grali z nimi mecze. Ponieważ krykieciści byli wtedy raczej marnie opłacani, wielu chętnie się na taki pakt godziło. W tym niektórzy członkowie karaibskiego dreamteam’u.

Kapitanem “buntowników” (jak zaczęto nazywać ten skład) został Lawrence Rowe – fantastyczny zawodnik, który jednak po odniesionej kontuzji nie mógł wrócić do dawnej formy i gorączkowo szukał ostatniej możliwości zarobienia jakiś pieniędzy. Do ekipy dokoptował sobie między innymi Richard Austin, który zanim stał się Zarazkami, był całkiem zdolnym krykiecistą Indii Zachodnich, ale równocześnie reprezentował też Jamajkę w piłce nożnej i ping-pongu, w którym był rzekomo fenomenalny.
Skok na kasę okazał się jednak krótkotrwałym sukcesem. O ile białym zawodnikom z Anglii, czy Australii, którzy łamali zakaz ICC, dość szybko wybaczano, to gracze z Indii Zachodnich popełnili w ten sposób obywatelskie samobójstwo. Ich występy były legitymizacją rasistowskiego ustroju. Na politycznie i społecznie rozgrzanych Karaibach, to nie było zwykłe łamanie przepisów. To była zdrada.

Po powrocie do domu czekały ich szykany. Ludzie pluli im pod nogi, nie wpuszczano ich na stadiony. Niektórzy, jak sam Rowe, wybrali emigrację do Stanów. Inni zostali i popadli w nędzę, albo jak Austin w narkotyki. Crack stopniowo wyciskał z ciała Richarda, a na jego miejsce sadził Zarazki. Po trzydziestu latach, z trudem można w nim dostrzec dawnego idola tłumów.

W poprzedni poniedziałek, 20 czerwca, Lawrence Rowe odwiedził Jamajkę. Na ceremonii upamiętniającej dawnych reprezentantów, w tym jego, wygłosił wzruszającą mowę, w której przepraszał za swe decyzje sprzed 30 lat i prosił o wybaczenie.
Z trybun słuchał go między innymi Zarazki. Nie wiadomo, co myślał o przeprosinach swojego dawnego kapitana – wyszedł w połowie. Żebrać o crack.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.