Archive

Posts Tagged ‘Porwania’

Dyfuzja

W dobie światowego kryzysu gospodarczego, Afryka znalazła jedną gałąź gospodarki, która nie tylko nie notuje spadków, ale wręcz rozwija się na tyle prężnie, że można ją eksportować. Piractwo właśnie przeniosło się z Somalii na drugi koniec kontynentu – do Beninu i Nigerii.

MENDDumny nigeryjski przedstawiciel szkoły, że im głębiej naciągniesz czapkę na oczy, tym mniej jesteś rozpoznawalny (Fot. EPA)

W Rogu Afryki nie spuszczają z tonu. Jak w styczniu podawał Dział Zagraniczny, rok 2010 był dla miejscowych korsarzy rekordowy: przeprowadzili 445 ataków, czyli aż o 10 proc. więcej, niż rok wcześniej (kiedy też wyśrubowali wyższą liczbę, niż wcześniej). Najwyraźniej teraz chcą pobić samych siebie, bo International Maritime Bureau informuje, że w pierwszej połowie 2011 r., zaatakowali już 163 razy (podczas gdy w analogicznym okresie 2010 – tylko 100).

Ich poczynania uważnie obserwują koledzy z pozostałych krajów, a ci z Beninu najwyraźniej postanowili skopiować patent.

Piractwo w Zatoce Gwinejskiej to nic nowego, ale do tej pory ograniczało się do Nigerii, gdzie napędzał je konflikt w Delcie Nigru. Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (z ang. MEND) od kilku lat żąda sprawiedliwego podziału zysków, jakie rząd centralny ciągnie z wydobywanej tu ropy naftowej. Żeby wywrzeć na nim większą presję, partyzanci zaczęli w pewnym momencie porywać łodzie z zagranicznymi pracownikami działających w regionie koncernów międzynarodowych. Jak to często bywa w takich przypadkach, interes zwietrzyli też zwykli przestępcy (czasem – co też się przecież zdarza – działający i w partyzantce i chcący sobie dorobić na boku) i napady stały się częstsze.

W Afryce Zachodniej taktyka jest jednak zdecydowanie inna od tej, preferowanej przez piratów z Somalii.
Zakładników biorą tylko bojownicy z MEND, którym są potrzebni do wywarcia politycznej presji. Zwykłym bandytom chodzi tylko o łup, głównie paliwo. Taktyka jest taka, że uzbrojeni piraci podpływają szybką motorówką do wybranego celu i wdzierają się na pokład. Następnie kierują okręt do miejsca, gdzie czeka już ich statek-matka, na który porywacze przepompowują ropę. Na końcu, porwaną jednostkę zwyczajnie porzucają.
Co ciekawe, inna jest też skala agresji. Piraci z Somalii, jeszcze do niedawna byli znani z tego, że nie robią krzywdy uprowadzonym marynarzom. Żądającym okupu, zwyczajnie się to nie opłacało. Korsarze z Zatoki Gwinejskiej nie mają takich skrupułów. W akcji typu “hit and run”, liczy się dla nich tylko materialny łup, więc w razie jakiegokolwiek oporu, są dużo brutalniejsi. Napadniętych marynarzy biją bez litości, dźgają nożami, a ostatnio dwóch zastrzelili.

Wcześniej ataki zdarzały się tylko w okolicach Delty Nigru, ale w tym roku bandyci rozszerzyli swój teren łowów i zaczęli pojawiać się też na wodach Beninu. Zajmująca się ochroną jednostek pływających firma Risk Intelligence podaje, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy, lokalni piraci przerzucili się z rabowania benzyny na wielkie ładunki typu cargo. Liczba ataków wzrosła na tyle, że londyńska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s Market Association zaklasyfikowała Zatokę Gwinejską do tej samej kategorii ryzyka, co wody opływające wybrzeża Somalii.

Złapani piraciDział Zagraniczny wciąż nie wychodzi z podziwu, że trzeba angażować to co w tle, żeby złapać to, co na środkowym planie (Fot. AFP)

Problemem są już wyraźnie zaniepokojone lokalne władze. Szczególnie te w Beninie, którego duża część PKB pochodzi właśnie z obrotów portowych. Bandytyzm na ich wodach oznacza kłopoty dla mieszkańców w głębi lądu.
– Mnóstwo statków już zaczyna omijać nasz brzeg z obawy na piratów – ubolewał Maxime Ahoyo, szef miejscowej marynarki.

Przedstawiciele Beniniu i Nigerii odbyli serię spotkań między ze sobą nawzajem i z dowódcami amerykańskiej floty, przypisanej do działania w rejonie Afryki. Ci ostatni nie potrafią sobie jednak poradzić z piratami w Somalii, których zwalczają połączone siły NATO, Rosji, Chin i Indii, więc niektórzy analitycy szczerze powątpiewają, czy jakiekolwiek ich działania odniosą skutek w przesiąkniętej korupcją Nigerii.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Advertisements

Krótko, konkretnie

Spróbujemy takiej nowej świeckiej tradycji w Dziale Zagranicznym, że co niedziela będzie krótki wpis z jeszcze krótszym przeglądem wiadomości z minionego tygodnia, które są na tyle nieinteresujące dla polskiego czytelnika, że warto je zebrać do kupy.
W tym tygodniu, wzorem Laurenta Gbagbo, niedzielę zrobimy sobie w poniedziałek.

1. Radio Shabelle dostaje nagrodę od Reporterów Bez Granic

Ta prywatna stacja od 2002 r. nadaje w ogarniętej wojną domową Somalii, a jej dziennikarze albo mają jakąś genetyczną ignorancję wobec zagrożeń, albo bardzo dobre narkotyki. Patrzą na ręce zarówno islamistycznym bojówkom, jak i siłom rządowym, wojskom Unii Afrykańskiej, piratom i reszcie uzbrojonych milicji. Przez co wszyscy co jakiś czas ich ostrzeliwują: tylko w tym roku zamordowano czterech pracujących dla radia dziennikarzy.

Najnowsze wiadomości z Somalii na stronie internetowej Shabelle (dostępna również po angielsku).

2. Bruno de Souza już nie pogra

Bruno ma 25 lat i do tej pory błyszczał jako bramkarz i kapitan jednego z najlepszych klubów piłkarskich w Brazylii: Flamengo. Niestety, Bruno okazał się być wielkim talentem na murawie i kompletnym psychopatą poza nią. Na jednej z orgietek, w których podobno lubił brać udział, poznał Elizę Samudio. Modelka, piłkarz, alkohol i narkotyki to dość proste równanie, więc trudno zrozumieć, dlaczego Bruno się zdziwił, gdy dziewczyna sprzedała mu wiadomość o ciąży. Żeby jeszcze bardziej nie zdziwiła się żona bramkarza, Elizę porwał, pobił i zmusił, żeby wzięła środki na poronienie. Został właśnie za to skazany na cztery i pół roku więzienia.
Ale prawdopodobnie posiedzi jeszcze dłużej, bo historia ma dalszy ciąg. Eliza okazała się być kobietą z żelaznym łonem i urodziła syna. Bruno zdenerwował się nie na żarty, synka oddał na przechowanie żonie, a Elizę wraz z kilkoma kolegami porwał ponownie. Jeden ze wspólników szybko się złamał i doniósł na policję. Ciała nie znaleziono do dziś, ale ten sam świadek zeznaje, że to dlatego, bo rzucono je na pożarcie psom.
Flamengo zerwało kontrakt z de Souzą. Ciesz się, Botofago.

SouzaCo? Życie to nie film? (Fot. O Globo)

3. Kradną sprzęt wyborczy

Nigeria ma:
a) 70 mln obywateli uprawnionych do głosowania
b) wybory w kwietniu (prawdopodobnie)
Żeby wszystko przebiegło sprawnie i bez bonusów z poprzedniego razu, kiedy na spisach wyborców pojawiały się setki osób martwych albo wymyślonych, Państwowa Komisja Wyborcza kupiła specjalistyczny sprzęt za 230 mln dolarów. No, ale na lotnisku Murtala Muhammed ktoś sporą część przesyłki najzwyczajniej ukradł.
Wniosek? Wybierasz się do Lagos, pilnuj plecaka na odprawie.

4. Rasta surf

Rodzina Marleyów i firma Billabong podpisały umowę, dzięki czemu ci ostatni będą mogli wstawiać twarz Boba na produkowane przez siebie koszulki, szorty, czapeczki, paski, portfele i całą resztę, która jest niezbędna w walce z Babilonem.
Pamiętaj młody rastamanie: surfing jest ital tylko z Billabongiem!

Marley BillabongWalcz z Babilonem, nie kupuj podróbki na targu w Juracie (Fot. Billabong)

5. Tanzania wygrywa puchar CECAFA

W rozgrywanym w Dar Es Salaam finale, Kilimanjaro Stars pokonali Wybrzeże Kości Słoniowej 1:0. Trzecie miejsce zajęła Uganda, wygrywając z Etiopią 4:3.
Jeżeli więzienie w Rio ma kablówkę, to Bruno będzie sobie mógł obejrzeć powtórki.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Feminizm kaliber 9 mm

Grudzień 2006, Meksyk. Felipe Calderón po półrocznej wyczerpującej walce prawnej o uznanie jego zwycięstwa w wyborach prezydenckich (różnica między nim, a drugim kandydatem wyniosła zaledwie 0,6 proc., pojawiły się oskarżenia o oszustwa przy liczeniu głosów) obejmuje urząd i gorączkowo potrzebuje czegoś, czym zapunktowałby u opinii publicznej. Pada na coraz bardziej panoszące się w kraju kartele narkotykowe, w których walkach przez kilka wcześniejszych lat zdążyło zginąć 8 tys. osób. Calderón wypowiada im wojnę i na ulice swojego rodzinnego stanu Michoacan wysyła 6,5 tys. żołnierzy, którzy mają ją szybko skończyć.

Grudzień 2010. W akcji jest już 50 tys. wojskowych, a te cztery lata pochłonęły 30 tysięcy ofiar. Wojna jest daleka od zakończenia, ale wymusiła na gangach zaskajującą zmianę: równouprawnienie.

RównouprawnienieRównouprawnienie w akcji (Fot. Rosarito En La Noticia)

Od Sycylii po Japonię, przestępczość zorganizowana zawsze była zdominowana przez mężczyzn. W Meksyku tym bardziej. Wszystkie miejscowe kartele wywodzą się ze wsi i stamtąd czerpią twarde wzorce machismo. To mężczyźni handlują narkotykami. To mężczyźni strzelają do innych mężczyzn. To mężczyźni układają i śpiewają ballady narcocorrido o strzelających i handlujących mężczyznach. I to mężczyźni kręcą na ich podstawie kasowe hity narcocinema, w których grają mężczyźni z odpowiednio męskimi wąsami. Aż do teraz.

Okazuje się bowiem, że mężczyźni tak dużo strzelali do innych mężczyzn, że zaczęło ich w gangach zwyczajnie brakować. Szefowie musieli szybko uzupełnić pustki i sięgneli po tych, którym mogli zaufać: swoje żony, dziewczyny i córki.
Meksykański Narodowy Instytut Kobiet przeprowadził badania, z których wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat liczba więźniów płci żeńskiej odsiadujących wyroki za działalność w kartelach zwiększyła się aż o 400 proc. Dziewczyny zaczynają od małych zadań, szmuglują i rozprowadzają niewielkie ilości narkotyków. Ale wiele z nich szybko awansuje w hierarchii i bierze się za ostrzejszą działalność: organizuje porwania dla okupu, albo wykonuje wyroki na wrogach swojego szefa. A potencjalnie każda sama może zostać szefem.

Największy rozgłos zyskała Sandra Ávila Beltrán, szerzej znana jako Królowa Pacyfiku. Członkini najpotężnejszego Kartelu z Sinaloa, trzy lata temu została aresztowana pod zarzutem przemytu 10 ton kokainy.
– Nie chciałam żyć w świecie przestępstwa, ale miałam go we krwi – powiedziała krótko po zatrzymaniu.
Królowa nie ma biografii, tylko scenariusz filmowy. Jej wujek, Miguel Ángel Félix Gallardo dosłownie stworzył przestępczość zorganizowaną w Meksyku. Jego współpracownikiem był kolejny krewny Sandry Rafael Caro Quintero, jeden z najpotężniejszych gangsterów lat 80. No i nie zapominajmy, że to zarazem siostrzenica braci Beltrán Leyva, kolorowej bandy, która odłączyła się od Kartelu z Sinaloa i stworzyła własną organizację, nie schodzącą z czołówek gazet.
Piękność z szemraną przeszłością dwukrotnie wychodziła za mąż, w obu przypadkach za byłych wysokich funkcjonariuszy policji, którzy przeszli na drugą stronę barykady. I którzy w końcu kończyli z kulami w głowach. Ostatecznie Sandra związała się z Juanem Diego Espinozą Ramírezem, jednym z przywódców kolumbijskiego kartelu Norte del Valle i to był strzał w dziesiątkę: kobieta zaczęła kontrolować kokainowe szlaki łączące Kolumbię z Meksykiem i ugruntowała swoją pozycję Królowej Pacyfiku.

Królowa Pacyfiku45-letnia Królowa wygląda nieźle nawet na mugshocie (Fot. EFE)

Nie wszystkie dziewczyny mogą liczyć aż na takie szczęście. Od kiedy są w grze, gangsterzy skreślili dawną zasadę, że nie wolno ich zabijać i wzięli je na celownik na tych samych prawach, co chłopaków. Dziennik “Diario de Juárez” podaje, że o ile w 2008 roku zamordowano w tym mieście 87 kobiet, tak w tym roku ich liczba sięgnęła 300.

Czy “równouprawnienie” w świecie przestępczym przełoży się na poprawę sytuacji kobiet w życiu codziennym Meksyku? Trudno powiedzieć. Warto jednak wspomnieć, że narkotykowa wojna feminizuje nie tylko kartele. Mężczyzn zaczyna brakować też po drugiej stronie, więc ich miejsce zajmują panie, niektóre od razu na wysokich stanowiskach. W październiku media na całym świecie (również w Polsce) ekscytowały się Marisol Valles Garcią, która w wieku zaledwie 20 lat została szefem policji w miejscowości Práxedis G. Guerrero, niedaleko Juárez. Mniej więcej w tym samym czasie, nominację na komendanta miejscowości Meoqui (położonej w tym samym stanie Chihuahua, co Práxedis G. Guerrero) odebrała Hermila García Quiñones. Dwa tygodnie temu została zastrzelona w drodze do pracy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Jeden z najpopularniejszych zespołów narcocorrido, Los Tucanes de Tijuana, nagrał w 2004 roku piosenkę “Fiesta en la Sierra”, gdzie w jednej ze zwrotek śpiewa o przylatującej na imprezę Królowej Pacyfiku. Teledysk do tej perełki pod tym linkiem. Sandra nie występuje tam osobiście, w jej rolę wciela się modelka Fabiola Campomanes. Jest tam też jakiś facet, który udaje Subcomendante Marcosa. Jaram się, brakuje jeszcze tylko, żeby kilku zapaśników lucha libre zaczęło się okładać burritos.

Johnny Depp bez pudru

Kiedy mieszkałem na warszawskiej Pradze byłem blisko zaprzyjaźniony z kilkoma sąsiadami. Największą życiową pasją chłopaków – poza alkoholem – byli “Piraci z Karaibów”, którzy co sobota rządzili okolicą stacji “Bliska”. Wpasowałem się w klimat, bo też od dawna jaram się piratami. Chociaż nie tymi z Karaibów, tylko z Somalii. A ostatnio sporo się u nich dzieje.

O tym co, jak i dlaczego w Somalii nie ma sensu pisać. Blog tego nie ogarnie, to materiał na książkę. W skrócie jest tak, że w 1991 roku ostatecznie upadł rząd Mohameda Siada Barre i Somalia się skończyła. Dosłownie. Rządzić zaczęli watażkowie wojenni, władza każdego sięgała tak daleko, jak mogła dolecieć kula z karabinu. Kraj pogrążył się w biedzie i przemocy. Coś tam próbowali zrobić jeszcze Amerykanie, bo przecież komunizm upadł i historia się skończyła, więc mieli trochę wolnego czasu. Ale dostali po tyłku (“Helikopter w ogniu”) i było po misji.

Helikopter w ogniuPrzynajmniej Sławomir Idziak dał radę za kamerą (Fot. “Black Hawk Down”)

Promyk nadziei pojawił się jeszcze latem 2006 roku, kiedy niespodziewanie Mogadiszu i całą południową część terytorium opanowały siły tak zwanego Związku Sądów Islamskich. Wprowadziły bardzo surowe prawa, ale nawet krytycy przyznawali, że wreszcie skończyły się strzelaniny w stolicy. Jednak Etiopii – odwiecznemu rywalowi Somalii – nie na rękę był spokój u sąsiada. Prezydentowi Bushowi wystarczyło powiedzieć “Islam”, żeby zapaliła mu się lampeczka i USA przyklepały inwazję, która błyskawicznie obaliła nowych władców. Po pół roku względnego spokoju, wszystko znów wróciło do normy: wybuch na śniadanie, ostrzał na kolację.
Dwie frakcje Al-shabab jeżeli akurat nie walczą ze sobą, to walczą z siłami Unii Afrykańskiej, z którą walczy Hizbul Islam, z którym walczą siły rządowe, z którymi walczą prywatne milicje. A wszyscy oni najchętniej zasadziliby się na najbardziej kolorową ekipę: piratów.

PiraciKeira Knightley druga od lewej (Fot. EFE)

Piraci są szczególnie medialni. Raz, że można przyszpanować na błyskotliwego publicystę, robiąc jakieś kretyńskie odniesienie do Johnego Depp’a (patrz początek posta). A dwa, że jako jedyni zagrażają bezpośrednio “nam” (czyli tankowcom). Więc w miarę regularnie można coś o nich usłyszeć, chociaż na ogół straszne klisze. W Polsce najlepszym do tej pory materiałem był tekst Wojciecha Jagielskiego w “Dużym Formacie” jakieś dwa-trzy lata temu. Chyba jako jedyny wyjaśniał skąd oni się w ogóle wzięli. A wbrew pozorom, wcale nie z chęci zysku.
Somalia ma najdłuższą linię brzegową w Afryce (3 tys. kilometrów) i kiedyś potrafiła się o nią zatroszczyć: w latach 60. flotę wojenną zbudował im Związek Radziecki, a gdy drogi Mogadiszu i Moskwy rozeszły się w roku 1977, na miejsce wskoczyły Stany Zjednoczone i wyposażyły okręty w sprzęt bojowy. Ale gdy kraj pogrążył się w otchłani, to samo stało się z jego statkami, z których część rozkradziono, a część zwyczajnie przestała się do czegokolwiek nadawać.
Sytuację błyskawicznie wykorzystali ci, którzy dziś tak narzekają na tych strasznych piratów. Japońskiej, koreańskie, chińskie i tajwańskie kutry zaczęły łowić na somalijskich wodach bez żadnego opamiętania. Miejscowy rybacy coraz częściej wracali do swoich wiosek z pustymi rękoma. Niespodziewanie na wybrzeżu pojawiła się plaga chorób: krwawienia z jamy ustnej i krwotoki wewnętrzne, potworne bóle brzucha, rzadkie typy chorób skóry, problemy z płucami. Dzieci rodziły się z deformacjami ciała. Specjalne dochodzenie ONZ  wykazało, że europejskie firmy (szczególnie włoskie, powiązane z  camorrą) zrobiły sobie z Somalii jedno wielkie wysypisko. Toksyczne  odpady, które na papierze były utylizowane w sterylnych warunkach, w  rzeczywistości lądowały w oceanie. Reakcja Unii Europejskiej? Brak.
– Nie ma ani planów oczyszczania, ani planowanych odszkodowań, ani  żadnej prewencji – powiedział wprost Ahmedou Ould-Abdallah, specjalny  wysłannik ONZ do Somalii.

ŚmieciNa Wybrzeżu Kości Słoniowej też zrzucali (Fot. ANP)

No więc w końcu miejscowym na tyle zabuzowało pod garnkiem, że wsiedli na swoje łódeczki, zamiast sieci wzięli kilka karabinów maszynowych i popłynęli szukać Chińczyków. W rezultacie powstało coś na kształt ochotniczej straży przybrzeżnej, która strzałami w powietrze przeganiała obce kutry. Aż ktoś wpadł na pomysł, żeby od przepływających przez te wody statków pobierać cło. A od cła do okupu droga była już krótka.
Pojmani w ostatnich latach piraci podczas zeznań na ogół wciąż przedstawiają się jako prości rybacy, którzy tylko bronią swojej własności. I pewnie z ich perspektywy tak właśnie jest, ale z boku widać wyraźnie że to już po prostu wielki biznes.

W Harardhere i Hobyo działają najnormalniejsze w świecie giełdy pracy dla piratów. Szef operacji opłaca informatorów, którzy dają mu namiary na duże tankowce płynące z Azji do Europy przez Kanał Sueski. Na giełdzie pojawia się ogłoszenie o planowanej akcji. Bogaci inwestorzy z somalijskiej diaspory w Kanadzie i Wielkiej Brytanii wykupują “udziały” w przedsięwzięciu: za zagwarantowany procent zysków z przyszłego okupu, wykładają na stół twardą gotówkę. Dzięki tym pieniądzom piraci mogą kupić zapasy amunicji, paliwa do motorówek, wody pitnej i drabiny potrzebne do abordażu wysokiej burty. Na giełdzie zbierają się chętni na wyprawę, części się poświęci i dostaną angaż na konkretną robotę.
Statki nie są rabowane, a załodze nie dzieje się żadna krzywda, bo porywaczom zależy tylko na okupie. Dostają go w gotówce, na ogół zrzucony w workach z przelatującego samolotu, albo helikoptera. Tankowce są uwalniane, jak tylko kasa zostanie przeliczona. ONZ w jednym ze swoich raportów podaje, że około 40 proc. zysków trafia do faktycznych wykonawców roboty, 10 proc. do miejscowej starszyzny plemiennej, a połowę zgarniają sponsorzy. Trudno oszacować dokładnie, bo pieniądze obracane są w hawali, bardzo nieformalnym sytemie bankowym, jaki funkcjonuje w państwach islamskich. Pieniądze dosłownie rozpływają się w powietrzu.
Somalijscy piracy imponują skutecznością. Od dwóch lat na ich terenie działa do 30 okrętów wojennych NATO, a oni nie tylko zwiększyli liczbę ataków, ale wypuszczają się coraz dalej. W połowie listopada porwali statek na wodach bliżej Indii niż Afryki. W tym samym czasie inna grupa dostała najwyższy okup w historii: 12,3 mln dolarów. A w ich rękach jest jeszcze około 28 dużych jednostek i pół tysiąca marynarzy.

PlażaBudka z goframi i byłaby Jurata (Fot. NAVFOR Somalia)

A piszę o tym wszystkim, bo wbrew pozorom ta złota passa może się już niedługo skończyć. Najwyraźniej wszyscy inni Somalijczycy są już poważnie wściekli, że ochrona wybrzeża zamieniła się w szemrany biznes. Kiedy piraci porwali w okolicy Seszeli jacht z parą angielskich staruszków, diaspora w Wielkiej Brytanii zrobiła im taką awanturę, że ostatecznie wypuścili ich “po kosztach”. Gdy dwa tygodnie temu mieszkańcy wioski Bandar Beyla, zorientowali się, że na ich terenie trwa abordaż jemeńskiego statku, najzwyczajniej w świecie ostrzelali i pogonili precz niedoszłych porywaczy.
– Jesteśmy prostą rybacką wspólnotą i będziemy ich zwalczać – mówił burmistrz Said Adan Ali.
A kilka dni temu AP donosiło w jednej ze swoich depesz, że Puntland, czyli region, który kiedyś ogłosił secezję i z terenu którego operują prawie wszyscy piraci, właśnie tworzy ponad tysiącosobowe siły, które mają na nich polować. Milicją dowodzi Mohamed Farole, syn prezydenta Puntlandu. Tata już kupił synowi i kolegom sześć samolotów patrolowych oraz broń za 10 mln dolarów.

Wszystko wskazuje na to, że konfrontacja będzie ostra. Warto śledzić depesze, bo może już niedługo ta bardzo barwna historia dobiegnie końca.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Rząd Somalii, który przy wsparciu wojsk Unii Afrykańskiej kontroluje zaledwie kilka dzielnic stolicy, formalnie wciąż posiada flotyllę. Jej szefem od 1982 roku jest Farah Ahmed Omar. Który, jak sam rozbrajająco przyznaje, ostatni raz był na morzu 23 lata temu.