Archive

Archive for January, 2011

Stephen Wilce to fajny gość

Podsumowanie tygodnia w poniedziałek, zamiast w niedzielę. Obsuwa wynika z powodów różnych, nad którymi nie będziemy się rozwodzić. Dział Zagraniczny przeprasza wszystkich czytelników, oraz osoby, które w różnych sprawach pisały maile, a jeszcze nie dostały odpowiedzi. W ciągu godziny mogą się ich spodziewać.
Jeszcze raz sorry.

1. Bez olinklusiw nie ma korespondencji

Na Wybrzeżu Kości Słoniowej Laurent wciąż mówi, że nie odda zabawek i jest pat. Tymczasem trochę dalej na południowy-wschód, a konkretnie w Gabonie, lokalny polityk postanowił powtórzyć scenariusz. We wtorek André Obame ogłosił, że wybory z 2009 roku zostały sfałszowane, tak naprawdę wygrał je on, a nie urzędujący prezydent Ali Bongo (syn rządzącego krajem przez 42 lata Omara Bongo, z którym sam Obame przez lata blisko współpracował). Następnie mianował rząd i 19 ministrów, a dzień później wszyscy stawili się przed miejscową siedzibą ONZ, gdzie zażądali ochrony.
Pewnym rozczarowaniem dla samozwańczego prawowitego przywódcy może być to, że o ile na Wybrzeżu Kości Słoniowej Unia Afrykańska twardo stoi po stronie opozycjonisty/prezydenta Alassane Ouattary, o tyle w Gabonie przesłanie tej samej organizacji dla André można z grubsza streścić jako “Weź się nie wygłupiaj”.

Obame zawsze twierdził, że wybory wygrał, ale do tej pory nie afiszował się z tym na szeroką skalę. Podobno do wtorkowej akcji zachęciły go wydarzenia w Tunezji. A jeżeli o państwach arabskich mowa, to Dział Zagraniczny pragnie poinformować czytelników, że oprócz wspomnianego kraju Magrebu i Egiptu, który nie schodzi z czołówek, demonstracje odbywają się też w Jemenie, Libanie (chociaż tam z trochę innego powodu), a od wczoraj też w Chartumie. Na nieszczęście dla tych krajów, biura podróży nie wysyłają tam samolotów pełnych turystów z Radomia. Więc nie zobaczymy relacji w “Faktach”.

2. Literatura to sztuka

Był sobie kiedyś taki argentyński autor jak Jorge Luis Borges, który jest uznawany za jednego z najwybitniejszych latynoskich pisarzy w historii. Borges zmarł w 1986 roku, ale na jego nieszczęście chilijski kolega po piórze – Eduardo Labarca – mimo 72 lat żyje nadal. I wpadł na genialny pomysł, że wypromuje swoją najnowszą książkę, dając na okładkę zdjęcie, na którym obiskuje grób Borgesa. Argentyński Minister Kultury mówi, że to profanacja. Sam Labarca, że sztuka.
Sąsiedzi Działu Zagranicznego co weekend uprawiają sztukę na jego klatce schodowej.

3. John Candy

Nowa Zelandia ma coś, co nazywa się Defence Technology Agency i z grubsza jest agencją, która doradza rządowi w sprawach lotnictwa wojskowego (np. w sprawie misji w Afganistanie), szeroko pojętego szpiegostwa i obrony. Acha, no i do niedawna miała też szefa, który żyje we własnym świecie. Dosłownie.
Stephen Wilce stracił stanowisko po pięciu latach dowodzenia 80-osobową ekipą i przeglądaniu ściśle tajnych materiałów. Przełożeni zwolnili go we wrześniu ubiegłego roku, kiedy lokalna telewizja ujawniła, że kłamał w swoim CV, między innymi twierdząc, że przez lata służył w brytyjskiej armii jako komandos. A w piątek komisja śledcza wydała raport ze śledztwa, które ujawniło kolejne fantazje Wilce’a.
Sympatyczny pan z wąsem według własnych opowiadań działał też w MI5, MI6, zaprojektował system naprowadzania rakiet Polaris, był bardzo popularnym gitarzystą folkowym, oczywiście w przerwach pomiędzy zawodowym graniem w rugby a wożeniem księcia Andrzeja helikopterem.
Dział Zagraniczny rozumie, że liczba zajęć przytłoczyła tego, kto dawał Stephenowi posadę, ale chyba jednak były sygnały, żeby lekko wątpić w jego życiorys? Na przykład kiedy twierdził, że w 1988 roku reprezentował Wielką Brytanię na Zimowej Olimpiadzie w Calgary, gdzie ścigał się na bobslejach z Jamajczykami. Tak, tymi z “Reggae na lodzie”.

John CandyPodpowiedź dla rządu Nowej Zelandii: drugi od prawej pan, to nie Stephen Wilce

4. Ital irie culcha

A właśnie, Jamajka. Dział Zagraniczny informował już o tym, że Kuba stworzyła własną Wikipedię. Sąsiedzi z drugiej wyspy nie chcieli być gorsi i właśnie ruszyła Jamaicapedia. Z tym, że ma niewiele wspólnego ze słynnym pierwowzorem, to raczej portal z filmikami, które mają prezentować kulturę tego kraju. Są więc nagrania z wizyty Hajle Sellasiego w 1966 roku, wywiad z Usainem Boltem i dużo o reggae. Na razie nic o mordowaniu gejów i lesbijek. Znając Jamajkę, już niedługo.

5. Chiński Tom Cruise

Wszystko wskazuje na to, że Chińczycy nadali w telewizji materiał ze swoich ćwiczeń wojskowych, w którym użyli fragmentów z filmu “Top Gun”. Nawet nie chce mi się tego opisywać, wszystko jest wyjaśnione pod tym linkiem, a na zachętę screenshot:

Top GunTom Cruise lata dla chwały ChRL

6. Pewchowe skrzyżowanie

Inna kuriozalna wiadomość tego tygodnia, to że do więzienia w Pakistanie trafił pewien Amerykanin, bo zastrzelił motocyklistę w Lahore. On sam twierdzi, że bronił się przed napadem, a bandyta pierwszy groził mu bronią, ale cała sytuacja jest bardziej tragiczna niż groteskowa. Do momentu, kiedy na miejsce zdarzenia dociera auto z amerykańskiego konsulatu i uderza dwóch gapiów, z których jeden umiera.
Nawet nie wiem, jak to skomentować

7. Gorzej niż na derbach w Krakowie

Podsumowanie tygodnia zakończymy kolejną tragikomedią. W Nigerii jest miasto Jos, które od lat jest targane konfliktami pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Szczególnie krwawy był rok 2008, a tylko w zamieszkach z zeszłego miesiąca zginęło ok. 200 osób.
Tymczasem w czwartek w pobliskim Tafawa Balewa starcia pociągnęły za sobą 4 ofiary śmiertelne, a ponad 50 domów spłonęło. Co wywołało krawe walki? Spór dwóch chłopaków o niespłacony dług bilardowy.
Kilka lat temu Dział Zagraniczny spędził parę miesięcy w Tanzanii. Akurat na samym początku rząd zabronił gry w bilard przed godziną 16, bo z jego powodu za dużo dzieci szło na wagary, a dorosli nie przychodzili do pracy. Nigerio: rozważ.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Szakale i humanitaryzm

04 stycznia we wpisie “Psy wojny” (a jeszcze wcześniej, choć tylko zarysowując sprawę, 05 grudnia we wpisie “Johnny Depp bez pudru”) Dział Zagraniczny informował o bardzo tajemniczej działalności najemników w Somalii, w którą zamieszani są były wysokiej rangi dyplomata z USA i emerytowany superagent CIA. Okazuje się, że sprawą zajął się też inny tytuł: The New York Times.
Wnioski są dwa. Po pierwsze, redaktorzy zza oceanu zaczynają dzień od lektury tego bloga. Po drugie, skoro biorą się za to w Stanach, to zaraz stanie się to super interesujące dla polskiego czytelnika i Dział Zagraniczny będzie musiał przestać o tym pisać.
Tymczasem korzystajmy z tego, co opublikował NYT, bo jego dziennikarze jak zwykle odwalili pełną profeskę i odkryli wszyskie tajemnice. Które mieszczą się w trzech słowach: Zjednoczone Emiraty Arabskie. No i może jeszcze w bonusie: Blackwater.

Więc tak, tym tajemniczym “państwem muzułmańskim”, które sponsoruje działalność Saracen International w Rogu Afryki są Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zdaniem informatorów NYT, Abu Zabi sfinansowało prowadzone przez firmę szkolenie sił antypirackich i jej uzbrojenie, bo działalność somalijskich korsarzy coraz bardziej zagraża interesom arabskiego państewka. Szejkowie nie pozwalają sobie na nieprzewidziane straty.
Dużo ciekawszy jest za to poufny raport Unii Afrykańskiej z 12 stycznia, do którego dotarli amerykańscy dziennikarze. Wynika bowiem z niego, że inicjatorem całej akcji, jej pierwszym sponsorem i pośrednikiem pomiędzy Saracen a Emiratami jest nie kto inny jak sam Erik Prince.

Prince to były komandos Navy SEALs, z którymi był na misiach między innymi na Haiti i w Bośni. Do historii przeszedł jednak dopiero po zakończeniu służby, kiedy w 1997 roku założył niesławne Blackwater, prywatne przedsiębiorstwo wojskowe, a de facto armię najemników. Firma zbiła fortunę na kontraktach z rządem USA po jego inwazji na Afganistan, a później Irak. W Zatoce Perskiej prywatni kontraktorzy stanowili drugi po armii Stanów Zjednoczonych największy kontyngent wojskowy (20 tys. pracowników pełniących służbę zbrojną i kolejne 109 tys. świadczących usługi cywilne – np. zaopatrzenie i wyżywienie – na rzecz zachodniej koalicji). 1/3 wydatków na działania wojenne w Iraku trafiła do tego rodzaju przedsiębiorstw, a Blackwater była największym beneficjentem spośród tych stricte militarnych.

Erik PrinceTak, Zbyszek, który w twojej firmie naprawia komputery, w wolnych chwilach dowodzi największą armią najemników na świecie (Fot. Gerry Brome/AP)

Prince od dawna próbował znaleźć nowe rynki zbytu dla swojej działalności i najwyraźniej pogrążona w wojnie domowej od 20 lat Somalia wydała mu się idealna. Zdaniem informatora New York Timesa, już wiosną 2005 roku miał wystąpienie w kwaterze głównej CIA, której proponował, żeby oparła swoje działania paramilitarne na jego kadrze pracowniczej, a w 2008 chciał sobie zapewnić kontrakty na ochronę u przedsiębiorstw, których statki często przepływają w okolicach Somalii i są narażone na ataki tamtejszych piratów. W tym celu przerobił nawet dawny okręt oceanograficzny na jednostkę bojową wyposażoną w działka i samolot bezzałogowy.
Oczywiście sam Prince patrzy na to zupełnie inaczej.
– Dobrze wiadomo, że pan Prince od dawna chce pomóc Somalii w zwalczeniu piractwa – mówił gazecie Mark Corallo, jego rzecznik prasowy – Jest przede wszystkim zaangażowany w starania humanitarne.

Przypomnimy zatem jakie to starania humanitarne były powodem zmiany nazwy firmy z Blackwater na Xe. Pracownicy Erika Prince’a w Afganistanie nie zwracali jeszcze na siebie tak ogromnej uwagi mediów, ale już w Iraku ich działania wywoływały skandal za skandalem, w sprawie wielu toczyły się śledztwa. Zarzuty o nie płacenie podatków, pranie brudnych pieniędzy, przemyt broni, wykorzystywanie nieletnich prostytutek czy wreszcie niszczenie dowodów swojej działalności to mały pikuś. Oburzenie międzynarodowej opinii publicznej brało się z tego, że najemnicy z Blackwater mieli zwyczaj strzelać do każdego, kto wzbudził ich jakiekolwiek wątpliwości.
W raportach ujawnionych swego czasu przez Wikileaks roi się od takich meldunków jak ten z 14 maja 2005, kiedy patrol amerykańskich żołnierzy melduje, że był świadkiem jak pracownicy Blackwater ostrzelali cywilny samochód, zabijając prowadzącego go mężczyznę, a jego żonę i córkę raniąc. 2 maja 2006 pracownicy firmy zastrzelili kierowcę karetki. Ale największa i najbardziej znana zbrodnia najemników Prince’a miała miejsce 16 września 2007 roku, kiedy rozpętali małe piekło na bagdadzkim placu Nisour i położyli trupem 17 cywilów.
Starania humanitarne, nie ma co.

Oczywiście tym, którzy pociągali za spust włos z głowy nie spadł, wywieziono ich z kraju, a amerykańskie władze przyznały im immunitet w zamian za złożenie zeznań. Rząd Iraku odebrał firmie licencję na działalność na terenie jego państwa, a ona sama po fali krytycznych artykułów na swój temat zmieniła nazwę z Blackwater na Xe Services. Wreszcie, w grudniu zeszłego roku, Prince miał już dość użerania się z kolejnymi pozwami, które płynęły na adres swojej korporacji i sprzedał ją grupie inwestycyjnej USTC.
Ostatnio przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
– To utrudni szakalom dobranie się do moich pieniędzy – mówił w listopadowym wywiadzie dla “Men’s Journal”.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Rodzice Prince’e byli bardzo wysoko ulokowani w politycznym towarzystwie. Jednym z ich znajomych był między innymi George Bush (senior), który w 1990 wziął młodego Erika na stażystę do Białego Domu. W jednym z nielicznych późniejszych wywiadów Prince wspominał:
– Widziałem wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałem: zapraszanie przedstawicieli homoseksualistów, porozumienie budżetowe, Clean Air Act [prawo z 1990 roku o kontroli zanieczyszczeń w powietrzu, miało między innymi położyć kres groźnym w tamtym czasie kwaśnym deszczom], tego typu regulacje.

Szakale, normalnie.

Kandelabr Ludwika XV

Rok 1971, na Haiti dogorywa François Duvalier, dyktator wyspy znany jako Papa Doc. Tuż przed śmiercią wyznacza na swojego następcę własnego syna, Jean-Claude’a. 15 lat później wybucha rewolucja i Baby Doc – jak dla odróżnienia mówi się na młodszego Duvaliera – pośpiesznie ucieka z kraju. Wydaje się, że na zawsze.
Aż do niedzieli 16 stycznia. Późną nocą cały świat obiega sensacyjna wiadomość, że były “dożywotni prezydent” niespodziewanie wrócił do ojczyzny. News jest tak mainstreamowy, że podają go nawet polskie media. Ale na tym informacje się kończą. Czytelnik nad Wisłą nie dowie się, dlaczego satrapa postanowił nagle odwiedzić kraj, gdzie pod rządami jego samego, a wcześniej jego ojca, według ostrożnych szacunków zamordowano ok. 50 tys. osób, a kolejne 100 tys. w panice opuściło Haiti. A warto się w te powodu zagłębić, bo to historia jak z kiepskiego filmu. Choć wydarzyłą się naprawdę.

Gdy w 1986 roku Jean-Claude musiał w pośpiechu uciekać przed żądnymi zemsty buntownikami, trafił do dawnego kolonialnego władcy wyspy: Francji. Ale Paryżowi nie bardzo było w smak dawać schronienie komuś z tyloma zbrodniami na rękach i Duvalier usłyszał, że ma tydzień na znalezienie sobie innego gospodarza. Co okazało się bardziej niż trudne. Azylu odmówiły mu kolejno Stany, Szwajcaria, Włochy, Hiszpania i Grecja. Kiedy dyktatora odrzuciły nawet Gabon i Seszele, Francuzi machnęli ręką i Baby Doc mógł zabrać się za to, co zawsze wychodziło mu najlepiej: żyć jak playboy.

Rodzina wynajęła zamek w okolicach Paryża, ale Jean-Claude wolał spędzać czas w pełnej przepychu willi na Lazurowym Wybrzeżu. Gazety nad Sekwaną donosiły jak rozbija się po Riwierze kolejnymi luksusowymi samochodami, szczególnie swoim ulubionym Ferrari Testarossa. Duvalierowie brylowali na przyjęciach, kupowali dzieła sztuki i jadali tylko w najdroższych restauracjach.
Tymczasem kolejne rządy na Haiti upadały szybciej niż powstawały. Ale wszystkie domagały się od Francji i Szwajcarii, żeby zamroziły konta, na których rodzina byłego prezydenta miałą ukrywać skradzione państwu miliony. Pewnego dnia, w ramach sądowego dochodzenia o odzyskanie tych pieniędzy, żandarmi wpadli to domu Duvalierów w poszukiwaniu dowodów. W muszli klozetowej znaleźli na wpół zniszczony notes z wydatkami. Kwoty były powalające. 169 tys. dolarów za nanowszą kolekcję Givenchy. 270 tys. za biżuterię Boucheron. 68,5 tys. za zegar. 10 tys. za dwa dziecięcie siodła kupione w Hermèsie. Rachunków próbowała się pozbyć pani domu – Michèle. I to właśnie jest najbardziej znacząca postać w całej tej historii.

Slub DuvalierowPo lewej prezydent, po prawej budżet (Fot. Getty Images)

Kiedy w 1971 roku Jean-Claude składał przysięgę jako “prezydent na całe życie”, był tylko pociesznym 19-letnim grubaskiem, który interesował się wyłącznie romansami i szybkimi samochodami, a o sprawowaniu władzy nie miał najmniejszego pojęcia. Tę przez lata sprawowała w jego imieniu matka, dopóki na drodze młodego władcy nie stanęła Michèle.
Z domu Bennett, w młodości wyszła za Alixa Pasqueta, którego ojciec jeszcze w 1958 próbował zbrojnie obalić Papę Doca (i za co jego zmaltretowane ciało długo wisiało przed Pałacem Prezydenckim). Małżeństwo przetrwało tylko kilka lat: w 1978 Michèle wzięła rozwód i postanowiła szukać szczęścia po drugiej stronie barykady. Rzuciła się na życie nocne stolicy i w ciągu kilku miesięcy została gwiazdą lokalnej elity. Wciąż otyły Baby Doc z bokobrodami wielkości Pola Mokotowskiego nie mógł się oprzeć olśniewającej mulatce. W maju 1980, synowa martwego rewolucjonisty została Pierwszą Damą.

Małżeństwo zaczęło się z hukiem. Dosłownie. Pokaz ogni sztucznych na ślubie kosztował 100 tys. dolarów. Panna młoda miała na sobie jeszcze droższą suknię ślubną, a włosy czesał jej najlepszy paryski fryzjer, sprowadzony prywatnym odrzutowcem. W parkach i na ulicach wystawiono telewizory, żeby biedota mogła podziwiać uroczystości. Całą ceremonia pochłonęła ponad 3 mln dolarów. A dla nowej pani Duvalier to był dopiero początek.
Matce Baby Doca nie podobała się synowa, więc Michèle nakłoniła męża, żeby wysłał starszą panią na przymusowy urlop za granicę. Prezydent był pod tak wielkim wpływem żony, że liczni współpracownicy wspominali później, jak to na posiedzeniach rządu Jean-Claude siedział cicho w fotelu, a ona wściekle strofowała ministrów.
Michèle nie obchodziła władza polityczna, dla niej liczył się tylko luksus. A w wydatkach nie szła na kompromisy. W Miami wydawała kilkadziesiąt tysięcy dolarów na kwiaty, którymi dekorowała Pałac Prezydencki. Rachunki za jej paryskie zakupy opiewały na miliony. Zamawiała tyle sukienek od Valentino, że trzeba je było przewozić ciężarówkami. Francuskich jubilerów z całym ich asortymentem dostarczano na Haiti prywatnym odrzutowcem, żeby mogła sobie wybrać nową biżuterię na następny dzień. Kiedyś wpadł jej w oko bardzo rzadki kandelabr z czasów Ludwika XV. Wkrótce w domu miała ich tuzin.

Michèle potrzebowała coraz więcej funduszy. I potrafiła o nie zadbać. Je rodzina, na czele z ojcem, krótko po ślubie kontrolowała już większość gospodarki na wyspie. Zyski z eksportu zamiast do budżetu, szły prosto do ich kieszeni, ale to dla Bennettów było za mało. Zaczęli przemycać narkotyki na wielką skalę (brat Michèle dostał za to trzy lata odsiadki w Portoryko) i ciułać nawet drobne grosze ze sprzedaży ciał szkołom medycznym na całym świecie. Jakby tego było mało, powołano specjalny państwowy fundusz na budowę państwowej kolei. Nigdy nie powstała, a zebrane na nią pieniądze przepadły jak kamień w wodę.
Szacuje się, że w chwili, gdy Duvalierowie uciekali z Haiti, mieli na swoich prywatnych kontach około 500 mln dolarów. Jednak Jean-Claude cieszył się luksusem we Francji o wiele krócej, niż mógłby podejrzewać.

Kiedy stało się jasne, że nie wrócą na Karaiby i nazwisko Duvalier przestało być gwarancją zysków, w małżeństwie zaczęło się psuć. Baby Doc już w 1990 r. złożył papiery rozwodowe i to był jego największy błąd w życiu. Michèle znalazła lepszego prawnika i puściła go z torbami.

MicheleMichèle (druga od lewej) w lipcu 2010 wygląda lepiej niż w maju 1980 (Fot. WeHaitians.com)

Jean-Claude początkowo chyba nawet nie zorientował się, że trzeba zacisnąć pasa. Pojednał się z matką i wspólnie (wraz z niewielką służbą) wynajęli willę w Cannes. Ale gdy po paru miesiącach nie zapłacili nawet jednego rachunku, właściciel wyrzucił ich na bruk. Wówczas już tylko we dwójkę, pod fałszywym nazwiskiem “Valere” wynajęli apartament w niewielkim hotelu. Gdy i tam odmówili pokrycia rachunków za kilka miesięcy mieszkania, menadżer wezwał policję i były dyktator wraz z mamą trafili do aresztu. W końcu pieniądze wyłożyła ówczesna dziewczyna Baby Doca, ale Duvalier zrozumiał, że żarty się skończyły. Jeszcze pięć lat przewaletował w paryskim Mariocie, którego właścicielem był jego stary ziomek Mohamed Al Fayed (tak, ojciec tego typa, z którym w samochodzie zginęła Diana), ale w końcu i stamtąd musiał się wynieść.
Ostatnie kilka lat spędził w skromnym dwupokojowym mieszkanku na przedmieściach stolicy, a na jego utrzymanie regularnie zrzucali się dawni przyjeciale.

Co to wszystko ma wspólnego z nagłym powrotem Baby Doca do ojczyzny? Wszystko, bo w rzeczywistości chodzi jak zwykle o pieniądze.
Gdy Jean-Claude uciekał z wyspy, miał w Szwajcarii prywatne konto z około 6 milionami dolarów. Przy rozwodzie Michèle nie dostała do niego prawa, ale Duvalier też nie mógł ruszyć funduszy: kolejne rządy Haiti wnosiły do Szwajcarii o ich zamrożenie i zwrot do państwowej kasy. Baby Doc oczywiście nie odpuszczał, a sprawa toczyła się przez lata i nie posuwała ani trochę do przodu. Aż do stycznia 2010.
Sąd Najwyższy Szwajcarii podjął salomonową decyzję. Z jednej strony nakazał odblokować Duvalierowi konto, ale z drugiej zachęcił szwajcarski rząd do uchwalenie specjalnej ustawy, która pozwoliłaby “ominąć” wyrok i zwrócić pieniądze rządowi Haiti. Dział Zagraniczny zupełnie nie rozumie jak to ma niby działać, ale fakty są takie, że parlament nowe prawo klepnął i kasa ma zostać wysłana na Karaiby 1 lutego.

Jean-Claude decyzję oczywiście zaskarżył i wygląda na to, że cała akcja z powrotem do ojczyzny to z jego strony tylko ogromnie przeszacowany wybieg prawny.
Od jego upadku, Haiti coraz bardziej pogrążało się w chaosie, który w ubiegłym roku osiągnął apogeum: najpierw katastrofalne trzęsienie ziemi, później epidemia cholery, o różnych innych nieszczęściach nie wspominając. W kraju dorastają kolejne pokolenia, które nie pamiętają rządów Duvalierów, a z kolei starcom kojarzą się one z okresem względnej stabilności. W rezultacie kwitnie nostalgia za czasami Baby Doca (który był jednak nieporównywalnie mniej krwawy niż ojciec). Starzy duvalieryści przewijają się przez kolejne rządy, w gabinecie prezydenta Gérarda Latortue’a (2004-2006) było ich absurdalnie wielu. Głośnym zwolennikiem byłego dyktatora jest wokalista Michel “Sweet Micky” Martelly, który według oficjalnych wyników zajął trzecie miejsce w zeszłorocznych wyborach prezydenckich, a którego cała społeczność międzynarodowa stara się jednak przepchnąć do II tury.

Baby Doc po latachCiche wejście tylnymi drzwiami w wykonaniu mistrza dyskrecji (Fot. Getty Images)

Wszystko wskazuje na to, że Baby Docowi wydawało się, że w tym ogólnym chaosie zdoła przylecieć na Haiti, posiedzieć na miejscu kilka dni (miał bilet powrotny na 20 stycznia), a potem udowodnić w Szwajcarii, że skoro bezpiecznie odwiedził ojczyznę i wrócił, to dowód na to, że nikt go tam w rzeczywistości nie ściga i pieniądze z konta mu się należą.
I może nawet by się tak stało, ale Duvalier miał pecha. Gdy na lotnisku witało go ponad 2 tys. zwolenników, sprawa stała się zbyt głośna, żeby ją zignorować. Rząd Haiti błyskawicznie oskarżył go o łamanie praw człowieka i korupcję. Jeszcze nie siedzi, ale nie wolno mu opuszczać kraju.
Baby Doc zagrał va banque. I przegrał. Tym razem ostatecznie.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Na forach forach internetowych haitańskiej diaspory można znaleźć informację, że Michèle Bennett przyjechała na wsypę w zeszłym roku na pogrzeb brata, który zginął w trzęsieniu ziemi. Jeżeli to prawda – Dział Zagraniczny nie znalazł potwierdzenia w żadnych innych źródłach – to jak zwykle okazała się sprytniejsza od swojego byłego męża, nie robiąc rozgłosu wokół swojego krótkiego pobytu.

PS2 Gotowość powrotu na Haiti, wyraził też w ostatnich dniach Jean Bertrand Aristide, były ksiądz i dwukrotny prezydent kraju, który każdą kadencję kończył obalony zbrojnym przewrotem, a w 1994 r. do władzy przywracał go między innymi polski GROM (była to pierwsza zagraniczna misja jednostki).

Piractwo popłaca

Następny tydzień za nami. Czas wymyślić jakąś nazwę dla tego cyklu. Propozycje czytelników mile widziane. W komenatarz do tego wpisu, albo na fejsbukowym fanpejdżu.

1. Niech nie pouczają

Zaczynamy od informacji, na którą Dział Zagraniczny bardzo czekał planując wakacje. Rada Rastafariańska Gujany od dawna walczy o legalizację marihuany w swojej ojczyźnie. Zioło i tak jest palone dość powszechnie, ale jak argumentuje przywódca organizacji – Ras Leon Saul – oni chcą zezwolenia ustawowego, bo względny religijne itd. Miejscowi rasta byli do całej sprawy nastawieni bardzo optymistycznie, bo prezydent Bharrat Jagdeo ma do sprawy dość ludzkie podejście (“W Kalifornii mają 800 sklepów z medyczną marihuaną, więc niech nas nie pouczają”), a poza tym ONZ ogłosiło 2011 Międzynarodowym Rokiem Ludności Pochodzenia Afrykańskiego i Gujana chce to stosownie uczcić.
Niestety dla rastamanów, Jadeo powiedział legalizacji “nie”. Łączymy się w bólu.

2. Day of the zombie elections

W tym roku w Zimbabwe będą wybory. A że we wszystkich poprzednich było dość głośno o fałszerstwach, to pozarządowa organizacja Zimbabwe Election Support Network postanowiła sprawdzić listy uprawnionych do głosowania. I okazało się, że np. 2344 wyborców ma według oficjalnych dokumentów między 101 a 110 lat. Przypomnijmy, że przewidywana długość życia w Zimbabwe to 44 lata. Oszczędzając czytelnikom szczegółów: według organizacji prawie 1/3 oficjalnie zarejestrowanych obywateli jest w rzeczywistości albo martwa albo nigdy nie istniała. George Romero już wie, gdzie kręci swój następny film.

Wybory zombiTak się oddaje głosy w Zimbabwe (Fot. Zombie-popcorn.com)

3. Gdzie Dział Zagraniczny będzie szukał pracy w tym roku

International Maritime Bureau informuje w swoim najnowszym raporcie, że rok 2010 był rekordowy w dziedzinie piractwa. Morscy bandyci zaatakowali w sumie 445 razy (to o 10 proc. więcej niż w 2009, do tej pory rekordowym) i udało im się porwać 53 statki (49 z nich uprowadzili Somalijczycy) z łącznie 1016 zakładnikami.
Miło słyszeć, że w dobie kryzysu światowego są takie gałęzie gospodarki, które wciąż się prężnie rozwijają.

4. Minister Pirat

W ogóle piraci w tym tygodniu byli na topie. Większość czytelników na pewno słyszała o Partii Piratów, ale pozostałym wyjaśnijmy, że ten pospolity ruch polityczny ma na sztandarach nieskrępowaną wolność w internecie i reformę prawa własności intelektualnej. Wywodzi się ze Szwecji (i stamtąd pochodzi jego dwóch europosłów), ale ideową przynależność deklarują aktywiści (blogerzy, hackerzy itp.) z całego świata.
Jednym z nich jest Slim Amamou, lider tunezyskich internautów, aktywizujący tłumy zwolenników podczas zakończonej właśnie rewolucji, która obaliła rządzącego od 1987 r. prezydenta Ben Aliego. W ulubionym kraju tyrystów olinklusiw od Wałbrzycha po Rzeszów trwa właśnie kompletowanie nowego gabinetu. W którym Amamou dostał tekę Sekretarza Stanu do spraw Młodzieży i Sportu. Nasz człowiek w rządzie!

Blog Slima pod tym adresem.

SlimDział Zagraniczny głosowałby na tego pana (Fot. Artificialeyes.tv)

5. Aj lajk

I kończymy sieciowym akcentem. Dokładnie rok temu Salvador Cabañas, utalentowany piłkarz z Paragwaju, grający wówczas w meksykańskim klubie América, bawił się w najlepsze na stołecznej dyskotece. Gdy na chwilę zniknął w toalecie, cały parkiet zamarł słysząc strzały z pistoletu. Cabañas dostał w głowę. Przeżył, ale lekarze do dziś nie usunęli mu kuli z czaszki, bo zabieg jest zbyt niebezpieczny. Piłkarz musiał zrezygnować z zawodowej kariery.
Głównym podejrzanym od początku był Jose Balderas Garza, miejscowy handlarz narkotyków. Ale zaraz po strzelaninie przepadł jak kamień w wodę i policja nie mogła go znaleźć. Aż ktoś im doniósł, że jego narzeczoną jest Juliana Sossa, kolumbijska modelka mieszkająca w Meksyku. Stróże prawa zalogowali się na Fejsbuka, wstukali sobie imię i nazwisko dziewczyny, sprawdzili jaki podaje adres zamieszkania i we wtorek zastukali do drzwi. Jose siedzi i czeka na proces.
Morał? Jeżeli jesteście w związku z poszukiwanym, na FB jest taka zakładka jak ustawienia prywatności. Dział Zagraniczny poleca.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Opozycja nieparlamentarna

Naoto Kan jest premierem Japonii dopiero od czerwca, ale już dwukrotnie musiał zmieniać skład rządu, żeby ugrać choć trochę poparcia, które w sondażach nie przekracza 30 proc. Jednak praca w parlamencie jest dla niego odpoczynkiem od prawdziwej opozycji: tej w domu.

Nobuko Kan ma 65 lat, śliczny uśmiech i zwyczaj walenia prawdy prosto w oczy. Nawet tej najbardziej bolesnej. Niecały miesiąc po tym, jak jej mąż został szefem rządu, wydała książkę pod wiele mówiącym tytułem “Co do diaska zmieni się w Japonii, teraz kiedy zostałeś premierem?”, w której otwarcie wytyka błędy i słabości charakteru swojej drugiej połowy. A w zeszłym tygodniu bezceremonialnie wypaliła na konferencji prasowej, że gdyby mogła od nowa decydować o swoim życiu, to na pewno by za niego nie wyszła. Jednak to, co dla wielu byłoby zapowiedzią rozwodu, dla państwa Kan jest codziennością. Pierwsza para nie robi tajemnicy z tego, że drą koty kilka razy w tygodniu. I że tylko wzmacnia to ich związek.

NobukoW tym domu nie rządzi samuraj (Fot. Charles Dharapak/AP)

Poznali się pod koniec lat 60. Nobuko po zdaniu matury przeniosła się na studia z Okayamy do Tokio i zamieszkała w domu rodzciców Naoto: swojego kuzyna. Między młodymi szybko wybuchło uczucie, którego bliscy nie chcieli zaakceptować ze względu na ich pokrewieństwo. Kochanków w niczym to nie zraziło i gdy tylko przyszły polityk skończył studia, od razu zalegalizowali związek.

Potem on zostaje biurokratą (przez lata pracował w urzędzie patentowym), a ona skupia się na rodzinie (mają dwóch synów) i mogłaby to być historia o facecie, który trzyma się stołka i przynosi kasę do domu, gdzie pokornie czeka na niego żona. Ale nie jest.
Naoto zaczyna działać w organizacjach pozarządowych, pracuje dla Fusae Ichikawy, nestorki japońskiego feminizmu i posłanki. Wreszcie, w 1980 r., sam dostaje się do parlamentu z list lewicy. Cały ten czas stoi za nim Nobuko, która w domu nie szczędzi mu krytyki za działania, które uważa za błędne. I dzięki której Naoto zdobędzie ogromny rozgłos.

Jest rok 1996. Rządzącej partii brakuje głosów w parlamencie, potrzebują kogoś do koalicji. Pada na ugrupowanie Kana, który w nagrodę bierze tekę Ministra Zdrowia. I dowiaduje się, że władze przez lata wyciszały wielką aferę, w której prawie 2 tys. chorych na hemofilię Japończyków zaraziło się wirusem HIV używając skażonych dożylnych leków z brakującymi elementami krwi. Polityk zwierza się żonie, która reaguje w typowy dla siebie sposób.
– Strasznie na niego wtedy krzyczałam – wspomina po latach – Powiedziałam mu, że jeżeli nie potrafi nic z tym zrobić, to lepiej, żeby przestał być parlamentarzystą.
Następnego dnia Naoto robi coś, co wcześniej było w Japonii nie do pomyślenia. Występuje w telewizji, publicznie ogłasza odpowiedzialność rządu za zakażenia i przeprasza jego ofiary. W ciągu kilkunastu godzin staje się jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi w kraju.

Kan zaczyna robić karierę, która w końcu przyniesie stołek premiera, ale jego największym atutem pozostaje wygadana żona. W kolejnych kampaniach wyborczych tak skutecznie zjednuje sobie sympatię elektoratu, że dziennikarze przezywają ją “japońską Hillary Clinton”. Znana ze świetnego gustu i zamiłowania do pięknych kimon, dba o wygląd męża, który podobno nie ma pojęcia o tym, jak się elegancko ubierać. Dzięki niej zdobywa tytuł Najlepiej Ubranego Człowieka Roku.
W domu rozmawiają prawie wyłącznie o polityce, a sam premier mówi, że jego najsilniejszą opozycją jest własna żona. Ona dopowiada, że dzięki temu, że jest dla niego taka ostra, łatwiej sobie radzi z krytyką w parlamencie.
Kiedy w zeszłym roku debiutowała w roli pierwszej damy na szczycie G8 w Kanadzie, podobno bardzo wyczekiwała spotkania z innymi żonami światowych przywódców. Nie kryła potem rozczarowania, że “rozmowy nie wyszły poza bezpieczny obszar zwierząt, gotowania i tego co robią w święta”. Jej praktyczność jest wręcz legendarna: gdy Naoto został premierem i mieli się przeprowadzić do rządowej rezydencji, spakowała tylko letnie ubrania, tłumacząc, że jej mąż nie ma zdolności przywódczych i przed zimą straci posadę.

Być może to jej wyjątkowy krytycyzm i dystans do rzeczywistości sprawiły, że małżeństwo bez szwanku przeszło przez największy kryzys w ich życiu. W 1998 roku media rzuciły się na plotkę, że Naoto – wówczas szef opozycji – ma romans z prezenterką telewizyjną. Kan wszystkiemu zaprzeczył, a sprawa ostatecznie okazała się nieprawdą. Ale najbardziej zaskakujący był spokój jego żony, który po latach wspominał w wywiadzie.
– Ty idioto – miała mu powiedzieć w pierwszej rozmowie po wybuchu afery – Masz zwyczaj być nieuważnym.

To pokazuje, dlaczego premier zachowuje idealny spokój wobec ostatnich zachowań żony. Wypowiedź o tym, że w powtórnym życiu już by go nie poślubiła, Nobuko po chwili rozbroiła wyjaśnieniem, że to nie z jego powodu. Po prostu chciałaby spróbować czegoś nowego. A co do książki (która z miejsca stała się bestsellerem), analitycy podkreślają, że tylko pozornie wytyka błędy Kana, a w rzeczywistości portretuje go jako bardzo ludzkiego i robi mu świetny PR.
– Boję się ją przeczytać – powiedział niedawno szef rządu. Z szerokim uśmiechem na twarzy.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Niekonwencjonalne żony to chyba specjalność japońskich premierów. Towarzyszka życia poprzedniego, pani Miyuki Hatoyama, to z zawodu aktorka, autorka popularnych książek o gotowaniu i gość licznych programów śniadaniowych. W których lubi sobie od czasu do czasu rzucić sensacją, że jej dobrym ziomkiem jest Tom Cruise. Czy racze był: w poprzednim życiu, jako Japończyk. Zdaniem byłej pani premierowej, w obecnym wcieleniu Tom by ją na pewno rozpoznał i tak w ogóle, to ona jest gotowa zagrać z nim w filmie. Z innych ciekawych opowieści, na uwagę zasługuje ta, jak to ciało pani Hatoyamy sobie smacznie spało, a w tym samym czasie dusza poleciała trójkątnym statkiem kosmicznym na Wenus. Jak jest na drugiej od Słońca planecie? Aktorka mówi: zielono.
Gdyby Dział Zagraniczny miał wybierać, to chciałby spędzić życie z Nobuko. Ale na imprezie trzymałby się blisko Miyuki, bo zdecydowanie wie, na którym talerzu są fajniejsze grzyby.

Categories: Uncategorized Tags:

Plecak to nie bank

Po sympatycznym pierwszym tygodniu roku, wszystko wróciło do normy: na świecie znowu jest niefajnie.

1. Alchemik i ajatollahowie

Trudno nie zacząć od informacji, która sprawia, że pół Facebooka wchodzi na fanpejdża rządu Iranu i klika “I like”. Ajatollahowie zbanowali twórczość Paulo Coelho. Całą, bez wyjątku. Tym samym czytelnikom od Tebryzu do Zahedanu miłościwie oszczędzono takich perełek jak: “Czasami zło przychodzi pod maską dobra, lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zła”, albo “Wszystkie twoje myśli i odczucia mogą przyczynić się do twojego rozwoju”.
Na tym niestety kończy się schadenfreude, bo okazuje się, że zakaz ma uderzyć nie tyle w patrona wakacyjnych miłości na koloniach we Fromborku, co w jego lokalnego wydawcę. Arash Hejazi był bowiem jednym z mężczyzn, którzy w czerwcu 2009 roku próbowali bezskutecznie reanimować Nedę Agha-Soltan, zastrzeloną przez tajną milicję podczas zamieszek po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Zamieszczone na Youtube nagranie jej śmierci szybko stało się symbolem tamtych wydarzeń, a Hejazi (na filmie to ten w białej koszulce) wielokrotnie wypowiadał się później w opozycyjnych i zachodnich mediach przeciw reżimowi w Teheranie. Ostatni zakaz ma być tylko częścią represji, które rząd stosuje wobec niepokornego wydawcy.
Coelho na swoim blogu apeluje do rządu Brazylii o działanie w tej sprawie. Dział Zagraniczny po raz pierwszy w życiu go popiera.

2. Znikające setki

W okolice Iranu (a konkretnie do Turcji, Kuwejtu i Kataru) miała jakoś w najbliższych dniach wpaść z wizytą Cristina Fernandez, prezydent Argentyny. W podróż zabierze pewnie tylko krakersy i wodę, bo na więcej jej nie stać, po tym jak została okradziona. Serio, to tak głupia historia, że Dział Zagraniczny musiał sprawdzić w kilku źródłach czy to czasem nie jakiś lokalny prima aprilis.
W skrócie było tak, że pracownik jej kancelarii podjął dokładnie 68 tys. dolarów i 17 tys. euro w Departamencie Skarbu, wypchał sobie nimi plecak i pojechał do domu. Według jego zeznań, kilka skrzyżowań od mieszkania napadło go trzech zamaskowanych mężczyzn na motorach i zrabowało forsę.
Moc. Rzecz działa się w uwielbianej przez artystów i studentów dzielnicy Palermo. Która przez cały poprzedni rok była na czołówkach lokalnych gazet z powodu dramatycznej fali napadów z bronią w ręku. Dział Zagraniczny ma radę dla pani prezydent: Cristino, zatrudniaj chłopaków, którzy czytają prasę.

Zostańmy jeszcze na chwilkę przy kasie i Palermo. W środku dzielnicy jest niewielki park poświęcony Conquista del Desierto, militarnej kampanii z końca XIX w., dzięki której Argentyna zapewniła sobie kontrolę nad Patagonią. I w której dowodcą był Julio Argentino Roca, późniejszy prezydent republiki. Julio do tej pory miał w kraju swoje ulice, place, pomniki, trafił też na 100-pesowy banknot. Ale niedługo może z niego zniknąć.
Podbój południa był bowiem takim lokanym holocaustem na małą skalę. Wszystkich indian, którzy stawiali jakikolwiek opór, wycięto, a resztę wzięto w niewolę i zadbano, żeby nie mogli się rozmnażać. W rezultacie dziś Patagonię zamieszkuje zaledwie garstka rdzennych mieszkańców, reszta to potomkowie imigrantów z Europy.
Coraz więcej Argentyńczyków zaczyna więc dochodzić do wniosku, że 10-metrowe pomniki ku czci Julia są może lekko passé. Tucumán i Santa Cruz już zmieniły nazwy ulic wcześniej noszące jego imię, takie same plany są rozpatrywane w Mendozie, Rosario i Buenos Aires. Podobno niedługo do parlamenty ma wpłynąć wniosek o usunięcie byłego prezydenta z banknotów.
Dział Zagraniczny znowu radzi: na kolejną podróż zagraniczną wyciągnąć tylko nieaktualne setki i wymieniać już na miejscu.

PesoTo już niedługo będzie item kolekcjonerski

3. Łuski

W poniedziałek straż straż Jamajki ostrzelała kuter rybacki z Hondurasu, który rzekomo kłusował na ich wodach terytrialnych. Zginął kapitan jednostki. Kilka godzin wcześniej w identycznej sytuacji, iracki kuter na swoich wodach zaatakowały siły kuwejckie. Tylko, że w Zatoce Perskiej rybacy odpowiedzieli ogniem. Trzech jest rannych, czterech “zaginionych”, nie żyje też funkcjonariusz z Kuwejtu.
Panowie, może przed otwarciem ognia warto podpłynąć i zagadać?

4. Teresa Orlowsky w hidżabie

Zostajemy w regionie i spoglądamy na nasz ulubiony Somaliland. Gdzie pewien Niemiec kręcił sobie amatorskie porno. Ale niestety wpadł. I zgodnie z surowym islamskim prawem, został skazany na cztery lata odsiadki (po której zostanie deportowany i dostanie urzędowy zakaz powrotu do kraju nad Zatoką Adeńską) oraz 10 tys. dolarów grzywny. Dla 72-latka jest jednak pewnie jakaś nadzieja, bo jak wiemy ze sprawy najemników z Saracen International, dla okazujących hojność rząd w Hargejsie ma w rękawie ułaskawienia.
Na które jednak nie mogą liczyć występujące w filmach miejscowe dziewczyny, również skazane. Rok i 900 dolarów grzywny każda. Gunter, okaż solidarność koleżankom z planu.

5. Polowanie po brazylijsku

No i last but not least, skandal dyplomatyczny w Brazylii. Skandal z paszportami dyplomatycznymi, konkretnie. Wyszło bowiem na jaw, że w ostatnich dniach swojego urzędowania, prezydent Lula da Silva (magiczne 87 proc. poparcia na koniec drugiej kadencji: Białorusio, a jednak można bez dodatkowych kart do głosowania), sprezentował swoim dwóm synom takie właśnie dokumenty.
Prawo mówi, że paszporty dyplomatyczne przysługują prezydenckim dzieciom do 21 roku życia, chyba że studiują – wtedy granica zostaje podniesiona do 24. Rzecz w tym, że Luiz Claudio ma lat 25, a Marcos Claudio 39. Wykorzystano więc artykuł, który mówi, że papiery można dać w zasadzie każdemy, pod warunkiem, że “służy to interesom państwa”.
Nie wiadomo, czy prawo do wjazdu prezydenckich pociech na teren USA bez wizy faktycznie przysłuży się Brazylii, ale cała sprawa inspiruje Dział Zagraniczny. Bronku, 40 milionów paszportów dyplomatycznych i nie będziesz musiał już publicznie gadać o bezpiecznych kobietach podczas polowania.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

Jamie Oliver potrzebny od zaraz

Mieszkańcy Nauru mają problem. Duży. Albo gruby, żeby być dosłownym.

Według ostatniego raportu Światowej Organizacji Zdrowia, mieszkańcy tej najmniejszej republiki świata (tylko 21 kilometrów kwadratowych i 14 tys. obywateli, choć część i tak mieszka za granicą) są zarazem jego najbardziej otyłym narodem. Aż 97 proc. mężczyzn i 93 proc. kobiet cierpi tu na nadwagę. Sądziedzi wcale nie wypadają lepiej. W pierwszej dziesiątce najtłustszych krajów tylko dwa są spoza regionu: USA (miejsce 8.) i Dominika (nie mylić z Dominikaną; miejsce 10). Cała reszta to wyspy Pacifiku.

Grubas z NauruTen pan ogląda Jaimiego i wie, że świeże ryby to podstawa (Fot. TopNews New Zealand)

Skąd ta masa nadprogramowych kilogramów? Z połączenia tradycji ze zmianami cywylizacyjnymi.
Po pierwsze przez wieki obowiązujący w regionie wzorzec kulturowy był następujący: im ktoś grubszy, tym wyższa jego pozycja społeczna, bo znaczy, że mu się powodzi, ma władzę, jest bogaty i stać go na to, żeby się obżerać, głód mu nie grozi. Pożądani kawalerowie to tacy z brzuszkiem, a popularność panny tym wyższa, im większy tyłek. Na Nauru była nawet ceremonia, gdzie młode kobiety po prostu tuczono, żeby stały się atrakcyjniejsze.
I wszystko byłoby w miarę pod kontrolą, gdyby wyspiarze odżywiali się jak dawniej: rybami, kokosami i bulwami. Ale zdrowa żywność to już przeszłość, dziś na stołach królują importowane konserwy, zachodni przetworzony fast food podlany coca-colą.

Efekt? Choroby, których wcześniej tu nie znano. Na Samoa Amerykańskim na cukrzycę cierpi aż 47 proc. populacji, na Tokelau 44 proc. Na Nauru ma ją 45 proc. mieszkańców, a wynikające z otyłości schorzenia, np. choroby serca i układu krążenia, powodują 3/4 zgonów.

Wyspiarzom oczywiście nie podoba się, że są przedstawiani jako tłuściochy, ale wielu po prostu próbuje wyprzeć się problemu. Na przykład doktor Setareki Vatucawaqa, odpowiedzialny za zdrowie publiczne na Nuru, twierdzi, że słynne BMI (czyli wskaźnik masy ciała, na podstawie którego oceania się otyłość) ma tak naprawdę zastosowanie tylko dla ludzi rasy białej. Przytakuje mu wielu rodaków, którzy twierdzą, że to ich cecha narodowa, że są niscy i “zbici”. I że dzięki temu osiągają sukcesy w podnoszczeniu ciężarów. Na przykład obecny prezydent kraju, Marcus Stephens, zanim zabrał się za politykę, na Igrzyskach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów wytargał sztangą w sumie siedem złotych medali i pięć srebrnych.

Marcus StephenPrezydent Nauru Marcus Stephen, oraz łączna masa, jaką wyciska na rozgrzewkę (Fot. Lawrence Jackson/The White House)

Rząd jednak rozumie, że coś jest na rzeczy, bo od kilku lat zachęca mieszkańców, żeby byli aktywniejsci fizycznie i uprawiali sporty (co na 23 kilometrach kwadratowych może wcale nie być takie łatwe, szczególnie, że najpopularniejszą grą jest futbol australijski, gdzie boisko jest dwukrotnie większe niż w piłce nożnej).
Zdrową dietę i trochę wysiłku mógłby sobie zresztą wziąć do serca cały świat, bo wg statystyk WHO, aż 1,6 mld z nas ma nadwagę, a 400 mln cierpi na chorobliwą otyłość. Już za pięć lat te liczby mają wystrzelić do odpowiednio 2,3 miliardów i 700 milionów. Jamie Oliver na brak roboty nie będzie narzekał.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

PS Prezydent Nauru, wspomniany Marcus Stephen, ma za sobą naprawdę bardzo ciekawą karierę sportową. Na przykład Naurski Związek Podnoszenia Ciężarów (? Nauru Weightlifting Federation – Dział Zagraniczny się poddaje) założono w roku 1989 tylko i wyłącznie po to, żeby mógł startować w zawodach międzynarodowych (taki wymóg).
Trzy lata później Stephen chciał wziąć udział w Olimpiadzie w Barcelonie (kto by nie chciał?), ale do tego już nie wystarczyło członkostwo u ciężarowców, niezbędny był krajowy komitet olimpijski. A takowego Nauru nie zdążyło wówczas jeszcze ustanowić. Na szczęście w sukurs przyszły ziomki z Samoa (tego niepodległego, a nie amerykańskiego), które dało sportowcowi paszport. Dzięki czemu do Hiszpanii pojechał, tyle że reprezentować sąsiadów.
W czasie gdy targał żelazo w Europie, koledzy w ojczyźnie założyli NKOL (Marcus jest teraz jego prezesem) i w Atlancie oraz Sydney nosił już rodzinne barwy.
No i jeszcze taki fun fact, że gdy mianowano go prezydentem (na Nauru głowę państwa wyznacza parlament) w 2007, był jednym z najmłodszych przywódców świata: miał 38 lat.

PS2 Na Igrzyskach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów Nauru zdobyło jak do tej pory 27 medali (czyli przypada jeden na mniej więcej 518 mieszkańców). Co do jednego zdobyte w podnoszeniu ciężarów. W zeszłym roku złoto do tej puli dorzucił Yukio Peter, który podobno jest przez kibiców tak wielbiony, jak kiedyś Marcus. Przyszły prezydent? Dział Zagraniczny będzie mu się przyglądał.